Zdrowe Dzieci

O utrzymaniu dzieci w zdrowiu i wyprowadzaniu ich z choroby bez leków, bez suplementów.

Wpisy

  • poniedziałek, 22 grudnia 2014
    • CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. II

       

      Szczepienie przeciwko gruźlicy jest drugim szczepieniem (obok WZW B) wykonywanym w pierwszej dobie życia dziecka. Dzisiaj więc – o gruźlicy i o szczepionce BCG.

      Podstawą mojego artykułu jest wiedza zaczerpnięta z książki dr. Aleksandra Kotoka pt. Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.), uzupełniona informacjami z innych źródeł.

       

      GRUŹLICA


      Co to za choroba:

      Gruźlica jest chorobą infekcyjną, która zwykle dotyczy płuc, może jednak zajmować także inne narządy. Choroba powoduje powstawanie w tych narządach wielu drobnych guzków zwanych „gruzełkami”, które stopniowo zastępują prawidłowe struktury i częściowo niszczą tkanki, pozostawiając puste przestrzenie, czyli „jamy” (źródło: http://www.europeanlung.org/assets/files/pl/publications/tb-pl.pdf ).

       

      Objawy:

      • ciągłe pokasływanie i odksztuszanie flegmy;
      • stały stan podgorączkowy;
      • szybkie męczenie się, bladość;
      • utrata wagi;
      • powiększenie węzłów chłonnych;
      • nocne poty;
      • ból głowy.

      Sposób zarażenia się:

      • głównie drogą kropelkową (przez kaszel, kichanie, śmiech, mówienie);
      • picie surowego mleka od zakażonej krowy;
      • w rzadkich przypadkach - przez skórę (dotyczy to przede wszystkim lekarzy weterynarii i rolników).

      Człowiek i prątki gruźlicy współistnieją od tysięcy lat, ale nawet w najbardziej niekorzystnych okresach chorują tylko nieliczni. Tak naprawdę zakaźność gruźlicy jest niska. [...] Gruźlica jak żadna inna choroba ma charakter społeczny; tradycyjnie jest to choroba ubogich, uchodźców, głodujących, żyjących w złych warunkach, przede wszystkim – w zamknięciu (Kotok, str. 142).

       

      Leczenie:

      • farmakologiczne (gruźlica jest wyleczalna przy zastosowaniu specjalnych antybiotyków i kombinacji kilku leków);
      • leczenie wspomagające: przebywanie chorego na słońcu, naświetlanie lampami (prątki gruźlicy szybko giną pod wpływem promieniowania ultrafioletowego);
      • wypoczynek;
      • dieta;
      • poprawa warunków mieszkaniowych w przypadku, gdy te warunki są złe;
      • częste wietrzenie pomieszczeń, w których przebywa chory (dostęp świeżego powietrza).

      Naturalna odporność na chorobę a kontakt z prątkami:

      Nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, czy sam kontakt z prątkami gruźlicy może dawać dożywotnią odporność na tę chorobę, jeśli prątki po dostaniu się do płuc zginą od razu pod wpływem działania układu immunologicznego. A jest to ważne pytanie, jeśli rozważamy decyzję o szczepieniu w przypadku konkretnego człowieka. Wiadomo natomiast, że prątki, które wtargnęły do płuc mogą pozostać przy życiu, ale nie rozmnażać się i w ten sposób przetrwać w organizmie wiele lat, nie wyrządzając mu szkody, ale obciążają go wówczas większym ryzykiem zachorowania; choroba rozwija się u około 10% zakażonych:

      Prątki po wniknięciu do organizmu zostają w większości przypadków wyeliminowane, ale część z nich pozostaje w swoim ognisku pierwotnym – najczęściej w płucach – lub rzadziej w innych drobnych ogniskach, jakie powstały w całym organizmie [...]. Prątki te otoczone wałem ochronnym, jaki powstał w wyniku mobilizacji sił obronnych gospodarza tkwią tam w drobnych „gruzełkach”[...], stąd nazwa gruźlica [...]. Prątki te są żywe, jednak ich metabolizm jest osłabiony, utraciły one, ale tylko przejściowo, zdolność mnożenia się. W takim stanie „uśpienia” [...] mogą przetrwać w organizmie zakażonego gospodarza przez całe życie, nie powodując u niego żadnych objawów chorobowych. U około 90% zakażonych taka „inkubacja” prątka trwa całe życie, a u zakażonego nie rozwija się choroba. Osoba zakażona jest w pełni osoba zdrową. [...]

      U większości zakażonych między prątkiem a siłami odpornościowymi gospodarza wytwarza się równowaga. Jest to jednak równowaga chwiejna, która w każdej chwili może być zakłócona. Wtedy prątki na powrót odzyskują swoją aktywność, zaczynają się rozmnażać, dochodzić może do ich rozsiewu w całym organizmie i do rozwoju choroby w zajętym/zajętych narządzie/narządach lub tkankach. [...] Czynniki zakłócające tę chwiejną równowagę mogą być pochodzenia egzogennego lub endogennego. Takim czynnikiem zewnętrznym jest ciągłe dodatkowe zakażanie, czyli inaczej nadkażenie prątkiem [...]. Ma to miejsce w przypadku długotrwałego, ścisłego [...] kontaktu z osobą silnie prątkującą. Ciągłe nadkażenia przełamują barierę – pewien stan odporności, jaką wytworzył organizm w wyniku zakażenia pierwotnego. Jest to tzw. odporność śródzakaźna, gdyż powstaje w wyniku utrzymywania się prątków w organizmie w „uśpionej” postaci. Czynnikami zewnętrznymi osłabiającymi naturalną odporność i zwiększającymi ryzyko rozwoju choroby są poza wymienionymi nadkażeniami: nędza i związane z nią głód i niedożywienie, ciasne, ciemne przeludnione mieszkania, przebywanie w „skoszarowanym” środowisku (więzienia, koszary, przytułki), sprzyjające zakażeniu i nadkażeniu. Są nimi także stresy psychiczne – wywołane np. bezrobociem czy groźbą utraty pracy. Te czynniki społeczno-ekonomiczne były od wieków postrzegane, jako czynniki zwiększające ryzyko zachorowania, stąd gruźlica od dawna uważana jest za chorobę społeczną. (źródło: http://wsse-poznan.pl/wp-content/uploads/2011/05/Gruzlica.pdf ).

      Odporność po szczepieniu:

      Szczepionka przeciwko gruźlicy nie jest skuteczna, co więcej, może prowadzić u osoby zaszczepionej do niewidocznego zakażenia na całe życie (obecności „uśpionych” prątków w organizmie, o czym mowa w poprzednim punkcie):

      Duże badanie, przeprowadzone przez WHO [Światową Organizację Zdrowia] w Indiach, ostatecznie dało odpowiedź na pytanie, czy BCG [szczepionka przeciwko gruźlicy] chroni przed najbardziej rozpowszechnioną gruźlicą płuc: nie tylko efekt ochronny okazał się zerowy, ale zachorowalność w grupie zaszczepionych była wyższa (Kotok, str. 148).

      Zaszczepienie może skutkować wystąpieniem łagodnej formy gruźlicy, której następstwem będzie ponowne zachorowanie, tym razem w ostrej, groźnej postaci:

      Były kierownik katedry gruźlicy i pulmonologii państwowego uniwersytetu medycznego w Doniecku prof. B.W. Noriejko uważa, że stosowanie szczepionki BCG nie poprawia, a zmniejsza szanse chorego na gruźlicę na pomyślne wyjście z choroby: u osób zaszczepionych czasami występuje stosunkowo łagodny typ pierwotny gruźlicy, kończący się zwykle spontanicznym wyzdrowieniem, a gruźlica typu wtórnego [u tych osób] cechuje się ciężkim przebiegiem i wysoką śmiertelnością (Kotok, str. 148-149).

       

      Powikłania po chorobie:

      • powikłania w układzie oddechowym, np. marskość pogruźlicza płuc (powstanie blizn w płucach prowadzących do częściowej dysfunkcji płuc, a w konsekwencji do defektów oddechowych, zniekształcenia tchawicy i oskrzeli);
      • blizny i zniekształcenia w innych narządach;
      • większe narażenie na ponowne zachorowanie w przypadku zaleczonej gruźlicy, w warunkach osłabienia organizmu spowodowanego różnymi czynnikami (uśpione leczeniem prątki mogą ponownie zaktywizować się).

       

      Powikłania po szczepieniu:

      • niepoddające się leczeniu bliznowce (nadmiernie rozrośnięte blizny), zimne ropnie, wrzody;
      • zapalenie węzłów chłonnych;
      • zapalenie kości;
      • zmiany o charakterze alergicznym: wysypki skórne, wyprysk, rumień guzowaty (choroba zapalna tkanki tłuszczowej objawiająca się zaczerwienionymi, bolesnymi guzami w tkance podskórnej), pryszczykowe zapalenie spojówek, zapalenie tęczówki (źródło: http://www.pzh.gov.pl/przeglad_epimed/56-1/561_01.pdf );
      • uogólniona infekcja BCG u noworodków (uogólniony rozsiew prątków drogą układu limfatycznego i krwionośnego do wszystkich organów), która może prowadzić do śmierci;
      • gruźlica;
      • odległe w czasie powikłania poszczepienne, np. cukrzyca.

       

      Poniżej przedstawiam wypowiedź mamy dziecka, u którego stwierdzono niepożądany odczyn poszczepienny po szczepieniu BCG. Wypowiedź poparta jest dokumentacją medyczną:

       


       

      Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=GOsjLpW4qu4

       

       

      Cdn.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 grudnia 2014 16:19
  • czwartek, 18 grudnia 2014
    • CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. I

       

      Powracam do tematu szczepień. Mimo, że wzbudza on wiele kontrowersji, chyba wszyscy możemy zgodzić się co do dwóch rzeczy: szczepienia wpływają na stan zdrowia dzieci, a wiedzę na temat szczepień i samych chorób powinien posiąść każdy rodzic lub opiekun.

      Najbliższe wpisy chciałbym poświęcić omówieniu poszczególnych chorób, przeciwko którym szczepimy nasze dzieci w ramach programu szczepień obowiązkowych i zalecanych. Podstawową wiedzę o tych chorobach i o szczepionkach można znaleźć w książce Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców (Wydawnictwo Lekarskie Similimum, 2011 r.), napisanej przez rosyjskiego lekarza dr. Aleksandra Kotoka. Wiedzę tę przekazuję poniżej moim Czytelnikom, dodając od czasu do czasu własne uwagi i uzupełnienia z innych źródeł. Niestety, autor nie opisał wszystkich chorób i szczepionek, które zostały wymienione w najnowszej wersji polskiego programu szczepień ochronnych ( http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2014/72/akt.pdf ). Poszczególne choroby będę opisywać wg kolejności chronologicznej odpowiadających im szczepień wymienionych w programie.

       

      WIRUSOWE ZAPALENIE WĄTROBY TYPU B


      Co to za choroba:

      Wirusowe zapalenie wątroby typu B to choroba wątroby wywołana zakażeniem wirusem HBV (od ang. Hepatits B Virus).

       

      Objawy:

      • większość chorych nie odczuwa żadnych dolegliwości;
      • początek choroby jest bezobjawowy;
      • objawy zwiastunowe: uczucie zmęczenia, obniżony nastrój, gorączka, bóle stawów i mięśni (a więc objawy przypominające grypę), brak łaknienia, wymioty;
      • może wystąpić powiększenie wątroby i ból w prawym podżebrzu;
      • w cięższych przypadkach dochodzi do żółtaczki

      (źródła: http://www.mp.pl/szczepienia/choroby/choroby_wzwb/show.html?id=91243 , http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/choroby-zakazne/wzw-typu-b-objawy-jak-rozpoznac-zapalenie-watroby-typu-b_38100.html ).

       

      Sposób zarażenia się:

      • można zarazić się przez kontakt z zakażoną krwią lub płynami ustrojowymi osoby będącej nosicielem wirusa;
      • nie można zarazić się przez dotyk, korzystanie z tych samych sztućców, całowanie, kichanie, kaszlenie czy karmienie piersią;
      • osoby, które są szczególnie narażone na zakażenie: personel medyczny mający kontakt z krwią, pacjenci, którym przetacza się krew lub osocze, narkomani, prostytutki, homoseksualiści; realne ryzyko zakażenia w przypadku noworodków odnosi się wyłącznie do noworodków, których matki są nosicielkami wirusa;
      • w Rosji zakażenia szpitalne stanowią od 2 do 10% wszystkich przypadków wirusowego zapalenia wątroby typu B; zakażeń szpitalnych można uniknąć, jeśli pracownicy służby zdrowia będą sumienni: sprzęt medyczny wykorzystywany do zabiegów powinien być jednorazowy lub dokładnie wysterylizowany, a krew od dawców należy dokładnie sprawdzać.

      Leczenie:

      Nabycie odporności po chorobie:

      Przechorowanie WZW B może pozostawić dożywotnią odporność, ale choroba może też przejść w postać przewlekłą.

       

      Odporność po szczepieniu:

      Skuteczność szczepionki jest niewielka; osoby szczepione w dzieciństwie nie mają odporności w wieku, w którym ryzyko zakażenia (np. poprzez kontakty seksualne) jest realne. Udowodniono, że większość dzieci zaszczepionych przy urodzeniu, przed ukończeniem 5 lat całkowicie utraciła już przeciwciała przeciwko wirusowi WZW B (Kotok, str. 79). Ja sama mam swoje doświadczenie w szczepieniu przeciwko WZW B. Byłam szczepiona cztery razy. Pierwsze dwie dawki szczepionki otrzymałam w 2001 r., trzecią w 2002 r. W 2009 r., przed zabiegiem szpitalnym sprawdzono mi poziom przeciwciał WZW B; okazało się, że był niski, w związku z czym zalecono mi czwartą dawkę szczepionki.

