Zdrowe Dzieci

O utrzymaniu dzieci w zdrowiu i wyprowadzaniu ich z choroby bez leków, bez suplementów.

Wpisy

  • sobota, 25 lipca 2015
    • ŚLADOWE ILOŚCI

       

      Zapraszam do obejrzenia filmu dokumentalnego pt. Śladowe ilości. Tematem przewodnim filmu jest tiomersal - związek rtęci (zob.: https://pl.wikipedia.org/wiki/Tiomersal ) obecny w niektórych szczepionkach podawanych dzieciom (w Polsce, jeszcze niedawno występował w szczepionce Euvax B, a obecnie – w szczepionce DTP, zob. pkt. 6 z ulotki dla pacjenta, w szczepionce DT, w monowalentnych szczepionkach przeciwko błonicy oraz w monowalentnej szczepionce przeciwko tężcowi; może też występować w śladowych ilościach w szczepionkach bez tiomersalu wymienionego w składzie, produkowanych w zakładach, w których stosowano tiomersal, zob. informacja z portalu PZH, zob. też informacja z portalu pediatrycznego). W Stanach Zjednoczonych epidemię autyzmu u dzieci przypisuje się właśnie tiomersalowi stosowanemu w szczepionkach. Tiomersal zawiera organiczny związek rtęci – etylortęć, uważaną przez „specjalistów” za bezpieczną dla organizmu dziecka. W filmie ta kwestia zostaje wyjaśniona (co się dzieje z jonami rtęci pochodzącymi z etylortęci w organizmie człowieka wyjaśnione jest również w wyżej cytowanym linku do Wikipedii).

      W filmie jest też wzmianka o aluminium (glinie) powszechnie dodawanym do szczepionek i o efekcie synergii między rtęcią i aluminium.

      Najciekawszym dla mnie wątkiem jest relacja dorosłego mężczyzny, który jako zdrowa osoba w wieku 29 lat został zaszczepiony szczepionką zawierającą rtęć. Wkrótce po tym zachorował, doznając całej gamy symptomów autystycznych. Symptomy te ustąpiły po jakimś czasie (dzięki zastosowaniu pewnej terapii), jednak bohater ponownie doświadczył kontaktu z rtęcią, tym razem stojąc przy osobie, która zamiatała rozbite świetlówki. Nie wiedział, że w świetlówkach obecna jest rtęć i że rozbite szkło z tego typu lamp jest niebezpieczne, szczególnie dla osób podatnych na zatrucie nawet najmniejszą ilością rtęci. Po tym wydarzeniu objawy autystyczne powróciły, ze zdwojoną siłą.

      W moim odczuciu, najbardziej oburzającą sprawą jest fakt, że gdy w latach dziewięćdziesiątych i na początku lat dwutysięcznych w Stanach Zjednoczonych aż wrzało od publicznej dyskusji na temat związku autyzmu z tiomersalem, podczas gdy w tym czasie, w Polsce, nie mieliśmy o tym pojęcia, bo polskie media milczały, a naszym dzieciom beztrosko wszczepiano rtęć już w pierwszej dobie i w kolejnych tygodniach ich życia.

       

      Zapraszam na film:

       

       

      Źródło: youtube.com


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „ŚLADOWE ILOŚCI”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2015 18:32
  • sobota, 18 lipca 2015
    • PYTANIA OD RODZICÓW

       

      W dzisiejszym wpisie chciałabym odpowiedzieć na pytania pewnej Mamy, które zadała mi w korespondencji e-mailowej:

       

      Jakiej wody używasz? Kupiłam Britę, ale drażni mnie to, że po kilku dniach ten filtr zaczyna śmierdzieć pleśnią.

      Używamy jedynie wody kranowej, przepuszczonej przez filtr sznurkowy i filtr służący do zmiękczania wody (w rurociągach mamy bardzo twardą wodę, która bez filtrów niszczy nam urządzenia). Pierwszy filtr jest filtrem mechanicznym, który oczyszcza wodę z drobin nierozpuszczalnych w wodzie, a drugi zmniejsza twardość wody, co przeciwdziała osadzaniu się kamienia w rurach i urządzeniach domowych. Filtrów węglowych w ogóle nie używamy. Rozważamy instalację filtra z odwróconą osmozą, choć mamy pewne obawy (takie filtry wprawdzie eliminują wszystkie toksyczne pierwiastki i związki chemiczne, ale niestety również – ważne dla zdrowia mikroelementy).

       

      Czy masz jakiś sposób na sprawdzenie, czy kupiłam warzywa eko czy zostałam oszukana, bo kupiłam wczoraj tak gorzką marchewkę, że nie da się jej jeść...

      Gorzki smak marchwi może wynikać z przenawożenia, zarówno naturalnym obornikiem (np. w pierwszym roku po nawożeniu pola), jak i sztucznymi nawozami azotowymi. Tyle informacji udało mi się zdobyć. Niestety, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, może ktoś z Czytelników wypowie się w komentarzu i w ten sposób uzupełni moją odpowiedź.

      Co do produktów oznakowanych jako ekologiczne, jeśli je już kupuję, to wybieram te oznaczone zielonym listkiem (gdyż takie, przynajmniej teoretycznie, muszą spełniać szereg ścisłych kryteriów czystości uprawy, warunków transportu i przechowywania). Inne oznaczenia, typu „eko”, „bio”, „naturalne” nie są do końca pewne. Jednak nawet do produktów z zielonym listkiem podchodzę z pewnym dystansem, bo zawsze istnieje coś takiego jak „czynnik ludzki”, czyli np. element nieuczciwości ludzkiej, który może pojawić się w każdej dziedzinie życia; a jak wiadomo, nie wszystko można do końca skontrolować. Innymi słowy, nigdy nie mam 100% pewności, że kupowany produkt z zielonym listkiem jest w 100% czysty. Poza tym, wg unijnych raportów, warzywa i owoce z certyfikatem ekologicznym mają pewną ilość pestycydowych zanieczyszczeń, tylko mniejszą, w porównaniu do produktów z upraw nieekologicznych.

      Smaków słuchamy zawsze! Smak jest jednym z najlepszych drogowskazów. Jeśli coś nam, czy naszemu dziecku nie smakuje, to rezygnujemy z tego, nawet, gdyby pochodziło z najpewniejszego źródła.

       

      Co robisz, kiedy twoje dziecko zostaje zaproszone np. na urodziny do kogoś? Wolno mu wtedy jeść co chce, czy jak to wygląda?

      Próbuję ustalić z rodzicami lub opiekunami solenizanta, co będzie serwowane i ewentualnie poprosić o uwzględnienie naszych potrzeb – zdrowego odżywiania w naszym rozumieniu. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe i trzeba to zaakceptować. Zawsze jednak rozmawiam z moimi Dziećmi przed spotkaniem i uprzedzam o tym, czym mogą zostać poczęstowane. Podpowiadam, jakie pokarmy na przyjęciu mogą być zdrowsze (lub mniej szkodliwe), a jakie mogą zaszkodzić organizmowi. Ostateczną decyzję Dzieci podejmują jednak same. Kiedyś przynosiliśmy swoje jedzenie, z założeniem, że nie będziemy częstować się np. ciastem czy lodami (jeśli takowe miały się pojawić). To rozwiązanie dobrze sprawdzało się w przypadku Dziewczynki, ale bywało, że Chłopczyk negatywnie reagował na to ograniczenie. Żadne rozwiązanie nie jest idealne, tu trzeba wiele wyczucia i cierpliwości. Poza tym, każde dziecko jest inne, inaczej reaguje.

      Wiem, jak stresująca jest dla rodzica sytuacja, gdy cały jego codzienny, mozolny wysiłek związany z zapewnieniem dziecku zdrowej żywności niweczony jest przez otoczenie, czasami w przeciągu chwili, a szczególnie wtedy, gdy dziecko jest leczone dietą z choroby i każdy kęs niezdrowego jedzenia może zaważyć na samopoczuciu tego dziecka. Ludzie z zewnątrz nie mają świadomości, co więcej, nie zawsze rozumieją sytuację. Do tego czasami krytykują, albo wręcz wyśmiewają naszą postawę, a my zaczynamy się tłumaczyć, dlaczego odmawiamy naszemu dziecku „pysznej bułeczki”. Ale należy pamiętać, że mamy prawo, a wręcz obowiązek chronić nasze Pociechy przed jedzeniem, które uważamy za szkodliwe.

       

      Jak sobie radzicie z jedzeniem, wyjeżdżając na wakacje?

      Zdrowe jedzenie na wakacjach jest o tyle istotne, że wakacje mają służyć szeroko rozumianej regeneracji organizmu. Tak uważam. Z drugiej strony, w wakacje powinniśmy się zwolnić z nadmiernego wysiłku, unikać napięcia... Trudno pogodzić te dwie rzeczy, bo „wrzucając na luz”, ludzie sięgają po lody, chodzą do przypadkowych restauracji, jedzą fastfoody, piją codziennie piwo. Każdy musi sam rozstrzygnąć, czego chce, ważne, aby był to w pełni świadomy wybór. Dobrze jest przemyśleć sobie sprawy i ewentualnie zaplanować organizację posiłków jeszcze przed wyjazdem.

      U nas „zdrowe odżywianie” w czasie wakacji wiąże się z jednym konkretnym ograniczeniem: od kilku lat jeździmy w jedno i to samo miejsce, na jedną z chorwackich wysp, czyli rezygnujemy z atrakcji, jaką jest zmiana. Uznałam, że jest to najbardziej optymalna forma wypoczynku, póki moje Dzieci są bardzo wybiórcze w jedzeniu, mają odmienne smaki i nie potrafią jeszcze zupełnie samodzielnie gotować. Optymalna, bo nie przechodzę co roku przez stres poszukiwań źródeł zdrowego żywienia; na wyspie mam przetarte ścieżki: znam lokalnych rolników, którzy przywożą mi swoje przepyszne plony spod gorącego słońca prosto pod dom, w którym wynajmujemy apartament, zbieram do woli słodziutkie figi z ogrodowego drzewa, kupuję oliwę z oliwek z lokalnej ekologicznej plantacji drzew oliwkowych i chodzę na miejscowy targ, gdzie mogę zakupić świeżo złowione ryby i owoce morza, na które Chłopczyk czeka cały rok. Z domu biorę masło klarowane, smalec, jajka, kaszę gryczaną, ryż pełnoziarnisty, przyprawy, bezcukrowe soki domowe, herbaty, kawę itp. Na wyspie mamy w pełni wyposażoną kuchnię, z której korzystam tak, jak u siebie w domu.

       

      Wiem, że nie jecie ryb i nie podajesz tranu, z czego zimą czerpiecie witaminy D?

      Jemy stosunkowo dużo masła, nie boimy się jajek ani pełnotłustego surowego mleka czy produktów z takiego mleka (choć nie spożywamy ich codziennie). Mamy dostęp do naturalnie i czysto hodowanych ryb, ale jadamy je rzadko (Dzieci rzadko o nie proszą). Tranu nie podaję Dzieciom, bo nie mogę zdobyć tranu nierafinowanego po przystępnej cenie. Jesteśmy zdrowi, więc nie martwimy się ewentualnymi zimowymi niedoborami. Dbam, aby Dzieci od wczesnej wiosny do późnej jesieni wystawiały się na słońce, choćby na krótko, ale możliwie – każdego słonecznego dnia. Czapki ubierają tylko w najchłodniejsze dni w roku. Same chętnie zakładają lekkie ubranie, z krótkimi rękawami w chłodniejsze dni wiosny i jesieni, nawet wtedy, gdy cała reszta świata nie może tego zrozumieć...

       

      Czy nie ma obawy przed brakami witaminy B, kiedy nie jadamy pieczywa na drożdżach?

      Nie, dopóki stosujemy zasadę bogatej i naturalnej oferty kulinarnej oraz zasadę swobodnego wyboru pokarmu wg wskazówek zmysłu smaku. Drożdże nie są jedynym źródłem witaminy B.

       

      Gdzie kupujesz banany? Po obejrzeniu Cejrowskiego "Bananery" to normalnie odechciało mi się tak chemicznych bananów.

      Kupuję banany z ekologicznych upraw (z zielonym listkiem) w Lidlu, za cenę niewiele wyższą od ceny zwykłych bananów.

       

      Też często robię naleśniki (mąka gryczana i jaja) i mój Syn je lubi, ale ostatnio nawet nie tknie np. gotowanego jaja czy ugotowanej kaszy gryczanej. Czy my przypadkiem nie "oszukujemy" ochoty dziecka, podając mu te produkty zakamuflowane?

      Nie. Inaczej wpływa na organizm pojedynczy pokarm, a inaczej w kompozycji pokarmowej, tj. w towarzystwie innych pokarmów (np. przypraw, tłuszczów). Inaczej działa pokarm surowy, a inaczej – po obróbce termicznej. Jeśli dziecku smakuje coś w kompozycji, to znaczy, że takie jedzenie mu służy. Jeśli wybierze pojedynczy pokarm, tak też jest dobrze. Z czasem upodobania mogą się zmienić i to również będzie w porządku. O komponowaniu potraw wiele można nauczyć się z zasad medycyny chińskiej.

       

      Gdzie kupujesz tą płaskurkę?

      W Polsce pojawili się już hodowcy płaskurki, można do nich dotrzeć internetowo. Można też popytać w sklepach ze zdrową żywnością (w tym – internetowych), a nawet poprosić sprzedawcę o sprowadzenie tego zboża. Inną odmianą starej pszenicy i bardziej dostępną jest kamut. Nie dotarłam jeszcze do najstarszej odmiany pszenicy – samopszy.

       

      Czy pozwalasz dzieciom jeść owoce sezonowe bez ograniczeń?

      Oczywiście. Byle nie były pryskane. Idealne są jagody leśne: są to owoce niskowęglowodanowe, rosnące na naturalnym podłożu, bez sztucznych nawozów i nieskażone chemią.

       

      I jeszcze jedna sprawa: mój Syn skończył przedszkole i był z nami na pikniku zakończeniowym. Kiedy patrzyliśmy - jadł owoce, kiedy myślał, że nie widzimy napychał się słodyczami... powinnam zareagować czy odpuścić?

      Rozmawiać, tłumaczyć, edukować, dawać przykład i... pozostawić Synkowi wybór. Nigdy nie krytykować jego decyzji, ani też nie chwalić za „mądre wybory”, po prostu – strać się podchodzić do sprawy bez emocji (choć wiem, jak jest to trudne, mnie samej nie zawsze udaje się to). Dziecko zaczyna słyszeć nasze argumenty dopiero wtedy, gdy czuje, że ostatecznie samo może dokonać wyboru, a my w pełni uszanujemy ten wybór, jakikolwiek by nie był.  Musimy uzbroić się w cierpliwość, bo taka postawa rodziców nie zawsze wiąże się z natychmiastowym pozytywnym efektem; czasami dziecko wydaje się być obojętnym na to, co do niego mówimy. Ale wiem z doświadczenia, że jest to tylko pozorna obojętność i w końcu jesteśmy zaskakiwani pozytywną zmianą postawy dziecka.

      Pomocne mogą okazać się filmy, artykuły i książki na temat zdrowego odżywiania (byle były to mądre źródła). Można czytać dziecku wybrane fragmenty i objaśniać, prowokować je do zadawania pytań, można wspólnie oglądać filmy itp., na tyle, na ile dziecko wykaże zainteresowanie (niczego nie narzucamy, czasami trzeba poczekać z tematem); może z tego wyniknąć ciekawa dyskusja.

       

      Kiedy ostatnio nocowaliśmy u znajomych i na stole znajomych wylądował "szwedzki stół", mój Syn jadł tylko i wyłącznie: kupne bułki z masłem, żółtym serem i dżemem... - co o tym sądzisz? Nie sięgnął po żadne inne produkty, które jada w domu, a bułek zjadł chyba ze 3...

      Współczesna pszenica (bułki), produkty mleczne przemysłowo przetworzone (ser żółty), cukier (dżem) to produkty uzależniające. To są produkty o charakterze narkotycznym, które wypaczają smaki, ogłupiają mózg, blokują naturalne hamulce; to nie są prawdziwe pokarmy. Szwedzki stół dla dziecka powinien zawierać tylko prawdziwe – naturalne, nieprzetworzone przemysłowo i nieskażone sztucznymi dodatkami oraz chemią pokarmy.

       

      Pozdrawiam moją Czytelniczkę i dziękuję Jej za praktyczne pytania.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PYTANIA OD RODZICÓW”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 18 lipca 2015 16:45
  • niedziela, 12 lipca 2015
    • WYPOSAŻENIE DZIECKA NA CAŁE ŻYCIE

       

      Wiedza, którą dzielę się na tym blogu z moimi Czytelnikami to wiedza specyficzna i nieformalna, o którą trudno w szkołach czy na uczelniach wyższych, choć jest to wiedza kluczowa, jaką powinien posiadać każdy rodzic czy opiekun dziecka, jeśli chce dać swojemu dziecku dobre wyposażenie na całe życie.

      Co to jest dobre wyposażenie na całe życie? Z pewnością - dobry zawód przynoszący stabilność finansową i może jakaś materialna pomoc na start życiowy. To są rzeczy, które jako pierwsze przychodzą nam – rodzicom do głowy, w sposób naturalny, niemal automatyczny. Jednak, choć są to kwestie ważne, to nie najważniejsze; rzadko kiedy myślimy o tym, aby wyposażyć dziecko w coś znacznie bardziej istotnego. Co to może być? Jest to coś, czego najchętniej życzymy solenizantom... To po prostu... zdrowie! Zdrowie na całe życie. Zdrowie w szerokim rozumieniu. Zdrowie, o którego jakość można zawalczyć nawet w obliczu trwałej niesprawności fizycznej lub psychicznej danej przez los. Bo przecież to zdrowie jest podstawą szczęśliwego, jak również materialnie stabilnego życia, w którym młody człowiek potrafi stworzyć sobie szczęśliwą rodzinę czy otoczyć się przyjaciółmi, wziąć całkowitą odpowiedzialność za siebie, samodzielnie podejmować decyzje, mieć hobby, a nawet pasję oraz wykonywać zawód w obszarze swoich zainteresowań, który do tego przynosi zadowalające dochody.

      Czy wyobrażamy sobie nasze dzieci jako osoby dorosłe w wieku 40, 60 czy 90 lat? Chyba niewielu rodziców wybiega myślą tak daleko w przyszłość... Ale można to zrobić w każdej chwili. Zamknijmy oczy... i zobaczmy oczami wyobraźni szczęśliwego, rześkiego i uśmiechniętego siedemdziesięciolatka – osiemdziesięciolatka (takiego, jak pewien dziewięćdzisięcioparolatek - Pan Antoni Huczyński o pseudonimie Dziarski Dziadek), wolnego od chorób i jakichkolwiek dolegliwości, w pełni sprawnego fizycznie i intelektualnie, którego pochłania na co dzień ulubione zajęcie lub satysfakcjonująca praca zawodowa czy społeczna (weźmy za przykład niedawno zmarłego profesora Władysława Bartoszewskiego), który nie ma trosk materialnych, z radością podróżuje i spotyka się z przyjaciółmi, dziećmi, wnukami... Kocha i jest kochany. Są tacy ludzie, choć należą do mniejszości. Takiego życia życzę moim Dzieciom. To nie jest nierealne, ale o takie życie trzeba postarać się, od samego jego początku. I bardzo dużą rolę mają to do spełnienia rodzice, a nie lekarze. Współczesna medycyna może i wydłuża życie, ale czy zapewnia jego dobrą jakość?

      Jak my, jako rodzice (lub opiekunowie) możemy wpłynąć na dożywotnie dobro naszych dzieci, skoro bezpośredni wpływ na nie mamy z reguły tylko w pierwszym okresie ich życia? Czy mamy taki zasięg, aby dobrze wywiązać się z tego zadania? Myślę, że tak. I to w trojaki sposób.

      Po pierwsze, możemy zapewnić naszym podopiecznym zdrowie fizyczne i psychiczne (lub relatywnie dobrą kondycję w obliczu choroby trwałej) w ciągu całego dzieciństwa i okresu dorastania, co jest podstawą zdrowia w życiu dorosłym. Musimy uświadomić sobie, że postępujące, coraz powszechniejsze i dotykające coraz młodszych ludzi choroby cywilizacyjne, takie jak np. nowotwory, cukrzyca, miażdżyca, alergia, choroby z autoimmunoagresji czy zaburzenia psychiczne są uwarunkowywane już w dzieciństwie. Rozwijają się powoli i podstępnie, nie zauważamy związku między chronicznymi dolegliwościami z pierwszych lat życia człowieka (z których dziecko w końcu „wyrasta”, czym się pocieszamy), a późniejszymi, poważnymi już chorobami. Dziecko nie powinno chorować chronicznie, nie przyzwalajmy na to. Powinno tryskać zdrowiem i energią, a ewentualna choroba, przejawiająca się gorączką, biegunką, wymiotami, marudnością, osłabieniem, katarem, kaszlem czy brakiem apetytu nie powinna trwać dłużej niż... dzień! Góra – trzy dni. Da się to osiągnąć! Ponadto, tego typu dolegliwości mają ustępować samoistnie, bez jakiegokolwiek wspomagania lekami czy sztucznymi suplementami.

      Po drugie, przyjęcie przez rodziców filozofii życiowej pt. „Najpierw zdrowie” będzie naturalnym elementem edukacji dziecka, przełoży się na jego dobry nawyk dbałości o zdrowie w życiu dorosłym, bez potrzeby dokonywania jakichś niewygodnych zmian i pokonywania szczególnych trudności (np. przemyślane zakupy spożywcze dokonane u rolnika, zamiast w hipermarkecie będą czymś naturalnym, a nie „dziwactwem”, umiejętność codziennego lub jakkolwiek regularnego wygospodarowywania czasu na relaks zabezpieczy nasze dziecko przed pułapką chorobotwórczego pracoholizmu, a codzienna dbałość o serdeczne relacje w rodzinie nie okaże się czymś niezwykłym).

      Po trzecie, wartości przyjęte w „podstawowej komórce społecznej”, jaką jest rodzina kształtują wartości w całym społeczeństwie, wpływają na decyzje polityczne, społeczne i ekonomiczne rządzących, które nie są obojętne dla jakości życia naszych dzieci w wieku dorosłym. Innymi słowy, my – rodzice możemy oddolnie wpływać swoimi postawami i oczekiwaniami na takie kwestie jak polityka proekologiczna państwa (przejawiająca się np. promowaniem i wspieraniem rolnictwa ekologicznego, marzę o tym kierunku działań naszych polityków), polityka prozdrowotna (cieszę się ogromnie z wprowadzenia zakazu sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach), odpowiedź producentów i handlowców na rosnący popyt na produkty ekologiczne (już teraz coś drgnęło w niektórych sieciach handlowych w tym względzie) itd. Z zainteresowaniem przyglądam się nieugiętej walce niektórych rodziców przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół. To przykład, że można działać, nawet, jeśli nie od razu odnosimy sukces. Ja sama napisałam pismo do Ministerstwa Edukacji Narodowej na temat powszechności stosowania potencjalnie groźnych dla zdrowia świetlówek w przedszkolach i szkołach oraz o braku wiedzy personelu tych placówek o procedurze bezpiecznego postępowania w przypadku rozbicia się świetlówki. Nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi na moje pismo, bo pisałam jako pojedyncza osoba, nie reprezentując jakiejś większej grupy. A jednak! Odpisano mi i poinformowano, że sprawa zostanie przedstawiona kuratorom oświaty. Jest to kolejny przykład, jak można zadziałać oddolnie i małymi kroczkami poprawiać przyszłe warunki życia naszych dzieci. Ważne, aby było coraz więcej osób i całych rodzin pragnących wprowadzać zmiany w fizycznym środowisku i w społeczeństwie, w którym żyć będą ich dzieci. 

      Wiedza, którą przekazuję na tym blogu poparta jest doświadczeniem, moim prywatnym doświadczeniem matczynym. Gromadzę ją od kilku lat, odkąd zwątpiłam w skuteczność systemu medycznego, odkąd straciłam zaufanie do medycyny akademickiej oraz pediatrów i innych lekarzy niewychodzących poza sztywne ramy tej medycyny. Nie wiem, dlaczego wiedza, którą sama zdobyłam i która okazała się niezwykle skuteczna wobec przewlekłych chorób moich Dzieci nie jest przekazywana studentom na uniwersytetach medycznych. Wiedzę tę zdobywają jedynie ci lekarze, którzy mają siłę i odwagę przekraczać granice wyznaczone przez procedury medyczne. I chwała im za to.

      Wiedza, którą zdobyłam, wciąż zdobywam, wypraktykowałam i wciąż praktykuję jest... prosta! Jest logiczna. Może ją zrozumieć każdy – dziecko i dorosły. A jednocześnie ta wiedza jest bardzo, bardzo ważna. Powinna być przekazywana już w przedszkolu i w szkole, i to pod postacią jednego z najważniejszych przedmiotów. Tradycyjne wykształcenie traci znaczenie, gdy choroba uniemożliwia człowiekowi normalne funkcjonowanie, czy to pod względem psychicznym, czy fizycznym lub gdy skraca jego życie. Wiedza o tym, jak dbać o zdrowie każdego dnia powinna być priorytetowa. Proponuję wprowadzenie nowego przedmiotu do szkół pt. „Wiedza o zdrowiu”. Wiedzę o zdrowiu powinien posiadać każdy rodzic, bo bez tego żaden pediatra nie pomoże w sensie długookresowym. Jak często lekarze odnoszą sukces w postaci trwałego wyleczenia chronicznej choroby, a dokładniej rzecz biorąc – zapewnienia dziecku całościowego i długookresowego zdrowia? Dlaczego rolą pediatry czy lekarza pierwszego kontaktu nie jest przede wszystkim utrzymanie człowieka w zdrowiu? Za to powinien dostawać zapłatę..., ale tak nie jest. Wiedzę o tym, jak na co dzień zapewniać profilaktykę zdrowotną swojemu dziecku warto więc posiadać, bo zastosowanie tej wiedzy może dać takie rezultaty, że lekarz i apteka okażą się w ogóle niepotrzebni. Choć nie wiem, czy wszystkim będzie to odpowiadać...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lipca 2015 21:42
  • sobota, 04 lipca 2015
    • CO WYBRAŁY MOJE DZIECI – LATO 2015

       

      Czas na kolejny przykładowy jadłospis moich Dzieci (takie jadłospisy przedstawiałam już kilkakrotnie na moim blogu, w kategorii Odżywianie dzieci). Nie jest to jadłospis do odwzorowania, gdyż każde dziecko jest inne, ma inne potrzeby w danym momencie i samo powinno kształtować swoje menu, przy życzliwym wsparciu ze strony rodziców, dziadków lub innych opiekunów. Podaję tylko przykład, jak smaki dzieci (np. w przypadku rodzeństwa) mogą się różnić i zmieniać na przestrzeni dni, tygodni, miesięcy czy lat i jak w praktyce może wyglądać ich jadłospis, który jest odpowiedzią na te różnice i zmiany. Podaję też przykład tego, że nie zawsze wszystko może wyjść tak gładko, jak byśmy sobie tego życzyli.

      Z ponad pięcioletniej perspektywy świadomego odżywiania moich Dzieci, a więc z własnego doświadczenia, jak również z rozmów z innymi rodzicami, mogę podzielić się ciekawymi spostrzeżeniami na temat zmienności smaków, a zatem naturalnej rotacji pokarmów u dzieci, która zachodzi w przeciągu kilku lat. Okazuje się, że dzieci wpadają w wielomiesięczne, a nawet wieloletnie „ciągi”, które nie powinny niepokoić rodziców.