       

      Możliwe powikłania po chorobie:

      • postać przewlekła choroby, zagrażająca szczególnie noworodkom, które zostały zakażone wirusem (do takiego zakażenia może dojść tylko, gdy matka dziecka jest nosicielką WZW B lub wskutek zaniedbań personelu medycznego w zakresie używania niesterylnych igieł i innych narzędzi medycznych przy zabiegach przeprowadzanych na noworodku);
      • niewydolność wątroby oraz rozwój raka w komórkach wątroby (w następstwie przewlekłej postaci choroby, zwykle u osób z ciężkimi chorobami dziedzicznymi lub niedoborami odporności).

      Możliwe powikłania po szczepieniu:

      • wstrząs anafilaktyczny (jest to alergiczna lub niealergiczna nagła reakcja organizmu zagrażająca życiu; charakteryzuje się m.in. znacznym obniżeniem ciśnienia tętniczego krwi, obrzękiem górnych dróg oddechowych, swędzącą wysypką);
      • małopłytkowość (niedobór płytek krwi odpowiedzialnych za krzepnięcie krwi);
      • łysienie plackowate;
      • zapalenia rogówki;
      • plamica małopłytkowa (choroba związana z powstawaniem zakrzepów z płytek krwi w naczyniach włosowatych i drobnych tętniczkach wszystkich narządów i z niedokrwieniem narządów);
      • opryszczka;
      • ból uszu;
      • niedowłady i porażenia, neuropatia (zapalenie nerwów obwodowych), poprzeczne zapalenie rdzenia i zapalenie nerwu wzrokowego, zespół Guillaina-Barrego (choroba neurologiczna związana z uszkodzeniem nerwów na skutek procesów autoimmunologicznych), stwardnienie rozsiane;
      • cukrzyca;
      • aktywowanie procesów autoimmunologicznych w organizmie.

      Cdn.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „CHOROBY, PRZECIWKO KTÓRYM SZCZEPIMY NASZE DZIECI – CZ. I”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 grudnia 2014 19:24
  • sobota, 06 grudnia 2014
    • PSZENICA I GMO

       

      Chcę jeszcze nawiązać do tematu z poprzedniego wpisu, dotyczącego współczesnej pszenicy. Odnosiłam się w nim głównie do książki dr. Williama Davisa pt. Dieta bez pszenicy (Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013 r.). Dr Davis określił współczesną pszenicę jako produkt genetycznych badań prowadzonych w drugiej połowie XX wieku. Autor pisze, że rozwój metod hybrydyzacji (sztucznego krzyżowania) doprowadził do transformacji pszenicy w drugiej połowie ubiegłego wieku. Dawna pszenica diametralnie zmieniła swoją postać nie na skutek oddziaływania naturalnych sił przyrody, takich jak susza, choroby czy darwinowska walka o byt; dawna pszenica zmieniła się pod wpływem sztucznej interwencji.

      Wiele odmian współczesnej pszenicy, wyhodowanych w określonych celach ekonomicznych, powstała w Międzynarodowym Ośrodku Uszlachetniania Kukurydzy i Pszenicy w Meksyku, założonym w 1943 r.

      Pomimo, że doszło do radykalnych zmian w genach pszenicy, nie przeprowadzono jakichkolwiek badań w zakresie wpływu genetycznie nowych odmian na zdrowie ludzi i zwierząt. „Zakładano, że hybrydyzacja i inne działania hodowlane prowadzą do powstania roślin, które nadal zasadniczo są „pszenicą”, dlatego nowe odmiany będą doskonale tolerowane przez spożywające je społeczeństwo. Prawdę mówiąc, agronomowie kpią z poglądu, ze hybrydyzacja może tworzyć mieszańce niezdrowe dla ludzi. W końcu te metody, aczkolwiek w bardziej prymitywnej postaci, były stosowane od wieków w odniesieniu do roślin, zwierząt, a nawet ludzi. Jeżeli skrzyżujesz dwie odmiany pomidorów, to nadal otrzymujesz pomidory, prawda? W czym problem?” (str. 39).

      Czytając książkę dr. Davisa, w pewnym momencie trudno nie zadać sobie pytania:

       

      Czy współczesna pszenica nie jest przypadkiem „organizmem genetycznie zmodyfikowanym” (GMO)?


      Autor wydaje się rozdzielać „eksperymenty hybrydyzacyjne” od bardziej współczesnych „modyfikacji genetycznych”, przestrzega jednak przed potencjalnym zjawiskiem będącym skutkiem hybrydyzacji: może dojść do nieumyślnego włączenia lub wyłączenia genów niemających związku z zamierzonym efektem. Takie niezamierzone, przypadkowe zmiany genetyczne mogą prowadzić do wykształcenia się nieprzewidywalnych, czasami trudnych w identyfikacji cech rośliny. A jak te cechy mogą rzutować na zdrowie człowieka? Nie wiadomo, bo nikt dotychczas tego nie zbadał.

       

      Pytania w mojej głowie mnożą się, a o jednoznaczne odpowiedzi trudno, gdy szuka się ich w gąszczu internetowych informacji. Nie mam też pod ręką fachowej literatury. W mijającym tygodniu udało mi się jednak dotrzeć do pewnego ciekawego źródła. A ponieważ czuję, że jestem winna sobie i moim Czytelnikom dalszych wyjaśnień w temacie, więc go kontynuuję.

       

      Zacznijmy od definicji GMO. Przytacza ją prof. Jan Ludwicki (kierownik Zakładu Toksykologii Środowiskowej przy Państwowym Zakładzie Higieny) w swojej pracy ( http://books.google.pl/books?id=UWLSBa8tPYkC&pg=PA253&lpg=PA253&dq=Ludwicki+aspekty+toksykologiczne&source=bl&ots=CxraCUEGtH&sig=Y4N-HQ1VkxgRaXk6BQzQD_fmyf8&hl=pl&sa=X&ei=QvOCVMvPNYKtUceqgOgP&ved=0CCAQ6AEwAA#v=onepage&q=Ludwicki%20aspekty%20toksykologiczne&f=false ):

      Organizmy genetycznie zmodyfikowane to „organizmy, których struktura genomu została zmieniona przez usunięcie jednego lub więcej genów albo zmianę jednego lub więcej genów, a także w drodze hodowli organizmów hybrydowych realizowanej z wykorzystaniem techniki inżynierii genetycznej” (genom – materiał genetyczny zawarty w podstawowym zespole chromosomów).

      Jest więc mowa o „zmianie jednego lub więcej genów” (porównajmy ten fragment definicji do słów dr. Davisa dotyczących przypadkowych, niezamierzonych zmian w genach wskutek krzyżowania / hybrydyzacji), jest też mowa o samej hybrydyzacji (a więc nawiązanie do techniki pierwotnej) przeprowadzanej w nowoczesnych laboratoriach genetycznych. Mam pytania: czy do hybrydyzacji pszenicy wykorzystano „techniki inżynierii genetycznej” (np. w wyżej wymienionym Międzynarodowym Ośrodku Uszlachetniania Kukurydzy i Pszenicy)? Jeśli tak, to czy współczesną pszenicę można formalnie określić jako produkt GMO? Jeśli tak, to dlaczego nie ma stosowanych oznaczeń w handlu spożywczym (np. na etykiecie chleba)?

      Mam też kolejne pytanie: gdzie stoi granica między klasycznym krzyżowaniem, a współczesną modyfikacją genetyczną? Prof. Ludwicki daje odpowiedź na to pytanie: „Klasyczne metody produkcji nowych odmian roślin lub ras zwierząt obejmują krzyżowanie i selekcję w celu uzyskania korzystnych cech lub usunięcia cech niepożądanych. Działania takie są jednak możliwe jedynie w obrębie jednego gatunku, tj. wśród organizmów wzajemnie krzyżujących się. Barierą jest tu zatem możliwość uzyskania organizmów potomnych. Metody inżynierii genetycznej likwidują tę niejako „naturalną” barierę, tworząc możliwości wprowadzania do organizmów cech, których najprawdopodobniej nie nabywałyby one w drodze klasycznego krzyżowania”. Profesor mówi też w swojej pracy o niewiadomej, z jaką mamy do czynienia, poddając roślinę modyfikacji genetycznej: „Techniki inżynierii genetycznej pozwalają wprawdzie ze stosunkowo dużą dokładnością określić i scharakteryzować wybrany odcinek DNA dawcy determinujący określoną cechę, jednak miejsce jego wprowadzenia do DNA biorcy jest przypadkowe. Inaczej mówiąc, nie można przewidzieć, w którym miejscu DNA zostanie wbudowana nowa informacja oraz jakie to może mieć uboczne skutki dla organizmu potomnego (GMO). Wprowadzone DNA może np. uszkodzić sekwencję jakiegoś innego genu, co, w rezultacie, poza wprowadzeniem nowej cechy, może spowodować utratę innej cechy, typowej i pożądanej w organizmie potomnym”. Jak widać, o przypadkowości genetycznej w kontekście hybrydyzacji wspomina dr Davis i o przypadkowości genetycznej w kontekście GMO mówi prof. Ludwicki.

       

      Moje wnioski są następujące: niezależnie od definicji GMO i definicji hybrydyzacji, jak również bez względu na to, czy „niewinnie” chrupiące bułeczki z zaprzyjaźnionego sklepiku opatrzymy mianem produktu GMO, czy nie, należy wiedzieć, że współczesne produkty pszeniczne są niebezpieczne, podobnie, jak produkty GMO (chodzi mi głównie o nieprzewidywalność oddziaływania sztucznie zmienionego pokarmu na zdrowie ludzkie). Nie potrzebuję oficjalnych dowodów naukowych, aby mieć powód do zachowania ostrożności; wystarczą mi obserwacje własnego organizmu (np. powtarzalne, niemal pewne dolegliwości laryngologiczne i poranne przytkanie nosa po spożyciu pieczywa dzień wcześniej, zaburzone łaknienie, wzdęty brzuch, napady senności), doświadczenie w niezwykle skutecznym leczeniu mojego Chłopczyka dietą, jak również historie rodzinne (np. poważne problemy żołądkowo-jelitowe, które znikają po eliminacji pieczywa, makaronów itp.).

      Wnioski wyciągam również na podstawie pewnych analogii, pewnych prawidłowości dotyczących wszystkich dziedzin życia: zauważam, że tam, gdzie człowiek ingeruje w Naturę wbrew jej prawom, dzieje się źle. Dotyczy to zarówno sfery odżywiania (wszelkie pokarmy zmienione w „nowoczesny” sposób w jakiś sposób szkodzą, począwszy od mleka UHT, poprzez oleje rafinowane i sztuczne konserwanty, na wyekstrahowanej sacharozie kończąc), sfery psychicznej (np. zobaczmy, co się dzieje, gdy nie szanujemy natury drugiego człowieka, a w szczególności – natury dziecka), sfery edukacyjnej (przykładem może być wątpliwa efektywność współczesnego programu edukacyjnego na siłę wtłaczanego w dzieci, wbrew ich naturalnym zainteresowaniom) i wielu, wielu innych dziedzin w życiu ludzi.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „PSZENICA I GMO”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 06 grudnia 2014 21:58
  • sobota, 29 listopada 2014
    • WSPÓŁCZESNA PSZENICA

       

      Cieszę się z inicjatywy polityków dotyczącej zakazu sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach. Martwię się jednak brakiem rzetelnej wiedzy w społeczeństwie (a nawet czasami w środowisku dietetyków) na temat tego, co jest śmieciowym jedzeniem. Z pewnością większość ludzi obecnie nie miałaby wątpliwości co do klasyfikacji przemysłowych czipsów czy lizaków, ale czy odmówiłaby swojemu dziecku zwykłej bułki pszennej?

      Mało kto zdaje sobie sprawę, że współcześnie uprawiana i przemysłowo przetwarzana pszenica to... puste kalorie, które niekorzystnie zmieniają smak człowieka, wypierając ochotę na inne, wartościowe pokarmy i dominując jego jadłospis każdego dnia. Tak jak cukier, powoduje ukryte niedożywienie, często idące w parze z... otyłością (!). Na domiar złego, współczesna pszenica działa jak narkotyk, podobnie jak cukier, papierosy czy alkohol. Jeśli ktoś uważa to stwierdzenie za przesadzone, niech spróbuje przez tydzień całkowicie wyeliminować ze swego jadłospisu chleb (nie tylko ten czysto pszenny; większość chlebów żytnich zawiera w sobie mniejszy lub większy dodatek pszenicy), bułki, makaron, pierogi, ciasta, ciastka, paluszki, obwarzanki, pączki, drożdżówki, pizzę, tosty, zupy na zasmażce, zupy z lanym ciastem, płatki śniadaniowe, naleśniki na mące pszennej, panierkę do kotletów i szereg tzw. gotowych dań ze sklepu, w których składzie zazwyczaj znajdujemy dodatek pszenicy. Ludzie poddani takiemu ograniczeniu zazwyczaj reagują nerwowym pytaniem: „To co ja mam jeść?”, nie zauważając bogactwa pokarmów oferowanych przez Naturę, zastygli w swym pszennym letargu. Po dniu – paru dniach mogą doświadczyć objawów odstawienia narkotyku. Będą czuć się niespokojni, nienasyceni, rozdrażnieni. Współczesna pszenica oddziałuje na mózg, negatywnie. Uzależnia, powodując ciągły głód, a tym samym - coraz krótsze przerwy między posiłkami. Podawana od wczesnego dzieciństwa, powoduje problem u starszych dzieci, które nie mogą o niej zapomnieć nawet wtedy, gdy przemysłowa pszenica zostanie wyeliminowana z ich diety. Bo w głowie siedzi miłe wspomnienie pysznego ciasta drożdżowego, bo trudno czasami uniknąć przypadkowych pszennych poczęstunków.

       

      Dzisiejszy wpis tworzę na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji, popartych wiedzą przekazaną mi przez dwie mądre Lekarki (panią dr Ewę Bednarczyk-Witoszek i panią dr Danutę Myłek), jak również wiedzą z książek. Jedną z tych książek jest publikacja dr Williama Davisa: „Dieta bez pszenicy” (Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013 r.) i do niej głównie będę się dzisiaj odnosić (podając cytaty i strony z książki). Dr William Davis jest kardiologiem, który promuje profilaktykę chorób serca, zalecając eliminację współczesnej pszenicy z diety.