      Upodobania kulinarne mojego Chłopczyka nie zmieniły się wiele w ciągu ostatnich sześciu miesięcy: wciąż ma bardzo duże zapotrzebowanie na mięso (każdego rodzaju), jada je praktycznie codziennie, i to w sporych porcjach. Wszedł teraz w fazę intensywnego wzrostu i przybierania na wadze, choć jak zawsze pozostaje szczupły. Jajek zdecydowanie nie lubi. Odmawia zjedzenia sera białego, rzadko prosi o śmietanę. Tęskni za owocami morza, nie mamy jednak dostępu do nieskażonego jedzenia morskiego. Z białek roślinnych preferuje migdały; na przestrzeni ostatnich kilku tygodni prawie codziennie brał je do szkoły na drugie śniadanie. Ze zbóż wybiera ryż pełnoziarnisty, innych zbóż prawie wcale nie jada. Czasami jednak nie potrafi odmówić sobie przypadkowego poczęstunku pieczywem ze współczesnej pszenicy w wersji najbardziej przetworzonej: z białej mąki, a więc szkodliwej i uzależniającej (zob. http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/11/WSPOLCZESNA-PSZENICA.html ).

      Kiedyś Chłopczyk prawie nie jadał mięsa, za to bardzo smakowały mu żółtka; jadał żółtka, w porywach do 15 sztuk dziennie przez około... 2 lata (z małymi przerwami w granicach tygodnia, o te przerwy sama dbałam). Muszę przyznać, że trochę niepokoiłam się tym stanem rzeczy (zadając sobie pytania typu: „Czy to nie zaszkodzi mu?”). Dzisiaj, jako bardziej doświadczona mama wiem, że zupełnie niepotrzebnie. Kogoś mogłyby przerazić ilości mięsa, jakie pochłania obecnie moje Dziecko, natomiast ja przyglądam się temu zjawisku z zaciekawieniem i spokojem. Kiedyś niepokoiłam się kilkumiesięczną całkowitą przerwą od pokarmów wysokobiałkowych, jaką Chłopczyk sobie zafundował: nie jadł wówczas ani mięsa, ani jajek, ani orzechów, ani ryb, ani produktów mlecznych. Dzisiaj cieszę się każdym „dziwactwem” kulinarnym moich Dzieci, bo widzę, jak to „wydziwianie” im służy (choć wymaga ode mnie pewnego wysiłku). Przez większość swojego życia Chłopczyk nie jadał surowych warzyw. Warzywa na ciepło tolerował tylko w formie zupy pomidorowej, sosów pomidorowo-warzywnych i ziemniaków. W tym roku coś jednak drgnęło w tym względzie: do mięsa dobiera sobie surową marchewkę, świeże liście mięty, pomidory lub sałatę.

      Dziewczynka. Moje drugie oczko w głowie ;) Naturalna wegetarianka, która przestaje być wegetarianką jedynie wobec domowych kabanosów i parówek zrobionych przez Babcię. Ale tylko na chwilę: po dwóch – trzech dniach mięsnych wyrobów Babci rezygnuje również z nich i wraca do swego bezmięsnego menu. Dziewczynka – Gryczanka, od jakichś dobrych czterech lat jest amatorką kaszy gryczanej (głównie jako dodatku do surowego mleka i w formie naleśników gryczanych). Od niedawna zauważam jednak powolne wycofywanie się z kaszy gryczanej (tj. naleśniki poszły w odstawkę). Okresowo jada bezcukrową szarlotkę na mące jaglanej. Smakuje jej ryż pełnoziarnisty, ale w tylko ograniczonych ilościach. Jest wielbicielką pełnotłustego surowego mleka. Nie spożywa jednak śmietany, a o ser biały prosi raz na kilka tygodni, i to w małych ilościach. Ostatnio zagustowała w jogurtach, które sama robię. Nie lubi jajek (nie licząc tych w cieście naleśnikowym). Ryby też nie są jej ulubionym pokarmem. Nie jada jakichkolwiek orzechów (za wyjątkiem małych ilości w wypiekach i naleśnikach). Nie jada też jakichkolwiek warzyw formie surowej, nawet zieleniny. Z warzyw na ciepło, tak jak jej Brat, akceptuje jedynie zupę pomidorową, sosy warzywno-pomidorowe i czasami – ziemniaki. Dziewczynka od małego (w przeciwieństwie do Chłopczyka) odżywia się wg zasady wolnego wyboru w ramach zdrowej i bogatej oferty kulinarnej. Nie ma problemu z przypadkowymi poczęstunkami: nie korzysta z nich i nie czuje się pokrzywdzona. Jest dumna z tego, że nie jada żywności przemysłowej. Interesuje się tematyką zdrowia i zdrowym żywieniem, może trochę bezwiednie naśladując swoją Mamę...

       

      A oto wyżej wspomniany jadłospis moich Dzieci z trzech kolejnych czerwcowych dni:

      DZIEŃ 1:

      Dziewczynka: I śniadanie w domu - ryż z olejem kokosowym i truskawkami, czereśnie, II śniadanie w szkole - czereśnie, kabanosy robione przez Babcię (skład: mięso z sarny, peklosól – w możliwie minimalnej dawce, sól, czarny pieprz, czarnuszka, kardamon, cukier – w minimalnej dawce, lubczyk), woda z odrobiną soli, obiad w domu – czereśnie, zupa pomidorowa z ryżem i dodatkowym masłem (skład zupy: wywar z wiejskiej kaczki i kury, świeżego tymianku, kurkumy, kminku, lukrecji, ziela angielskiego, listka bobkowego, skrzypu polnego, bazylii oraz marchewka, korzeń pietruszki, cukinia, odrobina zielonego groszku, seler, czosnek, cebula, korzeń imbiru, pieprz czarny, chili, sól, zielenina, pomidory, masło), podwieczorek - truskawki, jogurt zrobiony w domu (mleko wiejskie, szczepy bakterii), kolacja – ryż z olejem kokosowym, truskawkami i bananami.

      Chłopczyk: I śniadanie w domu - polędwica wołowa z przyprawami (sok z cytryny, pieprz czarny, sól, oregano, pietruszka zielona, rozmaryn, bazylia, gorczyca czarna) na smalcu, pomidor bez soli, czereśnie, II śniadanie w szkole – czereśnie, kabanosy robione przez Babcię, woda z odrobiną soli, obiad w domu – czereśnie, zupa pomidorowa z ryżem, podwieczorek – truskawki, kolacja - ryż z oliwą z oliwek, pomidorem i solą oraz dokładka - ryż z olejem kokosowym i truskawkami.

      DZIEŃ 2:

      Dziewczynka: I śniadanie w domu – odrobina zupy pomidorowej z ryżem i dodatkowym masłem (było to bardzo postne śniadanie, zdarzają się dni, w których Dziewczynka nie ma ochoty na śniadanie), II śniadanie w szkole – Kabanosy Babci, woda bez soli, obiad: surowe pełnotłuste mleko z kaszą gryczaną i z solą, wczesna kolacja – naleśniki płaskurkowe (płaskurka – stara odmiana pszenicy, woda, jajka, sól, mielone pestki moreli, goździki, olej kokosowy) z miodem naprzemiennie z bananami i cynamonem, późna kolacja – czereśnie.

      Chłopczyk: I śniadanie w domu – polędwica wołowa z przyprawami na smalcu, świeże listki mięty, niesłodzona herbata owocowa (berberys, malina suszona, żurawina, owoc róży), II śniadanie w szkole – niesłodzone jabłka pasteryzowane ze słoika, Kabanosy Babci, woda bez soli z dodatkiem suszonej pokrzywy w proszku, obiad: surowe pełnotłuste mleko, wczesna kolacja – naleśniki płaskurkowe z miodem (mała porcja, bo nie za bardzo smakowały, Chłopczyk stwierdził, że woli mięso), późna kolacja – czereśnie, polędwica wołowa z przyprawami na smalcu, pomidor bez soli.

      DZIEŃ 3:

      Dziewczynka: śniadanie - Kabanosy Babci, woda bez soli, poczęstunek w szkole – czereśnie, I przekąska – jogurt robiony w domu, II przekąska - miód spadziowy, obiad: bezcukrowa szarlotka jaglana (skład: mąka jaglana, masło, żółtka, niesłodzone jabłka pasteryzowane ze słoika, przyprawy korzenne, odrobina mielonych nasion, sól), podwieczorek – mała porcja makowca (skład: płaskurka, żółtka, masło, miód, wanilia, sól, drożdże, mak, jajka, rodzynki, berberys, orzechy włoskie, niesłodzony dżem owocowy, przyprawy korzenne, sok z cytryny, migdały), szarlotka jaglana, przekąska – jagody, kolacja – młode ziemniaki z solą i masłem, dokładka - banan z cynamonem i oliwą z oliwek.

      Chłopczyk: śniadanie - polędwica wołowa z przyprawami na smalcu, świeże listki mięty, surowa marchewka, niesłodzona herbata owocowa, poczęstunek w szkole – przypadkowy chleb z białej mąki przypiekany na ognisku (było to ognisko z okazji zakończenia roku szkolnego), czereśnie, truskawki, przekąska – Kabanosy Babci, obiad - makowiec, podwieczorek – poziomki prosto z krzaczka, przekąska – jagody, kolacja – gulasz (skład: pręga cielęca, cukinia, smalec, cebula, sól, papryka słodka w proszku, chili, pomidory, listek bobkowy, ziele angielskie, czosnek, bazylia, odrobina siemienia lnianego), sałata, dokładka - banan, bezcukrowa herbata owocowa.

       

      Moje komentarze:

      1. Kabanosy: wędzone, z peklosolą i cukrem... Czy to jest zdrowa żywność? – ktoś mógłby zapytać. Już odpowiadam: póki jest całkowicie wytwarzana przez moją Mamę, jadana bardzo sporadycznie i z wielką radością i póki nie obserwuję po niej niepokojących reakcji organizmów Dzieci to... tak! „Kabanosy Babci” robione są zawsze z mięsa pochodzącego z najlepszych źródeł, z dodatkiem szlachetnych przypraw, z udziałem nieoczyszczonej soli kamiennej. Wędzone są w przydomowym ogródku w taki sposób, aby nie pokryły się czarnym (szkodliwym) dymem i aby uzyskały piękny, błyszczący i złoty kolor (o co zazwyczaj nie dbają producenci wędlin). Wędzenie przeprowadzane jest w odpowiednio niskiej temperaturze płomienia, używane jest drewno z drzew owocowych. Peklosól dodawana jest w minimalnej dawce (co stanowi 30% ilości stosowanej w przemysłowych wędlinach). Zastosowany cukier (w ilości około 1 g na 1 kg masy wędliny przed wędzeniem) pełni funkcję technologiczną: jest pożywką dla bakterii kwasu mlekowego, które zapewniają kabanosom odpowiednią kruchość.
      2. W jadłospisie moich Dzieci pojawiły się drogie i ekskluzywne pokarmy, takie jak polędwica wołowa czy wyżej wspomniane kabanosy z mięsa sarny. Oczywiście podawanie tego typu jedzenia dzieciom nie jest warunkiem koniecznym dla zachowania pożywności ich diety. Istnieje wiele wartościowych i niedrogich pokarmów. Na przykład bardzo wartościowym pokarmem dla dziecka może okazać się golonka wieprzowa (bogata w kolagen – białko genetycznie bliskie kolagenowi ludzkiemu, budujące tkankę chrzęstną i kostną oraz skórę, szczególnie potrzebne w okresie wzrostu dziecka), której cena jest niska.
      3. Kabanosy i czereśnie na drugie śniadanie do szkoły... Teoretycznie niezbyt dobre połączenie, zważywszy na proces trawienia i przyswajania pokarmu. Ale takie były wybory moich Dzieci. Co mi pozostało? Opowiedzieć im, jak trawione jest mięso, a jak owoce i uświadomić, że lepiej jest zjeść najpierw lekkostrawne owoce, a potem poczekać jakiś czas, aby żołądek opróżnił się i wypełnił kwasem solnym. Do takiego żołądka możemy wprowadzać mięso, które w odpowiednio kwaśnym środowisku zostanie dobrze strawione i przyswojone. Nie wiem, ile z tej wiedzy zostało w głowach moich Dzieci w momencie, gdy sięgały po swoje śniadanie w szkole, ale ważne, aby usłyszały moją opinię, a decyzje podejmowały same. Wierzę, że decyzje te będą coraz bardziej świadome z upływem czasu. Wiedzę przekazuję im na bieżąco, jeśli tylko nadstawiają uszu.
      4. Biały chleb ze współczesnej, chorobotwórczej pszenicy – poczęstunek szkolny, po który sięgnął Chłopczyk: myślę, że jest to pozostałość jego dawnego uzależnienia i pamięci o dobrym smaku takiego chleba. Nie chronię go już przed tego typu poczęstunkami, zdaję się na jego wybory i wciąż cierpliwie, małymi kroczkami edukuję. Zachęcam go do zwrócenia uwagi na samopoczucie po konkretnym posiłku. Chłopczyk niedawno sam, spontanicznie stwierdził, że czuje się trochę „przymulony” po spożyciu czegoś, czym częstowano go w szkole. Wolę poczekać na tego typu niewymuszone wnioski mojego Dziecka, bo kształtowanie się jego autentycznej świadomości i umiejętności samoobserwacji jest najcenniejsze. Nakazy i zakazy mogą mieć odwrotny skutek.
      5. Napojem, po który sięgają moje Dzieci najczęściej jest woda, solona lub nie, według ich wyboru. Solona – jest lepiej przyswajalna, bardziej nawadnia organizm, jest bardziej odżywcza. Niesolona jest lepsza od solonej wtedy, gdy... Dzieci o tym zadecydują. Jadłospis nie przedstawia całkowitej ilości wody, jaką moje Dzieci spożyły w ciągu trzech dni, ponieważ sięgają po nią spontanicznie i kilka razy dziennie, co trudno jest zarejestrować w zapiskach.
      6. Jadłospis moich Dzieci jest odmienny od przeciętnego jadłospisu dziecka. W naszym jadłospisie nie ma produktów wysokoprzetworzonych, przemysłowych, które bywają uzależniające; spożywanie takich produktów prowadzi do chorobotwórczych nadmiarów i niedoborów w organizmie. Poza tym, Dziewczynka i Chłopczyk mają do dyspozycji szeroki zakres rozmaitych pokarmów, o co trudno w domu, w którym nie ma świadomości żywieniowej. Ważne jest też pozostawienie Dzieciom swobody w wyborze pokarmów, jest to wręcz niezbędny element prawidłowego odżywiania dziecka; żaden, nawet najmądrzejszy podręcznik czy dietetyk nie będzie w stanie tak określić jadłospisu dla naszego dziecka, jak będzie tego wymagać jego indywidualny, niepowtarzalny organizm w danym momencie życia i w danych okolicznościach. To od samego dziecka możemy dowiedzieć się najwięcej.
      7. Nawiązując do myśli z początku tego artykułu, proszę moich Czytelników, aby nie kopiowali czy jakkolwiek nie upodabniali jadłospisu swoich Pociech do jadłospisu tutaj przedstawionego. Nie o to chodzi. Chodzi o to, aby pozwolić dzieciom wybierać, chodzi również o to, aby nie oferować im produktów bezwartościowych i szkodliwych oraz o to, aby w ofercie kulinarnej dla dziecka znalazły się wszelkie dostępne nam prawdziwe pokarmy. O niezdrowych produktach i zdrowych alternatywach piszę szczegółowo w artykułach w kategorii Współczesna żywność – zagrożenia i alternatywy.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „CO WYBRAŁY MOJE DZIECI – LATO 2015”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lipca 2015 18:29
  • czwartek, 18 czerwca 2015
  • niedziela, 14 czerwca 2015
    • RYBY, OWOCE MORZA A ALERGIA

       

      Tytułem postscriptum do artykułu o rybach (zob.: zdrowedzieci.blox.pl/2015/05/RYBY.html ), słowo o nadwrażliwości pokarmowej na ryby i owoce morza:

       

      Jak pisze prof. Jonathan Brostoff, światowej sławy alergolog (w swojej książce pt. Food Allergies and Food Intolerance, Healing Arts Press 2000 r., str. 66), w przypadku spożywania ryb lub owoców morza mogą wystąpić reakcje alergiczne lub pseudoalergiczne. Problem polega na tym, że to nie same ryby czy owoce morza mogą powodować negatywną reakcję organizmu, a zanieczyszczenia obecne w tego rodzaju żywności (czego konsumenci / pacjenci i lekarze mogą być nieświadomi). Do tych zanieczyszczeń profesor zalicza m.in. toksyny obecne w stworzeniach, którymi żywią się ryby, skorupiaki i mięczaki, poza tym ścieki, chorobotwórcze bakterie i wirusy obecne w wodach przybrzeżnych, jak również ogromne ilości konserwantów w postaci benzoesanów dodawanych do owoców morza po ich odłowieniu.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 czerwca 2015 17:59
  • piątek, 12 czerwca 2015
    • GLUTAMINIAN SODU

       

      Glutaminian sodu, jako sztucznie syntetyzowany dodatek do żywności występuje w wielu przemysłowo przetworzonych produktach spożywczych. W zasadzie nie powinnam poświęcać mu uwagi na moim blogu, bo co bardziej wnikliwi Czytelnicy już wiedzą, że nie są pokarmem produkty wysokoprzetworzone, a tym bardziej produkty z jakimikolwiek sztucznymi dodatkami (dla przypomnienia: pokarm w moim rozumieniu to substancja, która w żaden sposób nie truje i która wzmacnia organizm oraz w razie potrzeby – leczy). Ale ponieważ glutaminian sodu jest dość powszechnie i beztrosko serwowany dzieciom, stwierdziłam, że tematu nie należy pozostawiać domysłom. Wszak ostrożności nigdy za wiele, jeśli zależy nam na bezpieczeństwie dzieci.

      W mojej kilkuletniej wędrówce po rozmaitych książkach poświęconych zdrowiu człowieka natknęłam się na sporo merytorycznie uzasadnionych ostrzeżeń względem glutaminianu sodu. Uważam, że tę wiedzę powinien mieć każdy rodzic, każdy opiekun dziecka, a nawet każdy nauczyciel. Ten ostatni - choćby z racji kilkudniowych wycieczek szkolnych, w czasie których dziecko zdane jest całkowicie na jedzenie spoza domu.

       

      CO TO JEST GLUTAMINIAN SODU

      Glutaminian sodu ma symbol E621, czasami oznaczany jest też jako MSG (od ang.: monosodium glutamate). Jest to sól kwasu glutaminowego, a pochodna kwasu glutaminowego - glutamina to jeden z 20 aminokwasów tworzących białka. Kwas glutaminowy występuje w naturze, ale jest też sztucznie pozyskiwany dla celów przemysłu spożywczego czy medycznego.

      Naturalne źródło kwasu glutaminowego to mięso, owoce morza, grzyby, warzywa, sery i mleko, jak również organizm ludzki, który go sam wytwarza (w związku z tym glutamina nie jest aminokwasem niezbędnym).

      Glutamina w organizmie człowieka pełni rolę neuroprzekaźnika pobudzającego w mózgu, ma ważne znaczenie w metabolizmie i wytwarzaniu energii, jest też najważniejszym paliwem dla nabłonka jelitowego i układu odpornościowego. Synteza glutaminy może zajść w każdej komórce.

       

      GDZIE WYSTĘPUJE SZTUCZNY GLUTAMINIAN SODU

      Glutaminian sodu (MSG) jest sztucznie syntetyzowany w celu produkcji dodatku do żywności będącego tzw. polepszaczem smaku oraz jako składowa substancji konserwujących. W medycynie wykorzystywany jest do produkcji niektórych szczepionek. Stosowany jest w takich produktach spożywczych jak kostki rosołowe, przyprawa maggi, wegeta i inne mieszanki suszonych warzyw, przyprawy i marynaty do mięs, zupy w proszku, przyprawy ziołowe, keczup, sosy, konserwy mięsne, wędliny, czipsy, sosy do sałatek, pizza itp. Glutaminian jest powszechnie stosowanym składnikiem w restauracjach; trudno trafić na zupę czy sos bez dodatku wegety, przyprawy maggi czy innej przyprawy zawierającej MSG (sama tego doświadczyłam, próbując kiedyś uzgodnić z kucharzem restauracji menu dla moich Dzieci).

      Jak pisze dr Bruce Fife (zob. źródła – poniżej), ponieważ społeczeństwo staje się bardziej świadome zagrożenia powodowanego glutaminianem sodu, producenci żywności często ukrywają ten składnik, dodając go  w innej postaci. Konserwanty zawierające MSG to między innymi hydrolizowane białka roślinne, kazeinian sodu, kazeinian wapnia, ekstrakt drożdżowy, autolizowane drożdże, izolat białka sojowego, czy białko upostaciowane. [...] Jednym z bardzo wieloznacznych z nazwy, ale popularnych składników są „naturalne przyprawy”. Pomimo słowa „naturalne”, jest to bardzo często termin określający glutaminian sodu.

       

      DLACZEGO NALEŻY UNIKAĆ SZTUCZNEGO GLUTAMINIANU SODU

      Składnikiem niebezpiecznym w glutaminianie sodu jest glutamina. Pomimo, że glutamina jest potrzebna człowiekowi i że występuje w naturalnych pokarmach, należy unikać jej w sztucznie pozyskanej formie. Tak jak w przypadku każdej innej substancji odżywczej, decydująca jest dawka i naturalne otoczenie substancji: naturalna kompozycja, jaką ta substancja współtworzy z innymi substancjami pokarmowymi (taką kompozycją jest np. naturalne, nieprzetworzone mleko czy mięso). W naturalnej kompozycji chemicznej, glutamina związana jest z innymi aminokwasami, tworząc białka. Białka te rozkładane są w przewodzie pokarmowym człowieka na pojedyncze aminokwasy (w tym – na glutaminę) stopniowo, w związku z tym poziom glutaminy we krwi wzrasta powoli i jest kontrolowany przez organizm. Poza tym, glutamina w postaci naturalnej nie przekracza bariery krew-mózg. Natomiast glutamina pochodząca z syntetyzowanego MSG (oczyszczona, „rafinowana” glutamina) występuje w wolnej formie, a więc nie wymaga rozbicia na części z wyższej formy białkowej, przez co jest szybciej wchłaniana do krwi. Taka oczyszczona glutamina ma zdolność do przekroczenia bariery krew-mózg ze skutkiem natychmiastowym.

      Inne naturalne źródło glutaminy, jak już wspominałam, to organizm ludzki, który jest w stanie sam wytworzyć sobie glutaminę, w ilościach dokładnie takich, jakich potrzebuje.

      Naturalna glutamina nie szkodzi, w przeciwieństwie do tej zawartej w syntetyzowanym MSG. Dowodem tego jest fakt, że osoby uczulone na sztuczny glutaminian sodu dodany do żywności mogą spokojnie jeść pokarmy z zawartością naturalnej glutaminy, takie jak grzyby, sos pomidorowy czy mięso; nie doznają oni po tych pokarmach jakichkolwiek reakcji alergicznych.

      Sztuczny glutaminian sodu powoduje nie tylko namacalne reakcje alergiczne; jest niebezpieczny w ogóle dla zdrowia, a w szczególności – dla mózgu, zakłócając jego funkcjonowanie i zabijając komórki nerwowe. MSG może powodować aktywność napadową mózgu (epilepsję), może też hamować działanie leków przeciwpadaczkowych. Wiadomo, że niektóre szczepionki zawierają MSG. Bywa, że wkrótce po szczepieniu dziecko dostaje pierwszego ataku padaczki. Mało tego, dr Danuta Myłek określa glutaminian sodu jako współwinnego epidemii autyzmu (obok rtęci zawartej w szczepionkach). Natomiast naturopata Andreas Moritz mówi o uzależniających właściwościach sztucznego MSG, powodujących, że ludzie przejadają się pokarmami, które zawierają ten związek chemiczny.

      Jak już wspomniałam, glutamina należy do neuroprzekaźników pobudzających obecnych w mózgu. Według dr. Bruce’a Fife, zbyt wielka ich [neuroprzekaźników] ilość może spowodować nadmierną stymulację neuronów, pobudzając je do gorączkowego szału aktywności elektrycznej, wyczerpując ich zapasy energii i prowadząc do ich śmierci. W trakcie tego procesu wytwarza się duża ilość niszczących wolnych rodników, prowadzących do powstania stanów zapalnych i uszkodzenia komórek, co pogarsza jeszcze sytuację. Mowa jest tu o zjawisku tzw. ekscytotoksyczności, czyli o patologicznym procesie, w którym neurony są uszkadzane i zabijane przez glutaminian, kwas asparaginowy (występującym w sztucznym słodziku – aspartamie) i inne związki chemiczne (często występujące w pożywieniu) o podobnym działaniu. Skutkiem śmierci określonej ilości neuronów są różnego rodzaju problemy neurologiczne (np. problemy z pamięcią,  pogorszenie sprawności intelektualnej, utrata koordynacji ruchowej) i choroby neurodegeneracyjne (takie jak Alzheimer, Parkinson, SLA, pląsawica Huntingtona, otępienia, udary).

      Reakcje alergiczne po spożyciu glutaminianu sodu określa się jako syndrom chińskiej restauracji (glutaminian sodu często stosowany jest w kuchni azjatyckiej). Do tych reakcji należą: bóle głowy, mdłości, biegunka, palpitacje serca, zawroty głowy, trudności w koncentracji, wahania nastroju, zgaga, wysypka i inne objawy.

      Osoby mające alergię na MSG to szczęściarze. Wiedzą, że należy unikać jedzenia produktów zawierających ten konserwant. Lecz pozostali z nas mogą być kompletnie nieświadomi szkód dokonywanych w naszych organizmach (dr Bruce Fife). I na tym wymownym cytacie kończę, mając nadzieję, że temat glutaminianu sodu nie zostanie zaniedbany przez moich Czytelników.

       

      Wpis ten dedykuję mojej Cioci Jadwidze - ekspertce w dziedzinie chemii, w podziękowaniu za cenne konsultacje.

       

      Źródła:


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „GLUTAMINIAN SODU”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 12 czerwca 2015 15:20
  • piątek, 05 czerwca 2015
    • MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE DO ARTYKUŁU O SOLI

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2015 15:35
    • SÓL

       

      Sól to kolejny pokarm, nad którym musimy się pochylić. Podobnie jak woda, sól używana jest codziennie, a jak wiadomo, częstotliwość ekspozycji organizmu człowieka na dany czynnik ma duży wpływ na jego zdrowie. Sól znajduje się nie tylko w domowej solniczce, ale również w wielu produktach przetworzonych, które kupujemy (w konserwach, wędzonych rybach, wędlinach, serach żółtych, czipsach, dodatkach typu musztarda, keczup, majonez itd., sól stosowana jest również jako konserwant) oraz w dużej ilości w zwykłym chlebie (choć tej ilości nie odczuwa się w smaku) i w innego rodzaju przemysłowych wypiekach. Zdarza się, że po posiłku zjedzonym w restauracji lub w jakimś fast-foodowym lokalu chce nam się bardzo pić...

      Czy musimy ograniczać sól? A może należałoby w ogóle wyeliminować ją z diety dziecka? Przyjrzyjmy się bliżej tej substancji, aby znaleźć odpowiedź.

       

      ROLA SODU I CHLORU W ORGANIZMIE

      Głównym składnikiem każdego rodzaju soli jest chlorek sodu. Zastanówmy się, czy zalecenia całkowitej eliminacji soli z diety lub silne ograniczanie jej są uzasadnione. Jaką rolę w organizmie odgrywają sód i chlor? Przytoczę cytaty z artykułu o znaczeniu fizjologicznym soli, opublikowanego przez Instytut Żywności i Żywienia:

      Sól to nazwa zwyczajowa chlorku sodu (NaCl). Sól jest niezbędna dla życia i dla utrzymania  dobrego stanu zdrowia. [...] Występowanie nadciśnienia jest związane z wysokim spożyciem sodu i niskim spożyciem potasu. Powstaje jednak pytanie, czy zalecenie ograniczenia spożycia soli ma praktyczne znaczenie dla ciśnienia tętniczego?

      Sód i chlor regulują ciśnienie tętnicze krwi, biorą udział w kontroli bilansu płynów w organizmie i zapewniają dobre warunki dla pracy mięśni i układu nerwowego. Sód uczestniczy w aktywnym wchłanianiu wielu składników odżywczych, na przykład glukozy i aminokwasów. Średnio w organizmie dorosłego człowieka znajduje się 90 g sodu, z czego połowa jest obecna we krwi i innych płynach, ponad 1/3 w kościach a pozostałe ilości wewnątrz komórek organizmu.

      Średnie spożycie sodu wynosi od 2 do 6 g dziennie, chociaż organizm potrzebuje nie więcej niż 0,5 g sodu na dobę. Zapotrzebowanie zwiększa się w czasie nasilonych strat, na przykład w czasie miesiączki, karmienia piersią i silnego pocenia się.

      O roli samego chloru możemy dowiedzieć się ze strony Biosłone:

      Chlor pod postacią anionu chlorkowego bierze aktywny udział w utrzymaniu równowagi kwasowo-zasadowej płynów ustrojowych – krwi, limfy i płynów komórkowych. Wspomaga wątrobę w procesie usuwania toksycznych produktów przemiany materii. Jako składnik kwasu żołądkowego, bierze udział w niszczeniu drobnoustrojów zawartych w zjadanym pokarmie. Obecność chloru w przewodzie pokarmowym wpływa na wchłanianie białek, żelaza i wapnia. [...] Niedobór chloru – spowodowany niedostateczną ilością w pożywieniu soli z jednej strony, oraz często występującymi wymiotami, biegunkami, silnym poceniem się i zaburzeniami funkcjonowania nerek z drugiej – może wpłynąć na złe przyswajanie białek, żelaza i wapnia, a także na niedostateczne likwidowanie bakterii w żołądku oraz pasożytów w jelicie cienkim. Dobrym źródłem anionu chlorkowego jest sól kuchenna (chlorek sodu), mięso zwierząt oraz sole mineralne zawarte w pokarmach pochodzenia roślinnego, głównie warzywach, a także w skórkach niektórych owoców.

      Według Jerzego Zięby, autora Ukrytych terapii, picie wody z dodatkiem szczypty soli pozwala na właściwe nawodnienie organizmu, ma tym samym znaczenie ogólnoustrojowe, sprzyja procesom biochemicznym; lekko osolona woda ma znaczenie odżywcze. Przeciwne działanie wykazują takie napoje, jak kawa czy herbata, które odwadniają organizm. Ktoś mógłby zadać pytanie: po co dosalać wodę, skoro mamy nadmiar soli w produktach przetworzonych (np. w wędlinach)? Nie mam sprawdzonej naukowo odpowiedzi, z chęcią zapoznałabym się z opinią samego Jerzego Zięby na ten temat. Natomiast, przez analogię do pewnych mądrych zasad odżywiania (nawiązujących do właściwego komponowania posiłków z różnych składników) wiem, że dla organizmu ma znaczenie, czy spożywamy kilka substancji pokarmowych osobno czy jednocześnie, w połączeniu, ma to znaczenie dla przyswajalności poszczególnych składników. Inaczej trawimy i przyswajamy pyszną, odpowiednio przyprawioną zupę, a inaczej poszczególne jej składniki jedzone osobno. Smak też może nam coś podpowiedzieć: zazwyczaj lepiej smakują kompozycje pokarmowe, a nie pojedyncze składniki. Na marginesie wspomnę, że woda z dodatkiem soli ma bardzo ciekawy smak i moje Dzieci czasami taką wybierają.

       

      SÓL WARZONA OCZYSZCZONA

      Sól warzona oczyszczona to oczyszczona sól kamienna lub oczyszczona i odparowana naturalna solanka. Składa się w prawie 100% z chlorku sodu. Pozbawiona jest wszystkich naturalnych składników mineralnych występujących w soli kamiennej. Przez analogię do innych sztucznie wyekstrahowanych substancji z naturalnych źródeł (np. cukru – sacharozy uzyskanej z trzciny cukrowej lub buraków cukrowych czy pozbawionych naturalnych witamin i minerałów olejów rafinowanych uzyskiwanych z pełnowartościowych nasion i orzechów) można wnioskować, że sól wydarta z naturalnej kompozycji pierwiastków i związków chemicznych nie sprzyja procesom metabolicznym zachodzącym w organizmie człowieka, nie przyczynia się do jego zdrowia, mało tego, może powodować problemy.

      Jest jeszcze jeden aspekt, nad którym zastanawiam się. Zadałam sobie pytanie: w jaki sposób uzyskuje się czystą sól z naturalnej solanki (roztworu soli w wodzie) w trakcie warzenia, skoro paruje tylko woda? W dostępnych mi źródłach znalazłam odpowiedź, że solanka jest chemicznie klarowana zanim przejdzie do etapu warzenia. Na stronie internetowej Kopalni Soli w Wieliczce można znaleźć dokładny opis chemiczny procesu oczyszczania solanki. Czytamy: Oczyszczanie solanki polega na uwolnieniu solanki z zanieczyszczeń chemicznych w postaci związków wapnia i magnezu oraz zanieczyszczeń mechanicznych głównie w formie piasku, iłów i szlamu. W procesie tym wykorzystywana jest mikstura składająca się z roztworu sody amoniakalnej i sody kaustycznej. Z solanki wytrącane są związki wapnia i magnezu (węglan wapnia, wodorotlenek magnezu), powstaje też siarczan sodu. Jak taki proces wpływa na właściwości produktu końcowego - oczyszczonej soli, w kontekście oddziaływania na organizm ludzki? Czy w soli pozostają jakiekolwiek ilości śladowe substancji niepożądanych (tak, jak w procesie rafinacji olejów, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/11/OLEJE-ROSLINNE-RAFINOWANE.html )? Nie wiem, zastanawiam się tylko, jako konsumentka i laik w dziedzinie chemii.

      Na półkach sklepowych najczęściej spotykamy właśnie oczyszczoną sól warzoną. Taka sól też z reguły stosowana jest w przemyśle spożywczym, na stołówkach i w restauracjach.

       

      SÓL KAMIENNA

      Sól kamienna to naturalne złoże mineralne, składające się głównie z chlorku sodu, któremu mogą towarzyszyć rozmaite mikroelementy, w tym – pierwiastki niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu ludzkiego, w śladowych ilościach, w naturalnej kompozycji.

      Sól kamienna wydobywana jest w kopalniach, w postaci bloków, kamieni lub brył, tradycyjną metodą górniczą. Poddawana jest jedynie obróbce mechanicznej: kruszeniu, mieleniu i sortowaniu (uzyskiwane są różne ziarnistości soli). Ciekawostką jest fakt, że sól kamienna to dawna sól morska: pochodzi z mórz, które zniknęły z powierzchni ziemi dawno, dawno temu, kiedy morza nie były jeszcze zanieczyszczone przez człowieka.

      Tanią i dostępną solą kamienną, jaką możemy zakupić nawet w hipermarkecie jest Sól Kłodawska. Sól ta zawiera biopierwiastki tworzące kompleksy łatwo przyswajalne przez organizm ludzki. W jej naturalny skład, oprócz chloru i sodu wchodzą takie pierwiastki jak żelazo, wapń, magnez, cynk, potas i jod. Na etykiecie opakowania Soli Kłodawskiej można przeczytać: Sól kuchenna z Kłodawy pochodzi z ekologicznie czystego okresu cechsztyńskiego. Powstała około 250 milionów lat temu z odparowania wód morskich.

      Inną popularną, choć nienajtańszą solą kamienną jest Sól Himalajaska, wydobywana w Pakistanie. Uważa się ją za najczystszą i najzdrowszą sól świata. Zawiera 84 pierwiastki. Spojrzałam na analizę tych pierwiastków i znalazłam tam, pośród wielu potrzebnych człowiekowi pierwiastki takie jak... rtęć, aluminium czy pierwiastki radioaktywne. Chętnie usłyszałabym wypowiedź jakiegoś niezależnego eksperta na temat tej analizy w kontekście powszechnej opinii o Soli Himalajskiej. Jestem zwolenniczką spożywania naturalnych pokarmów, w ich niezmienionej przez człowieka, naturalnej kompozycji pierwiastków, ale w tym przypadku mam pewne obawy (choćby ze względu na wszechobecne zanieczyszczenie środowiska pierwiastkami toksycznymi i wynikającą z tego możliwość kumulacji trucizn w organizmach ludzi).

       

      SÓL MORSKA

      Sól morska, podobnie jak sól kamienna, oprócz chlorku sodu zawiera potrzebne człowiekowi rozmaite mikroelementy, w tym – jod. Zawartość chlorku sodu jest mniejsza niż w soli kopalnianej. Zagrożeniem w soli morskiej są substancje toksyczne występujące we współczesnych morzach, które przedostają się do soli, np. metale ciężkie (ten sam problem występuje w przypadku ryb, owoców morza, glonów jadalnych).

      Sól morska pozyskiwana jest z procesie odparowywania wody morskiej.

       

      ANTYZBRYLACZ

      Sól, jaką najczęściej ludzie spożywają jest bielutka (sól warzona, oczyszczona) i idealnie sypka. Tę drugą właściwość uzyskuje się poprzez dodanie do soli antyzbrylacza. Jako substancja przeciwdziałająca zbrylaniu się soli stosowany jest żelazocyjanek potasu (symbol E 536). Związek ten jest toksyczny dla człowieka, więc ustalono normy określające maksymalne „bezpieczne” spożycie. Żelazocyjanek potasu ma działanie mutagenne wobec bakterii i drożdży, może też mieć wpływ na ludzki materiał genetyczny. W spożyciu doustnym jest toksyczny dla myszy w ilości 2970 mg/kg, a w dawce 1600 mg/kg - śmiertelny dla szczurów. Po spożyciu przez człowieka (w określonych ilościach) może wywołać podrażnienie przewodu pokarmowego, mdłości, wymioty, biegunkę, skurcze brzucha. Żelazocyjanek potasu jest dopuszczony do stosowania jako dodatek do żywności w Unii Europejskiej, natomiast w Stanach Zjednoczonych jest zakazany.

      Należy zwrócić uwagę na fakt, że w przypadku produktów spożywczych z dodatkiem soli, na etykiecie tych produktów mamy informację tylko o soli, bez wzmianki o dodatku w postaci antyzbrylacza. Może to dotyczyć również produktów tzw. zdrowych, „bez sztucznych dodatków”. Sprawdziłam to sama, kontaktując się z producentem pewnego „zdrowego” chleba żytniego pieczonego na zakwasie. Dzięki uczciwości producenta dowiedziałam się, że stosuje on sól z antyzbrylaczem.

       

      JOD

      Sól, jaką nabywamy w sklepach jest często jodowana, w celach zdrowotnych. Czy sztuczne dodawanie jodu do soli ma sens? Zacytuję fragment książki Jerzego Zięby pt. Ukryte terapie, odnoszący się do stosowania jodu jako dodatku do soli: Sól jodowana zawiera jod, ale tylko w postaci jodku potasu, a nasz organizm MUSI mieć też jod w postaci pierwiastkowej, niezwiązanej, tak jak to jest w płynie Lugola. [...] Zanim w USA wprowadzono sól jodowaną, w zasadzie nie występowały choroby tarczycy z grupy autoagresji jak np. choroba Hashimoto, pomimo tego, że w tym samym czasie amerykańscy lekarze litrami stosowali płyn Lugola niemalże „na wszystko” (str. 251 – 252).

       

      ZANIECZYSZCZENIA

      Jakiś czas temu rozmawiałam z właścicielem pewnej znanej piekarni, produkującej „zdrowe” pieczywo, tj. pieczywo bez konserwantów, bez spulchniaczy itp. Zapytałam o rodzaj stosowanej w piekarni soli, chcąc dowiedzieć się, czy jest to sól z antyzbrylaczem. Otrzymałam kontakt do producenta soli, dotarłam do specyfikacji produktu. Okazało się, że jest to sól bez antyzbrylacza, ale też, że sól ta zawiera pewne ilości... metali ciężkich: ołowiu (maksymalnie 1 mg/kg), kadmu (maksymalnie 0,05 mg/kg), rtęci (maksymalnie 0,03 mg/kg) i arsenu (maksymalnie 0,5 mg/kg)! Skąd wzięły się te pierwiastki? Czy to naturalna kompozycja soli? Z dokumentu wynika, że w procesie produkcji zastosowano jedynie naturalne solanki i sól kamienną.

      Oczywiście, można powiedzieć, że mamy do czynienia z małymi ilościami substancji toksycznych, nieprzekraczającymi norm, a więc teoretycznie nieszkodliwymi. Chcę jednak jeszcze raz przypomnieć słowa dr inż. Barbary Mikołajczyk (zob. http://zdrowedzieci.blox.pl/2015/05/WODA.html ): Zwraca ona [medycyna środowiskowa] uwagę na stale zwiększającą się liczbę osób nadwrażliwych, u których nawet śladowe ilości substancji toksycznych, czasem pojedyncze cząsteczki, w stężeniach znacznie niższych od dopuszczalnych norm są zdolne wywołać reakcje chorobowe.

       

      CO ROBIĆ?

      Sól traktuję tak samo, jak każdy inny pokarm, stawiam jej takie same warunki, tj.:

      • musi być wolna od substancji szkodliwych (a więc wykluczam sól z toksycznymi pierwiastkami pochodzącymi z zanieczyszczeń i z antyzbylaczem);
      • musi być całkowicie naturalnym produktem (wykluczam sól warzoną z solanki oczyszczonej, wykluczam też sól sztucznie jodowaną);
      • musi być tak dobrana w dawce, aby posiłek smakował dziecku; może to oznaczać, że czasami dziecko zechce zjeść ziemniaki bez soli, a czasami posoli sobie więcej, niż oczekiwalibyśmy tego, a nawet – zechce nabrać paluszkiem do buzi samej soli (i tu naszym zadaniem jest respektować wybory dziecka).

      Warto stworzyć dziecku takie warunki, aby mogło wypróbowywać smak poszczególnych potraw z różną ilością soli i bez soli. Mniejsze dzieci mają większą wrażliwość na smak soli (oraz innych przypraw) niż dzieci starsze czy osoby dorosłe i o tym należy pamiętać; potrafią wychwycić najmniejszą różnicę w smaku, która dla nas jest niewyczuwalna.

      Jak w przypadku każdego innego pokarmu w jadłospisie dziecka, pozwólmy Małemu Człowiekowi dobrać sobie taką dawkę soli, jakiej potrzebuje, ufając jego Instynktowi - mądrości Natury. Nam pozostaje chronić dziecko przed szkodliwymi substancjami i wysokoprzetworzonymi produktami przemysłu spożywczego oraz... nie przeszkadzać mu w jego wyborach.

       

      W kolejnym wpisie wskażę materiały źródłowe, z których korzystałam, pisząc ten artykuł.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SÓL”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2015 15:23
  • piątek, 29 maja 2015
    • WODA

       

      Woda. Coś, co spożywamy codziennie, coś, czego nie da się uniknąć czy choćby spożywać w rotacji... Woda to pokarm (tak, pokarm – substancja odżywcza, nie pomyliłam się), o którego jakość powinniśmy dbać najbardziej, właśnie ze względu na częstotliwość spożywania jej. Z ryb lub innego pokarmu możemy zrezygnować, bez uszczerbku na zdrowiu, ale z wody nie. Jakość, w przypadku wody, to przede wszystkim jej czystość, czyli brak szkodliwych substancji. A może to przesada: czepiać się nawet wody? Tak by z pozoru wydawało się, ale nie chowajmy głowy w piasek i stawmy czoła rzeczywistości, jeśli zależy nam, aby pokolenie naszych Dzieci żyło nie tylko długo, ale i szczęśliwie, w pełni sił przez całe życie, bez chorób cywilizacyjnych takich jak zaburzenia pracy tarczycy, choroby skóry, rak, różnorodne zaburzenia psychiczne, autyzm czy wiele, wiele innych schorzeń. Zadbajmy o jakość wody tak samo jak o jakość jedzenia, które podajemy naszym Pociechom.

      Poniżej przedstawię informacje na temat wody, jakie udało mi się zebrać.

       

      WODA Z KRANU

      Trudno znaleźć współcześnie wodę wolną od szkodliwych zanieczyszczeń na potrzeby codziennego użytku. Wydaje się, że woda z kranu jest... czysta. Nie jest jednak wyborem idealnym, na pewno nie.

      Dzwoniłam w tym tygodniu do naszego lokalnego oddziału Sanepidu (nie pierwszy raz zresztą), aby dowiedzieć się, co połykają moje Dzieci wraz z wodą z kranu. Otrzymałam wyniki pomiaru zawartości niektórych pierwiastków i substancji, którego dokonano w naszej stacji uzdatniania wody w marcu tego roku. Pomiar ten nie obejmuje zanieczyszczeń, jakie mogą pojawić się między stacją, a końcowym punktem odbioru wody, czyli naszym domem. Nie wiadomo, czy istnieją jeszcze na tym odcinku rury z zawartością azbestu. Nie wiadomo, ile pestycydów może przedostawać się do wody, która już opuściła stację uzdatniania; wprawdzie rury biegną przez tereny, na których od kilkudziesięciu lat nie ma użytków rolnych, jednak nie wiadomo, czy i jakie środki chemiczne stosują właściciele tych terenów (choćby ci uprawiający ogrody działkowe czy ogródki przydomowe). Niektóre pestycydy, wg informacji z Sanepidu, rozkładają się dopiero po pięćdziesięciu latach. Nasza woda jest chlorowana. Stężenie chloru ma wartość wyższą w punkcie stacji uzdatniania niż w końcowym punkcie odbioru wody (chlor nie jest substancją stabilną w wodzie, szybko ulatnia się). Wyniki pomiaru pierwiastków i substancji, o jakie zapytałam są następujące:

      • Glin: < 0,010 mg/l, wartość maksymalna 0,2 mg/l;
      • Rtęć: < 0,0002 mg/l, wartość maksymalna 0,001 mg/l (w zeszłym roku wynik wyniósł 0,0005 mg/l);
      • Ołów: < 0,002 mg/l, wartość maksymalna 0,01 mg/l;
      • Arsen: < 0,0005 mg/l, wartość maksymalna 0,01 mg/l;
      • Chlor: < 0,2 – 0,3 mg/l, wartość regulowana w stacji;
      • Pestycydy sumarycznie: 0,0145 µg/l, wartość maksymalna 0,5 µg/l;
      • Twardość wody wg zawartości węglanu wapnia: 464 mg/l, wartość maksymalna 500 mg/l.

      Jak widać, wartości poszczególnych substancji trujących są minimalne i nie przekraczają ustalonych urzędowo norm. Czy chcemy jednak, aby nasze Dzieci piły wodę z jakąkolwiek zawartością trucizn? Można zadać bardziej merytoryczne pytania: czy podane wartości na pewno nie mają negatywnego wpływu na delikatny organizm dziecka, na organizm dziecka chorego, na organizm dziecka z zaburzeniami metabolicznymi, z chorym układem immunologicznym czy z osłabioną funkcją nerek? Czy twórcy norm biorą pod uwagę kumulację szkodliwych pierwiastków czy substancji, które pochodzą też z innych źródeł, np. z powietrza, kosmetyków, środków czystości, produktów spożywczych, leków, szczepionek itd.? Można też zapytać o synergię, czyli wzmocnione działanie połączonych dwóch lub więcej różnych substancji (podobne pytania zadawałam przy omawianiu zanieczyszczeń w rybach, które spożywamy, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2015/05/RYBY.html ). Sam pracownik Sanepidu, który udzielał mi informacji zaznaczył, że dziecko z osłabionym układem immunologicznym lub ze słabiej funkcjonującymi nerkami może mieć problemy z taką wodą! Urzędnicy jednak nie mogą interweniować, jak dodał, dopóki normy nie zostaną przekroczone...

      Informacje z Sanepidu dotyczą tylko wybranych przez mnie toksycznych pierwiastków i substancji występujących w wodzie z kranu, natomiast należy zdawać sobie sprawę, że takich pierwiastków i substancji jest znacznie więcej w wodzie kranowej. Poza rtęcią, glinem, arsenem, ołowiem, chlorem i pestycydami należą do nich: azbest, azotany i azotyny, chlorany i nadchlorany, chloroform, chloronaftaleny, detergenty, fenol, kadm i inne. Wyczerpujący artykuł na temat trucizn w wodzie można przeczytać tutaj: Najbardziej niebezpieczne związki chemiczne występujące w wodzie pitnej. Autorką artykułu jest dr inż. Barbara Mikołajczyk. Dr Mikołajczyk przez kilkanaście lat pracowała w zakładach wodociągowych we Wrocławiu, następnie w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, a przez ostatnie lata swojej kariery zawodowej w Instytucie Ochrony Środowiska. We wszystkich instytucjach zajmowała się badaniem zanieczyszczenia wód powierzchniowych oraz pitnych. Jest w Polsce uznanym specjalistą w dziedzinie toksykologii substancji chemicznych pochodzących z wody pitnej, autorką książki Rakotwórcza woda. Zacytuję pewne fragmenty artykułu dr Mikołajczyk, potwierdzające moje obawy względem wody kranowej, podkreślając najistotniejsze informacje:

      Żyjemy w okresie, w którym coraz częściej mówi się o chorobach cywilizacyjnych, których przyczyną - oprócz stresów - są różne substancje chemiczne zgromadzone w nadmiarze w środowisku naturalnym. Należy przy tym zwrócić uwagę, że choroby te nie są wynikiem maksymalnych stężeń toksyn, lecz mikrostężeń (stężeń subtoksycznych), często niezauważalnych, ale kumulujących się w organizmie.

      Zwraca ona [medycyna środowiskowa] uwagę na stale zwiększającą się liczbę osób nadwrażliwych, u których nawet śladowe ilości substancji toksycznych, czasem pojedyncze cząsteczki, w stężeniach znacznie niższych od dopuszczalnych norm są zdolne wywołać reakcje chorobowe.

       

      WODA BUTELKOWANA

      Większość wód w Polsce, w tym – wód głębinowych jest zanieczyszczona, w związku z powszechnym zanieczyszczeniem środowiska. W związku z tym rodzi się pytanie, czy woda kupowana w butelkach jest całkowicie wolna od toksycznych pierwiastków i związków chemicznych? Pozostawię to pytanie retorycznym, cytując ponownie fragment artykułu dr Mikołajczyk: Wody gruntowe, które wypełniają studnie, wody powierzchniowe, będące źródłem wody dla zakładów wodociągowych, oraz wody głębinowe stanowiące surowiec dla wód mineralnych (w ostatnich latach zarejestrowano w Polsce ponad 500 nowych źródeł tych wód), są swoistym śmietnikiem dla wszystkich związków chemicznych, które woda łatwo rozpuszcza.

      Następny aspekt związany z wodą butelkowaną to rodzaj butelek; najczęściej kupujemy wodę w butelkach plastikowych. Niestety, plastik w śladowych ilościach może przedostawać się do wody, co zauważają lekarze u pacjentów ze skrajną wrażliwością na tego rodzaju zanieczyszczenia: pacjenci ci reagują na wodę, która miała kontakt z plastikiem.

      Woda butelkowana ma też inną wadę: taka woda sprzyja rozwojowi rozmaitych bakterii. Najczęściej nie są to bakterie szkodliwe dla zdrowia, ale woda z butelki nie nadaje się do picia bez przegotowania w przypadku małych dzieci czy osób z obniżoną odpornością.

      I wreszcie, woda butelkowana w roli wody do picia i do przygotowywania posiłków jest rozwiązaniem stosunkowo drogim.

       

      FILTRY DO WODY

      Istnieją praktycznie dwa rodzaje filtrów usuwających szkodliwe dla zdrowia człowieka substancje z wody: filtry z węglem aktywnym oraz filtry z odwróconą osmozą. Pozostałe rodzaje filtrów (takie jak filtry mechaniczne, filtry zmiękczające wodę i inne) służą głównie zabezpieczeniu urządzeń gospodarstwa domowego przed substancjami nierozpuszczalnymi w wodzie oraz przed kamieniem wytrącającym się z twardej wody. Pamiętajmy, że nie wszystkie pierwiastki towarzyszące czystej H2O są szkodliwe dla człowieka, co więcej – w niektóre składniki mineralne, w pewnych ilościach są potrzebne. Zbyt twarda woda (zawierająca zbyt dużo minerałów) może jednak stanowić nadmierne obciążenie dla nerek.

      Filtry z węglem aktywnym wyłapują chlor, chloroform, czterochlorek węgla, trójchloroetylen, fenole, pestycydy, polichlorowane bifenyle, dioksyny oraz inne cząsteczki organiczne. Wadą takich filtrów jest to, że stanowią one dobre środowisko dla rozwoju bakterii i że nie zatrzymują wszystkich toksycznych substancji znajdujących się w wodzie kranowej. Sposobem na przeciwdziałanie rozwojowi bakterii jest zastosowanie srebra lub stopów miedzi i cynku przez producenta.

      Filtry z odwróconą osmozą działają na zasadzie zastosowania membrany, przez którą mogą przejść jedynie czyste cząsteczki wody – H2O. Takie filtry usuwają więc z wody większość zanieczyszczeń organicznych oraz fluor, ołów, aluminium i inne metale, w przeciwieństwie do filtrów węglowych. Może się zdarzyć, że mała ilość cząsteczek innych niż cząsteczki wody przedostaną się przez membranę, w tym – szkodliwe cząsteczki związków chloru. Dobrym zabezpieczeniem przed tym zjawiskiem jest zastosowanie filtra węglowego w połączeniu z filtrem osmotycznym. Woda oczyszczona przez filtr osmotyczny zostaje pozbawiona nie tylko szkodliwych substancji, ale niestety również - wartościowych dla człowieka, naturalnie towarzyszących wodzie składników mineralnych. Wadą filtrów z odwróconą osmozą jest więc pozbawienie wody pitnej cennych substancji mineralnych, takich jak wapń, magnez, potas. Wśród ekspertów zdania są podzielone, co do sposobu postępowania przy spożywaniu wody pozbawionej wszelkich substancji mineralnych. Jedni uważają, że zapotrzebowanie człowieka na te substancje zostaje całkowicie zaspokojone przy dobrze zbilansowanej diecie, poprzez pozyskiwanie tych substancji jedynie z pożywienia. Inni uważają, że dietę należy uzupełniać suplementami mineralnymi, jeżeli pijemy wodę z filtra z odwróconą osmozą. Są też tacy, którzy radzą, aby suplement mineralny rozpuścić w wodzie przed jej wypiciem, bo jest to warunek właściwego wykorzystania wody przez organizm (w długim okresie czasu picie wody bez minerałów, nawet przy bogatej w minerały diecie może powodować problemy zdrowotne). Profesor Brostoff (zob. „źródła“ poniżej) zaleca tę trzecią opcję. Myślę, że dobrym dodatkiem do wody byłaby sól kamienna (zob. wykłady Jerzego Zięby).

       

      CO ROBIĆ?