       

      PSZENICA WSPÓŁCZESNA A PSZENICA DAWNA

      Mało kto zdaje sobie sprawę, że współczesna pszenica to roślina genetycznie zmieniona przez człowieka, zmieniona na potrzeby wielkich przemysłowych upraw, zmieniona w ten sposób, aby była bardziej wydajna i łatwiejsza w uprawie, a co za tym idzie - tańsza. Ta... sztuczna pszenica bardziej też odpowiada wymogom piekarniczym: wypieki z niej są lekkie i pulchne, w przeciwieństwie do wypieków z naturalnych odmian tego zboża. Ponadto, współczesna skarłowaciała pszenica nie jest w stanie przetrwać sama, bez sztucznego wspomagania (w postaci nawozów i środków zwalczających szkodniki): nie rośnie w stanie dzikim. „Dziką trawę z 14 chromosomami przekształcono w odmianę 42-chromosomową, nawożoną azotanami, ciężką i superwydajną, która umożliwia nam kupowanie wielkich >>rodzinnych<< opakowań ciastek, naleśników i precelków” (str. 262). „Okazuje się, że to, co jemy [...], to tak naprawdę nie jest pszenica, tylko produkt genetycznych badań prowadzonych w drugiej połowie XX wieku. Współczesna pszenica ma się do prawdziwej pszenicy w najlepszym razie tak, jak szympans do człowieka” (str. 8). Przyśpieszone, nienaturalne zmiany genetyczne poczynione przez naukowców w XX w. miały na celu stworzenie zboża odpornego na warunki pogodowe, np. suszę i patogeny, np. grzyby, ale przede wszystkim chodziło o powiększenie plonów z hektara (nie wzięto jednak pod uwagę wpływ tych manipulacji na zdrowie ludzi i zwierząt, nie przeprowadzono jakichkolwiek formalnych badań, czy tak zmodyfikowane zboże nadaje się do spożycia przez człowieka). Dawne, „złocisto falujące łany” przybrały postać sztywnej, 45-centymetrowej, wysokowydajnej pszenicy karłowatej (str. 27). Te piękne łany można było zobaczyć jeszcze w pierwszej połowie XX w. „W rezultacie dzisiejszy bochenek chleba, herbatnik lub naleśnik różnią się od swoich odpowiedników sprzed tysiąca lat, są odmienne nawet od tego, co robiły nasze babcie. Te wyroby mogą wyglądać tak samo, mogą nawet bardzo podobnie smakować, ale istnieją pomiędzy nimi różnice biochemiczne. Niewielkie zmiany w strukturze białek pszenicy mogą decydować o niszczycielskiej reakcji immunologicznej na te białka bądź braku takiej reakcji” (str. 31-32). Białka glutenu pszenicy przechodzą w procesie genetycznego krzyżowania znaczące przemiany. „W jednym z eksperymentów związanych z krzyżowaniem, w potomstwie rozpoznano czternaście nowych białek glutenu nieobecnych u żadnej z roślin macierzystych” (str. 41). Co więcej, współczesna pszenica cechuje się większą ekspresją białek glutenu odpowiedzialnych za celiakię. Na marginesie: gluten jest substancją białkową występującą w pszenicy i w kilku innych zbożach, składa się z kilku rodzajów białek (od 70 – 90%), zawiera też (w mniejszym stopniu) węglowodany, tłuszcze i sole mineralne.

      Współczesna pszenica składa się z średnio 70% węglowodanów (wagowo), 10 – 15% białek i błonnika oraz z niewielkiej ilości tłuszczów, w odróżnieniu od dawnych odmian; w płaskurce udział wagowy białka wynosi co najmniej 28%.

      Na szczęście, współcześnie istnieją hodowle starożytnych, zdrowych, bo naturalnych odmian pszenicy, takich jak samopsza, płaskurka czy kamut. Starożytne ziarno pszeniczne można zakupić w sklepach ze zdrową żywnością, aby w domu przerobić je na mąkę. Takie ziarno nie jest tanie, ale jeśli odstąpimy od nałogowego, codziennego spożywania pokarmów zbożowych, to nie będzie zbyt dużym obciążeniem dla domowego budżetu. Nie wspomnę już o korzyściach finansowych, jakie daje życie niezakłócone chorobami generowanymi przez współczesną pszenicę.

       

      EKSPERYMENT DR. DAVISA

      Autor książki, dr Davis, jako człowiek uczulony na pszenicę i jako lekarz, przeprowadził na sobie eksperyment, w celu poznania różnic w swoim samopoczuciu po spożyciu chleba ze współczesnej pszenicy i po spożyciu chleba ze starożytnej, naturalnej odmiany pszenicy - samopszy. Sam upiekł oba rodzaje chleba, dodając do każdego jedynie wodę i drożdże. Okazało się, że po spożyciu chleba z samopszy (12 dag), jego poziom cukru we krwi podniósł się z 84 mg/dl do 110 mg/dl. Poza tym, czuł się świetnie: nie odczuwał jakiejkolwiek senności, nie miał nudności, nie odczuwał żadnego bólu. Następnego dnia spożył chleb ze współczesnej pszenicy (również 12 dag). Poziom cukru, z początkowego – 84 mg/dl skoczył mu do 167 mg/dl. Poczuł też mdłości, które utrzymywały się przez 36 godzin i natychmiastowe skurcze żołądka. W nocy spał niespokojnie, a następnego dnia odczuł wyraźny spadek kondycji intelektualnej.

       

      WPŁYW WSPÓŁCZESNEJ PSZENICY NA ORGANIZM LUDZKI

      Dr Davis wymienia szereg obszarów w organizmie ludzkim, w których współczesna, „syntetyczna” pszenica robi spustoszenie. Należą do nich m.in.:

      • mózg i cały układ nerwowy (morfinopodobne działanie pszenicy; pobudzenie i senność; rozmaite zaburzenia neurologiczne i psychiczne);
      • równowaga cukrowa, łaknienie (skoki glukozy we krwi, które skutkują cyklami odczucia przesytu występującego naprzemiennie z odczuciem głodu; przejadanie się pod wpływem pobudzania apetytu przez pszenicę; pojawienie się cukrzycy; nadmierne wydzielanie insuliny prowadzące do przyrostu tkanki tłuszczowej);
      • kości i stawy;
      • układ immunologiczny (stany zapalne);
      • jelita (celiakia i inne formy jelitowej nietolerancji glutenu);
      • serce;
      • skóra.

      To zboże sięga również głębiej, praktycznie do każdego narządu organizmu, od jelit, wątroby, serca i tarczycy, aż po mózg. Prawdę mówiąc, nie ma narządu, na który pszenica nie mogłaby wpływać w jakiś potencjalnie szkodliwy sposób” (str. 16).

       

      PSZENICA A STĘŻENIE GLUKOZY WE KRWI

      Warto pamiętać, że wysoko przetworzona pszenica podnosi stężenie glukozy w stopniu większym niż cukier. Indeks glikemiczny ziarna pszenicy (a więc pszenicy nieprzetworzonej) wynosi 41, ale już pełnoziarnistego pieczywa pszennego - 70, a pieczywa białego (z mąki oczyszczonej) – około 90-95, podczas gdy indeks glikemiczny cukru (sacharozy) – 68 (autor podaje nawet wartość 59 dla sacharozy, ja jednak odnoszę się do ogólnodostępnych tabel indeksów glikemicznych). Dla przypomnienia, indeks glikemiczny określa wzrost glukozy we krwi po spożyciu określonego pokarmu węglowodanowego. Punktem odniesienia dla indeksu glikemicznego jest glukoza, która najbardziej zwiększa poziom cukru we krwi; indeks glikemiczny glukozy wynosi 100. Dr Davis pisze: „Ludzie zazwyczaj patrzą na mnie niedowierzająco, kiedy mówię im, że pełnoziarnisty chleb podwyższa poziom cukru we krwi bardziej niż sacharoza. [...] zjedzenie dwóch kromek razowego chleba tak naprawdę niewiele różni się, a często bywa nawet gorsze, od wypicia puszki słodzonego napoju albo zjedzenia batonika” (st. 48-49). „Produkty pszenne podwyższają poziom cukru we krwi  bardziej niż praktycznie wszystkie inne węglowodany, od fasoli po słodkie batoniki” (str. 50).

      Reasumując, należy unikać wypieków ze współczesnej pszenicy tak samo, jak cukru, a szczególnie dotyczy to osób z cukrzycą.

       

       

      UZALEŻNIENIE MÓZGU I OBJAWY ODSTAWIENIA

      Pszenica jest pokarmem, który wywołuje skutki podobne do działania opiatów. Dlatego tak trudno jest niektórym ludziom wyeliminować pszenicę z diety. Pszenica, jak żaden inny pokarm, ma wyjątkową zdolność wpływania na mózg i układ nerwowy. Dr Davis obserwuje u wielu swoich pacjentów reakcję z odstawienia pszenicy przypominającą głód narkotyczny.

      Słyszałem setki opowieści o skrajnym zmęczeniu, zaburzeniach koncentracji, nerwowości, niemożności funkcjonowania w pracy lub w szkole, a nawet depresji w czasie kilku dni do kilku tygodni po wyeliminowaniu pszenicy. A tymczasem do osiągnięcia całkowitej ulgi wystarczy obwarzanek lub ciasteczko [...]. To błędne koło: rezygnujesz z jakiejś substancji, narażając się zdecydowanie na przykre doznania, więc zaczynasz przyjmować ją od nowa i niemiłe doznania ustają – to mi przypomina uzależnienie i głód narkotyczny” (str. 61). Autor porównuje oddziaływanie pszenicy do uzależnienia, jakie wywołuje nikotyna czy kokaina.

      Na czym polega zjawisko uzależnienia od pszenicy? Gdy zjemy chleb, zawarte w nim białko w postaci glutenu zostaje rozłożone na prostsze związki białkowe zwane polipeptydami. Polipeptydy pszeniczne przenikają barierę krew-mózg i wiążą się z receptorem morfiny w mózgu. Działają jak substancje opioidowe; są związkami morfinopodobnymi pochodzącymi z zewnątrz, stąd zaliczono je do egzorfin (w odróżnieniu od endorfin: związków morfinopodobnych wytwarzanych wewnątrz organizmu).

       

      PSZENICA I CHORBY MÓZGU

      Uzależnienie to nie jedyny efekt oddziaływania pszenicy na mózg. Pszenica ma wpływ na rozwój takich zaburzeń jak schizofrenia czy autyzm. Wpływa na myśli i zachowania, może prowadzić do całego wachlarza dolegliwości i chorób, takich, jak: brak koordynacji ruchów, nietrzymanie moczu, ataki padaczkowe, demencja, zaburzenia snu czy encefalopatia.

       

      WYPOWIEDŹ DR MYŁEK

      Na koniec przytaczam fragment wypowiedzi dr Danuty Myłek (wybitnego polskiego alergologa, dermatologa i członka Amerykańskiej Akademii Alergologicznej) na temat pszenicy:

      Uważam, że pszenica służy lekarzom, grabarzom, producentom i plantatorom. To jest bardzo złe zboże, jedyne, którego właściwie powinniśmy unikać”.

      Pani doktor wystąpiła w audycji radiowej w Trójce, zachęcam do wysłuchania całej audycji: http://www.polskieradio.pl/9/306/Artykul/1291894/


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „WSPÓŁCZESNA PSZENICA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 29 listopada 2014 17:35
  • niedziela, 26 października 2014
    • PASZTET Z GĘSI LUB KACZKI

       

      A oto obiecany w poprzednim wpisie przepis na pasztet z gęsi lub kaczki. Mięso kacze lub gęsie świetnie nadaje się na pasztet, ze względu na dużą zawartość tłuszczu (a tłuszcz jest ważnym składnikiem prawdziwego, dobrego pasztetu), poza tym kaczka czy gęś z małego gospodarstwa wiejskiego jest źródłem czystego, dobrej jakości pożywienia (w przeciwieństwie do mięsa z przemysłowych hodowli). Mój przepis nie zawiera zboża glutenowego w postaci tartej bułki, stosowanej w tradycyjnych przepisach na pasztet. Nie zwiera nawet kaszy i jest nie tylko bezglutenowy: jest bezzbożowy. Zawiera natomiast odżywcze nasiona lnu, które po zmieleniu i połączeniu z wilgotnymi składnikami nadają pasztetowi pożądaną konsystencję (tj. łączą się z wodą i tworzą zwartą masę przypominającą budyń, przed pieczeniem). Taki pasztet jest bardzo dobrym pomysłem na dzień bezzbożowy w diecie rotacyjnej (w której robimy kilkudniowe przerwy od spożywania zbóż).

       

      SKŁADNIKI:

      • wątróbka z kaczki lub gęsi (10 dag lub więcej)
      • 1,5 kg mięsa kaczego lub gęsiego (w tym - skóra i koniecznie tłuszcz, może być mięso na kości z uwzględnieniem wagi samego mięsa)
      • 2 marchewki
      • 1 pietruszka
      • kawałek selera, kalarepa itp. (ilość włoszczyzny można zmieniać wg własnych upodobań)
      • 2 jajka lub 4 żółtka
      • ¾ szklanki siemienia lnianego
      • 14 g soli (5 mini łyżeczek)
      • pieprz
      • gałka muszkatołowa
      • imbir

       

      WYKONANIE;

      1. Mięso (oprócz wątróbki) i warzywa gotujemy do miękkości w 1 ½ szklanki wody, nie doprowadzając do gwałtownego wrzenia i pozostawiamy do lekkiego ostudzenia.
      2. W międzyczasie wątróbkę płuczemy w zimnej wodzie kilka razy, następnie sparzamy, wkładając do małego garnka z wrzątkiem i pozostawiając w nim na jakiś czas. Następnie odcedzamy wątróbkę, a wodę wylewamy.
      3. Mielemy siemię lniane na mąkę (np. w młynku do kawy).
      4. Ugotowane mięso i warzywa mielemy razem ze sparzoną wątróbką w maszynce do mięsa na sitku o oczkach 4 mm.
      5. Do zmielonej masy dodajemy jajka, siemię lniane i przyprawy.
      6. Podczas mieszania masy dolewamy wywar z mięsa i jarzyn.
      7. Sprawdzamy, czy masa jest dobra, ewentualnie dodajemy przypraw.
      8. Masę przekładamy do foremki o wymiarach podstawy 37 cm x 9 cm (lub do dwóch mniejszych), wyłożonej papierem do pieczenia, dodatkowo przykrywamy z góry papierem i pieczemy w nagrzanym piekarniku (ok. 200 st. C, funkcja góra-dół) przez co najmniej 60 minut (stopień przypieczenia skórki - wg gustu).
      9. Po upieczeniu pozostawiamy do wystygnięcia (pasztet trochę "siądzie"), a potem wstawiamy do lodówki na co najmniej kilka godzin (przed pierwszym krojeniem).