      Nie wiem, nie mam gotowej odpowiedzi na to pytanie. Pozostaje mi jedynie zachęcić moich Czytelników do dokonania świadomego wyboru, między większym i mniejszym złem, do przemyślenia sprawy, bo bezczynność może okazać się najgorszym rozwiązaniem.

       

       

      Źródła:


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „WODA”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 29 maja 2015 16:33
  • czwartek, 28 maja 2015
    • POLSKA AKADEMIA ZDROWIA

       

      Zapraszam moich Czytelników do Polskiej Akademii Zdrowia. Jest to organizacja non-profit promująca zdrowie i profilaktykę zdrowotną, zrzeszająca ludzi zainteresowanych działaniem na rzecz edukacji społecznej w tej dziedzinie.

      Jednym z celów PAZ jest połączenie osiągnięć medycyny akademickiej z naturalnymi, niefarmakologicznymi sposobami leczenia człowieka. Cel ten związany jest ze stworzeniem bezpiecznych warunków leczenia ludzi metodami naturalnymi pod okiem wykwalifikowanego personelu medycznego, nawet w warunkach szpitalnych. PAZ dąży również do stworzenia bazy do badań m.in. żywności w postaci niezależnego laboratorium.

      Szefem Katedry ds. Edukacji Społecznej na Rzecz Zdrowia w PAZ jest Jerzy Zięba, a jednym z członków Katedry jest lek. med. Jadwiga Kempisty.

      Link do strony Polskiej Akademii Zdrowia: PAZ

      Link do strony o misji, celach i zadaniach PAZ: misja, cele, zadania

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 maja 2015 20:27
  • piątek, 22 maja 2015
    • RYBY

       

      W kilku dotychczasowych wpisach poruszałam temat zagrożeń we współczesnej żywności, zwracałam uwagę na fakt, że nie każdy produkt spożywczy jest pokarmem (czyli substancją odżywczą, która wzmacnia organizm: nie truje, chroni i leczy). Przestrzegałam przed cukrem, olejami rafinowanymi, margaryną, przemysłowym mlekiem i przemysłowymi produktami wytwarzanymi z mleka oraz przed wszechobecną współczesną pszenicą w jakiejkolwiek postaci. Do listy tych wątpliwych pokarmów dołączam... ryby. Ryby, które są powszechnie zalecane w dietach, ryby, które kojarzą nam się przede wszystkim ze zdrowym odżywianiem.

      Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale dietetycy i lekarze zalecający jedzenie ryb chowają głowę w piasek. Może z bezsilności. Ja też czasami czuję się bezsilna, gdy mój Chłopczyk na głos marzy o zjedzeniu jakiejś ryby czy owoców morza, nie mogąc oderwać się od przebogatego, kusząco wyeksponowanego stoiska rybnego w hipermarkecie. Tłumaczę mu wówczas, że morza, jak również wody lądowe, z których pochodzą te ryby i owoce morza są katastrofalnie zanieczyszczone, z kolei ryby hodowlane karmione są szkodliwą karmą, żyją w ciężkich, nienaturalnych warunkach i dostają leki, które mogą mieć zły wpływ na organizm człowieka. Niedawno razem, całą rodziną obejrzeliśmy film o produkcji ryb pt. Cała prawda o rybach. Film otworzył moim Dzieciom oczy.

       

      FILM CAŁA PRAWDA O RYBACH

      Z filmu dowiadujemy się, w jakich warunkach hodowany jest łosoś norweski. Stłoczone farmy to istne piekło dla ryb. Na ograniczonym obszarze hodowane są dwa miliony łososi. Ryby chorują, dochodzi do epidemii, ale o tym nie mówi się konsumentom. Do wody z chorymi, dręczonymi przez pasożyty rybami wlewane są neurotoksyczne pestycydy i inne substancje chemiczne. Największą plagą jest wesz łososiowa, która zagnieżdża się w organizmie ryb. Aby z nią walczyć, stosowane są środki chemiczne w coraz większych ilościach. Na dnie morskim pod obszarem hodowlanym odkłada się gruba, piętnastometrowa warstwa mieszaniny odchodów rybich, resztek karmy i rozmaitych środków chemicznych. To skupisko bakterii. Łosoś norweski to jeden z najbardziej toksycznych pokarmów na ziemi. Przemysł rybny funkcjonuje bez należytej kontroli, przez co ryby, które kupujemy i spożywamy są pełne szkodliwych związków chemicznych (dotyczy to też innych gatunków ryb). Toksyny gromadzą się w tłuszczu rybim. W łososiu norweskim hodowlanym jest ich kilkakrotnie więcej niż w innych produktach spożywczych (takich jak hamburgery, jajka, dorsz, mleko, jabłka, ziemniaki). Okazuje się, że to nie pestycydy zawierają najwięcej toksyn, a pasza podawana łososiom.

      Kolejny problem to mutacja genetyczna ryb hodowlanych. Dochodzi do niej w przypadku łososi, jak i dorszy norweskich. Wada genetyczna tych drugich polega na tym, że nie mogą zamknąć otworu gębowego. Mutacja genetyczna pozostaje przez kilka pokoleń i co gorsza, zmutowane dorsze hodowlane łączą się z dzikimi dorszami.

      W filmie mowa jest także o pandze, taniej i popularnej rybie, ochoczo podawanej dzieciom na stołówkach szkolnych czy przedszkolnych w wielu krajach. Hodowle pangi w 95% skupione są w południowym Wietnamie i stamtąd ryba jest eksportowana do krajów na całym świecie. Ryby od urodzenia tuczone są sztucznym pokarmem w postaci granulatu i osiągają wielkość dorosłego osobnika w pół roku, dwa razy szybciej niż na wolności. Hodowane są w ogromnym zagęszczeniu. Po odłowieniu, pangi przetwarza się na mrożone filety, z użyciem dużej ilości konserwantów. Ryby przechodzą etap płukania w wodzie z dodatkiem polifosfatów. Konserwanty sprawiają, że mięso rybie wchłania więcej wody i dzięki temu zyskuje na wadze, traci smak i zapach. Pangi z niektórych hodowli zawierają groźne substancje chemiczne pochodzące z zanieczyszczenia wód (m.in. pestycydami). Ponadto, w wodzie dochodzi do rozrostu bakterii i glonów, a przez to – do zachwiania równowagi biologicznej, co też przyczynia się do chorób ryb. Hodowcy wlewają do stawów przemysłowe ilości lekarstw (m.in. antybiotyków), aby leczyć ryby. Używają również pestycydów. WWF (World Wide Fund for Nature) – Światowy Fundusz na rzecz Przyrody wpisał pangę na listę produktów zagrażających człowiekowi.

      Z filmu dowiadujemy się również, że Bałtyk jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych mórz i że niektóre gatunki ryb w nim żyjących są toksyczne, np. śledź bałtycki. Im tłustsze, tym bardziej toksyczne. Zatruwa się cały łańcuch pokarmowy w morzu. Im wyżej stoi zwierzę w łańcuchu pokarmowym, tym więcej toksyn zawiera jego organizm. Większe ryby są bardziej toksyczne od gatunków mniejszych. Kobiety w ciąży w ogóle nie powinny jeść ryb z Bałtyku. Toksyny zaburzają pracę układu hormonalnego i mogą powodować nowotwory. Przyczyną zanieczyszczenia morza jest przemysł w krajach nadbałtyckich. Z zanieczyszczonych ryb bałtyckich produkowana jest karma dla... ryb hodowlanych i koło zamyka się. Do karmy dodatkowo dodawane są szkodliwe substancje chemiczne, np. przeciwutleniacze takie, jak neurotoksyczna (przekraczająca barierę krew – mózg) i rakotwórcza etoksykina. Jest to niekontrolowana praktyka. Karma okazuje się bardziej toksyczna niż pestycydy dodawane do zbiorników hodowlanych, a ryby hodowlane są jeszcze bardziej zanieczyszczone niż te morskie.

      Zacytuję wypowiedź francuskiego dietetyka z filmu: Kiedyś ryby były naprawdę zdrowe, bo zawierały cenne składniki, jak tłuszcze omega 3 i witamina D. Nie bez powodu podawało się dzieciom tran. Był źródłem tej witaminy. Ale obecnie w rybach są pestycydy, rtęć. [...] To nie są dawne ryby. Musimy o tym wyraźnie mówić. Nic dodać, nic ująć.

      Poniżej – film Cała prawda o rybach:

       


       

      Źródło: Youtube

       

      RAPORT O SUBSTANCJACH NIEPOŻĄDANYCH W RYBACH

      Dla uzupełnienia tematu, przedstawię jeszcze raport opublikowany w ramach projektu badawczego wspieranego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego na temat substancji niepożądanych w rybach morskich i hodowlanych, które trafiają na polski rynek. Dokument został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez Zakład Chemii Żywności i Środowiska Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni we współpracy z Centralnym Laboratorium Instytutu Zootechniki w Krakowie, Państwowym Instytutem Weterynaryjnym w Puławach i Eurofins Steins Laboratorium w Malborku, przez dr. hab. inż. Zygmunta Usydusa, prof. nadzw. oraz dr. inż. Joannę Szlinder-Richert. Link do raportu: Substancje niepożądane w rybach morskich i hodowlanych .

      Zachęcam moich Czytelników do przeczytania całego raportu, ja natomiast odniosę się do wybranych fragmentów pracy:

      Średnie zawartości metali toksycznych (rtęć, ołów, kadm) w badanych gatunkach ryb bałtyckich są niskie w stosunku do maksymalnych wartości dopuszczalnych dla ryb.

      Ryby bałtyckie charakteryzują się najwyższą zawartością rtęci. Jednak są to wielkości o wiele niższe od maksymalnego dopuszczalnego poziomu.

      Łosoś i śledź bałtycki charakteryzują się także najwyższymi zawartościami pestycydów chloroorganicznych i polichlorowanych bifenyli. Jednakże pozostałości tych związków nie powinny budzić zagrożeń dla zdrowia konsumentów.

      Zawartość rtęci w pstrągu (54,8 µg/kg) kształtuje się na tym samym poziomie jak w rybach bałtyckich.

      Ryby hodowlane w Polsce (karp i pstrąg) ze względu na zawartość substancji niepożądanych nie stanowią zagrożeń zdrowotnych dla konsumenta, a wysoka wartość odżywcza pstrąga powinna preferować ten gatunek ryby w diecie.

      W rybach hodowlanych importowanych z Wietnamu i Chin (panga, tilapia) stwierdzono najwyższe, wśród badanych gatunków ryb, zawartości ołowiu. Nie przekraczały one jednak 10% maksymalnej dopuszczalnej zawartości (300 µg/kg tkanki).

      Jestem zdumiona, jestem oburzona treścią raportu, jako konsument i jako matka zdobywająca pożywienie dla swoich dzieci. Mnożą mi się pytania w głowie. Co to są maksymalne wartości (substancji szkodliwych) dopuszczalne dla ryb? Czy twórca norm (dla substancji szkodliwych) zakłada, że istnieją absolutnie bezpieczne, minimalne dawki trucizn, podczas gdy współczesna medycyna nie potrafi jednoznacznie określić przyczyn chorób mózgu czy przyczyn choroby nowotworowej? Czy są przewidziane osobne normy dla dzieci i dorosłych? Nie chodzi tylko o różnice w masie ciała, ale również o wrażliwość organizmu: czy twórca norm bierze w ogóle pod uwagę to, że delikatny, dopiero rozwijający się układ nerwowy dziecka jest bardziej narażony na uszkodzenie przez pierwiastki i związki toksyczne niż układ nerwowy u osoby dorosłej? Czy zastanawia się nad tym, że istnieją osoby dorosłe i dzieci z zaburzeniami metabolicznymi? Organizmy takich osób nie radzą sobie ze sprawnym oczyszczaniem się nawet z małych ilości trucizn, w rezultacie czego dochodzi do ich kumulacji i wystąpienia poważnych zaburzeń czy chorób. Co więcej, szkodliwe substancje mogą upośledzać procesy samoregulacji w organizmie, co prowadzi do koła zamkniętego. Czy normy to uwzględniają? Czy w „wartościach dopuszczalnych” brane są pod uwagę inne niż ryby źródła rtęci, ołowiu i kadmu, z jakimi na co dzień styka się człowiek, innymi słowy, czy brana jest pod uwagę kumulacja trucizn środowiskowych? Poza tym, czy wartości te są takie same dla osób spożywających ryby codziennie, raz na tydzień, raz na miesiąc czy raz na rok? Czy rybę „z maluteńką szczyptą” ołowiu, rtęci, kadmu czy pestycydów możemy z czystym sumieniem podać dziecku z padaczką, dziecku z autyzmem, dziecku z nadwrażliwością pokarmową lub jakiemukolwiek dziecku, kobiecie w ciąży czy osobie dotkniętej chorobą nowotworową? Co by odpowiedział przeciętny pediatra, onkolog czy dietetyk?

      Jestem zdumiona i oburzona treścią raportu i nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, czy tupać nogami. Przerażające są nie tyle informacje na temat samych substancji szkodliwych, co zalecenia dotyczące spożywania ryb zawierających te substancje. Uderza mnie pewien kontrast: z jednej strony wymienione są liczne substancje szkodliwe, o których trudno w ogóle myśleć, spożywając posiłek, a z drugiej – ton tekstu brzmi uspakajająco, podczas gdy powinien włączać światełko alarmowe w głowach konsumentów. Raport jest źródłem dwóch ważnych informacji. Pierwsza informacja: wszystkie najpopularniejsze ryby powszechnie dostępne na rynku polskim, czy to z morza, czy z wód słodkich, czy hodowlane, czy dzikie zawierają trucizny, w tym – trucizny oddziałujące na układ nerwowy. Druga informacja: eksperci nie widzą w tym większego problemu. Zaufałabym im pewnie, gdyby nie „minimalne” przekroczenie normy rtęci w organizmie mojego Chłopczyka, do którego doszło kilka lat temu. Problemy, jakie z tego wyniknęły najmocniej odczuło Dziecko i my – Rodzice, a nie eksperci od ryb, wody pitnej z kranu, żarówek energooszczędnych (świetlówek) czy szczepionek. Ale to już osobny temat.

       

      CO ROBIĆ?

      Problem zanieczyszczenia nie ogranicza się jedynie do ryb; może dotyczyć wszelkich pokarmów morskich: owoców morza (takich, jak krewetki, homary, kraby, małże, kawior, ośmiornice itp.), glonów morskich, tranu, soli morskiej. Co więc można zrobić? Można szukać gospodarstw w czystych, prawdziwie wiejskich terenach oddalonych od wielkiej cywilizacji, gospodarstw zajmujących się naturalną, czystą hodowlą ryb. Ja na takie trafiłam i chętnie wskazuję adres, wspierając szlachetną inicjatywę: Wodne Ogrody . Ceny ryb w tego typu miejscach nie są najniższe. Z tego względu można zmniejszyć ilość spożywanych ryb na rzecz jakości i myślę, że warto to zrobić, zamiast truć się rybami z hipermarketu lub całkowicie rezygnować z mięsa rybiego.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „RYBY”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 22 maja 2015 16:06
  • wtorek, 12 maja 2015
    • ODŻYWIANIE DZIECKA Z ALERGIĄ LUB / I NIETOLERANCJĄ POKARMOWĄ - CZ. II

       

      JAK POSTĘPOWAĆ Z POKARMAMI NIEPOWODUJĄCYMI OBJAWÓW NADWRAŻLIWOŚCI POKARMOWEJ

      Osoby zajmujące się żywieniem dzieci (czy to rodzice, czy to dietetycy przedszkolni czy sami kucharze gotujący dla stołówek dziecięcych) powinny nabyć podstawową wiedzę z zakresu klasyfikacji biologicznej i alergologicznej pokarmów, niezależnie od tego, czy mają do czynienia z dziećmi alergicznymi czy nie. Każde dziecko we współczesnym świecie jest potencjalnym alergikiem lub potencjalnie może nabyć nietolerancję pokarmową; nadwrażliwość może rozwinąć się w każdym wieku, a właściwie, fachowo ułożony jadłospis jest podstawą profilaktyki (i koniecznością, jeśli alergia czy nietolerancja już pojawi się).

      Najważniejszą elementem dobrego jadłospisu jest zmiana i powiązana z nią – różnorodność pokarmów (rotacja). W praktyce oznacza to, że z jednej strony dziecko je wszelkie dostępne pokarmy (mam na myśli pokarmy, a niekoniecznie – produkty spożywcze), a z drugiej – nie je codziennie pszenicy, nie je codziennie pokarmów mlecznych, nie je codziennie mięsa, nie je codziennie marchewki, nie je codziennie słonecznika itd. Codziennie zalecałabym dobry, naturalny tłuszcz, w takich ilościach, jakich dziecko akceptuje. Nie da się przecenić roli tłuszczu w leczeniu dietą. Ale i tłuszcz można rotować; mamy do wyboru: masło surowe, masło klarowane, smalec, nierafinowaną oliwę z oliwek, olej kokosowy czy olej palmowy, nie mówiąc już o pokarmach, które zawierają tłuszcz (np. orzechy, nasiona, boczek, pełnotłuste mleko i jego przetwory, żółtka). Czysty tłuszcz jest pokarmem bezalergenowym, a przy tym spowalnia wchłanianie innych pokarmów, w tym – pokarmów o wysokim indeksie glikemicznym czy pokarmów mogących wywołać negatywną reakcję organizmu. Dlatego tak wskazany jest w przypadku cukrzycy, nadwrażliwości pokarmowej, chorób neurologicznych i innych.

      Przerwy od danego pokarmu mogą być różne, to zależy od stanu zdrowia dziecka; w przypadku dziecka z nadwrażliwością pokarmową (alergią lub nietolerancją), wskazane są przerwy co najmniej trzydniowe w tygodniu. U dzieci wyregulowanych, które osiągnęły szeroko rozumianą równowagę w organizmie (czego oznaką jest pełne, długookresowe zdrowie), bardziej zdajemy się na ich smaki. Wówczas dzieci same wyznaczają sobie przerwy, co może oznaczać, że dziecko przez kilka, a nawet kilkanaście miesięcy je prawie codziennie np. żółtka, a potem, przez kolejne miesiące czy lata jada je sporadycznie lub w ogóle nie spożywa ich. To może dotyczyć jakiegokolwiek innego pokarmu. Sprzymierzeńcem w układaniu zdrowego jadłospisu na przestrzeni roku jest Przyroda: jej cykliczność powinna być odzwierciedlona na talerzach. Np. orzechy laskowe najbardziej smakują jesienią. Warto to uwzględniać i zrobić od nich przerwę w pozostałych porach roku.

       

      KLASYFIKACJA ALERGOLOGICZNA POKARMÓW

      Chcąc właściwie rotować pokarmy, musimy wiedzieć, że z punktu widzenia alergologii mleko, ser żółty, twaróg, śmietana, kefir, jogurt, sernik, zupa zabielana śmietaną i wszelkie inne pokarmy z udziałem mleka lub jego przetworów to... to samo. Do tej grupy zaliczymy czasami nawet... kupny chrzan czy parówki! Tak, tak! Czytajmy etykiety! Czy przyszłoby komuś do głowy, że do chrzanu czy parówki można dodać mleko w proszku? Tak więc, chcąc zrobić dziecku przerwę od tzw. mleka, eliminujemy na określony czas wszystkie w/w pokarmy. To samo dotyczy wszechobecnej pszenicy. Jest ona składnikiem nie tylko chleba, płatków czy makaronu, ale dodawana jest do różnorodnych dań gotowych, słodyczy, zup (nawet tych domowych – w postaci zasmażki), panierek. Eliminując pszenicę, odstawiamy wszystko, co ją zawiera, nawet w najmniejszych ilościach. Podobnie postępujemy z każdym innym szkodzącym pokarmem: orzechami ziemnymi, miodem, rybami, selerem itp.

       

      KLASYFIKACJA BIOLOGICZNA POKARMÓW

      Właściwa rotacja wymaga również znajomości klasyfikacji biologicznej pokarmów oraz tzw. reakcji krzyżowych organizmu (tj. tych samych reakcji na dwa różne alergeny o podobnej budowie chemicznej). Warto np. wiedzieć, że zarówno pszenica, jak i żyto jęczmień, owies, a także kukurydza, proso (z którego otrzymujemy kaszę jaglaną), ryż, czyli wszystkie zboża należą do rodziny roślin wiechlinowatych (traw), będących podgrupą roślin jednoliściennych. Natomiast gryka (z której otrzymujemy kaszę gryczaną) należy do roślin rdestowatych będących podgrupą roślin dwuliściennych (gryka nie jest więc zbożem!). Co to oznacza w praktyce? Jeśli dziecko reaguje źle na np. żyto, wówczas musimy uważać na pozostałe zboża; dużym błędem będzie w takiej sytuacji podawanie dziecku tych zbóż codziennie, gdyż takie dziecko jest szczególnie podatne na wykształcenie nadwrażliwości pokarmowej na np. pszenicę czy ryż, jeśli te pokarmy zbyt często będą pojawiać się w jego menu. Natomiast dobrą alternatywą dla zbóż będzie kasza gryczana czy potrawy z mąki gryczanej (np. naleśniki). Oczywiście również w przypadku gryki, pamiętajmy o nadrzędnej zasadzie, która powinna obowiązywać nawet w profilaktyce u zdrowego dziecka: umożliwmy mu robienie sobie przerw od gryki, proponując choćby ziemniaki czy zupy jarzynowe w zamian. Jeśli dziecko jest całkowicie zdrowe i nie reaguje negatywnie na jakiekolwiek zboża czy grykę, proponowałabym następujący „szwedzki stół” z zakresu wysokowęglowodanowych pokarmów: poniedziałek, wtorek – ryż, kasza jaglana, kukurydza (w sezonie), czyli zboża bezglutenowe – do wyboru (a więc tylko to, co lubi, np. może być przez trzy dni tylko ryż, jeśli nie lubi prosa i kukurydzy), środa, czwartek – pszenica (tylko dawna odmiana, np. samopsza, płaskurka, kamut), żyto, owies, jęczmień, czyli zboża glutenowe (do wyboru), piątek, sobota, niedziela – ziemniaki, gryka, banany czyli pokarmy wysokowęglowodanowe, które nie są zbożami (do wyboru). Opcje mogą być różne, mogą dotyczyć też różnych okresów czasu (tygodnia, miesiąca, sezonu), wiele powinno zależeć od samego dziecka, od jego wyborów (pod warunkiem, że nie oferujemy mu substancji uzależniających typu współczesna pszenica, sacharoza, potrawy z glutaminianem sodu). Warto też czasami odstąpić od „twardych” węglowodanów i zrobić dziecku dzień lub kilka tylko na warzywach (np. w postaci zupy) oraz pokarmach białkowych, z udziałem tłuszczu, jeśli tylko odpowiada mu to. Takie dni mogą być zbawienne w przypadku pojawienia się choroby. Uczy nas tego dr Ewa Bednarczyk-Witoszek.

      Inny przykład: gdy dziecko uczulone jest na pomidory, należy uważać na ziemniaki, paprykę i bakłażany, nawet, jeśli nie wywołują one reakcji alergicznych. Uważać, to znaczy – rotować i robić co najmniej trzydobowe przerwy od całej grupy pokarmowej w tygodniu, a nie – całkowicie eliminować (postępujemy podobnie, jak w przypadku zbóż). Ziemniaki, bakłażany, pomidory i papryka należą do grupy roślin psiankowatych.

      Przykład rotacji białek zwierzęcych: poniedziałek, wtorek, środa – określonego rodzaju mięso, ale każdego tygodnia innego gatunku (wiejski drób – kaczka, kurczak, indyk; wołowina; królik; wieprzowina, baranina – wg gustu dziecka), czwartek, piątek – jajka (w przeróżnej postaci, od surowego żółtka począwszy, na naleśnikach kończąc), sobota – pokarm mleczny (do wyboru: mleko prosto od krowy, wiejskie mleko kozie, surowa śmietana, wiejski twaróg), niedziela – ulubione orzechy, pestki itd. Ryby – tylko wtedy, gdy mamy dostęp do ryb z absolutnie czystych wód z naturalnym pokarmem. Rotacja nie musi być sztywna. Mogą być dni z dwoma lub trzema rodzajami białek, mogą być też dni bez pokarmów wysokobiałkowych, wszystko ma zależeć od upodobań dziecka i jego wrażliwości pokarmowej.

      Z klasyfikacją biologiczną wszystkich pokarmów roślinnych i zwierzęcych możemy zapoznać się w książce dr Ewy Bednarczyk-Witoszek pt. Dieta optymalna (str. 132 – 146).

       

      PRODUKTY SPOŻYWCZE (KTÓRYCH NIE UTOŻSAMIAM Z POKARMAMI)

      W przypadku alergii lub nietolerancji pokarmowej należy wyeliminować z diety dziecka produkty przemysłowo przetworzone (np. mleko przemysłowe i jego przetwory, wafelki ryżowe, makaron), laboratoryjnie zmienione pod względem genetycznym (np. współczesną pszenicę), przemysłowo uprawiane warzywa i owoce (ze względu na nawozy sztuczne, chemiczne środki do zwalczania chwastów i chemiczne środki ochrony roślin stosowane do zwalczania grzybów i insektów) oraz produkty spożywcze z jakimikolwiek dodatkami (konserwantami, aromatami, stabilizatorami, słodzikami itp., np. jogurty owocowe, konserwy). Jest to moim zdaniem warunek konieczny, jeśli chcemy zaobserwować czyste zależności pomiędzy substancjami pokarmowymi a objawami nadwrażliwości pokarmowej. Jeśli dziecko dostaje wysypki np. po mleku przemysłowym, proponuję najpierw zrobić całkowitą przerwę od wszelkich pokarmów mlecznych aż do całkowitego ustąpienia wysypki, a potem wprowadzić świeżutkie mleko surowe prosto od krowy w postaci jednej szklanki raz w tygodniu, aby zaobserwować, jak zareaguje dziecko na mleko w niezmienionej przemysłowo, a więc bezpieczniejszej postaci (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/03/MLEKO-1.html oraz http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/04/MLEKO-8211-CZ-II.html ). W przypadku alergii po cytrusach, postarałabym się o cytrusy ekologiczne, najlepiej dojrzewające na słońcu (można już takie zdobyć), aby sprawdzić, czy dziecko reagowało na same owoce, czy na środki chemiczne stosowane względem tych owoców.

      Przemysłowe przetworzenie produktów powoduje znaczny spadek ich wartości odżywczej. Wafle, makarony, płatki zbożowe, pieczywo z białej mąki, przemysłowe produkty mleczne typu jogurty, sery, mleko modyfikowane i zwykłe w postaci płynnej, oleje rafinowane, wyekstrahowany cukier i produkty zawierające taki cukier to przykłady zapychaczy, pustawych kalorii - produktów bez energii. A liczy się przede wszystkim (bioaktywna) energia pokarmu, a nie kalorie, jak powiedziała dr Jadwiga Kempisty. Np. niskokaloryczna świeża lub sfermentowana pokrzywa jest siłą napędową dla organizmów żywych, w tym – dla innych roślin. Dzieci z nadwrażliwością pokarmową, dzieci, które mają pewne ograniczenia żywieniowe powinny spożywać pokarmy najwyższej klasy (co nie oznacza, że najdroższe) – świeże, pełne niezniszczonych witamin i minerałów, pożytecznych drobnoustrojów, enzymów.

       

      KOMPOZYCJE POKARMOWE

      W leczeniu i profilaktyce poprzez dietę gotujemy smacznie, umiejętnie komponując dania: właściwie łączymy pokarmy, używamy rozmaitych przypraw, pamiętamy też o surowiźnie (choćby w postaci posiekanej natki pietruszki), pamiętamy o pięciu smakach: słodkim, gorzkim, ostrym, kwaśnym i słonym. Codziennie, przy każdym posiłku! Z mojego doświadczenia wynika, że pokarm, który szkodzi w postaci wyizolowanej (np. surowe żółtko z solą zjedzone na śniadanie) czasami nie powoduje niepożądanych reakcji, jeśli zostaje spożyty w ciekawym towarzystwie, w wypracowanej kompozycji smakowej (np. żółtko w postaci kremu z surowego żółtka, miodu i kakao, z dodatkiem cynamonu). Kapusta kiszona nie powinna powodować dolegliwości, jeśli odpowiednio ją przyprawimy, wymieszamy z innymi surowymi warzywami oraz z oliwą z oliwek i przetrzymamy przez noc w lodówce. Tego uczą nas nie tylko książki (polecam tu książki Anny Ciesielskiej); tego uczy nas cenna tradycja kulinarna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, o której słyszymy od naszych dziadków i rodziców, tego uczy nas też tradycyjna medycyna chińska.

       

      SMAKI DZIECKA

      Jak już kilkakrotnie zaznaczałam, słuchamy smaków dziecka. Nie wolno nakłaniać dziecka, a szczególnie dziecka z alergią lub nietolerancją pokarmową do zjedzenia czegoś, co mu nie smakuje lub co mu nieładnie pachnie. To naturalne ostrzeżenie ze strony jego organizmu: ten pokarm może zaszkodzić lub spowodować jakiś nadmiar. Nadmiary szkodzą tak samo jak niedobory. Z drugiej strony, warto zaspokajać zachcianki kulinarne naszych pociech (jak u kobiet w ciąży). Zachcianki służą uzupełnieniu substancji pokarmowych, likwidacji niedoborów w organizmie. Likwidacja nadmiarów i uzupełnienie niedoborów reguluje organizm, w tym – służy pozbyciu się alergii lub nietolerancji pokarmowej.

       

      LEKI I SZCZEPIENIA

      Niełatwo jest leczyć dziecko z alergii czy nietolerancji pokarmowej, jeśli stosowane są leki lub szczepionki (leki przeciwalergiczne działają objawowo, nie leczą, choć są konieczne w przypadku wystąpienia reakcji organizmu zagrażającej życiu człowieka). Takie jest moje osobiste zdanie wypracowane na podstawie osobistych doświadczeń, obserwacji, rozmów z lekarzami, rodzicami dzieci i z ludźmi chorymi oraz na podstawie systematycznie zdobywanej wiedzy. Jestem daleka od narzucania mojego zdania innym rodzicom, ale zachęcam do głębszej, samodzielnej analizy tematu.

      Każdy lek powoduje skutki uboczne. Każdy lek jest swego rodzaju obciążeniem dla organizmu, np. dla wątroby. Leki mogą powodować nietolerancję, np. może zadziałać tak ibuprofen -  substancja czynna leków powszechnie stosowanych u dzieci, sprzedawanych bez recepty (test MRT wykazał nietolerancję ibuprofenu u mojego Chłopczyka). Leki zawierają też liczne szkodliwe substancje dodatkowe, które mają je uatrakcyjnić w oczach dziecka: barwniki, aromaty, substancje słodzące czy cukier w różnej postaci. Przed lekami przestrzega prof. Brostoff. Profesor zwraca uwagę na fakt, że niektóre z nich, a zwłaszcza niesterydowe leki przeciwzapalne, np. aspiryna zwiększają przepuszczalność jelita (a więc zwiększają wrażliwość na spożywany pokarm).

      Szczepionki natomiast ingerują w układ odpornościowy, a alergia czy nietolerancja (jak również autoimmunoagresja) to objaw patologii układu immunologicznego. Część lekarzy otwarcie mówi, że alergia lub choroba neurologiczna jest przeciwwskazaniem do szczepienia. Wraz ze szczepionkami wstrzykujemy do organizmu dziecka pierwiastki toksyczne, takie jak rtęć (wciąż obecna w niektórych szczepionkach) czy aluminium (glin, obecny w większości szczepionek). Aluminium, w postaci np. wodorotlenku glinu, jako tzw. adjuwant wzmaga odpowiedź układu immunologicznego, sprawia, że układ immunologiczny staje się bardziej aktywny. A czym jest alergia czy choroba z autoimmunoagresji, jak nie chroniczną nadaktywnością układu immunologicznego? Polecam artykuł medyczny na ten temat pt. Autoimmunologiczny (autozapalny) zespół zapalny indukowany przez adjuwanty (Reumatologia 2013; 51, 2: 101-107 DOI: 10.5114/reum.2013.34817): http://zdrowedzieci.blox.pl/resource/ASIA__adjuwanty_i_choroby_z_autoimmunoagresji.pdf . Poza rtęcią i aluminium, szczepionki zawierają antybiotyki oraz neurotoksyny: formaldehyd i glutaminian sodu. Jak ma się z tym wszystkim uporać osłabiony alergią (lub inną chorobą) delikatny organizm dziecka?

       

      ALERGENY WZIEWNE, KONTAKTOWE A POKARMOWE

      Wrażliwość na naturalne alergeny otaczające dziecko, np. na pyłki, kurz, sierść, roztocza powinna ustępować wraz z właściwymi zmianami w diecie i rezygnacją z leków i szczepionek. Alergeny pokarmowe są pierwszymi „winowajcami”, bo wchodzą bezpośrednio do organizmu, podobnie jak substancje obciążające organizm obecne w lekach i szczepionkach. Przykładem alergenu pokarmowego odpowiadającego alergenowi wziewnemu w postaci pyłków traw są zboża. Wyeliminujmy zboże z diety na czas pylenia traw, aby zobaczyć, jak wrażliwość śluzówek nosa i oczu ustępuje w tym czasie.

      Wrażliwość na substancje chemiczne, a więc nienaturalne, może pozostać, pomimo właściwej diety, w zależności od natężenia ekspozycji na te substancje. Tak wynika z mojego doświadczenia (moja Dziewczynka nie toleruje mydła w codziennym, kilkukrotnym myciu rąk, choć alergia pokarmowa u niej ustąpiła całkowicie około pięciu lat temu). Uważam, że w każdym domu, w którym są dzieci tzw. chemię (zawartą w kosmetykach i środkach czystości) należy ograniczyć do absolutnego minimum.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ODŻYWIANIE DZIECKA Z ALERGIĄ LUB / I NIETOLERANCJĄ POKARMOWĄ - CZ. II”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 maja 2015 11:51
    • ODŻYWIANIE DZIECKA Z ALERGIĄ LUB / I NIETOLERANCJĄ POKARMOWĄ - CZ. I

       

      Czy to możliwe, aby prawie sześcioletnie dziecko nie potrafiło wydmuchać nosa, gdy mu wpadnie piasek do dziurek? Tak, możliwe! Jest takie dziecko w mojej dalszej rodzinie. To Dziecko nie wie, co to katar... To Dziecko ma na imię Tymuś. Nie muszę Go pozdrawiać :)

       

      Jak należy postępować z dzieckiem, u którego stwierdzono typową alergię lub / i u którego występują dolegliwości „bez przyczyny”, będące najprawdopodobniej przejawem nietolerancji pokarmowej? Dzisiaj przedstawię sposób postępowania, który wypracowałam i wypraktykowałam na moich niegdyś alergicznych i schorowanych Dzieciach oraz na swoim własnym, niegdyś marnie funkcjonującym organizmie, w oparciu o wiedzę z książek, sporej korespondencji i rozmów z dr Ewą Bednarczyk-Witoszek, z rozmowy z dr Danutą Myłek, jak również z rozmów i korespondencji z ludźmi, którzy polepszyli stan swojego zdrowia lub swoich dzieci poprzez wprowadzenie zmian dietetycznych i bez zastosowania leków. Nie będzie to porada lekarska; nie jestem lekarzem. Będzie to podpowiedź dla moich Czytelników, co można zrobić jako rodzic lub opiekun dziecka, współpracując z mądrymi lekarzami i zdobywając wiedzę z bezcennych książek.

       

      WYNIKI TESTÓW

      Zacznę od przypadku dzieci, u których rodzice obserwują niepokojące objawy (np. wysypkę skórną, nagły wodnisty katar), testy punktowe lub inne wykazały obecność przeciwciał IgE względem określonych alergenów, a lekarz stwierdził alergię, przepisał leki przeciwalergiczne i powiedział, czego dziecko ma nie jeść. Niestety, najczęściej lekarz układa dietę tylko i wyłącznie na podstawie wyników testu, i to testu jedynie na przeciwciała IgE; NFZ raczej nie funduje testów na wykrycie innych mechanizmów (innych niż pojawienie się przeciwciał IgE, przykładem takiego testu jest MRT). A przecież reakcje nie-IgE-zależne są odpowiedzialne za dwa razy większą liczbę przypadków rozmaitych dolegliwości w porównaniu do liczby przypadków typowej, IgE-zależnej alergii! (wg dr Danuty Myłek, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2015/05/ALERGIA-I-NIETOLERANCJA-POKARMOWA.html ). Ponadto, trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wyniki testów nie są w pełni wiarygodne, co więcej, odnoszą się do jednego momentu, a nie do okresu czasu i do zmian, jakie zachodzą w organizmie dziecka w tym czasie. Testów nie robi się co tydzień, choć taka częstotliwość miałaby może większy sens. Czy testy są więc w ogóle potrzebne? Z pewnością tak, jeśli mamy do czynienia z groźnymi dla zdrowia i życia natychmiastowymi reakcjami alergicznymi. Poza tym... nie są konieczne, jeśli potrafimy obserwować organizm dziecka i zaoferować mu taki jadłospis, przy którym nie będzie dochodzić do reakcji alergicznych lub objawów na tle nietolerancji pokarmowej, nie będą stosowane jakiekolwiek leki oraz, co ważne, nie będzie dochodzić do niedoborów w organizmie (czego oznaką jest pełne zdrowie dziecka w długim okresie czasu, prawidłowe wyniki badań krwi i moczu oraz ewentualnych innych badań diagnostycznych). Testy (zarówno na przeciwciała IgE, jak i testy typu MRT) mogą okazać się przydatne, gdy zabrniemy w ślepy zaułek: dziecko objawia niepokojące symptomy, a my nie potrafimy zidentyfikować „winowajcy” pokarmowego. Wówczas wynik testu, z którego dowiadujemy się, że np. organizm źle reaguje na pomidory może nam podpowiedzieć, aby zwrócić uwagę na pomidory i wszelkie dodatki pomidorowe w diecie dziecka. Ale takie podejście może dać jedynie krótkotrwałe rezultaty, jeśli nie nabędziemy odpowiedniej wiedzy i wprawy w postępowaniu; po jakimś czasie dziecko zacznie źle reagować na ziemniaki, a my tego albo nie zauważymy,  albo zauważymy i będziemy zdziwieni (nie wiedząc, że pomidory i ziemniaki pochodzą z tej samej rodziny – roślin psiankowatych). Może też zdarzyć się tak, że wrażliwość na pomidory po jakimś czasie zniknie, ale nadal będziemy eliminować pomidory z diety dziecka, kierując się jedynie wynikiem testu i niepotrzebnie zubożając jadłospis naszej pociechy.

      Podstawą do układania jadłospisu jest obserwacja organizmu, a nie wyniki testów alergologicznych. Chodzi o to, aby nie eliminować dziecku pokarmu (wskazanego przez test jako szkodliwy), który nie szkodzi w odpowiednio małych i rzadkich dawkach i nie podawać w nadmiarze innych pokarmów (wg wyniku testu – „nieszkodliwych”), na które może rozwinąć się reakcja alergiczna lub nietolerancja po pewnym czasie i której możemy nie być świadomi.

       

      DZIENNICZEK

      Należy nauczyć się zwracać uwagę na wszelkie, nawet krótkotrwałe symptomy nadwrażliwości pokarmowej, choćby w postaci nienaturalnie zarumienionych policzków czy niespokojnego snu w nocy. Należy nabrać nawyku w prowadzeniu dzienniczka, w którym skrupulatnie zapisujemy, co w danym dniu dziecko jadło i ewentualnie – jakie miało niepokojące objawy. Na podstawie takiego dzienniczka wyciągamy wnioski i planujemy jadłospis na kolejne kilka dni, np. na tydzień. Sporządzamy listę zakupów i zaopatrujemy się we właściwe produkty, aby nie doszło do sytuacji, w której okazuje się, że nie mamy z czego przygotować zdrowego i bezpiecznego posiłku.

      W przedszkolu lub w szkole dziecko z nadwrażliwością pokarmową powinno jeść tylko i wyłącznie jedzenie przyniesione z domu; musimy pamiętać, że za niepokojące objawy mogą odpowiadać niepozorne substancje typu związki siarki dodawane do „zdrowych” rodzynek, czy wegeta zawierająca glutaminian sodu i wiele, wiele innych, o których sam kucharz może nie mieć zielonego pojęcia. Tych substancji nie wolno podawać jakimkolwiek dzieciom, a już bezwzględnie nie – dzieciom z nadwrażliwością pokarmową, niezależnie od wyników testów alergologicznych. Na nic nie przyda się deklaracja ze strony personelu przedszkola lub stołówki szkolnej, że dziecku nie zostanie podana kazeina czy gluten, jeśli w posiłkach znajdą się inne, z definicji szkodliwe substancje. W dzienniczku zapisujemy wszystko to, co dziecko zjadło w przedszkolu lub w szkole z prowiantu przyniesionego z domu oraz regularnie dowiadujemy się od wychowawców i nauczycieli, czy dziecko spożyło coś innego, np. z poczęstunku urodzinowego innego przedszkolaka lub ucznia (niestety do takich sytuacji dochodzi czasami przypadkowo, nawet, jeśli personel przedszkola lub szkoły wie, że dziecko jest leczone dietą). Przypadkowe poczęstunki również zapisujemy w dzienniczku, starając się dowiedzieć możliwie dokładnie, jaki był ich skład.

       

      OBSERWACJA ORGANIZMU

      Poniżej podaję przykładową listę objawów, które powinniśmy na bieżąco zapisywać w dzienniczku:

      • katar (wodnisty lub ropny);
      • chrapanie w nocy, spanie z otwartą buzią;
      • kaszel (szczególnie poranny), pochrząkiwanie;
      • drapanie w gardle, ból gardła itp.;
      • ból ucha;
      • zaczerwienienie oczu, łzawienie;
      • ból głowy;
      • ból brzucha;
      • luźny, poszarpany stolec lub wodnista biegunka;
      • zatwardzenie;
      • wzdęcia;
      • wysypka, zaczerwienienie skóry lub jakiekolwiek inne zmiany skórne w jakiejkolwiek części ciała (należy dziecko systematycznie oglądać, np. przed kąpielą i obserwować, czy drapie się, w przypadku pokrzywek – przede wszystkim w pierwszej godzinie po posiłku);
      • bóle stawowe, np. w kolankach;
      • senność;
      • nienaturalne pobudzenie;
      • niespokojny sen;
      • lęk, apatia i inne niepokojące zmiany w zachowaniu;
      • tiki nerwowe;
      • nienaturlaność („dziwność”) wypowiedzi.

      Lista nie jest zamknięta, przedstawia tylko najczęstsze symptomy nadwrażliwości pokarmowej u dzieci. Tak naprawdę, w dzienniczku należy zapisać każdy objaw, który nas niepokoi, nawet ten, który wydaje się nie mieć w ogóle powiązania z jedzeniem. Może to być jednorazowy objaw i tym nie martwimy się, choć – robimy zapis (aby w przyszłości móc dokonać oceny). Pomimo, że często nie widać gołym okiem związku między jedzeniem a dolegliwościami zdrowotnymi, z własnego doświadczenia wiem, że dziecko dotknięte nawet taką chorobą, jak choroba na tle neurologicznym reaguje pozytywnie na zmiany w diecie i że dieta ma bardzo duży wpływ na częściowe lub całkowite wyleczenie. Pozytywnie reaguje cały organizm: skóra, układ pokarmowy, drogi oddechowe, mózg. Umiejętnie wprowadzonymi zmianami w diecie i w jakości pożywienia, jakie serwujemy dziecku można usunąć np. „niewiadomego pochodzenia” bóle głowy czy ból w kolankach, kiedy lekarz nie potrafi już pomóc.

      Po wystąpieniu jakiegoś objawu, szczególnie wtedy, gdy objaw ten widzieliśmy już w przeszłości, zwracamy uwagę na pokarmy, jakie dziecko spożyło w ciągu trzech dób (72 godzin) wstecz od momentu jego wystąpienia. Zwracamy uwagę na te pokarmy, które w tym okresie były jadane najczęściej (np. na wołowinę, która pojawiła się w jakiejkolwiek formie, choćby jako jeden ze składników farszu do pierogów, w np. czterech posiłkach na przestrzeni tych trzech dni, może to być też np. miód, którym słodziliśmy dziecku napoje lub jakakolwiek inna substancja pokarmowa). Eliminujemy te pokarmy z jadłospisu w kolejnych trzech – pięciu dniach i dalej obserwujemy organizm. Jeśli organizm „uspokoi się”, na czwarty (lub piąty lub szósty) dzień i tylko w ten dzień podajemy posiłki z jednym z podejrzanych alergenów i obserwujemy organizm w ciągu kolejnych trzech dni. Jeśli objaw wystąpi, daną substancję pokarmową – „winowajcę” eliminujemy na jakiś czas . Jeśli objaw nie wystąpi, przystępujemy do badania kolejnego podejrzanego pokarmu, a potem następnego i w ten sposób tworzymy listę „winowajców” (do tej listy możemy dopisać substancje wykazane w testach jako szkodliwe). Sprawa komplikuje się trochę, gdy zaszkodził więcej niż jeden pokarm w jednym dniu lub jeśli samo niekorzystne połączenie dwóch pokarmów było przyczyną jakiejś dolegliwości (tj. gdy zaszła niekorzystna synergia). Nie pozostaje nic, tylko cierpliwie praktykować, robić zmiany, obserwować i wyciągać wnioski. U dzieci ze stałą skłonnością do alergii lub innych objawów na tle nietolerancji pokarmowej należy prowadzić cały czas dzienniczek, aby w razie czego móc natychmiast przejrzeć jadłospis z trzech dób wstecz i natychmiast wprowadzić stosowane zmiany w odżywianiu dziecka. Prawidłowa dieta w długim okresie czasu powinna doprowadzić do trwałego wygaśnięcia objawów, do pełnego zdrowia, przy którym nie ma potrzeby prowadzenia dzienniczka. Kontynuacja takiej diety daje zabezpieczenie przed nawrotem chorób z nadwrażliwości pokarmowej. Chcę przy tym zaznaczyć, że nie mówię o diecie eliminacyjnej, mówię o diecie bezpiecznej, zapewniającej podaż wszelkich potrzebnych do życia i utrzymania zdrowia substancji odżywczych, we właściwych dawkach (więcej o tym – poniżej). Dzienniczek można traktować jako narzędzie leczenia, z którego w każdej chwili można ponownie skorzystać, gdyby coś nas zaniepokoiło. Czasami wystarczy jedynie parę dni prowadzenia notatek i wyciągania wniosków, aby przywrócić organizm dziecka do równowagi.

      I jeszcze słowo o magicznych trzech dobach (72 godzinach). Według alergologii, jest to czas, w przeciągu którego organizm oczyszcza się z danego alergenu. Innymi słowy, objaw nadwrażliwości pokarmowej może wystąpić do trzech dni od momentu spożycia pokarmu drażniącego organizm.

       

      „WINOWAJCY”; CZYLI JAK POSTĘPOWAĆ Z POKARMAMI SZKODZĄCYMI

      Nie jestem zwolenniczką całkowitej eliminacji pokarmów szkodzących (zwłaszcza u dzieci), wolę wprowadzać je do jadłospisu w systemie rotacyjnym, po to, aby nie zubażać diety dziecka (oczywiście, jeśli spożycie tych pokarmów nie naraża dziecka na trwały uszczerbek na zdrowiu lub na śmierć, np. w anafilaksji czy w ataku astmy). Pokarmy „winne”, które smakują dziecku przywracamy do jadłospisu w takiej dawce i ilości, w jakiej nie szkodzą, na podstawie zapisów w dzienniczku (te, które nie smakują, wstrzymujemy, cierpliwie czekając, aż dziecko samo upomni się o nie). Może to być np. podanie jednego ziemniaka raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, połączone z obserwacją, jeśli dziecko źle reaguje na ziemniaki. Z czasem, możemy zwiększać dawkę i częstotliwość, bacznie obserwując organizm dziecka, przy czym nie powinno się przekraczać pewnej granicy: trzy dni w tygodniu z całkowitą eliminacją drażniącego pokarmu to absolutne minimum, czasami nawet po uzyskaniu pełnego, długookresowego zdrowia. Wydaje się to trudne, ale po osiągnięciu pełni zdrowia dziecka pomocne okazują się inne niż dzienniczek narzędzia, stosowane jednocześnie:

      1. bogata oferta kulinarna (tj. podawanie rozmaitych, różnych pokarmów na przestrzeni tygodnia, miesiąca, roku);
      2. rotacja pokarmów (tj. naprzemienne podawanie pokarmów, z uwzględnieniem kilkudniowych przerw);
      3. kierowanie się naturalnymi, zmiennymi smakami dziecka, o czym napiszę poniżej.

      Takie postępowanie oswaja organizm z daną substancją pokarmową i może w dłuższym okresie czasu przynieść rezultat w postaci całkowitej tolerancji na dany pokarm. Przykładem tego zjawiska są banany i pomarańcze w diecie mojego Chłopczyka: niegdyś powodowały natychmiastowy wodnisty katar do godziny od czasu spożycia, teraz – nie szkodzą (dawkę i częstotliwość, czasami bardzo duże, Chłopczyk dobiera sobie sam, owoce egzotyczne kupuję raz na tydzień w miesiącach, w których nie ma świeżych owoców krajowych; starczają na około cztery dni).

      Są dzieci, u których testy wykazują alergię niemalże na wszystko. Gdyby ślepo stosować się do wyników tych testów, można by doprowadzić do poważnych niedoborów w organizmie dziecka. Po pierwsze, należy wziąć pod uwagę fakt, że testy są średnio wiarygodne. Po drugie, pamiętajmy, że uważna obserwacja organizmu dziecka jest podstawą prawidłowego postępowania w takim przypadku. Trzeba zadziałać metodą prób i błędów. Można zacząć od trzech dni monodiety, w czasie których podajemy dziecku jedynie ten pokarm lub te pokarmy, które nie wywołują reakcji, które nie są wykazane w testach jako „szkodliwe” i które dziecku smakują. W czwarty dzień podajemy jeden pokarm z listy „winowajców”, tylko w jednym posiłku i w małej dawce (np. jeśli takim pokarmem jest marchewka, wówczas dodajemy pół małej marchewki do surówki lub rosołu), a pozostałe posiłki komponujemy ze składników bezpiecznych i lubianych przez dziecko. W piąty dzień robimy tak samo – z kolejnym szkodliwym pokarmem, potem – w szóstym i w siódmym. Kolejny tydzień zaczynamy od bezpiecznej trzydniówki, po której wprowadzamy pojedynczo kolejne potencjalnie szkodliwe substancje pokarmowe, w sposób wyżej opisany. Chodzi o to, aby na przestrzeni około miesiąca w jadłospisie dziecka znalazły się wszystkie pokarmy, którymi dysponujemy. W razie nawrotu objawów, od razu wracamy do leczniczej trzydniówki. Cały czas prowadzimy dzienniczek, który może okazać się bardzo pomocnym narzędziem współpracy rodzica z mądrym lekarzem alergologiem lub lekarzem – dietetykiem.

      Częstym błędem zarówno rodziców, jak i lekarzy jest całkowita, absolutna eliminacja szkodzącego pokarmu z diety na długi okres, podczas gdy nie jest ona konieczna, co więcej – nie jest wskazana (wspomina o tym prof. Brostoff w swojej książce). Taka eliminacja ma uzasadnienie w przypadkach niebezpiecznych reakcji alergicznych, natomiast w przypadku nietolerancji pokarmowej lub gdy reakcje organizmu nie są jednoznaczne, należy robić próby, starannie dobierając dawki i właściwie regulując częstotliwość spożywania danego pokarmu.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 maja 2015 11:47
  • piątek, 01 maja 2015
    • ALERGIA I NIETOLERANCJA POKARMOWA

       

      Według WAO (World Allergy Organization), około 30 – 40% ludzi na całym świecie cierpi z powodu alergii. Polska należy do krajów europejskich, w których ten problem zdrowotny jest najbardziej nasilony. Alergia dotyka osoby w każdym wieku. Od około 20 lat szczególnie dramatycznie wzrasta zachorowalność wśród niemowląt i starszych dzieci. Innym, mniej dostrzegalnym i rzadko branym pod uwagę przez lekarzy zjawiskiem jest nietolerancja pokarmowa (zaliczana przez niektórych do alergii w szerokim rozumieniu). Ponadto, coraz częściej dają o sobie znać choroby z autoimmunoagresji, takie jak cukrzyca typu 1, reumatoidalne zapalenie stawów, choroby neurologiczne związane z demielinizacją osłonek włókien nerwowych w mózgu i innych częściach układu nerwowego, choroba Hashimoto i inne. Alergia, nietolerancja pokarmowa i autoimmunoagresja mają wspólną cechę: wynikają z wadliwie funkcjonującego układu immunologicznego. Alergia w tradycyjnym, węższym rozumieniu objawia się najczęściej takimi chorobami czy symptomami jak np. astma oskrzelowa, nieżyt nosa, anafilaksja, pokrzywka, atopowe zapalenie skóry, choroby układu pokarmowego, podczas gdy nietolerancja pokarmowa odpowiada za szerokie spektrum dolegliwości i chorób, dotykających prawie wszystkie obszary w organizmie człowieka: układ oddechowy, skórę, układ pokarmowy, układ nerwowy, układ kostno-stawowy i inne. Wg dr Danuty Myłek, liczba schorzeń na tle nietolerancji pokarmowej (tzw. alergii nie-IgE-zależnej, o czym później) jest dwa razy wyższa w porównaniu do liczby zachorowań na alergię w jej klasycznym rozumieniu (tj. na alergię IgE-zależną).

      Wśród lekarzy różny jest poziom wiedzy na temat alergii i nietolerancji pokarmowej. Najczęściej lekarze nie są świadomi przyczyn dolegliwości, u których podłoża leży nietolerancja pokarmowa i stosują leczenie objawowe, nie potrafiąc skutecznie (trwale) pomóc pacjentowi. Na szczęście są lekarze, choć nieliczni, którzy dostrzegają głębszy wpływ alergenów pokarmowych na organizm ludzki (wśród znanych mi: lek. med. Ewa Bednarczyk-Witoszek, dr n. med. Danuta Myłek, prof. Jonathan Brostoff). Ci lekarze mają odmienne zdanie od konserwatywnych, ortodoksyjnych alergologów. Istnieje też wiele kontrowersji związanych z terminologią medyczną , stąd – różne definicje „alergii” i „nietolerancji pokarmowej” w różnych publikacjach. Na potrzeby tego artykułu, posłużę się terminami zdefiniowanymi umownie przez profesora Jonathana Brostoffa, który jest uznawany za największy autorytet światowy w dziedzinie alergii i nietolerancji pokarmowej i który jest autorem „najlepszego podręcznika dla alergologów na świecie o alergii i nietolerancji pokarmowej” (opinia dr Danuty Myłek).