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „PASZTET Z GĘSI LUB KACZKI”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 października 2014 16:58
  • sobota, 18 października 2014
    • JEDZENIE DO PRZEDSZKOLA LUB SZKOŁY

       

      Wpis ten dedykuję pewnej sympatycznej mamie, Kasi.

       

      Minął wrzesień i trochę października, a wraz z tym czasem - pierwsze rozterki niektórych mam, w tym – moje. Jak co roku, już gdzieś w sierpniu pojawia się w głowie dręczące pytanie, podszyte uczuciem bezradności: „Co ja jej / jemu dam do szkoły na drugie śniadanie i obiad?”. Pytanie to dręczy szczególnie tych rodziców, których dzieci mają jakieś ograniczenia dietetyczne, a na dodatek są tzw. „niejadkami” (czytaj: są bardzo wybiórcze w jedzeniu).

      Moje Dzieci nie mają żadnych ograniczeń dietetycznych, ale... problem jest, bo większość łatwych w przygotowaniu produktów ze sklepów spożywczych (takich, jak np. bułki pszenne) jest wg mojej wiedzy niejadalna (ze względu na stopień przetworzenia biologicznego, chemicznego i przemysłowego, a także obecność konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, wzmacniaczy smaku, soli z antyzbrylaczem itp. oraz ze względu na sposób uprawy warzyw, owoców i zbóż na potrzeby przemysłu spożywczego: z zastosowaniem chemicznych środków ochrony roślin, niebezpiecznych chemicznych środków odchwaszczających i sztucznych nawozów). Podobny problem widzę w przypadku oferty stołówki szkolnej czy oferty cateringowej; nie można mieć zaufania nawet do tzw. ekologicznego cateringu bo i ten nie jest w stanie zapewnić w 100% czystych i naturalnych pokarmów. Pozostają mi więc do dyspozycji jedynie produkty naturalne, przemysłowo nieprzetworzone, z których muszę wymyślić coś, co nadaje się do zapakowania do tornistrów, coś, czego nie trzeba podgrzewać i coś, co nie zepsuje się nawet wtedy, gdy tornister wyląduje koło ciepłego kaloryfera w szkole. Muszę też uwzględnić „wybredność” moich Dzieci, jeśli jedzenie ma im służyć, tj. sprawiać im przyjemność i wzmacniać ich organizmy. Do tego, smaki moich Dzieci zmieniają się w czasie i choć jest to jak najbardziej prawidłowe, naturalne i pożądane zjawisko, trudno mówić o sielance; mam pełne ręce roboty, a głowa też nie jest zwolniona z myślenia, przewidywania i planowania.

      Poniżej przedstawię nasze pomysły kulinarne, pomysły na jedzenie do szkoły (a dawniej – przedszkola), które wciąż cieszą się uznaniem moich Dzieci lub te, które kiedyś były dla nich hitami kulinarnymi, a potem zostały przez nie odrzucone, lub też takie, których nigdy nie zaakceptowały, choć dla innych dzieci są atrakcyjną propozycją. Każdy posiłek można modyfikować wg gustu i potrzeb konkretnego dziecka i urozmaicać dodatkami, do czego bardzo zachęcam.

      Zanim przejdę do meritum, słowo o sposobie podawania posiłków na ciepło i na zimno. Jeśli chcemy, aby dziecko zjadło w szkole ciepły posiłek, pozostaje nam do dyspozycji specjalny termos obiadowy. Ważne, aby nie był to termos plastikowy czy aluminiowy. Jednak nawet najlepszej jakości termos (tj. wykonany z bezpiecznego materiału i utrzymujący wysoką temperaturę jedzenia przez wiele godzin) sprawia, że posiłek, po pewnym czasie przechowywania niekorzystnie zmienia smak. Z tego względu zrezygnowaliśmy z termosów. Łatwiej jest, gdy podajemy dziecku do przedszkola lub szkoły coś, co wymaga niskiej temperatury, np. plasterki upieczonego mięsa (domową wędlinę) z zieleniną. Można wówczas przygotować coś w rodzaju mini lodówki: do większego plastikowego pojemnika wkładamy jeden wkład chłodzący (wkłady chłodzące stosowane są do lodówek turystycznych, można je kupić w sklepach typu Makro, Obi, być może też w zwykłych hipermarketach lub sklepach z artykułami gospodarstwa domowego, zob.: https://www.google.pl/search?q=wk%C5%82ady+ch%C5%82odz%C4%85ce+do+lod%C3%B3wek+turystycznych+obrazy&espv=2&biw=1164&bih=620&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=BdkvVKiFIcOhyAPPt4E4&ved=0CB8QsAQ ), a obok nich – słoiczek z wędliną i dodatkami. Zamknięty pojemnik z zawartością wkładamy do plastikowej torby termicznej lub do grubszej, zwykłej reklamówki; niska, chłodnicza temperatura i tak utrzymuje się przez wiele godzin. Można też zrezygnować z plastikowego pojemnika, zastępując go dwoma woreczkami i bawełnianą ściereczką kuchenną, w ten sposób zabezpieczając tornister dziecka przed wilgocią.

      Poniżej przedstawiam przykłady posiłków, jakie można podać dzieciom do przedszkola lub szkoły. Zaznaczam, że wszelkie pokarmy powinny być wolne od jakichkolwiek sztucznie stosowanych substancji chemicznych. Najlepiej korzystać z opakowań szklanych typu małe słoiki, szklane butelki, lub – z ceramicznych. Opakowania plastikowe mają tę zaletę, że są lekkie; możemy z nich korzystać, pod warunkiem, że wyłożymy je papierem do pieczenia tak, aby żywność nie miała kontaktu z plastikiem. Nie używamy folii aluminiowej, gdyż aluminium (glin) jest toksyczne.

       

      PRZEKĄSKI

      Przekąski najlepsze są na drugie śniadanie, pod warunkiem, że pierwsze, to zjedzone w domu, jest nie tyle obfite, co ciepłe. A oto przykłady przekąsek spożywanych poza domem:

      • jabłko;
      • banan (z dokładnie umytą skórką, najlepiej – uprzednio wymoczoną w wodzie);
      • gruszka;
      • śliwki (w sezonie);
      • czereśnie (w sezonie);
      • krajowe winogrona (w sezonie);
      • ananas pokrojony w kostkę, w słoiku (nienapromieniowany);
      • rodzynki;
      • suszone owoce;
      • powidła owocowe bez cukru (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/10/POWIDLA-SLIWKOWE.html ), robione w domu, mogą być z dodatkiem oliwy z oliwek lub oleju kokosowego, przypraw korzennych i nasion (słonecznika, maku, lnu, sezamu itp., które mogą być zmielone) lub mielonych orzechów;
      • obrane orzechy włoskie, ziemne, laskowe, orzechy nerkowca, obrane migdały (surowe lub delikatnie podprażone); solonych orzechów pistacjowych nie polecam ze względu na niepewność co do czystości soli (sól może zawierać antyzbrylacz, o którym producent pistacji nie wspomni na etykiecie); jeśli dziecko nie lubi orzechów, nie wolno mu ich podawać; orzechy, szczególnie nerkowce wywołują czasami silne reakcje alergii lub nietolerancji pokarmowej (ja sama reaguję migreną na wysuszone orzechy włoskie ze skórką spożyte w większej ilości);
      • łuskane nasiona słonecznika (na surowo lub podprażane z solą);
      • łuskane nasiona dyni (na surowo lub podprażane z solą);
      • pasta orzechowa robiona w domu, typu chałwa, tahina (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/TAHINA-CHALWA.html );
      • siemię lniane delikatnie podprażone z solą i z odrobiną oliwy z oliwek lub oleju kokosowego;
      • orzechy, nasiona słonecznika, nasiona dyni lub / i pokrojone owoce suszone w miodzie;
      • miód (w małej ilości);
      • obrana marchewka na surowo;
      • obrana młoda kalarepka na surowo;
      • surówka z jabłka i marchewki z dodatkiem oliwy z oliwek, przypraw korzennych i zmielonych orzechów; może być z dodatkiem drobno startego surowego buraka lub surowej dyni;
      • obrany miąższ kokosa w kawałkach (kokos musi być świeży, bez jakiejkolwiek pleśni, wówczas ma słodki, przyjemny smak);
      • czipsy kokosowe domowej roboty (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/CZIPSY-KOKOSOWE.html );
      • wiejska śmietana (uwaga: ponieważ taka śmietana jest żywa, tj. fermentuje, może „wybuchnąć”, jeśli pozostanie szczelnie zamknięta w słoiku na kilka godzin poza lodówką; najlepiej, żeby dziecko spożyło ją więc na pierwszej przerwie śniadaniowej);
      • koktajl z wiejskiej śmietany (z uwagą jak wyżej, zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/KOKTAJL-Z-KWASNEJ-SMIETANY-I-Z-OWOCOW-JAGODOWYCH.html ).

       

      POSIŁKI WYSOKOBIAŁKOWE

      Proponowane poniżej cztery pierwsze posiłki należy włożyć do mini lodówki:

      • pieczone mięso (kurczak, kaczka, gęś, indyk, wołowina, cielęcina, schab, baranina, jagnięcina, te mięsa należy rotować w miarę możliwości i wg smaku dziecka) w plasterkach, z dodatkiem zieleniny, zielonej sałaty, marchewki, pomidora, papryki, ogórka kiszonego itp.;
      • pasztet z gęsi lub kaczki (przepis na pasztet wciąż dopracowywuję, metodą prób i błędów, opublikuję go, gdy będzie gotowy) z dodatkiem zieleniny lub jakiegoś warzywa na surowo;
      • jajko na twardo w plasterkach z dodatkiem warzywa (jak wyżej);
      • twaróg z gospodarstwa wiejskiego z tłustą śmietaną, solą, przyprawami (typu: pieprz czarny, biały, kolorowy, chili, kurkuma; ważne, aby były to przyprawy rozgrzewające ze względu na wychładzające właściwości twarogu) i z zieleniną; idealnie pasowałaby siekana cebula lub rozgnieciony czosnek, jednak takie dodatki mogą być kłopotliwe dla dziecka przebywającego wśród kolegów i koleżanek, ze względu na intensywny zapach;
      • suflet z sera (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/SUFLET-Z-SERA.html );
      • musli z płatków migdałowych z olejem kokosowym (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/MUSLI.html );
      • biszkopt bezglutenowy z masłem i dżemem bezcukrowym (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/BISZKOPT-BEZGLUTENOWY.html );
      • makowiec bez ciasta (pieczemy samą masę makową na podstawie przepisu na standardowy makowiec; cukier zastępujemy miodem i zdrowymi bakaliami, eliminujemy niezdrowy tłuszcz, zastępując go masłem, można też poeksperymentować z większą ilością masła i żółtek).

       

      POSIŁKI WYSOKOWĘGLOWODANOWE

      Posiłki wysokowęglowodanowe nadające się do spożycia poza domem to przede wszystkim posiłki ze zbóż. Zadbajmy o to, aby były to zboża pełnoziarniste, świeże i w pełni naturalne, po właściwej obróbce kuchennej (mielone, najlepiej w domu, lub odpowiednio długo moczone w wodzie z dodatkiem soku z cytryny, octu jabłkowego lub zakwasu, jeśli mają być gotowane, w celu neutralizacji kwasu fitynowego, który utrudnia absorpcję wartości odżywczych). Takie zboża są lepiej przyswajalne, nie powinny powodować dolegliwości jelitowych (to jednak zawsze należy weryfikować i ewentualnie czasowo eliminować szkodliwe zboża z diety), a ponadto nie prowadzą do tak dużych wzrostów stężenia glukozy we krwi, jak zboża oczyszczone (np. w postaci bułek ze współczesnej pszenicy). Posiłki zbożowe powinny być serwowane z dodatkiem masła lub innego zdrowego tłuszczu, aby zmniejszyć skoki stężenia glukozy we krwi po posiłku. Dobrym rozwiązaniem jest mieszanie mąki zbożowej z mąką z nasion oleistych lub z orzechów, gdyż nasiona i orzechy są pokarmami tłustymi. Mój Chłopczyk, który nie lubi dodatku masła do pieczywa, je w szkole tzw. suchy chleb, ale ten chleb zrobiony jest w 1/3 z nasion słonecznika i lnu. Zadbajmy również o to, aby (w ramach profilaktyki lub leczenia z już istniejącej nadwrażliwości pokarmowej) rotować zboża, tj. podawać poszczególne rodzaje zbóż naprzemiennie, a tym samym robić co najmniej trzydniowe przerwy od danego rodzaju, np. od żyta (wg alergologii, tyle czasu potrzebuje organizm, aby oczyścić się z danego alergenu lub czynnika powodującego nietolerancję). Dobrze jest też pamiętać o trzydniowej przerwie od zbóż w ogóle, poza tym, całkowicie rezygnujemy z serwowania tych zbóż, których dziecko nie akceptuje. Warto też zwrócić uwagę na kaszę gryczaną i mąkę z tej kaszy; gryka, wg kwalifikacji biologicznej nie jest zbożem, nie jest więc spokrewniona z pszenicą, żytem, jęczmieniem, owsem, ryżem, prosem czy kukurydzą i jest bezpieczna przy nietolerancji któregokolwiek z tych zbóż (nie ma ryzyka tzw. reakcji krzyżowych w alergii).

      A oto przykłady posiłków wysokowęglowodanowych:

      • podpłomyki (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/PODPLOMYKI.html ) ze starej odmiany pszenicy (kamutu, płaskurki, samopszy);
      • podpłomyki żytnie;
      • podpłomyki jęczmienne;
      • podpłomyki owsiane;
      • podpłomyki ryżowe;
      • podpłomyki jaglane;
      • podpłomyki gryczane (wszystkie rodzaje podpłomyków są pyszne z dodatkiem masła);
      • chleb z naturalnych zbóż, nasion, orzechów itp., pieczony w domu (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/CHLEB-PSZENNY-Z-DODATKIEM-LNU-I-SLONECZNIKA.html );
      • ryż na zimno z solą i oliwą z oliwek (uwaga: ryż musi być świeżo ugotowany; na ziarenkach ryżu obecna jest bakteria Bacillus cereus, która zaczyna się szybko namnażać od godziny do pięciu godzin po ugotowaniu ryżu, nawet w lodówce; gotowanie nie zabija tej bakterii ze względu na bardzo odporne formy przetrwalnikowe; nie powinno się podawać dziecku ryżu ugotowanego poprzedniego dnia, a niemowlętom – po upływie 12 godzin od momentu ugotowania ryżu; Bacillus cereus może prowadzić do zatrucia pokarmowego (źródło: prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: Food allergies and food intolerance, Healing Arts Press, 2000 r., str. 155);
      • ryż na ciepło z cebulą podsmażoną na maśle (lub innymi warzywami), solą i przyprawami;
      • ryż na zimno lub ciepło z dodatkami: suszonymi owocami, duszonymi owocami, nasionami, orzechami, z dodatkiem przypraw korzennych i oleju kokosowego lub oliwy z oliwek;
      • inne zboża w kombinacjach, jak wyżej: kasza gryczana, kasza jaglana, kasza jęczmienna, nasiona starej pszenicy, nasiona żyta, najlepiej w rotacji wg gustu dziecka;
      • kukurydza z kolby gotowana lub na surowo (choć dzieci raczej jej nie trawią, co można zauważyć po kupce, ale jeśli tylko smakuje, zdałabym się na wybór dziecka);
      • musli z płatków owsianych i migdałowych (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/10/MUSLI.html );
      • szarlotka jaglana lub szarlotka z innego zboża (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/09/SZARLOTKA-JAGLANA.html );
      • inne ciasta i ciasteczka na bazie naturalnych zbóż, jajek lub orzechów i nasion, owoców, miodu i sporej ilości masła.

       

      NAPOJE

      W szkole (lub w przedszkolu) najlepiej sprawdza się czysta woda, latem chłodna, ze szklanej butelki, a zimą ciepła, z termosu. Tak jest szybciej i łatwiej. Herbatki ziołowe (z szałwii, rumianku, kopru lub mięty) podaję Dzieciom w domu, na specjalne życzenie. Soków (poza sporadycznie spożywanym bezcukrowym domowym sokiem z czarnej porzeczki lub z malin) nie oferuję, bo uważam, że o wiele zdrowsze są świeże owoce.

       

      Powyższe propozycje posiłków do przedszkola lub szkoły są dobre, pod warunkiem, że zadbamy o to, aby posiłki jedzone w domu były ciepłe. Do takich należą z pewnością pierwsze śniadanie i kolacja. Idealna w tej roli jest zupa jarzynowa lub rosół, z dodatkami (jajka, mięso, ziemniaki, kasza, ryż itp.) lub bez. Sprawdzają się też banany lub jabłka duszone na oleju kokosowym, maśle klarowanym lub oliwie z oliwek z przyprawami korzennymi i innymi dodatkami, jajka w przeróżnej postaci na ciepło, gulasz z warzywami lub kaszą czy ryżem, pierogi, naleśniki, placki ziemniaczane, kopytka z dodatkiem zieleniny itp., wg wyborów dziecka i tylko w takich ilościach, jakie spożywa z przyjemnością.

      Bywa, że jakaś mama pyta mnie, co można podać dziecku do szkoły. Wówczas, gdy mówię o wyżej wymienionych propozycjach, spotykam się z reakcją tego typu: „Och, gdyby tylko moje dziecko jadało to wszystko! Jest takim niejadkiem...”. Wyjaśniam więc, że nie chodzi o to, aby dziecko jadało wszystko. Chodzi o to, aby oferta była bogata, aby dziecko miało z czego wybierać i aby wychwycić zmiany w jego upodobaniach kulinarnych. Dla przykładu powiem, co moje Dzieci jadły w szkole od początku roku szkolnego: Dziewczynka – podpłomyki ze starej odmiany pszenicy lub z żyta lub z owsa (podpłomyki jęczmienne, ryżowe i jaglane nie przypadły jej do gustu) z dodatkiem sporej ilości surowego masła, Chłopczyk – ryż na zimno z solą i dużą ilością oliwy z oliwek (ta duża ilość - na jego własne, wyraźne życzenie) lub chleb ze starej odmiany pszenicy, nasion lnu i słonecznika, bez masła. I tak w kółko, i nic więcej, aż do minionego czwartku: w czwartek Chłopczyk zażyczył sobie tłustego pasztetu z gęsi zamiast chleba, który przestał mu smakować. W związku z tym w piątek jadł cały dzień pasztet naprzemiennie z bananami (w szkole na surowo z cynamonem, a w domu - duszone z olejem kokosowym, również z dodatkiem cynamonu). Pewnie chleb pójdzie w odstawkę na wiele tygodni lub nawet miesięcy, a dla mnie jest to znak, że muszę zrobić zapasy pasztetu i zamrozić je.

      Co do stwierdzenia „Moje dziecko jest niejadkiem”: dziecko nie chce jeść, gdy nie może natrafić na pokarm, który w danym momencie jest potrzebny jego organizmowi i gdy jedzenie, które mu serwujemy nie służy mu. „Wybrzydzanie” i zmiany w upodobaniach kulinarnych dziecka, skądinąd trudne dla rodziców, są cenną wskazówką od Natury ułatwiającą utrzymanie dziecka w zdrowiu. Jeśli podążymy za nią, nie zrażając się wysiłkiem, będziemy cieszyć się zdrowiem naszych dzieci.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „JEDZENIE DO PRZEDSZKOLA LUB SZKOŁY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 18 października 2014 17:51
  • sobota, 11 października 2014
    • BISZKOPT BEZGLUTENOWY

       

      Przepis na biszkopt bezglutenowy dostałam od Pani dr Ewy Bednarczyk-Witoszek, lekarki, która przez okrągły rok systematycznie i cierpliwie przekazywała mi bezcenną wiedzę o leczeniu dietą. Przepis okazał się zbawiennym rozwiązaniem na początku leczenia mojego Chłopczyka, kiedy musiałam mu podać coś do przedszkola, coś, co nie było chlebem, lecz co było podobne do niego w formie.

       

      SKŁADNIKI:

      • 125 gramów zmielonego na mąkę słonecznika (lub / i siemienia lnianego, sezamu, maku, orzechów, kokosu)
      • 10 jajek

       

      WYKONANIE:

      1. Całe jajka ubijamy na puszystą masę.
      2. W międzyczasie piekarnik nastawiamy na 180 st. C, termoobieg.
      3. Dodajemy mąkę z ziaren, delikatnie i krótko mieszając ją z ubitymi jajkami.
      4. Masę wlewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez około 45 minut.
      5. Po upieczeniu biszkopt podajemy w formie złożonej kanapki z masłem, cienką warstwą dżemu bezcukrowego i z przyprawami korzennymi (takimi, jak imbir, kardamon, zmielone goździki, cynamon, kolendra).
      6. Biszkopt dobrze też smakuje w formie grzanki, z wyżej wymienionymi dodatkami.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „BISZKOPT BEZGLUTENOWY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 20:34
    • PODPŁOMYKI

       

      Do stworzenia (drogą prób i błędów ) tego przepisu zainspirowała mnie Pani Marta ze szkolnej świetlicy moich Dzieci; pewnego dnia zobaczyłam, jak wraz ze swoimi podopiecznymi robi podpłomyki ze zwykłej mąki pszennej. Zapytałam o przepis; okazało się, że jest banalnie prosty. Ja go trochę zmodyfikowałam i w domu zaczęłam robić próby na innych rodzajach mąk. Podpłomyki udawały się, a co najważniejsze – smakowały moim Dzieciom. Do tego mogłam wprowadzić rotację różnych zbóż.

      Przede mną kolejne próby: chciałabym spróbować wersji z dodatkami w postaci rozmaitych mielonych nasion i suszonych mielonych ziół (jeden rodzaj dodatku na dany wypiek), do tego zachęcam też moich Czytelników.

      Chrupiące i cieniutkie podpłomyki można jeść na sucho, z dodatkiem świeżego wiejskiego masła lub z humusem, w kombinacjach z listkami sałaty, z plasterkami jajka, pomidora czy ogórka i z posiekaną cebulą.

       

      SKŁADNIKI (na małą porcję, zazwyczaj robię dwa razy większą):

      • 1 szklanka mąki z dowolnego zboża (pełnoziarnistego ryżu, kaszy jaglanej, pełnoziarnistego żyta, pełnoziarnistej starej odmiany pszenicy, jęczmienia, płatków owsianych) lub z kaszy gryczanej oraz dodatkowa mąka na podsypanie
      • 1/3 łyżeczki soli
      • 1 łyżka oliwy z oliwek
      • woda

       

      WYKONANIE:

      1. Mąkę wymieszać z solą i zagnieść z oliwą z dodatkiem minimalnej ilości wody: wodę trzeba dodawać stopniowo, tylko tyle, aby ciasto nie kruszyło się i aby było elastyczne.
      2. Nastawić piekarnik na termoobieg 170 st. C i przygotować dwie blachy, wykładając je papierem do pieczenia.
      3. Ciasto wałkujemy na stolnicy lub większej desce do chleba do możliwie najcieńszej grubości (porównywalnej do grubości kartki papieru), a potem uzyskany arkusz kroimy na dowolnej wielkości kawałki.
      4. Pieczemy przez około 10 minut.

       

      Możemy przygotować większą ilość ciasta, np. z 5 szklanek mąki, podzielić je na mniejsze porcje  i włożyć je do zamrażarki na przyszłe wypieki.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PODPŁOMYKI”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 20:14
    • CHLEB PSZENNY Z DODATKIEM LNU I SŁONECZNIKA

       

      Chlebek, który dzisiaj proponuję jest wzbogacony w białko roślinne, pochodzące z nasion lnu i słonecznika. Włączenie tych nasion do składu pieczywa powoduje korzystne zmniejszenie ilości głównego składnika węglowodanowego – pszenicy. Mówiąc o pszenicy, nie mam na myśli najpopularniejszej jej odmiany dominującej w handlu i w naszych kuchniach, gdyż ta nie należy do najzdrowszych pokarmów. Używam jedynie starej odmiany pszenicy (kamutu, a w najbliższej przyszłości – płaskurki, na której dostawę czekam z niecierpliwością). Mąkę robię w domu, z pełnych ziaren tego zboża, bezpośrednio przed jej wykorzystaniem (świeżo zmielona mąka ma najwięcej wartości).

      Można by zadać pytanie, dlaczego mamy piec chleb w domu, skoro nie brakuje dobrych piekarni oferujących smakowite różne odmiany pieczywa, w tym – pełnoziarnistego i na tradycyjnym zakwasie, bez polepszaczy i konserwantów, nierzadko pieczonego w tradycyjnych starych piecach. Mam jednak do takiego pieczywa zastrzeżenie względem stosowanej soli, w szczególności chodzi mi o jej ilość i jakość. Chleb, niezależnie czy ten kupiony czy upieczony w domu, zawiera w proporcjach więcej soli niż inne potrawy, do tego ten z piekarni często jest przesalany. Warto więc pomyśleć o rodzaju soli, jakiej używa piekarz. Otóż okazuje się, że nawet w chlebie reklamowanym jako pieczywo bez chemicznych dodatków, może znajdować się sól z antyzbrylaczem, o czym nie ma wzmianki na etykiecie chleba. Ponadto, sól może być zanieczyszczona metalami ciężkimi (np. rtęcią). Jestem właśnie w trakcie małego „dochodzenia”: kontaktuję się z producentami chleba i szukam specyfikacji produktu dotyczących poszczególnych rodzajów soli. Gdy zgromadzę wszystkie dostępne na ten temat informacje, podzielę się nimi z moimi Czytelnikami.

      Na koniec uwaga co do sposobu upieczenia chleba w domu: nie jestem zwolenniczką pieczenia chleba w automacie, gdyż pojemnik w automacie ma powłokę teflonową. Teflon działa niekorzystnie na produkty spożywcze w wysokich temperaturach. Korzystam natomiast z automatu tylko do wyrobienia i wyrośnięcia ciasta, a następnie piekę chleb w piekarniku.

       

      SKŁADNIKI:

      • 1 łyżka rodzynek lub 1 łyżeczka miodu
      • 2 i 1/3 szklanki letniej wody
      • 3 łyżki oliwy z oliwek
      • świeże drożdże (około 1/6 stugramowej kostki)
      • 4 szklanki kamutu lub innej starej odmiany pszenicy
      • 1 kopiasta łyżeczka soli
      • 1 szklanka świeżo zmielonego siemienia lnianego
      • 1 szklanka nasion słonecznika

       

      WYKONANIE:

      1. Rodzynki miksujemy z wodą lub miód zalewamy częścią wody w postaci wrzątku i mieszamy (chodzi o zneutralizowanie enzymów obecnych w miodzie, które przeszkadzają drożdżom w rośnięciu), a potem dolewamy do niego resztę letniej wody.
      2. Słodki płyn łączymy z oliwą i drożdżami, mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.
      3. Mieszamy wszystkie suche składniki: pszenicę, len, słonecznik i sól.
      4. Płyn wlewamy do automatu do pieczenia chleba, następnie dodajemy suche składniki.
      5. Nastawiamy automat na program „wyrabianie ciasta”.
      6. Nagrzewamy piekarnik wraz z formą wyłożoną papierem do pieczenia do temperatury około 50 st. C.
      7. Wyrobione i wyrośnięte w automacie ciasto przekładamy do nagrzanej formy i wkładamy do piekarnika, nastawiając temperaturę na około 30 – 40 st. C, do rośnięcia przez 70 minut.
      8. Włączamy piekarnik na funkcję góra-dół, temperaturę 140 st. C, pieczemy przez około 90 minut.
      9. Po upieczeniu chleb trzymamy jeszcze chwilę w zamkniętym piekarniku, a potem w uchylonym, następnie wykładamy z formy na drewnianą deskę do odparowania.
      10. Chleb, po ostygnięciu przechowujemy w lodówce, najlepiej zawinięty w świeży papier do pieczenia i czystą ściereczkę kuchenną.
      11. Z upieczonego chleba można zrobić w piekarniku grzanki w postaci kostek, które dzieci bardzo lubią.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 17:36
    • MUSLI

       

      Musli stanowi smakowitą sycącą przekąskę, z powodzeniem zastępującą kanapkę. Można spożywać je na sucho lub z dodatkiem mleka kokosowego. Niebagatelna jest też rola oleju kokosowego, użytego wg poniższego przepisu (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html ). Dla dzieci z problemami neurologicznymi proponuję musli w wersji tłustszej, z mniejszą ilością węglowodanów, bazującej jedynie na płatkach migdałowych (tj. z pominięciem płatków owsianych).