       

      ALERGIA POKARMOWA

      Alergia pokarmowa to jakakolwiek negatywna reakcja organizmu na pokarm, w której wyraźnie zaangażowany jest układ immunologiczny: z reguły dochodzi do nadmiernej, patologicznej produkcji przeciwciał IgE. Taka reakcja określana jest jako alergia IgE-zależna (atopia). Istnieją też (rzadziej) inne typy reakcji alergicznych, w których zaangażowane są inne niż przeciwciała IgE mechanizmy układu immunologicznego. Reakcje alergiczne zazwyczaj mają charakter natychmiastowy (od 1 sekundy do 1 godziny po spożyciu pokarmu). Mogą pojawić się już przy małych, a nawet śladowych dawkach szkodzącego pokarmu, czego znanym przykładem jest alergia na orzechy ziemne. Objawy alergii są raczej jednoznaczne, wyraźne i stosunkowo krótkotrwałe. Alergia na dany pokarm utrzymuje się przez wiele lat, a czasami do końca życia, nawet, jeśli ten pokarm zostaje wyeliminowany z diety.

      Alergia objawia się głównie w układzie oddechowym, na skórze i w układzie pokarmowym.

       

      NIETOLERANCJA POKARMOWA

      Nietolerancja pokarmowa to jakakolwiek negatywna reakcja organizmu na pokarm, w której udział układu immunologicznego nie jest wyraźnie określony; testy punktowe i inne testy badające poziom przeciwciał IgE są negatywne. Niektórzy autorzy określają nietolerancję pokarmową jako alergię nie-IgE-zależną. Reakcje związane z nietolerancją pokarmową są odroczone w czasie (od 45 minut do 3 dni po spożyciu pokarmu). Pokarmy, które uruchamiają nietolerancję pokarmową to najczęściej te pokarmy, które spożywane są regularnie, praktycznie codziennie, a przez niektóre osoby – nawet w każdym posiłku. Przykładem takich pokarmów są pszenica i mleko. Ciężko jest więc dostrzec związek między symptomem, a danym pokarmem, skoro organizm bombardowany jest szkodliwym alergenem w sposób ciągły. Objawy nietolerancji pokarmowej występują przy większych lub / i częstszych dawkach szkodzącego pokarmu (w przeciwieństwie do reakcji alergicznych). Nietolerancja pokarmowa objawia się podstępnie: na początku jej symptomy są bardzo słabe i dopiero z czasem przybierają na sile, stąd trudniej ją zdiagnozować niż alergię (choć istnieją od tego wyjątki). Nietolerancja pokarmowa nasila się z upływem lat i staje się chroniczna, a osoba nią dotknięta zaczyna negatywnie reagować na coraz większą liczbę pokarmów. Słabnie, gdy szkodliwy pokarm zostaje wyeliminowany z diety na odpowiednio długi czas (kilka miesięcy), tj. po tym czasie dany pokarm nie szkodzi, jeśli spożywany jest od czasu do czasu i w odpowiednio małej dawce. Co więcej, eliminacja szkodliwych pokarmów na długi czas zwiększa odporność na alergeny niepokarmowe, np. pyłki, substancje chemiczne. Jednak skłonność do negatywnej reakcji na dany pokarm pozostaje na całe życie, szczególnie u dorosłych (u dzieci jest możliwe całkowite wyleczenie). Symptomy nietolerancji pokarmowej nie są stałe: czasami pojawiają się, a czasami ich nie ma, różne jest też ich nasilenie. Zadziwiającym zjawiskiem towarzyszącym nietolerancji pokarmowej jest fakt, że u 50% osób nią dotkniętych występuje łaknienie na pokarmy, które powodują problem zdrowotny; ich spożycie przynosi tym osobom dobre samopoczucie, a ich eliminacja – efekt odstawienny, podobny jak w przypadku uzależnienia od alkoholu czy narkotyków (sama kiedyś doświadczyłam dyskomfortu, jakim było odstawienie kawy z mlekiem). Po pewnym czasie abstynencji uzależnienie ustępuje.

      Najczęstszymi, choć niejedynymi symptomami nietolerancji pokarmowej są: ból głowy, migrena, zmęczenie, depresja, niepokój, nadpobudliwość (u dzieci), nawracające afty (zapalenie w jamie ustnej), bóle mięśni, wymioty, nudności, wrzody żołądka, wrzody dwunastnicy, biegunka, zespół drażliwego jelita, zatwardzenie, wzdęcia, choroba Leśniowskiego i Crohna, bóle stawów, reumatoidalne zapalenie stawów, obrzęk nóg. Praktycznie, nietolerancją pokarmowa może dotyczyć dowolnego organu lub układu w organizmie.

       

      NADWRAŻLIWOŚĆ POKARMOWA

      Termin „nadwrażliwość pokarmowa” używany jest jako wspólny dla obu w/w typów negatywnych reakcji na pokarm i nie obejmuje on przypadków reakcji na pokarm o podłożu psychologicznym. Termin ten stosowany jest czasami z tego względu, że granica pomiędzy alergią a nietolerancją pokarmową jest niejednoznaczna.

       

      TESTY NA ALERGIĘ I NIETOLERANCJĘ POKARMOWĄ. DIETA I OBSERWACJA ORGANIZMU.

      Jedynym powszechnie stosowanym w Polsce testem stosowanym w wykrywaniu alergii (mechanizmów IgE-zależnych) jest test punktowy. Jednak jego wiarygodność w przypadku alergii pokarmowych jest mała (wg dr Danuty Myłek: 5 – 25%). Inne testy, badające poziom przeciwciał IgE we krwi również nie są idealnym punktem odniesienia do ustalenia właściwej diety dla pacjenta. Natomiast za dobre narzędzie diagnostyczne w wykrywaniu mechanizmów nie-IgE-zależnych uważa się test MRT (Mediator Release Test). O tym teście napiszę kiedyś w oddzielnym artykule, przedstawiając moje doświadczenie z MRT. Niezależnie jednak od skuteczności w/w testów i innych metod diagnostycznych, najpewniejszym i niezbędnym narzędziem w postępowaniu diagnostycznym i leczniczym jest dieta eliminacyjna lub rotacyjna oraz uważna i umiejętna obserwacja organizmu (potwierdzają to dr Myłek, dr Bednarczyk-Witoszek, prof. Brostoff). Wyniki tej obserwacji powinny mieć pierwszeństwo przed wynikami jakichkolwiek testów.

       

      W kolejnym wpisie przedstawię sposób odżywiania dziecka z alergią lub/i nietolerancją pokarmową.

       

      Źródła:

      • Jonathan Brostoff, prof. med., alergolog, Linda Gamlin, biochemik: Food Allergies and Food Intolerance, Healing Arts Press, 2000 r.;
      • Danuta Myłek, dr n. med. alergolog, dermatolog: Alergie, Wydawnictwo W.A.B., 2010 r.
      • Broszura informacyjna dołączona do wyników testu MRT przeprowadzonego u mojego Syna: MRT Leap Report, Laboratorium Diagnostyczne ISO-LAB Sp. z o.o. Sp. k. Warszawa, 2012 r.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 01 maja 2015 20:00
  • sobota, 25 kwietnia 2015
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
  • czwartek, 16 kwietnia 2015
    • CIEKAWE KSIĄŻKI – SFERA PSYCHICZNA (ciąg dalszy)

       

      Książka Alexandra Neilla Nowa Summerhill nie jest jedyną, która zachęca rodziców i nauczycieli do przejścia na stronę dziecka (przytaczam jeszcze raz cytat z Nowej Summerhill: Wolę określenia Homera Lane’a: „być po stronie dziecka”, co oznacza aprobatę, sympatię, życzliwość i całkowity brak autorytetu dorosłego, str. 385).

      Wspaniałą kontynuacją i uzupełnieniem myśli podjętej przez Homera Lane’a, a potem – Alexandra Neilla są publikacje m.in. Jespera Juula, Alfie Kohna czy Thomasa Gordona. A oto one:

       

      JESPER JUUL: TWOJE KOMPETENTNE DZIECKO. DLACZEGO POWINNIŚMY TRAKTOWAĆ DZIECI POWAŻNIEJ? (MiND Dariusz Syska, 2011)

      Kompetencja dziecka, zdaniem autora, polega na przekazywaniu przez dziecko nam – dorosłym cennej informacji zwrotnej, tj. możemy czerpać wiedzę od samego dziecka, budując z nim autentyczny dialog, porozumienie, oparte na poszanowaniu godności obu stron. Jednym z ważnych komunikatów, jakie przesyła nam dziecko jest zachowanie, które określamy jako „bunt”. Jesper Juul odnosi się też do niesłusznego przypisywania konfliktów (między rodzicami i dzieckiem) procesowi jego dojrzewania. Autor podkreśla wielokrotnie (również w swoich innych książkach i w wywiadach), że odpowiedzialność za jakość relacji zawsze ponosi strona silniejsza, pozostająca w nadrzędnej pozycji, czyli rodzic bądź nauczyciel - w przypadku relacji z dzieckiem. W książce poruszona jest też kwestia stawiania granic, które pedagodzy i rodzice tak chętnie wyznaczają dzieciom, w imię „ich poczucia bezpieczeństwa” (sama wielokrotnie spotkałam się z takim podejściem nauczycieli czy wychowawców moich Dzieci; za każdym razem miałam wrażenie, że takie podejście jest nadużywane, że tak naprawdę nie stanowi ochrony dla dziecka, lecz mniej lub bardziej niezauważalnie krzywdzi je). Istotne jest, aby umieć w relacji z dzieckiem określić swoje granice; wyznaczanie granic dziecku i szerzej – stawianie ograniczeń innym ludziom jest przede wszystkim przejawem chęci sprawowania władzy (str. 23). Chęć sprawowania władzy przejawia się również w wymierzaniu dziecku kar. Autor przestrzega też przed uciekaniem się do tzw. konsekwencji, które w rzeczywistości są karą; zarówno kary, jak i ich eufemistyczny odpowiednik - „konsekwencje” niszczą relacje dorosłego z dzieckiem. Wspomina o znaczeniu wartości demokratycznych w rodzinie, ale na plan pierwszy wysuwa jakość dialogu w rodzinie, czyli sposobu, w jaki członkowie rodziny odnoszą się do siebie i jak się czują. Jakość rodzinnej relacji jest podstawą dla fizycznego i emocjonalnego zdrowia i rozwoju dzieci. A za to całkowicie odpowiadają osoby dorosłe. Ważne jest też, aby dorośli poważnie traktowali życzenia i potrzeby dzieci, pamiętając przy tym, że istnieje istotna różnica pomiędzy otrzymywaniem tego, czego się chce i tego, czego się potrzebuje. Ponadto, z książki możemy dowiedzieć się, na czym polega współdziałanie dziecka z dorosłym, jak łatwo, nawet bezwiednie naruszyć integralność dziecka i jak odczytywać wysyłane przez nie rozmaite sygnały, w tym – psychosomatyczne. Osobne rozdziały zostały poświecone takim tematom jak: poczucie własnej wartości a wiara w siebie, odpowiedzialność i władza, granice, nastolatek w rodzinie, rodzice.

       

      JESPER JUUL: „NIE” Z MIŁOŚCI. MĄDRZY RODZICE – SILNE DZIECI (MiND Dariusz Syska, 2011)

      O książce – sam autor:

      Ta książka nie mówi o konieczności stawiania dzieciom granic ani o tym, jak w miarę krótkim czasie zdobyć nad nimi kontrolę. Mówi o tym, że dla jakości wzajemnych relacji trzeba czasem powiedzieć NIE, żeby sobie samemu móc powiedzieć TAK. W książce tej wyjaśniam, dlaczego musimy – w interesie wszystkich – wyznaczać granice swojej przestrzeni – i jak możemy to robić bez obrażania i ranienia innych. (str. 9)

       

      JESPER JUUL: AGRESJA – NOWE TABU? DLACZEGO JEST POTRZEBNA NAM I NASZYM DZIECIOM? (Wydawnictwo MiND, 2013)

      Agresja u dziecka jest ważnym komunikatem, jakie dziecko nam przekazuje, gdy nie straciło jeszcze nadziei... Jest zaproszeniem dla dorosłego! To komunikat: „Mam problem!” lub „Nie czuję się dobrze!”, którego zazwyczaj nie rozumiemy, bo skupiamy się za bardzo na tym, jak poradzić sobie z samym aspołecznym zachowaniem dziecka. Natomiast kluczem do samego dziecka jest znalezienie prawdziwych przyczyn jego złości, przemocy, agresji. Osobną sprawą jest nauczenie dziecka, jak przekształcić agresję w konstruktywne działanie.

      Przytoczę jeszcze cytat z książki, który daje wskazówkę, jak budować relację z dzieckiem w ten sposób, aby stworzyć warunki do zdrowej i konstruktywnej komunikacji. Dotyczy to zarówno relacji rodzic-dziecko, jak i nauczyciel-dziecko:

      Musimy podjąć ryzyko życia w sposób autentyczny i zachowywać się jak ludzie z krwi i kości, ze wszystkimi przynależnymi nam uczuciami i reakcjami – również irracjonalnymi. Innymi słowy: dorośli muszą zaryzykować bycie prawdziwymi, podatnymi na zranienia i tak autentycznymi ludźmi, jak tylko się da. (str. 27)

      I jeszcze o tym, jak podejść do dziecka przejawiającego agresję – recepta banalnie prosta, ale rzadko stosowana:

      Wystarczy nadstawić uszu na historię, która opowiada dziecko i wysłuchać go bez wydawania ocen, wyciągania wniosków ani pospiesznego szukania rozwiązań. Kiedy potraktujemy je w ten sposób, szybko ujdzie z niego agresja. (str. 73)

       

      ALFIE KOHN: WYCHOWANIE BEZ NAGRÓD I KAR. RODZICIELSTWO BEZWARUNKOWE (Wydawnictwo MiND, 2013)

      Jeśli miałabym zrecenzować tę książkę w jednym zdaniu, napisałbym: jest to podręcznik, który uczy rodziców, jak kochać dzieci. Takie miałam odczucie tuż po zakończeniu lektury. Ale skoro istnieje możliwość napisać coś więcej, robię to poniżej, tym bardziej, że książka porusza nie tylko aspekt miłości rodzicielskiej.

      Alfie Kohn mówi o miłości bezwarunkowej: miłość rodzica powinna być darem dla dziecka, a nie uczuciem czy jego przejawem uzależnionym od czegokolwiek, nie powinna być elementem transakcji czy przedmiotem manipulacji. Autor przestrzega przed behawiorystycznym podejściem do dziecka, tj. podejściem, w którym dla nauczyciela czy rodzica najważniejsze jest samo zachowanie dziecka, a nie jego sposób myślenia, uczucia i intencje. Klasycznym przykładem takiego podejścia jest wymuszanie na dziecku wypowiedzenia słowa „przepraszam”. Jedną z myśli przewodnich w książce jest stwierdzenie, że nie nasze intencje się liczą, lecz to, co widzi i czuje dziecko (str. 38). Nagrody i kary stanowią motywację zewnętrzną, podczas gdy autentyczna chęć zrobienia czegoś to motywacja wewnętrzna. Inaczej czyta się książkę dla przyjemności (motywacja wewnętrzna), a inaczej czyta się lekturę szkolną w celu otrzymania dobrego stopnia lub w celu uniknięcia przykrości w szkole (motywacja zewnętrzna). Co więcej, karanie lub nagradzanie (!) może osłabić motywację wewnętrzną. Kolejnym aspektem jest sposób traktowania dzieci: często rodzice (nauczyciele) traktują je gorzej niż dorosłych... Tak, jakby nie zasługiwały na szacunek, tak, jakby dorośli nie liczyli się z ich potrzebami i wyborami. To spostrzeżenie Alfie’go Kohna jest uderzające w swej prawdziwości. Pierwszym z brzegu przykładem jest sposób traktowania dzieci w szkole, innym - to, jak często z rozpędu przerywamy wypowiedź dziecka, chcąc powiedzieć coś „ważniejszego” do innej osoby – dorosłego. Niestety, sama czasami przyłapuję się na takim zachowaniu.

      W kontekście treści całego mojego bloga, zacytuję teraz fragment książki, który nawiązuje do wolnych wyborów kulinarnych dziecka i jego zdolności do samoregulacji:

      To prawda, że dzieci nie zawsze sięgają po zdrowe produkty – dlatego należy je uczyć, co jest, a co nie jest dobre dla ich rozwoju i dawać ograniczony, przemyślany wybór, tak, by cokolwiek, na co się zdecydują, było akceptowalne. Z drugiej strony, małe dzieci nawet bez naszej ingerencji spożywają zazwyczaj tyle kalorii, ile ich organizm potrzebuje. Czasami przez całe dnie jedzą tak niewiele, że zaczyna nas to niepokoić, a potem nagle pałaszują wielkie porcje. Jeśli chodzi o ilość spożywanego jedzenia, wydają się mieć niezwykłą zdolność do samoregulacji - jak długo nie próbujemy zarządzać ich organizmami. (str. 78, podkreślenie moje)

      Autor porusza kwestię kontrolowania dzieci. Podsumowując ten temat, stwierdza, że kontrolowanie dzieci na co dzień polega na tworzeniu zdrowego i bezpiecznego otoczenia, dawaniu wskazówek i ustalaniu granic, a nie na wymuszaniu absolutnego posłuszeństwa, stosowaniu presji czy nieustającym zarządzaniu. [...] Metodą wychowawczą powinien być szacunek, a nie przymus. Zdarzają się sytuacje, kiedy pewna kontrola jest nie do uniknięcia, i cała sztuka polega na tym, by jej nie nadużyć. (str. 82)

      W rozdziale pt. Dać dzieciom wybór (bardzo podoba mi się ten tytuł) dowiadujemy się, jakie korzyści daje pozostawienie dzieciom wyboru. Korzystną rzeczą jest danie dziecku możliwości kontrolowania spraw, które jego dotyczą. Jeśli potrzeba autonomii dziecka zostaje zaspokojona, służy to jego zdrowiu psychicznemu i rozwojowi emocjonalnemu. Gdyby uczniowie mieli wybór co do tego, czego i w jakich okolicznościach mają uczyć się w szkole, wówczas uczyliby się z naturalnym zaangażowaniem, byliby bardziej kreatywni, silniej zmotywowani wewnętrznie. Dzieci doświadczające autonomii zazwyczaj chętniej wykonują swoje obowiązki, skłonne są korzystać ze wskazówek rodziców i rozumieją ich przekonania, nie popadają w większe kłopoty, mają więcej pewności siebie i łatwiej stawiają czoła wyzwaniom. Dzieci uczą się podejmowania słusznych decyzji przez podejmowanie decyzji, a nie przez kierowanie się cudzymi wskazówkami. (str. 205)

       

      THOMAS GORDON: WYCHOWANIE BEZ PORAŻEK, CZYLI TRENING SKUTECZNEGO RODZICA (Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2014)

      Książka podaje nam kilka praktycznych narzędzi, których możemy używać, aby budować trwałe, pozytywne relacje z naszym dzieckiem. Możemy nauczyć się, jak aktywnie słuchać dziecka i jakie stwarzamy bariery w komunikacji z nim. Książka pomaga nam uświadamiać sobie, kiedy pojawiający się problem jest problemem dziecka, a kiedy rodzica i jak należy go rozwiązać. Dowiadujemy się, na czym polega komunikat „ja”, który otwiera uszy dziecka na nasze słowa. Uczymy się rozwiązywać konflikty z dzieckiem, stosując metodę bez przegranych. Autor porusza również takie kwestie, jak bunt dziecka, władza rodzicielska i granice. Rozdział, który poleciłabym szczególnie nauczycielom i dyrektorom szkół to rozdział pt.: Inni ludzie, którzy są rodzicami dla twoich dzieci (str. 365). Inny ważny rozdział został poświęcony samym rodzicom: mówi on o tym, jak nie pozwolić się skreślić jako rodzice (str. 332).

       

      Książki, które przedstawiłam w tym i w poprzednim wpisie, choć pisane są przez różnych autorów i w różnym czasie, mają ze sobą wiele wspólnego: podkreślają, jak ważne jest wychowanie dziecka w duchu wolności, demokracji, samodzielnego podejmowania decyzji i odpowiedzialności za te decyzje, w atmosferze wzajemnego szacunku i szczerości, gdzie dorosły przestaje samozwańczo określać się jako „autorytet” i przyjmuje postawę empatycznego przywódcy – przyjaciela dziecka. Stworzenie tego rodzaju warunków rozwoju emocjonalnego dziecka, warunków sprzyjających jego szeroko pojętej samoregulacji jest niezbędne, jeśli zależy nam, aby nasze dziecko wyrosło na szczęśliwego i mocnego człowieka, który potrafi budować przyjazne relacje z innymi ludźmi, podążać za swoimi naturalnymi zainteresowaniami, predyspozycjami i talentami, stworzyć szczęśliwą rodzinę oraz wykonywać swój zawód z przyjemnością, jeśli nie z pasją. Taki człowiek ma również mocne podstawy do zachowania zdrowia fizycznego przez całe życie.

       

      Na koniec, parę słów o jeszcze jednej książce, niepoświęconej wprawdzie samym dzieciom, ale odzwierciedlającej wyżej wymienione idee i mogącej stanowić dodatkową wskazówkę dla rodziców i nauczycieli:


      MARSHAL ROSENBERG: POROZUMIENIE BEZ PRZEMOCY. O JĘZYKU SERCA (Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012)

      Książka uczy nas, jak rozmawiać ze sobą, by potrzeby obu stron rozmowy zostały zaspokojone. Pokazuje, jak słuchać drugiego człowieka z empatią i jak komunikować swoje uczucia i potrzeby. Dostajemy proste narzędzia, które pozwalają rozstrzygać spory i stwarzać ciepłe, pełne zrozumienia więzi w rodzinie, wśród przyjaciół, w szkole, w kontaktach na szczeblu zawodowym, a nawet – politycznym.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 kwietnia 2015 18:11
  • czwartek, 09 kwietnia 2015
    • CIEKAWE KSIĄŻKI: NOWA SUMMERHILL

       

      Wśród książek, które polecam w kontekście rozważań o zdrowiu dzieci znajdują się pozycje dotyczące wychowania i edukacji. Wychowanie i edukacja to sfera psychiki, sfera rozwoju emocjonalnego. To ważna, jeśli nie najważniejsza dziedzina, o jaką musimy zadbać, jeśli zależy nam na całościowym zdrowiu naszego dziecka.

      W najbliższym czasie przedstawię książki, na których wychowuję się jako rodzic i które polecam wszystkim nauczycielom. Dzisiaj – parę słów o Nowej Summerhill autorstwa Alexandra Sutherlanda Neilla (Zysk i S-ka Wydawnictwo, wyd. I, 2000 r.) oraz moje refleksje i ilustracja tematu w postaci wybranych cytatów z książki.

       

      KSIĄŻKA

      Summerhill to szkoła dla dzieci w wieku od 5 do 17 lat, założona przez Alexandra Sutherlanda Neilla w 1921 roku w Anglii. Szkoła istnieje do dziś i ma wielu naśladowców – szkół demokratycznych powstających na całym świecie, również w Polsce.

      Czym wyróżnia się Summerhill? Jest to szkoła niezwykła, w której decyzje podejmują dzieci, na równi z dorosłymi, ucząc się tym samym odpowiedzialności za swoje wybory. Każdy uczeń sam decyduje, co chce robić w danym dniu, czego chce się uczyć i w ogóle – czy chce się uczyć. Jeśli chodzi o decyzje dotyczące społeczności szkolnej, jak również ustanawianie praw, regulaminu obowiązującego w szkole czy rozstrzyganie konfliktów, tym celom służą samorządowe zebrania regularnie odbywane przez dzieci, z udziałem personelu szkoły. Na zebraniach poruszane są i omawiane rozmaite sprawy, a następnie odbywa się głosowanie. Każdy uczestnik zebrania, niezależnie, czy jest dzieckiem, czy dorosłym ma jeden głos.

      Okazuje się, już z prawie stuletniej praktyki, że taki system służy indywidualnej samoregulacji dziecka (zarówno pod względem emocjonalnym, jaki i edukacyjnym), jak również naturalnej samoregulacji społeczności szkolnej. W sposób naturalny, a tym samym – optymalny, mobilizuje dzieci do wysiłku, bez odgórnych, często niezrozumiałych dla nich nakazów i zakazów. Uczniowie, skupiając się na dziedzinach, które w danym momencie je interesują, odkrywają swoje pasje, predyspozycje, a nawet talenty i nikt im w tym nie przeszkadza. Do tego lubią to, co robią, lubią swoją szkołę, trafnie wybierają swoje przyszłe zawody. Ponadto, rozumieją prawa, które same ustanowiły, dzięki czemu je respektują, nawet, jeśli oznaczają dla nich pewne ograniczenia.

       

      MOJE REFLEKSJE

      Niestety, z góry ustalone nakazy i zakazy to pierwsza rzecz, z którą dzieciom kojarzy się zwykła szkoła. Niestety, w zwykłej szkole dzieci muszą uczyć się wszystkiego, co dla nich ktoś przewidział, niezależnie od tego, czy dany przedmiot jest dla dziecka interesujący, czy nie. Dzieci nie zawsze mogą się uczyć tego, co naprawdę je interesuje. Niestety, w zwykłej szkole najczęściej nikt nie pyta je o zdanie, o ocenę zajęć czy zachowania nauczyciela, a drugiej strony nauczyciele nie mają oporów, aby oceniać pracę i zachowanie uczniów. Zresztą, nie o samo ocenianie chodzi. W zwykłych szkołach brakuje kreatywnych i otwartych dyskusji nauczycieli z dziećmi, jak również dzieci z dziećmi, w czasie których wszystkie strony mogłyby bez obaw mówić o swoich problemach, rozwiązaniach i pomysłach, na zasadach partnerstwa, wzajemnego szacunku i zrozumienia. A przecież takie dyskusje są podstawą do nauki komunikacji bez przemocy i do rozwiązywania problemu agresji w szkołach.

      Ktoś może mieć wątpliwości co do efektywności nauki w szkole demokratycznej. Czy może zdarzyć się, że na przestrzeni kilku lat dziecko nie zechce samo nauczyć się pisać, czytać czy liczyć? Chyba nie. Świat jest zbyt ciekawy, a matematyka zbyt przydatna! Jeśli chodzi o inne dziedziny, jestem pewna, że dziecko samo zgłębi niejedną, jeśli tylko pozwolimy mu... trochę ponudzić się lub zwyczajnie pobawić (obserwuję to zjawisko w domu, na moich własnych Dzieciach, diametralnie różniących się od siebie pod względem zainteresowań).

      Co więc należy do nas – rodziców i nauczycieli w sferze edukacji? Moim zdaniem, powinniśmy zadbać o wyposażenie otoczenia dziecka poprzez zapewnienie mu w nie tylko ciekawych książek (w domu lub poprzez chodzenie do biblioteki), przyborów do pisania i narzędzi do prac ręcznych, ale też zapewnienie kontaktu z otwartą przestrzenią, przyrodą, ciekawymi ludźmi, ciekawymi przedmiotami czy miejscami, słowem – kontaktu z prawdziwym życiem. Powinniśmy również, a może – przede wszystkim zadbać o naszą stałą obecność w życiu dziecka, aby mu pomóc czy coś podpowiedzieć albo opowiedzieć o czymś ciekawym, jeśli o to poprosi, jeśli tylko zechce. I wreszcie, powinniśmy zadbać o własny rozwój i pasje, by dziecko miało co obserwować. Trudno przecenić znaczenie takiej obserwacji.

      Zaufać dzieciom, zaufać ich naturalnej zdolności do samoregulacji, zapewnić im bogatą ofertę... to samo sprawdza się w sferze odżywiania i zdrowia fizycznego, o czym już nieraz pisałam.