       

      SKŁADNIKI:

      • 2 szklanki płatków owsianych (wersja wysokowęglowodanowa) lub migdałowych (wersja z wyższą zawartością białka i tłuszczu) lub mieszanki obu rodzajów płatków
      • przyprawy korzenne
      • szczypta soli
      • 2 raczej kopiaste łyżki oleju kokosowego
      • 2 łyżeczki miodu
      • ½ szklanki rodzynek

       

      WYKONANIE:

      1. Rodzynki płuczemy we wrzątku i podsuszamy w piekarniku w temperaturze 75 st. C na termoobiegu.
      2. Miód i olej podgrzewamy, mieszając do uzyskania płynnej konsystencji.
      3. Płatki mieszamy z przyprawami i solą.
      4. Płatki łączymy z olejem i miodem, dokładnie mieszamy i rozkładamy na płasko na wyłożonej papierem blasze.
      5. Wstawiamy do piekarnika na 40 minut, temperatura: 140 - 150 st. C, termoobieg, od czasu do czasu mieszając.
      6. Po wyciągnięciu z piekarnika od razu dodajemy wysuszone rodzynki i mieszamy.
      7. Przechowujemy w zamkniętej papierowej torbie lub w szklanym słoju, do kilku tygodni, można w temperaturze pokojowej.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 14:23
    • SUFLET Z SERA

       

      Mój suflet z sera jest daniem wysokobiałkowym i wysokotłuszczowym. Występują w nim trzy rodzaje białek (w wersji z siemieniem lnianym): białko mleczne, białko zawarte w jajkach i białko roślinne obecne w nasionach lnu, co jest dużym wyzwaniem dla układu immunologicznego. Z tego też względu nie polecam takiego sufletu dla dzieci osłabionych, dla dzieci chorych, dla dzieci gorączkujących. Jest to jednak znakomite danie dla zdrowych dzieci, które rozpiera energia: jest bardzo sycące, wystarczą małe porcje, abyśmy mieli spokój z gotowaniem przez kilka godzin, poza tym można je trzymać w lodówce przez kilka dni, podawać na zimno lub odgrzewać w piekarniku. Z moich doświadczeń wynika, że danie to smakuje okresowo; moje Dzieci robią sobie od niego kilkumiesięczne przerwy.

       

      SKŁADNIKI:

      • 50 dag twarogu
      • 20 dag masła
      • 10 jajek
      • 2 łyżki miodu
      • 2 łyżki mąki ziemniaczanej lub (lepiej) 3 łyżki mielonego siemienia lnianego
      • imbir, kurkuma
      • szczypta soli
      • ewentualnie rodzynki

       

      WYKONANIE:

      1. Piekarnik nastawić na temperaturę 220st. C.
      2. W malakserze rozetrzeć ser z masłem (na nożach).
      3. Dodać jajka, miód, mąkę ziemniaczaną lub siemię lniane, przyprawy, sól i maksymalnie zwiększyć obroty malaksera.
      4. Masę wlać do dużej brytfanki wyłożonej papierem do pieczenia.
      5. Ewentualnie powtykać w masę rodzynki (tak, aby nie przypaliły się i aby nie opadły na dno).
      6. Piec około ½ godziny.
      7. Podawać na ciepło, na zimno (tak, jak sernik) lub w postaci grzanek (po odgrzaniu w piekarniku na termoobiegu).

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 13:49
    • KOKTAJL Z KWAŚNEJ ŚMIETANY I Z OWOCÓW JAGODOWYCH

       

      Łączenie produktów mlecznych (a do takich należy śmietana) z owocami zawsze wzbudzało moje wątpliwości. Ale zdarza się, że mój Chłopczyk prosi o taką właśnie mieszankę, która mu „od czasu do czasu smakuje”. Szczegóły dotyczące przygotowania koktajlu ze śmietany i owoców przedstawiam poniżej.

       

      SKŁADNIKI (w ilości wg uznania):

      • wiejska, „żywa” i tłusta kwaśna śmietana
      • owoce jagodowe (jagody, maliny, truskawki), poza sezonem – z zamrożonych zapasów
      • miód
      • odrobina przypraw (w rotacji: anyżu, cynamonu, gałki muszkatołowej, mielonych goździków, imbiru, kardamonu, kolendry)
      • odrobina mielonych nasion (np. wiesiołka, ostropestu, konopi)

       

      WYKONANIE:

      1. Owoce rozgniatamy widelcem (gdy chcemy, aby w koktajlu pozostały w kawałkach) lub miksujemy.
      2. Wszystkie składniki umieszczamy w dużym słoju z przykrywką i krótko „szejkujemy”, uważając, aby ze śmietany nie wydzieliły się grudki masła (co może się zdarzyć w przypadku prawdziwej, nieprzetworzonej przemysłowo śmietany, z tego też względu nie polecam blendera).
      3. Koktajl podajemy dziecku w szklance, aby mogło widzieć jego ciekawy kolor.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 11 października 2014 13:23
  • sobota, 04 października 2014
    • CZIPSY KOKOSOWE

       

      O właściwościach kokosa i tłuszczu kokosowego nie będę rozpisywać się, bo zrobiłam to już dawniej (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html i http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-8211-cz-II.html ). Dzisiaj piszę o samych czipsach kokosowych: są chrupiące, oryginalne, pyszne i zdrowe. Polecam:

       

      SKŁADNIKI:

      • świeży orzech kokosowy

       

      WYKONANIE:

      1. W orzechu kokosowym robimy dziurki, przez które wylewamy do szklanki wodę kokosową (jest to bardzo wartościowy napój, który można wypić; powinien mieć słodki, przyjemny smak, jeśli tak nie jest, może to świadczyć o zepsuciu całego kokosa).
      2. Owinięty w woreczek orzech rozłupujemy młotkiem, przytrzymując jedną ręką worek od strony otworu; używamy do tego plastikowej deski kuchennej położonej na grubo zwiniętym ręczniku, na podłodze.
      3. Kawałki orzecha (miąższ) oddzielamy od drewnianej łupiny, możemy też obrać je ze skórki, ale nie jest to konieczne; ważne, aby dokładnie pooglądać każdy kawałek i wyciąć wszelkie zmienione kolorystycznie miejsca (są to najczęściej miejsca zajęte przez pleśń), szczególnie te wokół trzech otworów.
      4. Miąższ płuczemy w wodzie i siekamy w malakserze na jak najcieńsze plastry (tj. na ostrzu do cięcia ogórków na mizerię).
      5. Rozkładamy plasterki równomiernie na dwóch blachach do pieczenia wyłożonych papierem do pieczenia i wkładamy do nagrzanego piekarnika na termoobieg, na temperaturę około 110 – 120 st. C, na 90 minut, co pół godziny przekładając blachy i mieszając plasterki. Chipsy powinny być wyraźnie przyrumienione, ale nie spalone.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 04 października 2014 21:14
    • TAHINA, CHAŁWA

       

      Poniżej przedstawiam przepis na tahinę – pastę z sezamu. Jeśli do składników włączymy miód, uzyskamy chałwę. Tahina ma specyficzny smak. Zarówno tahina, jak i chałwa dobrze sprawdzają się jako dodatek do kawy (zamiast ciastka), oczywiście dla dorosłych. Są bogate w łatwo przyswajalny wapń i mogą pod tym względem zastępować mleko i jego przetwory w przypadku dzieci z nietolerancją kazeiny bądź laktozy. Ze względu na obecność naturalnych tłuszczów, pasta z sezamu, nawet ta z dodatkiem miodu, może być tolerowana przez cukrzyków. Polecam tahinę i chałwę tym dzieciom, którym pasty te będą smakować i u których sezam nie wywołuje niepożądanych reakcji organizmu.

       

      SKŁADNIKI:

      • sezam niełuskany (taki ma więcej wapnia i innych wartości) – ilość wg uznania (np. ½ szklanki)
      • olej kokosowy na zimno tłoczony nierafinowany
      • ewentualnie: sól

       

      WYKONANIE:

      1. Sezam podprażamy na średnim ogniu, cały czas mieszając. Możemy dodać soli. Kończymy prażenie, gdy tylko poczujemy zapach, uważając, aby nie nasionka nie przypaliły się, bo będę niedobre.
      2. Podprażony sezam wkładamy do blendera i mielemy na proszek.
      3. Dodajemy trochę oleju kokosowego (powinien roztopić się pod wpływem ciepła sezamu) i włączamy maszynę na maksymalne obroty.
      4. Po chwili dodajemy jeszcze ewentualnie oleju, tak, aby masa była gładka i nie za gęsta, wg upodobań dziecka.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „TAHINA, CHAŁWA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 04 października 2014 19:41
  • niedziela, 28 września 2014
    • WĘGLOWODANY A RÓWNOWAGA HORMONALNA

       

      Nawiązując nieco do poprzedniego tematu, w którym wspominałam o tym, jak ograniczenie węglowodanów w diecie dziecka stymuluje regenerację mózgu, jak również nawiązując do kwestii równowagi w organizmie jako synonimu zdrowia i nierównowagi – synonimu choroby (tak mocno podkreślanej w medycynie chińskiej), przedstawię dzisiaj istotę równowagi hormonalnej i jej powiązania z ilością spożywanych węglowodanów. Postaram się dokonać tego w możliwie najprostszy sposób, na podstawie książki cytowanej pod artykułem, jak również własnej wiedzy i doświadczenia w odżywianiu dzieci.

       

      Hormony to związki chemiczne wydzielane w organizmie w celu regulacji procesów biochemicznych (metabolizmu) w nim zachodzących. Część hormonów reguluje procesy anaboliczne, a część – procesy kataboliczne. Oba rodzaje procesów są przeciwstawne: procesy anaboliczne prowadzą do budowy i regeneracji cząsteczek, tkanek i organów (przykład: gojenie się rany, tycie, ząbkowanie, wzrost paznokci, wzrost włosów) oraz magazynowania energii, a procesy kataboliczne – do rozkładu złożonych związków chemicznych na prostsze (przykład: spalanie tłuszczu i cukru, spadek wagi) i uwalniania się energii. Każdy organizm dąży do utrzymania równowagi między przeciwstawnymi procesami anabolicznymi i katabolicznymi, a rolą hormonów jest regulowanie tej równowagi.

       

      Działanie hormonów może mieć więc charakter anaboliczny lub kataboliczny. Do hormonów o działaniu katabolicznym należą np. hormony tarczycy i hormony wydzielane przez korę nadnerczy, takie jak kortyzol. Nadmiar hormonów produkowanych przez tarczycę (nadczynność tarczycy), a w konsekwencji - nadmiar procesów katabolicznych prowadzi do utraty wagi. Kortyzol powoduje m.in. zwiększenie stężenie glukozy we krwi (glukoza, jako najprostszy cukier powstaje z rozkładu bardziej złożonych związków chemicznych) w odpowiedzi na stres (tak jak adrenalina, należy do hormonów stresowych) i co ciekawe – przyśpiesza rozkład tłuszczów do ciał ketonowych. Do hormonów o działaniu anabolicznym zaliczamy m.in. hormony płciowe, hormony wzrostowe i insulinę. Hormony płciowe odpowiedzialne są m.in. za dojrzewanie płciowe, regulację cyklu miesiączkowego, prawidłowy przebieg ciąży. Hormony wzrostowe stymulują wzrost u dzieci, jak również porost włosów czy paznokci, regenerację uszkodzonych tkanek itp., wspomagają układ odpornościowy (np. przez zwiększenie ilości tkanki limfatycznej), pełnią ważną rolę w wytwarzaniu białek, m.in. enzymów. Insulina „wpycha” glukozę (której stężenie we krwi rośnie po posiłku węglowodanowym) do komórek i powoduje, że cząsteczki glukozy przekształcają się w bardziej złożone związki chemiczne; doprowadza do magazynowania energii i przyrostu tkanki tłuszczowej.

       

      Co ma wspólnego ilość zjadanych węglowodanów z hormonami? Pierwszym hormonem, który bezpośrednio reaguje na spożycie węglowodanów jest insulina, hormon wydzielany przez trzustkę. Siłą równoważącą wysokie stężenie anabolicznej insuliny we krwi jest wzrost stężenia innego hormonu, o działaniu katabolicznym lub spadek wydzielania innego hormonu o działaniu takim samym, jak insulina – anabolicznym. W ten sposób organizm dąży do zachowania równowagi. Autorzy wspomnianej książki dokonują porównania tego mechanizmu do działania wagi z dwiema szalkami: na jednej szalce są hormony kataboliczne, a na drugiej – anaboliczne, wśród nich insulina. W momencie wzrostu ilości insuliny przeważa szalka z hormonami anabolicznymi. Aby zrównoważyć obie szalki, organizm zmniejsza ilość jakiegoś innego hormonu anabolicznego lub zwiększa ilość hormonu po drugiej stronie, czyli hormonu katabolicznego. Niestety, przy zbyt dużych nadmiarach lub niedoborach określonych hormonów dochodzi do różnych zaburzeń (jak można wywnioskować, utrzymanie równowagi metabolicznej jest priorytetowe dla organizmu, nawet kosztem pewnych dysfunkcji). A oto przykłady takiego stanu rzeczy:

      1. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) rekompensowany jest spadkiem poziomu hormonu wzrostowego (również hormonu anabolicznego); nadmiar węglowodanów w pożywieniu może więc prowadzić do zahamowania wzrostu i rozwoju dziecka.
      2. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) rekompensowany jest spadkiem poziomu hormonów płciowych (anabolicznych), co widać w przypadku otyłych chłopców w wieku nastoletnim: często zahamowany jest u nich rozwój narządów płciowych; jeśli ograniczy się w ich diecie ilość spożywanych węglowodanów, to wraz ze spadkiem produkcji insuliny dojdzie u nich do zwiększenia produkcji hormonów płciowych.
      3. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) może prowadzić do nadmiernej produkcji hormonów tarczycowych (katabolicznych), a w konsekwencji np. do chudnięcia, wypadania włosów.
      4. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) może prowadzić do nadmiernej produkcji hormonów kory nadnerczy (katabolicznych), a w konsekwencji np. do zaburzeń miesiączkowania, grzybic, złego samopoczucia psychicznego.