       

      CYTATY - PEREŁKI

      Wracając do samej książki, nie mogę oprzeć się chęci zacytowania choć paru jej fragmentów. Oto one – moje perełki:

      Życzliwość, optymizm i poleganie na sobie to zaraźliwe cechy w tej szkole. Jej struktura pozwala dzieciom na niezależność połączoną z jednoczesną akceptacją obowiązków w stosunku do innych ludzi, podobnie jak dzieje się to w najlepszych rodzinach (str. 19).

      W Summerhill nie ma przepaści między pokoleniami. [...] Gdyby tak było, to dwunastoletnia dziewczynka nie mogłaby powiedzieć nauczycielowi, że jego lekcje są nudne. Muszę dodać, że również i nauczyciel może powiedzieć dziecku, że jest piekielnie nieznośne. Obu stronom należy się taka sama wolność (str. 26).

      Trudne dzieci prawie zawsze sprawiają kłopoty z powodu nieodpowiedniego traktowania ich w domu i w szkole (str. 27)

      Wolałbym raczej, aby szkołę opuścił szczęśliwy zamiatacz ulic niż znerwicowany uczony (str. 32).

      Wykształcenie samo w sobie nie jest tak ważne jak osobowość i charakter (str. 33).

      Wolne dzieci nie ulegają zbyt łatwo wpływom innych; brak strachu jest najwspanialszą rzeczą, jaka może się dziecku przytrafić (str. 38).

      Gdy dziecko nabawi się do woli, zacznie pracować i stawiać czoło problemom (str. 64).

      Okres zabawy w piasku i błocie trwa u dzieci dłużej, niż przypuszczaliśmy (str. 66).

      Jeżeli matka potrafi nawiązać ze swym potomstwem prawdziwy kontakt, jeżeli dzieci nie czują przed nią lęku, to może ona powiedzieć „nie”, nie czyniąc im tym żadnej krzywdy. Pierwszą rzeczą, jaką rodzice muszą zrobić, jest uporządkowanie samych siebie (str. 71 – 72).

      Skupiając uwagę naszych uczniów na przedmiotach, które nie są ich mocną stroną, uwarunkowujemy ich do wykonywania zajęć, które nie będą im sprawić przyjemności (str. 80).

      Bycie uczciwym w życiu i wobec życia jest sprawą podstawową. To naprawdę najważniejsza rzecz na świecie. Jeżeli będziesz szczery, to wszystko inne się ułoży. Każdy docenia wartość otwartości w wypowiedzi czy zachowaniu. [...] Pomimo to wychowujemy nasze dzieci w taki sposób, że nie ośmielają się być szczere. [...] Dziecko rodzi się z natury szczere (str. 85).

      Dzieci, gdy dać im wolność, przeważnie nie kłamią. [...] Dzieci kłamią głównie w obronie własnej, a w domu kłamstwo kwitnie ze strachu. Usuńmy strach, to i ono zniknie. [...] Najlepszym sposobem na uczynienie z dziecka kłamcy na całe życie jest naleganie, aby mówił prawdę i tylko prawdę (str. 98 - 100).

      Tak jak nasze ciało cierpi z powodu różnego rodzaju zewnętrznego zła – pozbawionego wartości odżywczych chleba, konserwowanej żywności, sztucznych nawozów, promieniowania radioaktywnego, środków owadobójczych, spalin, tak nasza psychika cierpi z powodu kar w dzieciństwie, pozbawienia swobody, lęków i urabiania charakteru (str. 121).

      W Summerhill zawsze, nawet najmniejszym dzieciom, pozostawiamy całkowitą swobodę wyboru potraw z dziennego menu. [...] To dziecko pragniemy ocalić, a nie jedzenie (str. 122).

      Jedzenie groszku nożem jest sprawą osobistą (str. 123).

      Gdy dziecku pozwala się na przeżycie swego egoizmu, tak jak to czynimy w Summerhill, to ten egoizm stopniowo przechodzi w altruizm i naturalne zainteresowanie innymi ludźmi (str. 124).

      Dzieci obdarzone całkowitą swobodą korzystają w pełni z dobrodziejstw,  jakie niesie z sobą ruch i rytm (str. 153).

      Rozwój emocjonalny dziecka jest nieskończenie bardziej ważny niż jego rozwój intelektualny (str. 160).

      Dzieci, podobnie jak dorośli, uczą się tego, czego chcą się nauczyć. Wszelkie nagrody, egzaminy, wyróżnienia blokują właściwy rozwój osobowości (str. 161).

      Dostaję stosy listów od uczniów narzekających na zadania domowe. Jedna dziewczynka pisała, że zajmują  jej one cztery godziny każdego wieczoru. To męczeństwo dzieci jest przestępstwem (str. 168).

      Szkolne egzaminy w większości składają się z rzeczy, które nie mają znaczenia (str. 169).

      W przeciętnym domu, jeżeli dziecko rozbije talerz, matka lub ojciec robią mu awanturę – talerz staje się ważniejszy od dziecka (str. 171).

      Jeżeli stoisz po jego stronie, to dziecko zdaje sobie z tego sprawę. [...] Jeżeli traktujesz dziecko bez odwoływania się do swego autorytetu czy moralności, nie utracisz go (str. 173).

      Gdy zajęcia nie są obowiązkowe, to trzeba być bardzo dobrym nauczycielem, aby uczniowie przychodzili na twoje lekcje (str. 174).

      Poczucie humoru oznacza przyjacielskość, brak respektu i brak strachu; oznacza uczucie ze strony dorosłego (str. 174).

      Nadrzędnym celem wszystkich systemów kształcenia powinno być leczenie z nieszczęścia. Szkoła mogłaby być oceniana po wyrazie twarzy jej uczniów, a nie po wynikach egzaminów (str. 183).

      Wymaganie od dziecka, aby nie było egoistyczne, jest złe, ponieważ każdy człowiek w tym wieku jest egoistą. [...] Gdy dostanie jabłko, to jedynym jego pragnieniem jest je zjeść. Matka zachęcająca dziecko, by podzieliło się tym właśnie jabłkiem ze swym młodszym bratem, osiąga jedynie to, że wywołuje w nim nienawiść do brata. [...] Tłumiąc w dziecku egoizm, jedynie utrwalamy go (str. 186).

      Najszczęśliwsze domy, jakie znam, to te, w których rodzice są zupełnie szczerzy wobec dzieci, nie prawią im kazań. Strach nie ma prawa wstępu do takich rodzin. Miłość może rozkwitać. W innych domach ona jest stłumiona przez strach. Pretensjonalna godność i żądanie szacunku trzyma miłość na uboczu. Wymuszony szacunek zawsze implikuje strach (str. 186).

      [...] Taki rodzic nie zadowoli się tym, aby pozwolić Williemu nauczyć się czytać wówczas, gdy mu przyjdzie na to ochota. [...] Tacy ludzie nie umieją czekać, aż dziecko zrobi coś we własnym tempie. [...] Ja nauczyłem się czekać i obserwować, jak dziecko robi małe postępy lub nie robi ich wcale. Nigdy nie wątpiłem, że ostatecznie, jeśli nie będzie się go molestować czy mu szkodzić, powiedzie mu się. [...] Moim kryterium powodzenia jest umiejętność pracy z radością i życie z pozytywnym nastawieniem do świata (str. 194).

      Wolność jest lekarstwem na większość problemów (str. 205).

      Przyjemność sprawia mi oglądanie, jak nieszczęśliwe, pełne nienawiści i lęków dzieci wyrastają na szczęśliwe, trzymające wysoko głowy. Mnie jest wszystko jedno, czy zostaną profesorami czy hydraulikami, ponieważ uważam, iż bez względu na wykonywaną pracę osiągnęli pewną równowagę i satysfakcję w życiu (str. 205 – 206).

      Jeżeli uwolnimy emocje, to nasz intelekt sam się o siebie zatroszczy (str. 210).

      Nawet z doskonałym nauczycielem trudno jest tym dzieciom [dziesięcio- – dwunastoletnim] przebrnąć przez materiał zwykłej szkoły państwowej. Gdyby dzieciom w wieku dziesięciu – dwunastu lat z państwowej szkoły pozwolono wspinać się na drzewa czy kopać doły, zamiast uczęszczać na lekcje, to ich poziom wykształcenia byłby podobny do poziomu wykształcenia naszych dzieci [w Summerhill]. My akceptujemy ten okres niższego poziomu nauczania, ponieważ uważamy, że zabawa jest najważniejsza (str. 213).

      Dzieci kochają nie tyle mnie, co moje niewtrącanie się do ich spraw (str. 226).

      Pokazał mi [Homer Lane] konieczność doszukiwania się głębszych przyczyn złego zachowania (str. 318).

      Można urabiać dziecko, nie zdając sobie z tego sprawy (str. 343).

      Odrzucam słowo miłość; wolę określenia Homera Lane’a: „być po stronie dziecka”, co oznacza aprobatę, sympatię, życzliwość i całkowity brak autorytetu dorosłego. Większą wartość ma zrozumienie dzieci niż kochanie ich (str. 385).

      Uf, uzbierał się cały sznur perełek, a i tak z żalem musiałam zrezygnować z wielu innych wartościowych cytatów, ze względu na ograniczenie wpisu blogowego. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam moich Czytelników do sięgnięcia po samą książkę, bo najlepiej czytać te mądre zdania w pełnym kontekście Nowej Summerhill.

       

      NAJNOWSZE WYDANIE KSIĄŻKI

      W zeszłym roku pojawiło się nowe wydanie książki (wydawnictwo IPSI), można ją nabyć tutaj: www.ipsi.pl/summerhill . Polecam!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 kwietnia 2015 18:00
  • piątek, 03 kwietnia 2015
    • ZDROWI RODZICE – ZDROWE DZIECI

       

      Nieraz zadaję sobie pytanie, w jakim stanie zdrowia byłaby teraz nasza Rodzina, gdyby nie przeszła poważna choroba Chłopczyka. Z jednej strony, wolałabym, aby do tej choroby nigdy nie doszło. Czasami wyrzucam sobie, dryfując w wyrzuty sumienia, że mogłam zapobiec chorobie, szukając wiedzy na temat zdrowia jeszcze przed pojawieniem się na świecie mojego Pierworodnego. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że musi zaistnieć silny bodziec, aby należycie zadbać o zdrowie i aby starczyło energii na zdobywanie niezbędnej wiedzy niemalże dzień w dzień, przez kilka lat. Takim bodźcem z pewnością jest choroba ukochanego dziecka. Kolejnym bodźcem jest widok zdrowiejącego dziecka, jak również – „niechcący” zdrowiejące rodzeństwo, mama i tata.

      W krytycznym 2009 roku, gdy objawy podstępnie skradającej się choroby Chłopczyka przybrały na sile, podupadło również zdrowie Dziewczynki i moje. Czułam się zmęczona psychicznie i fizycznie, mój organizm funkcjonował coraz gorzej, ból i inne objawy nierównowagi pojawiały się w przeróżnych częściach organizmu, zdarzało się, że z bólu nie mogłam swobodnie poruszać się czy normalnie funkcjonować. A przecież chory rodzic nie może skutecznie pomóc swojemu choremu dziecku. Na szczęście, na naszej drodze pojawiła się Osoba, która wprawdzie nie złowiła nam ryby, ale dała nam wędkę i nauczyła łowić. Dzięki tej pomocy zaczęliśmy niemalże równocześnie odzyskiwać siły, aby potem już coraz bardziej samodzielnie dbać o nasze zdrowie.

      Dzisiejszy wpis dedykuję rodzicom, dziadkom i innym opiekunom chorych dzieci. Dedykuję go również Magdzie, Mamie Karolka.

       

      PREDYSPOZYCJE GENETYCZNE A ŚRODOWISKO

      Mówi się o genetycznych predyspozycjach do określonych chorób w rodzinie, a nie zwraca się uwagi na fakt, że z reguły, w obrębie danej rodziny istnieją podobne warunki środowiskowe, które decydują o tym, czy predyspozycje genetyczne dadzą o sobie znać, czy nie. Warunki środowiskowe kształtowane są przez takie czynniki, jak:

      • sposób odżywiania się (jakość pokarmów, sposób przygotowywania potraw, czas przeznaczony na przyrządzanie i spożywanie posiłków);
      • relacje między członkami rodziny (wzajemne zrozumienie bądź jego brak, czułość psychiczna i fizyczna lub jej brak, wzajemna pomoc lub jej brak itp.);
      • metoda profilaktyki i ewentualnego leczenia chorób (farmakologia, chirurgia, metody naturalne itp.);
      • styl życia (np. czas przeznaczony na sen i wypoczynek, zainteresowania, aktywność fizyczna, aktywność społeczna, korzystanie z wynalazków cywilizacyjnych typu mikrofalówka, telefon komórkowy, telewizor, komputer, używanie środków chemicznych do pielęgnacji ciała, prania, mycia naczyń, sprzątania);
      • miejsce zamieszkania.

       

      ZALEŻNOŚĆ MIĘDZY ZDROWIEM RODZICÓW I ZDROWIEM DZIECKA

      Moim zdaniem, nie da się leczyć dziecka bez naprawy całego jego otoczenia i bez „naprawy” jego rodziców (czego wybitnym przykładem jest układ dziecko - matka karmiąca piersią). Nie można na dłuższą metę zapewnić dziecku zdrowej diety, jeśli rodzic pozostanie przy hotdogach popijanych coca-colą. Nawet, jeśli by to ukrył. Chory rodzic będzie rodzicem osłabionym, i to nie tylko fizycznie. Natomiast zdrowy rodzic da dziecku solidną podporę psychiczną i przykład dbałości o zdrowie fizyczne. Co więcej, aby leczyć dziecko, należy nauczyć się dostrzegać sygnały wysyłane przez jego organizm. Z kolei, aby zrozumieć funkcjonowanie organizmu dziecka, trzeba nauczyć się obserwować i respektować swoje własne ciało i umysł.

      I jeszcze jedna kwestia: jeśli zależy nam na długoterminowym, „dożywotnim” zdrowiu naszego dziecka, warto uczyć go dobrych nawyków żywieniowych (i nie tylko) od małego, od urodzenia (im wcześniej, tym lepiej), dając przykład tym, co sami robimy. Wówczas zdrowe odżywianie nie będzie mu się kojarzyć z ograniczeniami, wyrzeczeniami, niewygodnymi zmianami w diecie; zdrowa dieta będzie czymś naturalnym, a oferowany w przypadkowym poczęstunku cukierek – czymś niejadalnym. W naszej Rodzinie wprowadziliśmy pierwsze zmiany dietetyczne pod koniec wspomnianego wyżej 2009 roku. Moja Dziewczynka miała wówczas dwa i pół roku, a Chłopczyk – pięć i pół lat. Dzisiaj, siedmioipółletnia Dziewczynka naturalnie sięga wyłącznie po zdrowe, naturalne pokarmy (i jest z tego dumna), natomiast dziesięcioipółletni Chłopczyk nie potrafi swobodnie odmówić poczęstowania się przypadkowym ciastkiem z hipermarketu.

       

      ZDROWIE I DIETA RODZICÓW

      Dzisiaj chciałabym skupić się na jednym z ważniejszych czynników zdrowia człowieka - diecie. Zachęcam wszystkich rodziców (opiekunów) do zadbania o własne zdrowie, przez obserwację własnego organizmu i zapewnienie mu właściwego pożywienia. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że istnieje duża zależność między tym, co jemy i tym, jak się czujemy. Nieraz możemy usłyszeć o jakiejś dolegliwości, na którą lekarz nie może już nic poradzić i nie potrafi wskazać przyczyny, podczas gdy rozwiązanie leży pod ręką: wystarczy wyeliminować lub odpowiednio zmniejszyć częstotliwość i dawkę jakiegoś składnika diety, aby dolegliwość całkowicie ustąpiła (czasami nawet już po trzech dniach, a czasami po dłuższym okresie). Zauważenie i doświadczenie tej zależności na własnym organizmie pozwoli nam zrozumieć funkcjonowanie organizmu naszego dziecka. Ponadto, możemy spodziewać się, że te pokarmy, które szkodzą nam - rodzicom, osłabiają organizm dziecka, choć oczywiście nie zawsze jest to regułą.

      Dobrze jest nauczyć się identyfikować wszelkie, nawet najmniejsze dolegliwości, jakie nas ciągle trapią, ciągle nawracają. Mogą to być np.:

      • poranne zmęczenie;
      • poranne przytkanie nosa (jedno- lub obustronne);
      • ból głowy,  w tym – migrena, ćmienie w głowie;
      • kłopoty z koncentracją;
      • rozdrażnienie, zmienność nastrojów;
      • bezsenność;
      • zespół napięcia przedmiesiączkowego u kobiet;
      • skoki ciśnienia;
      • wrażliwość na zmianę pogody;
      • swędzenie skóry, pryszcze, itp.;
      • alergia na elementy naturalne środowiska, takie jak pyłki, sierść kota, kurz, roztocza;
      • ból w okolicach karku lub w innych częściach kręgosłupa;
      • ból w stawach;
      • drętwienie rąk, nóg, palców;
      • zaburzenia łaknienia;
      • niewłaściwa waga ciała, duża zmienność wagi ciała;
      • zgaga;
      • chroniczny biały nalot na języku;
      • plamki na paznokciach;
      • wypadanie włosów;
      • nieregularne wypróżnianie się, zespół drażliwego jelita itp.

      To są tylko przykłady możliwych zaburzeń na tle alergii lub nietolerancji pokarmowej (piszą o tym: dr n. med. Danuta Myłek, lek. med. Ewa Bednarczyk-Witoszek, prof. med. Jonathan Brostoff, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2012/12/KSIAZKI-KTORE-POLECAM.html ) albo zaburzeń wynikających z nierównowagi w naszym jadłospisie. Niektóre z dolegliwości dają się we znaki najbardziej rano, tuż po przebudzeniu, aby stopniowo zaniknąć w ciągu dnia, wraz z rozruszaniem się organizmu.

      Małe, chroniczne dolegliwości mogą prowadzić do poważnych chorób. Dlatego, lecząc ciężko chorego człowieka, zwróciłabym uwagę przede wszystkim na jego „błahe” dolegliwości, np. katar. Gdy katar, swędzenie skóry, depresyjne nastroje itp. zaczynają ustępować, zaczyna ustępować groźna choroba, tak jakby mimochodem. Warto doświadczyć tego na sobie, aby właściwie postępować z poważnie chorym dzieckiem, wiedzieć, od czego zacząć, a z drugiej strony - aby zrozumieć, dlaczego należy reagować już na najmniejszą wysypkę, zanim jeszcze ciężka choroba nie zastuka do drzwi. Gdy poczujemy, jak funkcjonuje nasz własny organizm, zrozumiemy organizm naszego dziecka i nie będziemy już niczego się bać, bo będziemy wiedzieć, co robić.

      A co robić, jeśli chodzi o dietę, załóżmy - rodziców? Temat jest tak obszerny, że postanowiłam przedstawić go skrótowo, w następujących punktach:

      1. Eliminujemy z naszego menu produkty z jakimikolwiek dodatkami przemysłowymi, nawet tymi „naturalnego pochodzenia” (tj. konserwantami, aromatami, barwnikami, wzmacniaczami smaku, stabilizatorami, przeciwutleniaczami, słodzikami, antyzbrylaczami w soli itp.).
      2. Eliminujemy sztucznie wyekstrahowane cukry (np.: sacharozę, glukozę, maltodekstrynę, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, laktozę) i wszelkie produkty zawierające takie cukry. Czytamy w tym celu etykiety produktów spożywczych!
      3. W miarę możliwości, eliminujemy „trociny”, czyli przemysłowo przetworzoną żywność: makarony, płatki zbożowe (np. zamiast płatków owsianych proponuję nieprzetworzone ziarno owsa, ugotowane po uprzednim namoczeniu w wodzie; jest bardzo smaczne!), konserwy, mleko w proszku, zupy w proszku, przemysłowe mleko i jego przetwory, wędliny, przemysłowe mrożonki, chrzan w słoiku, keczup, musztardę, rafinowane oleje roślinne, margarynę itd. Wyrzucamy z domu mikrofalówkę. To zalecenie – eliminacji „trocin” kieruję szczególnie do osób z nadwagą, czyli osób... niedożywionych, jakościowo niedożywionych. Dlaczego? Otóż obróbka przemysłowa powoduje, że początkowo naturalne pokarmy tracą swe cenne zasoby witamin i minerałów, niekorzystnie zmienia się też struktura chemiczna białek i tłuszczów. Ponadto, w wyższych temperaturach ulegają zniszczeniu enzymy (substancje białkowe), które wspomagają trawienie i wchłanianie substancji odżywczych. Mikrofale (co najmniej) niszczą białka, a pamiętajmy, że białka występują nie tylko w typowych pokarmach wysokobiałkowych, takich jak mięso, jajka, ryby, mleko, ale też w pokarmach pochodzenia roślinnego, np. w ryżu. Mikrofale niszczą też tłuszcz mleczny (masło). Odżywiając się więc jedzeniem przemysłowym czy jedzeniem z mikrofalówki, faszerujemy się „pustawymi” kaloriami; efekt jest taki, że z czasem pogłębiamy niedobory w organizmie, pogłębia się uczucie niedosytu, więc jemy jeszcze więcej „trocin”, tyjemy i wciąż jesteśmy głodni. Takie jakościowe niedożywienie prowadzi też do chorób: kaskadowego zaburzenia procesów biochemicznych w organizmie (ze względu na niedobory pierwiastków czy związków chemicznych) i dysfunkcji w naturalnych procesach samooczyszczania się organizmu z toksyn. Dodatkowym problemem, jakie może stworzyć jedzenie przemysłowo przetworzone jest uzależnienie (często pojawiające się wskutek wysokiego indeksu glikemicznego pokarmów przetworzonych) i zakłócenie metabolizmu mózgu (pisze o tym prof. med. Achim Peters – badacz mózgu, internista i diabetolog, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/08/CIEKAWE-KSIAZKI-SAMOLUBNY-MOZG.html ).
      4. W miarę możliwości, eliminujemy warzywa i owoce pryskane chemią, pochodzące z wielkich upraw przemysłowych, w których stosuje się chemiczne środki ochrony roślin, sztuczne nawozy i chemiczne środki zwalczające chwasty. Jeśli nie mamy wyboru, zanieczyszczone warzywa i owoce moczymy w wodzie, myjemy i ewentualnie obieramy ze skórki.
      5. Zapraszamy naturalne tłuszcze do naszej diety, w dowolnych ilościach wg upodobań i reakcji organizmu. Nie bójmy się takich tłuszczów; są one lekarstwem na wiele schorzeń, w tym... na otyłość.
      6. Zapraszamy surowiznę: surowe warzywa i owoce, surowe orzechy i oleiste nasiona (np. nasiona słonecznika), surowe żółtka, niepasteryzowane mleko i naturalne przetwory z takiego mleka (masło, śmietanę, twaróg), surowe mięso (np. w postaci tatara), do wyboru wg upodobań. Dobrze, jeśli surowizna stanie się dodatkiem do każdego posiłku, choćby w postaci zieleniny, kiełków czy świeżo zmielonych nasion. Bardzo odświeżającym i regenerującym posiłkiem jest sama surówka z oliwą, jeśli nie mamy ochoty na wysokokaloryczny posiłek. Dlaczego polecam surowiznę? Ponieważ tylko surowy pokarm zawiera aktywne enzymy i wrażliwe na wysoką temperaturę substancje odżywcze, które wspomagają trawienie i wchłanianie składników pokarmowych oraz regulują procesy biochemiczne w organizmie. Regulacja procesów biochemicznych jest podstawą przy oczyszczaniu organizmu z toksyn oraz profilaktyce i leczeniu przeróżnych chorób, np. choroby nowotworowej.
      7. Rotujemy pokarmy z poszczególnych grup pokarmowych i robimy sobie co najmniej trzydniowe przerwy w tygodniu od danej grupy (np. przez kilka dni całkowicie „odpoczywamy” od pokarmów mlecznych lub / i jakichkolwiek zbóż lub / i białek zwierzęcych lub / i cukrów prostych, polecam też bardzo przyjemne kilkudniowe posty na warzywach w różnej postaci z dodatkiem dowolnej ilości dobrego tłuszczu).
      8. Eliminujemy nałogi (czyli robimy przerwy od pokarmów, bez których „nie da się żyć”, np. nie jemy codziennie jabłek, nie pijemy codziennie kawy ze śmietanką itp.).
      9. Obserwujemy reakcje naszego organizmu na poszczególne grupy pokarmowe.
      10. Układamy nasze menu świadomie, kierując się smakiem (nie wolno np. jeść szpinaku na siłę, „bo jest zdrowy”!)  i samopoczuciem (posiłek powinien dodawać nam energii i nie powodować jakichkolwiek dolegliwości).

      Na życzenie moich Czytelników, powyższe punkty mogę omówić w osobnych wpisach w przyszłości.

       

      GDY DIETA ZADZIAŁA

      ... to nie będzie odwrotu. Przyjemność z życia bez bólu i jakichkolwiek dolegliwości, codzienna energia, chęć działania - chęć życia oraz widok radosnego zdrowego dziecka to wartości, z których nie będziemy chcieli już nigdy zrezygnować. Trzeba tylko samemu doświadczyć ich, aby z ochotą poświecić część własnego czasu na zdobycie dobrej jakości jedzenia i ugotowanie czegoś pysznego w domu każdego dnia.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „ZDROWI RODZICE – ZDROWE DZIECI”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 03 kwietnia 2015 20:21
  • piątek, 27 marca 2015
    • OSPA WIETRZNA. CHOROBY I SZCZEPIENIA - PODSUMOWANIE.

      CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. X

       

       

      Kalendarz szczepień obowiązkowych rozszerza się, przybywa szczepień, które najpierw są „niezalecane”, potem „zalecane”, aby ostatecznie przybrać postać „obowiązkowych”. Do takich należy szczepienie przeciwko ospie wietrznej, które wprawdzie jeszcze nie jest „obowiązkowe”, ale jest już na etapie silnie sugestywnej, marketingowej reklamy (np. http://dobra-mama.pl/temat-tygodnia/ospa-wietrzna-w-zlobku-i-przedszkolu-jak-uchronic-przed-nia-dziecko.html ). Ospa wietrzna to choroba, przeciwko której nie zaszczepiłam swoich Dzieci, gdyż chciałam to zrobić jeszcze w erze „niezalecania”: pani pediatra przyjmująca w dużym, znanym szpitalu dziecięcym odradziła mi tego, mówiąc: My – lekarze w tym szpitalu stoimy na stanowisku, że naturalne przechorowanie ospy daje lepszą odporność, niż szczepionka. Odporność ta dotyczy nie tylko ospy, ale też innych chorób... Ospa nie ominęła nas: u Dziewczynki miała jednak łagodny przebieg, a u Chłopczyka nie wystąpiły jakiekolwiek objawy. O naszych doświadczeniach z ospą można przeczytać w drugiej części wpisu: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/O-SZCZEPIENIACH-WYWIAD-Z-DR-SIENKIEWICZ-I-DR.html .

      Poniżej przedstawiam informacje na temat ospy wietrznej i szczepienia przeciwko tej chorobie. Podstawą mojego artykułu jest wiedza zaczerpnięta z książki rosyjskiego lekarza, dr. Aleksandra Kotoka pt. Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.).

       

      Co to za choroba:

      Ospa wietrzna jest zakaźną chorobą wirusową wieku dziecięcego, objawiającą się głównie na skórze.

       

      Objawy:

      • pęcherzyki na skórze, które stopniowo pojawiają się i znikają w ciągu jednego – dwóch tygodni;
      • uciążliwy świąd skóry;
      • osłabienie, wzrost temperatury na początku choroby;
      • brak jakichkolwiek objawów (tj. przechorowanie bezobjawowe, wg dr. Kotoka: w pewnym badaniu wykazano, że 92% dzieci objętych badaniem do 10 roku życia miało odporność, mimo, że 62% dzieci nigdy nie wykazało objawów).

       

      Sposób zarażenia się:

      Choroba przenosi się drogą kropelkową.

       

      Leczenie:

      • odpoczynek w dobrze wietrzonym pomieszczeniu;
      • odstawienie jedzenia (autor zaleca odstawienie jedzenia aż do czasu wyzdrowienia, ja zalecam słuchanie dziecka – spełnianie jego zachcianek kulinarnych, w tym – uszanowanie potrzeby postu; najczęściej dziecko w chorobie przez jakiś czas je mniej niż zwykle lub w ogóle nie je);
      • obfite pojenie (również tu zalecam podążanie za dzieckiem);
      • podawanie witamin A, C i D (najlepiej w postaci naturalnej);
      • obcięcie dziecku paznokci i zapobieganie rozdrapywaniu swędzących pęcherzyków (aby uniknąć trwałych blizn);
      • leki homeopatyczne;
      • z mojego doświadczenia: można naprzemiennie stosować kąpiel w rozcieńczonym naparze z kory dębu, olej kokosowy do nacierania skóry (w celu złagodzenia świądu) i maść z dodatkiem cynku (w celu wysuszenia bąbli, taką maść najczęściej przepisują lekarze); dziecko może samo wskazać, po którym z tych zabiegów czuje największą ulgę.

       

      Nabycie odporności po chorobie:

      Naturalne przebycie choroby daje zazwyczaj odporność na całe życie. Ważne jest, aby przebyć chorobę w wieku dziecięcym, bo w wieku dorosłym chorobę przechodzi się dużo ciężej.

       

      Odporność po szczepieniu:

      Szczepionka nie daje odporności na całe życie.

       

      Możliwe powikłania po chorobie:

      Powikłania dotyczą osób dorosłych, dzieci z deficytami odporności lub dzieci leczonych lekami hamującymi aktywność układu odpornościowego (immunosupresantami). Powikłania zazwyczaj wiążą się z dołączającymi się do ospy infekcjami bakteryjnymi.

       

      Możliwe powikłania po szczepieniu i skutki masowych szczepień:

      • wzrost temperatury, wrażliwość, ból, obrzęk, rumień, świąd, krwiak, stwardnienie i zdrętwienie w miejscu wkłucia, wysypka;
      • rzadziej: wstrząs anafilaktyczny, drgawki gorączkowe, zapalenie płuc, zespół Guillaina-Barrego, poprzeczne zapalenia rdzenia kręgowego, ataksja (zaburzenia koordynacji ruchowej ciała)  i inne choroby;
      • nieprzewidywalne skutki wejścia do organizmu żywych wirusów drogą nienaturalną;
      • nieprzewidywalne skutki wprowadzenia do organizmu obcego DNA zawartego w szczepionce;
      • narażenie dzieci szczepionych na zachorowanie na ospę lub półpasiec w wieku dorosłym (szczepionka nie daje odporności na całe życie);
      • wzrost zachorowalności na półpasiec w społeczeństwach masowo szczepionych przeciwko ospie wietrznej; półpasiec jest chorobą o wiele bardziej niebezpieczną, niż ospa; obie choroby wywoływane są przez ten sam wirus.

       

       

      PODSUMOWANIE

      Dotychczas pisałam o chorobach, przeciwko którym stosuje się szczepienia tzw. obowiązkowe (zob.: http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2014/72/akt.pdf ), przy czym, pominęłam choroby wywołane zakażeniem pałeczką Haemophilus influenzae typu B i nie wspomniałam o od niedawna stosowanej szczepionce Hib przeciwko tym chorobom, ponieważ moim założeniem było prześledzenie jedynie chorób i szczepień opisywanych przed dr. Kotoka (o własnych doświadczeniach z tą szczepionką napisałam już jednak jakiś czas temu, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/ANKIETA-I-MOJA-DZIEWCZYNKA.html ). Nie chodzi też o to, aby opisać każdą możliwą chorobę, przeciwko której stosuje się szczepienie i każdy rodzaj szczepionki. Moim celem jest danie podpowiedzi, przykładu rodzicom i opiekunom dzieci, jakich informacji szukać przy podejmowaniu decyzji o szczepieniu bądź nieszczepieniu przeciwko konkretnej chorobie. Myślę, że dobrze jest podążać za zaproponowanym przeze mnie schematem, a więc szukać odpowiedzi na precyzyjnie postawione pytania:

      • Co to za choroba?
      • Jakie są jej objawy?
      • Jak można się nią zarazić?
      • Jak można ją leczyć (uwzględniając wszelkie sposoby leczenia)?
      • Czy choroba (lub tylko zarażenie się) daje odporność na całe życie?
      • Jaka jest odporność po szczepieniu?
      • Jakie są potencjalne powikłania po chorobie?
      • Jakie są potencjalne powikłania po szczepieniu?

      Ważne jest też, aby odpowiedzieć sobie w ramach w/w pytań, jaka jest częstotliwość zachorowania lub jedynie zarażenia się oraz częstotliwość powikłań po chorobie i po szczepieniach. Niestety, co do powikłań poszczepiennych brakuje rzetelnej statystyki, pozostają jedynie alarmujące sygnały z życia codziennego, którego doświadczamy.

      Ponadto, istotna jest wiedza o alternatywnych do szczepień metodach skutecznej profilaktyki chorób. Jeśli nawet największy „autorytet medyczny” twierdzi, że szczepienie jest jedyną skuteczną metodą zapobiegnięcia danej chorobie, to jest to nieprawda. Istnieje olbrzymi problem w znalezieniu rzetelnych źródeł informacji na temat chorób i szczepień, gdyż doszło do pewnej patologii w systemie medycznym: lekarze (z reguły nasze główne źródło informacji) zalecają coś, co jest produktem, który, jak każdy inny, firma produkująca musi sprzedać, ponadto studenci medycyny i lekarze są szkoleni przez osoby powiązane z przemysłem farmaceutycznym. Nie jesteśmy informowani przez lekarzy o wszelkich możliwych, znacząco skutecznych sposobach profilaktyki i leczenia chorób. Nie pozostawia się tym samym nam - rodzicom (lub opiekunom) wyboru metod pielęgnacji zdrowia naszego dziecka, przy założeniu, że decyzję o profilaktyce czy leczeniu może podjąć tylko lekarz medycyny akademickiej i że lekarz musi podążać za procedurami z góry wytyczonymi, czasami wbrew swojemu doświadczeniu, wiedzy zdobywanej poza oficjalnym systemem edukacji medycznej, a nawet – wbrew własnemu sumieniu. Czy zdajemy sobie sprawę, że np. tężec czy polio oraz niektóre inne choroby można całkowicie wyleczyć wciągu kilku godzin – dni szybkimi wlewami dożylnymi dużych dawek witaminy C? Czy wiemy, jak wielkie znaczenie może mieć witamina D w skutecznym leczeniu gruźlicy? Są to udokumentowane metody, o których nie uczy się studentów medycyny, a tym bardziej – nie są one przewidziane w tzw. procedurach medycznych. Pisze o nich Jerzy Zięba, naturopata, człowiek o imponującej wiedzy medycznej, w swojej szczegółowo udokumentowanej książce Ukryte terapie. Wiedzę o niezwykle skutecznych, a zarazem bezpiecznych metodach zapobiegania chorobom, metodach alternatywnych do szczepień można znaleźć też w wielu innych książkach (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2012/12/KSIAZKI-KTORE-POLECAM.html ).

      Nie mogę zachęcać moich Czytelników do szczepienia lub nieszczepienia, tutaj decyzję każdy rodzic musi podjąć samodzielnie. Zachęcam jednak gorąco do codziennej profilaktyki zdrowotnej względem własnego dziecka: dbałości o jego dietę, bliskość psychiczną i fizyczną, ruch na świeżym powietrzu, jak najczęstszy kontakt ze słońcem, odpowiednią ilość snu, współpracę z dobrym lekarzem, który minimalizuje ilość leków lub wręcz w ogóle ich nie przepisuje i jest skuteczny, ochronę dziecka przed wynalazkami cywilizacyjnymi (typu mikrofalówka, komórka, ekran) oraz ochronę przed chemią w kosmetykach i środkach czystości. Na podstawie mojej wiedzy i doświadczenia uważam, że taka profilaktyka, jako alternatywa do profilaktyki szczepionkowej, może zapewnić całkowitą odporność przed wszelkimi chorobami, a jeśli nawet nie, to sprawia, że choroby mają łagodniejszy przebieg i nie skutkują powikłaniami. Natomiast jeśli rodzice zdecydują się na zaszczepienie swojego dziecka, ale też będą należycie dbać o wyżej wspomnianą profilaktykę codziennie, to zmniejszą ryzyko powikłań poszczepiennych.

      Niezależnie od dokonywanych wyborów, rodzice muszą mieć świadomość, że wszelkie skutki decyzji o sposobie zdrowotnej pielęgnacji swoich pociech będą ponosić oni sami i ich dzieci, a nie lekarze.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „OSPA WIETRZNA. CHOROBY I SZCZEPIENIA - PODSUMOWANIE.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 27 marca 2015 22:35
  • piątek, 20 marca 2015
    • ŚWINKA

      CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. IX

       

       

      Szczepienie przeciwko śwince wykonywane jest w formie szczepionki skojarzonej – MMR. Jest to żywa, atenuowana szczepionka „trzy w jednym” – przeciwko odrze, śwince i różyczce.  Według aktualnego polskiego programu szczepień ochronnych (zob.: http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2014/72/akt.pdf ) schemat szczepienia MMR jest następujący:

      • I dawka: 13 - 14 miesiąca życia;
      • II dawka (tzw. dawka przypominająca): 10 rok życia.

      Dzisiaj przedstawię informacje na temat świnki i szczepienia przeciwko tej chorobie. Podstawą mojego artykułu jest wiedza zaczerpnięta z książki rosyjskiego lekarza, dr. Aleksandra Kotoka pt. Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.), uzupełniona informacjami z innych źródeł (zob.: http://www.mp.pl/szczepienia/choroby/choroby_swinka/show.html?id=92985 ).

       

      Co to za choroba:

      Świnka (nagminne zapalenie przyusznic) jest chorobą wirusową, obejmującą przyuszne i podżuchwowe gruczoły ślinowe.

       

      Objawy:

      • brak objawów u około połowy dzieci dotkniętych infekcją;
      • obrzęk ślinianek przyusznych (najczęściej) lub podżuchwowych oraz ból, trudności w żuciu, połykaniu i otwieraniu ust;
      • gorączka;
      • inne: złe samopoczucie i osłabienie, ból głowy, utrata łaknienia, wymioty;
      • głównie u dorosłych: zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, najczęściej bezobjawowe lub skąpoobjawowe, objawy ustępują w ciągu tygodnia.

      Powyższe objawy mogą występować w różnych kombinacjach lub pojedynczo.

       

      Sposób zarażenia się:

      Choroba przenoszona jest drogą kropelkową.

       

      Leczenie:

      Specjalne leczenie nie jest potrzebne. Można zastosować leki homeopatyczne, ale wystarczy też zwykły wypoczynek, nawadnianie organizmu i właściwa dieta.

       

      Nabycie odporności po chorobie:

      Przebycie choroby daje dożywotnią odporność. Przebycie choroby w dzieciństwie zapobiega zachorowaniu w wieku późniejszym, kiedy choroba może mieć cięższy przebieg lub niebezpieczne następstwa. Badania wykazały, że kobiety, które przebyły świnkę w dzieciństwie rzadziej zapadają na raka jajników.

       

      Odporność po szczepieniu:

      Szczepienie daje krótkotrwałą i słabą odporność, co więcej, przesuwa chorobę z okresu dzieciństwa na wiek dorosły, kiedy to świnka może mieć cięższy przebieg i niebezpieczne powikłania. Nieprzechorowanie świnki w dzieciństwie (wskutek szczepienia) może skutkować większą podatnością na choroby w wieku późniejszym. Ponadto, wirus świnki zdolny jest do mutacji, co może wiązać się z całkowitą nieskutecznością danej szczepionki.

       

      Powikłania po chorobie:

      • Powikłania występują częściej u dorosłych niż u dzieci, z reguły jednak, choroba nie prowadzi do jakichkolwiek trwałych powikłań;
      • W przypadku zachorowania chłopca w wieku dojrzewania lub mężczyzny, czasami (rzadko) może dojść do zapalenia jąder i męskiej bezpłodności, jeśli zapalenie objęło obydwa jądra, choć zapalenie poświnkowe zazwyczaj obejmuje jedno jądro i wówczas nie prowadzi do bezpłodności;
      • W przypadku zachorowania dziewczynki w wieku dojrzewania lub kobiety, czasami (rzadko) może dojść do jedno- lub obustronnego zapalenia jajników, niepowodującego bezpłodności;
      • W rzadkich przypadkach dochodzi do zapalenia trzustki, które ustępuje samoistnie w ciągu tygodnia;
      • Bardzo rzadko choroba prowadzi do zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu.

       

      Powikłania po szczepieniu:

      • reakcje uczuleniowe: wysypka, świąd, krwawe podbiegnięcia;
      • zaburzenia w centralnym układzie nerwowym: drgawki gorączkowe, jednostronna głuchota sensoryczna, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych;
      • zapalenie jąder;
      • zapalenie trzustki.

      Niektórzy rodzice obserwują wystąpienie u swych dotychczas całkowicie zdrowych dzieci wystąpienie zaburzeń autystycznych tuż po szczepieniu MMR.

      Według charakterystyki produktu leczniczego, dostępnej na internetowej stronie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce zawierająca trzy szczepy żywych, atenuowanych wirusów - Priorix może wywołać działania niepożądane. Częstotliwość tych działań, wg autora dokumentu, nie może być precyzyjnie określona; po wprowadzeniu szczepionki do obrotu, dane o skutkach ubocznych zebrano na podstawie „zgłoszeń spontanicznych”. Cytat z w/w dokumentu, wymieniający poszczególne działania niepożądane, umieściłam we wpisie o odrze (na końcu): http://zdrowedzieci.blox.pl/2015/02/ODRA.html .


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „ŚWINKA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 20 marca 2015 21:50
  • piątek, 13 marca 2015
    • RÓŻYCZKA

      CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. VIII

       

       

      Szczepienie przeciwko różyczce wykonywane jest w formie szczepionki skojarzonej – MMR. Jest to żywa, atenuowana szczepionka „trzy w jednym” – przeciwko odrze, śwince i różyczce.  Według aktualnego polskiego programu szczepień ochronnych (zob.: http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2014/72/akt.pdf ) schemat szczepienia MMR jest następujący:

      • I dawka: 13 - 14 miesiąca życia;
      • II dawka (tzw. dawka przypominająca): 10 rok życia.

      Dzisiaj przedstawię informacje na temat różyczki i szczepienia przeciwko tej chorobie. Podstawą mojego artykułu jest wiedza zaczerpnięta z książki rosyjskiego lekarza, dr. Aleksandra Kotoka pt. Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.), uzupełniona informacjami z innych źródeł (zob.: http://pediatria.mp.pl/choroby/chorobyzakazne/show.html?id=67591 ).

       

      Co to za choroba:

      Różyczka jest nieszkodliwą chorobą wirusową wieku dziecięcego. Stanowi zagrożenie dla kobiet w ciąży, zwłaszcza w pierwszych tygodniach ciąży, gdyż może prowadzić do zaburzeń w rozwoju płodu.

       

      Objawy:

      • w około połowie przypadków bezobjawowy przebieg zakażenia;
      • umiarkowana gorączka;
      • powiększenie szyjnych węzłów chłonnych;
      • wysypka, która znika po 2 – 3 dniach (a czasami w ogóle nie występuje).

       

      Sposób zarażenia się:

      Zakazić się można drogą kropelkową, przez kontakt z materiałem zakaźnym i drogą krwionośną przez łożysko (płód od matki) w przypadku różyczki wrodzonej. Materiałem zakaźnym jest wydzielina jamy nosowo-gardłowej chorego, krew, kał, mocz.

       

      Leczenie:

      Różyczka ustępuje samoistnie, nie wymaga specjalnego leczenia.

       

      Nabycie odporności po chorobie:

      Przebycie choroby daje dożywotnią odporność.

       

      Odporność po szczepieniu:

      Zaszczepienie przeciwko różyczce nie daje dożywotniej odporności. Szczepienie dziewczynek w dzieciństwie zmniejsza ich szansę na naturalne przechorowanie różyczki, a tym samym – na nabycie trwałej odporności, która chroniłaby ich ciążę w wieku dorosłym.

       

      Powikłania po chorobie:

      Najczęściej nie dochodzi do powikłań (a do takich w przypadku różyczki należy zapalenie stawów, zapalenie mózgu).  Jeżeli zakażeniu ulegnie kobieta w pierwszych tygodniach ciąży, może dojść do poronienia lub uszkodzeń płodu. U noworodka najczęściej występują objawy związane z  ośrodkowym układem nerwowym i narządami zmysłów (wzrok, słuch), układem sercowo-naczyniowym oraz krwiotwórczym. Dzieci z wrodzonym zakażeniem różyczkowym mogą się urodzić przedwcześnie i zbyt małą masą ciała. Śmiertelność dzieci z zespołem różyczki wrodzonej wynosi do 15%.

       

      Powikłania po szczepieniu:

      • przewlekłe zapalenie i ból stawów (te powikłania mogą objawić się kilka tygodni po szczepieniu i trwać od paru tygodni do wielu lat, a nawet przez całe życie); w Rosji jest to oficjalnie uznawane powikłanie po szczepieniu przeciwko różyczce;
      • syndrom chronicznego zmęczenia;
      • schorzenia rdzenia kręgowego;
      • zespół Guillaina-Barrego;
      • zespół cieśni nadgarstka;
      • neuropatie różnego rodzaju;
      • niektórzy rodzice obserwują wystąpienie u swych dotychczas całkowicie zdrowych dzieci wystąpienie zaburzeń autystycznych tuż po szczepieniu MMR.

      Według charakterystyki produktu leczniczego, dostępnej na internetowej stronie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce zawierająca trzy szczepy żywych, atenuowanych wirusów - Priorix może wywołać działania niepożądane. Częstotliwość tych działań, wg autora dokumentu, nie może być precyzyjnie określona; po wprowadzeniu szczepionki do obrotu, dane o skutkach ubocznych zebrano na podstawie „zgłoszeń spontanicznych”. Cytat z w/w dokumentu, wymieniający poszczególne działania niepożądane, umieściłam we wpisie o odrze (na końcu): http://zdrowedzieci.blox.pl/2015/02/ODRA.html .


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „RÓŻYCZKA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 13 marca 2015 16:58
  • poniedziałek, 02 marca 2015
  • piątek, 27 lutego 2015
    • ODRA

      CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. VII

       

      Szczepienie przeciwko odrze wykonywane jest w formie szczepionki skojarzonej – MMR. Jest to żywa, atenuowana szczepionka „trzy w jednym” – przeciwko odrze, różyczce i śwince.  Według aktualnego polskiego programu szczepień ochronnych (zob.: http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2014/72/akt.pdf ) schemat szczepienia MMR jest następujący:

      • I dawka: 13 - 14 miesiąca życia;
      • II dawka (tzw. dawka przypominająca): 10 rok życia.

      Dzisiaj przedstawię informacje na temat odry i szczepienia przeciwko tej chorobie. Podstawą mojego artykułu jest wiedza zaczerpnięta z książki rosyjskiego lekarza, dr. Aleksandra Kotoka pt. Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.), uzupełniona informacjami z innych źródeł (zob.: http://www.pm.microbiology.pl/web/archiwum/vol5032011235.pdf ).

       

      Co to za choroba:

      Odra jest chorobą wirusową pojawiającą się głównie w wieku dziecięcym, stanowiącą zagrożenie jedynie dla dzieci osłabionych, żyjących w warunkach ubóstwa, niedożywienia itp. W czasach, gdy jeszcze nie szczepiono przeciwko odrze, odra występowała powszechnie u dzieci i była zwykłą chorobą, która mijała i nie wzbudzała niepokoju u rodziców (pisze o tym dr Kotok, wiem o tym również z relacji mojej Mamy). Wirus wywołuje objawy w układzie oddechowym oraz objawy skórne.

       

      Objawy:

      • pierwsze objawy: wysoka temperatura, kaszel, katar;
      • wraz z rozprzestrzenianiem się wirusa po całym organizmie: wysypka na twarzy i szyi, przechodząca w rejony tułowia i kończyn; W początkowej fazie choroby wysypka ma charakter gruboplamisty. Wykwity skórne są różowe, zlewające się, zlokalizowane na twarzy i czole, które z czasem obejmują całą powierzchnię ciała. Po kilku dniach wysypka zmienia kolor na ceglasty i łuszczy się (źródło: http://www.pm.microbiology.pl/web/archiwum/vol5032011235.pdf ); wysypka ustępuje po kilku dniach.

       

      Sposób zarażenia się:

      Wirus odry przenoszony jest drogą kropelkową.

       

      Leczenie:

      • wg dr. Kotoka, nie należy obniżać temperatury, ani podawać antybiotyku (stosowanego w celu zapobiegnięcia powikłaniom bakteryjnym), ponieważ zakłóca to pracę układu immunologicznego;
      • odpoczynek w łóżku;
      • wietrzenie pomieszczenia, w którym przebywa chore dziecko;
      • obfite pojenie;
      • dieta: wg dr. Kotoka – głodówka lub lekkostrawne posiłki z wykluczeniem mięsa i nabiału; ja zaleciłabym zdanie się na instynkt dziecka, jego zachcianki, co prawdopodobnie sprowadziłoby się do zaleceń dr. Kotoka;
      • leczenie homeopatyczne (dr Kotok);
      • podawanie witamin A i C (dr Kotok, zob. też: raport dr. Klennera).

       

      Nabycie odporności po chorobie:

      Przebycie choroby daje odporność na całe życie. Przebycie choroby w dzieciństwie jest stosunkowo łagodne, w odróżnieniu od przechorowania odry w wieku dorosłym. Szansa na właściwe, w pełni uodparniające przechorowanie odry w dzieciństwie zmniejszona jest przez szczepienia aplikowane w wieku dziecięcym. Istnieją badania dowodzące, że przechorowanie odry sprzyja rozwojowi i wzmocnieniu układu immunologicznego dziecka. Zauważono, że u dzieci, które przechorowały odrę, skłonności do astmy, kataru siennego i egzemy były dwa razy mniejsze niż u ich rówieśników, których ta choroba ominęła. U dorosłych, którzy chorowali w dzieciństwie na odrę podatność na schorzenia onkologiczne jest najniższa. Udowodniono, że podczas odry u dzieci chorych na AIDS wirus HIV wolniej się namnaża.

       

      Odporność po szczepieniu:

      Większość osób chorujących na odrę w czasie epidemii była wcześniej zaszczepiona przeciwko tej chorobie. Szczepienia dają co najwyżej krótkoterminową odporność na odrę (kosztem odporności ogólnej). Narażają osoby dorosłe szczepione w dzieciństwie na zachorowanie na odrę z ostrzejszym przebiegiem choroby z poważnymi powikłaniami (np. odra w wieku dorosłym stanowi jeden z czynników ryzyka stwardnienia rozsianego); choroba zostaje jedynie przesunięta w czasie (w naturalnych warunkach na odrę zapadają przede wszystkim dzieci powyżej pierwszego roku życia).

      Ponadto, szczepienie MMR prowadzi do osłabienia układu immunologicznego i może wywoływać choroby z autoimmunoagresji. W Finlandii, która szczyci się likwidacją odry, świnki i różyczki poprzez szczepienia, nastąpił największy jak dotąd wzrost zachorowalności na autyzm, chorobę Crohna, cukrzycę insulinozależną, astmę, choroby tkanki łącznej i inne przewlekłe choroby. Liczba przypadków tych chorób wciąż rośnie.

       

      Powikłania po chorobie:

      Powikłania w przebiegu odry występują rzadko i dotyczą w  szczególności osób z niedoborami odporności. Do najczęstszych powikłań należą zapalenia płuc będące wynikiem nadkażeń bakteryjnych oraz zapalenie mózgu (1 na 1 000 przypadków zachorowań), a także zapalenie mięśnia sercowego i ucha środkowego. Najcięższym a jednocześnie najrzadszym (1 na 1 000 000 przypadków zachorowań) powikłaniem jest podostre stwardniające zapalenie mózgu (SSPE), które może wystąpić nawet po 15 latach od momentu zakażenia. (źródło: http://www.pm.microbiology.pl/web/archiwum/vol5032011235.pdf )

       

      Powikłania po szczepieniu:

      • niektórzy rodzice obserwują wystąpienie u swych dotychczas całkowicie zdrowych dzieci wystąpienie zaburzeń autystycznych tuż po szczepieniu MMR;
      • istnieją liczne doniesienia o odrowym zapaleniu mózgu występującym po zaszczepieniu przeciwko odrze (może to być również powikłanie po samej chorobie);
      • badacze japońscy przeprowadzili eksperyment, w którym wykazali, że szczepienie powoduje zaburzenia w limfocytach: dochodzi do upośledzenia produkcji interferonu, który zabezpiecza organizm przed chorobami zakaźnymi i onkologicznymi; stan ten trwa co najmniej rok;
      • u dzieci, które otrzymują szczepionkę przeciwko odrze silnie i na długo obniża się poziom witaminy A;

      Według charakterystyki produktu leczniczego, dostępnej na internetowej stronie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, szczepionka Priorix przeciwko odrze, śwince i różyczce zawierająca trzy szczepy żywych, atenuowanych wirusów może wywołać działania niepożądane. Częstotliwość tych działań, wg autora dokumentu, nie może być precyzyjnie określona; po wprowadzeniu szczepionki do obrotu, dane o skutkach ubocznych zebrano na podstawie „zgłoszeń spontanicznych”. Wg w/w charakterystyki produktu, skutki te mogą być następujące:

      • Zakażenia i zarażenia pasożytnicze: Zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, zapalenie jąder i zapalenie najądrzy, nietypowe, łagodne lub słabo nasilone objawy przypominające odrę lub świnkę.
      • Zaburzenia krwi i układu chłonnego: Małopłytkowość (trombocytopenia), plamica małopłytkowa.
      • Zaburzenia układu immunologicznego: Reakcje anafilaktyczne.
      • Zaburzenia układu nerwowego: Poprzeczne zapalenie rdzenia, zespół Guillain-Barré, zapalenie nerwów obwodowych, zapalenie mózgu.
      • Zaburzenia skóry i tkanki podskórnej: Rumień wielopostaciowy.
      • Zaburzenia mięśniowo-szkieletowe i tkanki łącznej: Ból stawów, zapalenie stawów.
      • Zaburzenia ogólne i stany w miejscu podania: Choroba Kawasaki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „ODRA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 21:22

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Wszystkie publikacje zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i publikowanie w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszych pisemnych uzgodnień ze mną. Blog ten przedstawia moją wiedzę i doświadczenie, jak również moje osobiste przemyślenia i wnioski na temat profilaktyki zdrowotnej i leczenia dzieci, natomiast nie może zastępować profesjonalnej porady lekarskiej, jak również zwalniać Czytelnika z odpowiedzialności za decyzje, jakie podejmuje względem swoich dzieci lub siebie samego.

Opcje Bloxa