      Inne przykłady dążenia organizmu do równowagi hormonalnej:

      1. W okresie dojrzewania i w ciąży naturalnie dochodzi do większego stężenia hormonów płciowych w organizmie (anabolicznych). Również naturalną reakcją organizmu w tej sytuacji jest zrównoważenie podwyższonego poziomu hormonów anabolicznych (płciowych) podwyższonym poziomem hormonów katabolicznych, w tym przypadku – hormonów tarczycy.
      2. Hormonem o działaniu przeciwnym do działania insuliny jest glukagon, hormon kataboliczny, również wydzielany przez trzustkę. Powoduje on wzrost stężenia glukozy we krwi, rozkładając złożone związki chemiczne na prostsze i uwalniając energię. Oba te hormony: insulina i glukagon są przykładem pary hormonów, które pracują na zachowanie równowagi węglowodanowej w organizmie.

      Podsumowując, chrońmy dzieci przed permanentnym nadmiarem insuliny, który kaskadowo prowadzi do różnorodnych, pozornie niemających związku z insuliną zaburzeń. Co gorsza, zaburzenia te rozwijają się podstępnie i niezauważalnie, w dłuższym okresie. Warto więc zwrócić uwagę na udział węglowodanów w diecie naszych dzieci. Nie chodzi o zastosowanie ścisłej diety dr. Kwaśniewskiego (tj. popularnej w Polsce diety wysokotłuszczowej i niskowęglowodanowej), a raczej o rozszerzenie dotychczasowej oferty kulinarnej dla dziecka o zdrowy tłuszcz (naturalne masło, smalec, nierafinowaną oliwę z oliwek, nierafinowany olej kokosowy) i wszelkie możliwe białka (obok tradycyjnego mięsa i jajek – świeże orzechy, nasiona, ryby i owoce morza z niezanieczyszczonych źródeł, tłusty boczek, wiejski drób, pełnotłuste surowe mleko i śmietanę oraz twaróg z takiego mleka), jak również o zdrowe, naturalne węglowodany o niższym indeksie glikemicznym (tj. dające mniejsze wzrosty glukozy we krwi, a co za tym idzie – insuliny): świeże i wolne od chemii warzywa i owoce (a szczególnie takie, jak maliny, jagody, porzeczka), a nawet – pełnoziarniste, niezmienione przez człowieka zboża (z pewnością do takich zbóż nie należy współczesna pszenica). Wyeliminujmy z diety dziecka wszelkie przemysłowo przetworzone węglowodany, dające największe wzrosty stężenia glukozy i skoki insuliny we krwi: cukier, słodycze, soki, dżemy, płatki śniadaniowe, makaron, biały ryż, współczesną pszenicę. To są używki, produkty uzależniające, przy których wyłącza się naturalny instynkt. Do nas – opiekunów należy więc przygotowanie zdrowej (bezpiecznej) i bogatej oferty kulinarnej. Cała reszta, czyli wybór z tej oferty należy do dziecka. Nawet, jeśli cały dzień miałoby jeść tylko węglowodany w postaci owoców, to w inny dzień zrównoważy je tłustym boczkiem, dając odpocząć trzustce. Nie wtrącajmy się w ten wybór, a obserwujmy i fascynujmy się naturalnym, zdrowym instynktem małego człowieka.

       

      Na zakończenie, cytat z książki „Życie bez pieczywa” (str. 47, zob. „Źródło” poniżej):

      Jedną z największych tragedii współczesnego trybu odżywiania pokarmem o dużej zawartości węglowodanów jest zjawisko niedoboru tłuszczów i białek w diecie dzieci. Trudno zliczyć, ile razy mieliśmy okazję obserwować dzieci na diecie niskotłuszczowej. Cóż jadły? Węglowodany – makaron, soki, ciastka, chrupki zbożowe, cukierki i odtłuszczone mleko. To wyraźny znak, że odżywianie trafiło w ślepą uliczkę. Rosnące i rozwijające się organizmy potrzebują białek i tłuszczu, z których powstają tkanki, a także duże ilości hormonu wzrostowego, który sygnalizuje tkankom i narządom potrzebę rośnięcia”.

       

      Źródło:

      Dr Christian B. Allan, Dr Wolfgang Lutz: „Życie bez pieczywa“, Mada 2001, str. 35-48


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „WĘGLOWODANY A RÓWNOWAGA HORMONALNA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 września 2014 11:56
  • niedziela, 21 września 2014
    • ZABURZENIA MOWY, TIKI NERWOWE, PADACZKA, ZABURZENIA ZE SPEKTRUM AUTYZMU. LECZENIE BEZ LEKÓW, BEZ SKALPELA.

       

      FILM, KTÓRY PORUSZYŁ MNIE DO ŁEZ

      Jakiś czas temu miałam okazję oglądnąć film pt. „Po pierwsze nie szkodzić” ( https://www.youtube.com/watch?v=HyeC9IiFKpw ). Film oparto na faktach. Sfabularyzowano go w typowo amerykańskim stylu i gdyby nie przywołał moich własnych autentycznych doświadczeń związanych z chorobą mojego Dziecka, pewnie nie zapamiętałabym nawet tytułu filmu, klasyfikując opowiedzianą historię jako amerykańską sensacyjną opowiastkę daleko odbiegającą od rzeczywistości. Fabuła nie odbiega jednak od rzeczywistości, a wręcz przeciwnie: celnie podkreśla to, z czym współcześnie mogą borykać się rodzice dziecka chorującego na padaczkę lub doświadczającego innych neurologicznych zaburzeń: brak kompetentnego wsparcia ze strony lekarzy i bezradność.

      Bohaterem filmu jest kilkuletni, z początku w pełni zdrowy chłopiec, u którego nagle zaczęły występować objawy padaczki. Rodzice, pełni ufności, powierzyli jego zdrowie lekarzom. Jednak choroba nie tylko nie ustępowała: częstotliwość napadów drgawkowych zaczęła nasilać się. Lekarze przepisywali kolejne leki, ale jedyną zmianą było wystąpienie zaburzeń zachowania u dziecka i innych poważnych skutków ubocznych leczenia farmakologicznego. Jednym z pierwszych podanych leków był Tegretol.

      Tegretol (lek przeciwpadaczkowy, subsatncja czynna: karbamazepina) przepisano kiedyś mojemu Chłopczykowi, mimo, że nigdy nie doświadczył tak poważnych objawów jak bohater filmowy. Pamiętam, jak szamotałam się z własnymi myślami, gdy kupowałam ten lek z zalecenia lekarza. Coś mi podpowiadało, aby odroczyć pierwsze podanie leku (leczenie Tegretolem musi być ciągłe, nie można zaprzestać kuracji w dowolnym momencie) i w międzyczasie dowiedzieć się czegoś więcej na temat leczenia zaburzeń z pogranicza padaczki. Tak jak matka chłopca z filmu, zaczęłam czytać dostępne książki. Sięgnęłam m.in. po książkę „Padaczka i inne stany napadowe u dzieci” napisaną pod redakcją prof. dr. Hab. Med. Romana Michałowicza. Po tej lekturze wiedziałam już, że nie należy śpieszyć się z leczeniem farmakologicznym. Dotarłam też do pani dr Ewy Bednarczyk-Witoszek, lekarki, która leczy dietą. Zamiast leków, wprowadziłam Chłopczykowi dietę niskowęglowodanową i wysokotłuszczową, nieco zbliżoną do diety ketogenicznej (więcej o samej diecie – poniżej), z rotacją pokarmów mlecznych i glutenowych. Na pozytywne efekty nie musiałam długo czekać: ku mojemu zaskoczeniu, jak również zaskoczeniu nauczycielek przedszkolnych i terapeuty-logopedy, zaczęły ustępować poszczególne zaburzenia u mojego Chłopczyka, m.in. zaburzenia mowy. Bohater filmu też w pewnym momencie zaskoczył otoczenie: został całkowicie wyleczony z padaczki – bez leków, jedynie dietą ketogeniczną. Dzisiaj cieszę się pełnym zdrowiem mojego Chłopczyka. Jestem szczęśliwa, że nie muszę go już leczyć z jego przeszłych zaburzeń neurologicznych, jak również ze skutków ubocznych pochopnie przepisanych leków przeciwpadaczkowych (możliwe skutki uboczne Tegretolu wg ulotki dla pacjenta: „wczesne objawy ciężkiego uszkodzenia układu krwiotwórczego, wątroby, nerek lub innych narządów”, „utrata koordynacji mięśni, skórne reakcje alergiczne”, „zmiany zachowania, splątanie (dezorientacja), osłabienie, zwiększenie częstości napadów padaczkowych” i wiele, wiele innych).

      Oprócz głównego wątku – historii chłopca leczonego na padaczkę, film porusza też inne realistyczne kwestie: bezsilność rodziców wobec choroby ukochanego dziecka, utrata zaufania do współczesnej medycyny i brak kompetencji lub uczciwości (?) współcześnie kształconych lekarzy, jak również konieczność „brania sprawy w swoje ręce” przez rodziców. Bliskie mi są uczucia filmowej mamy (granej przez wspaniałą Meryl Streep), na początku przybierające postać strachu i dezorientacji, następnie przekształcające się w oburzenie i determinację, aby na końcu przerodzić się w poczucie ulgi i szczęścia.

      Scenariusz do filmu napisał i wyreżyserował pewien producent i reżyser filmowy, na podstawie historii swojego syna, który zachorował na ciężką postać padaczki i który powrócił do pełnego zdrowia dzięki diecie ketogenicznej. Obecnie rodzice dziecka prowadzą fundację „Charlie Foundation to Help Cure Pediatric Epilepsy” (strona główna fundacji: http://www.charliefoundation.org/ ), której celem jest propagowanie wiedzy o diecie ketogenicznej.

       

      KLASYCZNA DIETA KETOGENICZNA - ALTERNATYWA DLA GŁODÓWKI

      Dietę ketogeniczną stosowano w medycynie (!) już około 1920 roku. Dieta ta wywodzi się z głodówek leczniczych, które z powodzeniem zalecano w leczeniu rozmaitych chorób, m.in. padaczki. Głodówka (oczywiście trwająca czasowo) powstrzymywała objawy padaczki na rok, na lata lub na całe życie, mogła więc prowadzić do całkowitego wyleczenia. Dłuższe głodówki dawały lepsze efekty, ale nie wszyscy pacjenci poddawali się takiemu sposobowi leczenia. W związku z tym naukowcy zaczęli poszukiwać diety, która dawałaby efekty metaboliczne i lecznicze podobne do tych, które następowały po głodówce. W ten sposób opracowano dietę ketogeniczną.

      Przy zwykłym odżywianiu organizm czerpie energię ze spalania glukozy. W czasie głodówki, gdy brakuje glukozy z pokarmu, organizm zaczyna spalać tłuszcz (w celu pozyskania energii). Część tego tłuszczu przekształcana jest w wątrobie w pewne związki chemiczne zwane ciałami ketonowymi (ketonami). Mózg może czerpać energię jedynie z glukozy lub właśnie z ciał ketonowych, przy czym ketony są o wiele lepszym źródłem energii dla mózgu niż glukoza: zapewniają wydajniejszą pracę mózgu, jak również chronią neurony (komórki nerwowe) i regenerują je w razie występowania pewnych dysfunkcji, np. padaczki. Zmiana odżywiania komórek mózgowych z glukozowego na ketonowe stopniowo likwiduje „zwarcia” padaczkowe.

      Alternatywą dla głodówki jest dieta ketogeniczna, w której spożycie węglowodanów (słodyczy, miodu, zbóż, owoców, warzyw), głównego źródła glukozy, jest silnie ograniczone. W przypadku klasycznej diety ketogenicznej dla dzieci stosunek wagowy tłuszczu do sumy białek i węglowodanów wynosi 3:1, jest więc to dieta wysokotłuszczowa. Przy odpowiednim poziomie białek, węglowodany ograniczane są do minimum i czerpane są z pokarmów o najniższym indeksie glikemicznym ( indeks glikemiczny określa wzrost glukozy we krwi po spożyciu okreslonego pokarmu węglowodanowego), a więc wykluczony zostaje cukier, miód, większość owoców i zbóż. Ograniczenie węglowodanów w diecie wysokotłuszczowej sprawia, że poziom ketonów we krwi może zostać podwojony względem efektu, jaki daje głodówka.

       

      ALTERNATYWA DLA KLASYCZNEJ DIETY KETOGENICZNEJ: MNIEJ WĘGLOWODANÓW, WIECEJ TŁUSZCZÓW

      Dieta ketogeniczna wymaga ogromnej dyscypliny od opiekunów dziecka: sztywnego ustalania składu posiłków, ważenia i dokonywania drobiazgowych obliczeń dotyczących poszczególnych składników itd. Z pewnością proponowałabym zastosowanie tej diety w ograniczonym czasie w przypadku silnej padaczki lub zaawansowanego autyzmu, najlepiej pod okiem doświadczonego lekarza (niestety w Polsce brakuje lekarzy-dietetyków), przy możliwości dokonywania regularnych badań krwi i moczu. Dieta ta nie jest dietą na zawsze; jest to dieta typowo lecznicza, a więc można zdobyć się na wysiłek, jeśli nagrodą ma być zdrowie dziecka i jego pomyślna przyszłość. W oficjalnej medycynie dopuszcza się dietę ketogeniczną w przypadkach tzw. padaczki lekoopornej, jednak pamiętajmy, że leki przeciwpadaczkowe, niezależnie od swej (niegwarantowanej) skuteczności w wymiarze samej padaczki, wiążą się z (gwarantowanymi) skutkami ubocznymi, mogącymi rzutować na całe życie dziecka. Warto pomyśleć więc przede wszystkim o diecie, nie czekając na rezultaty ewentualnego leczenia farmakologicznego.

      W rozważaniach o podjęciu diety ketogenicznej pozostaje jeszcze samo dziecko, jego wola i ewentualne skutki uboczne. Może zdarzyć się, że dziecko nie zaakceptuje takiej diety. Pamiętajmy, że nie wolno podawać dziecku niczego na siłę. Co do potencjalnych skutków ubocznych, nie mam na ten temat wiedzy i doświadczenia, ale obawiam się, że stosowanie klasycznej diety ketogenicznej w dłuższym okresie i wbrew woli dziecka mogłoby doprowadzić do głębszej nierównowagi w jego organizmie.

      Dobrą alternatywą dla rygorystycznej diety ketogenicznej jest dieta o obniżonym udziale węglowodanów i zwiększonej ilości tłuszczów, bez precyzyjnego odmierzania składników. Taka dieta może oznaczać podanie dziecku w dobie np. jednego lub dwóch posiłków ubogowęglowodanowych (takich, jak np. jajecznica na cebuli i maśle posypana zieloną pietruszką, ryba na ciepło z masłem i świeżym koperkiem, kawałki świeżego kokosa, domowe czipsy z boczku) i jednego lub dwóch – typowo węglowodanowych (np.: gotowane lub delikatnie podsmażone ziemniaki z masłem, ziołami i przyprawami z dodatkiem surowego pomidora, surówka z marchwi i jabłka z dodatkiem cynamonu i oliwy z oliwek, świeża, surowa kukurydza z kolby, banany z mielonym siemieniem lnianym i przyprawami korzennymi duszone na oleju kokosowym), z wykluczeniem cukru i słodyczy oraz z ograniczeniem zbóż i pokarmów mlecznych. Pamiętajmy o roli tłuszczów, które spowalniają wchłanianie cukrów (jak zauważyła dr Witoszek, słodka i tłusta chałwa bywa tolerowana przez cukrzyków, tj. spożycie jej nie skutkuje dużym skokiem glukozy we krwi). Zauważmy, że więcej wysokokalorycznego masła w ziemniakach redukuje ilość zjedzonych ziemniaków (=węglowodanów), z efektem przyjemnego nasycenia i uczuciem lekkości (tak!) na brzuszku, oczywiście, jeśli masło smakuje. Dietą z mniejszym udziałem węglowodanów i z większym udziałem tłuszczów w ciągu dwóch tygodni uzyskałam zaskakującą, rewelacyjną poprawę w stanie zdrowia Chłopczyka, m.in. w funkcjonowaniu układu nerwowego, o czym pisałam wcześniej. Pamiętajmy też, że ominięcie posiłku (oczywiście wg woli dziecka) także oznacza ograniczenie węglowodanów w dobie, co więcej, działa proketogennie. Ważne jest, aby pozostawiać dziecku wybór i zapewniać w ciągu dnia bogatą ofertę pokarmów, a w ciągu tygodnia czy miesiąca – rotację, innymi słowy – zmianę w oferowanym menu. Zaczynamy więc od nieco sztywnego „odgórnego” schematu (mało węglowodanów, więcej tłuszczów) i idziemy w stronę swobodnych, nawet najbardziej „dziwacznych” wyborów – zachcianek dziecka. Zobaczmy, co się stanie. W naszym przypadku okazało się, że Chłopczyk i Dziewczynka bywają niskowęglowodanowe z własnego wyboru. Zdarza się, że opuszczają posiłki lub jedzą znikome ilości kalorii (np. w postaci połowy jabłka), czując się syte i zadowolone. Z pewnością jedzą mniej węglowodanów, niż dzieci, którym nie zadaje się codziennie pytania: „Na co masz ochotę?” i z rozpędu serwuje się im każdego dnia, a nawet kilka razy dziennie kanapki czy płatki śniadaniowe. Moje doświadczenie znajduje potwierdzenie w książce o chorobach neurodegeneracyjnych (zob. „Źródła” na końcu tego tesktu): Nie musimy stosować rygoru klasycznej diety ketogennej, możemy jedynie zmniejszyć udział węglowodanów i zwiększyć udział tłuszczów w diecie dziecka, aby uzyskać poprawę w funkcjonowaniu jego układu nerwowego. Dotyczy to nie tylko padaczki, ale też innych zaburzeń w pracy mózgu; taka dieta zalecana jest m.in. w zaburzeniach ze spektrum autyzmu, w problemach z mową, w przypadku występowania tików nerwowych, w stanach nadpobudliwości lub apatii itp.

       

      INNA ALTERNATYWA DLA KLASYCZNEJ DIETY KETOGENICZNEJ: ŚREDNIOŁAŃCUCHOWE KWASY TŁUSZCZOWE

      Większość tłuszczów składa się z długołańcuchowych kwasów tłuszczowych, natomiast tylko niektóre tłuszcze mają przewagę średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Najwięcej tłuszczów średniołańcuchowych znajdziemy w kokosie, a dokładniej w oleju kokosowym, są one też obecne w mleku kobiecym i w mleku zwierząt. Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe wytwarzają więcej ciał ketonowych niż powszechnie stosowane tłuszcze spożywcze (długołańcuchowe). Na początku lat 70-ych opracowano dietę ketogeniczną, w której 60% kalorii pochodziło z średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych i w której zastosowano trzykrotnie więcej węglowodanów niż w klasycznej diecie ketogenicznej, jak również zwiększono ilość białka, dzięki czemu dieta ta była łatwiejsza w zastosowaniu względem dzieci: posiłki mogły być smaczniejsze i bardziej urozmaicone. Przeprowadzono badania porównawcze, z których wynikało, że dieta z udziałem średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych w leczeniu padaczki i innych zaburzeń neurologicznych dawała podobne wyniki do klasycznej diety ketogenicznej. Okazało się też, że krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe stosowane są z powodzeniem w leczeniu Alzheimera i innych chorób neurodgeneracyjnych.

      Stąd moje zainteresowanie kokosem i olejem kokosowym, jak również tłuszczem mlecznym (w postaci surowego, pełnotłustego mleka i masła z takiego mleka): produkty te zagościły na stałe w naszym menu i spożywamy je wg ochoty. Więcej o kokosie, oleju kokosowym i średniołańcuchowych kwasach tłuszczowych napisałam tutaj: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html

       

      FRAGMENT FILMU „PO PIERWSZE NIE SZKODZIĆ

      W scenie „Za dużo leków” zrozpaczona mama chłopca chorego na padaczkę mówi lekarce o rezultatach leczenia farmakologicznego:

      [...] Coś tu bardzo... bardzo, bardzo nie gra! Przyprowadzam wam moje dziecko, abyście mu pomogli. A wy tylko sprawiacie, że jest coraz bardziej chore. Dajecie mu jedno lekarstwo, a potem potrzebuje następnego, aby wyleczyć się z pierwszego. A potem przyjmuje kolejne, żeby wyleczyć skutki uboczne poprzedniego. I kolejne, kolejne i kolejne! Miał wysypkę, powiększone węzły chłonne i gorączkę, zatwardzenia, hemoroidy, krwawiące dziąsła i zachowuje się jak pijany, żywy trup, chory psychicznie. I to nie z powodu jego choroby, ale z powodu waszej metody leczenia! [...]”.


       

       

      Źródła:

      • Bruce Fife: „Jak pokonać Alzheimera, Parkinsona, SM i inne choroby neurodegeneracyjne”, Studio Astropsychologii, Białystok 2013)
      • www.youtube.com


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ZABURZENIA MOWY, TIKI NERWOWE, PADACZKA, ZABURZENIA ZE SPEKTRUM AUTYZMU. LECZENIE BEZ LEKÓW, BEZ SKALPELA.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 września 2014 09:05
  • sobota, 06 września 2014
    • I JESZCZE SŁOWO O PASOŻYTACH

       

      Dzisiaj, po spontanicznej, nieplanowanej przerwie wakacyjnej, chciałabym uzupełnić temat sprzed wakacji, poruszony w ostatnich dwóch wpisach. Skłania mnie do tego jeden z komentarzy moich Czytelników, dotyczący pasożytów.

      Jak pisałam, od kilku lat utrzymuję moje Dzieci w zdrowiu, bez objawów infekcji pasożytniczej. Osiągam to dzięki dbałości o stan ich organizmów, a w szczególności – wzmacnianie ich komórek, a tym samym – tkanek i całych organów właściwym pożywieniem i unikaniem wszechobecnych toksyn. Nie walczę natomiast z samymi pasożytami w środowisku, gdyż to byłaby walka z wiatrakami; pasożyty (lub ich jajeczka) mogą być wszędzie: w ubikacji przedszkolnej i szkolnej (niezależnie od stopnia czystości toalet), na poręczy wózka hipermarketowego, na klamkach drzwi, na jajkach kurzych, warzywach, w piaskownicy, na placu zabaw, na basenie, na niewygotowanych ręcznikach w wakacyjnym pensjonacie, na pysku psa, do którego przytulamy się, na dłoniach, które sobie podajemy, itd. Co więcej, liczba jednorazowo złożonych jajeczek przez samicę pasożyta jest ogromna; w przypadku samicy owsika może wynosić ponad 10 tysięcy.

       

      Czy to oznacza, że nie użyłabym leku, gdyby okazało się, że w jelitach mojego Dziecka pojawiły się owsiki lub tasiemiec? Czy obojętne mi jest, czy moje Dzieci myją ręce po skorzystaniu z toalety? Czy nasze psy (a mamy ich aż trzy) mogą lizać nas po twarzy? Oczywiście, że nie. Lek podałabym natychmiast, niezależnie od tego, że w dłuższym okresie odpowiednia dieta powinna rozwiązać problem. Podałabym lek ze względów estetycznych i aby doraźnie użyć Dziecku (więcej o tym – poniżej). Natomiast nie stosowałabym leków w ramach profilaktyki, gdyż leki osłabiają naturalną odporność na pasożyty (dr Witoszek); profilaktyka to przede wszystkim dobra dieta i unikanie toksyn, a w mniej znaczącym stopniu – dbałość o higienę. Do dokładnego mycia rąk po toalecie przykładam szczególną uwagę w wychowaniu moich Dzieci, ale głównie ze względów estetycznych. Poza tym - ze względu na zdrowy rozsądek: wydaje się zasadne zmniejszenie ilości ewentualnych jajeczek owsików lub innych pasożytów na dłoniach dzieci niezależnie od ich podatności na infekcje, po to, aby nie obciążać nadmiernie układu odpornościowego. Pamiętajmy, że mycie rąk znacząco zmniejsza biologiczne zanieczyszczenie rąk, ale nie eliminuje go całkowicie; nie da się umyć rąk w Domestosie lub we wrzątku, zresztą – nie ma takiej potrzeby. To samo dotyczy m.in. ograniczania czułości okazywanej naszym kochanym psom; trzymamy się zasady, że pies nie powinien lizać ust człowieka, a po zabawie z psem i przed jedzeniem dokładnie myjemy ręce.

       

      Podanie leku farmakologicznego zainfekowanemu dziecku jest szczególnie ważne wtedy, gdy dziecko cierpi na szeroko rozumianą alergię. Usunięcie pasożytów jest jednym z pierwszych kroków w ograniczeniu objawów alergii, takich jak choroby dróg oddechowych, wysypki skórne i innych. Należy jednak pamiętać, wbrew automatycznie nasuwającym się wnioskom, że pasożyty nie są przyczyną tych objawów, są jedynie objawem współwystępującym w ogólnej nierównowadze organizmu, mogącym nasilać inne objawy. Być może, jak wskazują niektóre książki, pasożyty są nawet naturalnym środkiem oczyszczania się organizmu. Nie wszystkie dzieci alergiczne mają pasożyty, ale wszystkie dzieci z alergią z pewnością są bardziej podatne na infekcję pasożytniczą w porównaniu do dzieci zdrowych, z piękną skórą, robiących piękne kupy, niepociągających nosem, niekaszlących, nieprzejawiających zaburzeń w zachowaniu itd. Pasożyty znajdują dobre podłoże do rozwoju (pokarm) w osłabionym organizmie. Pojawiają się lekarze, którzy leczą alergię poprzez odrobaczanie dziecka. Z pewnością są to lekarze przejawiający postępowe, niestandardowe podejście, ale, pomimo doniesień o natychmiastowych, pozytywnych efektach takiego leczenia, nie uznaję profilaktyki przeciwpasożytniczej polegającej na regularnym farmakologicznym odrobaczaniu dziecka niezależnie od obecności infekcji. Profilaktyka to dobre, wzmacniające pożywienie i nieobciążanie organizmu toksynami, w tym - lekami.


      Powiedzmy, że zdecydowaliśmy się na odrobaczanie dziecka raz na pół roku. Czy jest to zabezpieczenie przed kontaktem np. z owsikami (połknięciem jajeczek pasożytów) w tydzień po zakończeniu kuracji? Myślę, że nie. Z pewnością takim zabezpieczeniem jest sprawnie działający, silny układ pokarmowy (m.in. mocne ścianki jelit, sprawnie wydzielane enzymy). Połknięte jajeczka owsików zostaną wydalone przez zdrowy organizm, bez rozwinięcia się infekcji (jest to informacja od lekarza pediatry).

       

      Wracając do samej alergii, drugim krokiem, po natychmiastowej kuracji farmakologicznej w przypadku inwazji pasożytniczej, jest eliminacja cukru, słodyczy i innych pokarmów przemysłowych, rezygnacja z niepotrzebnych leków (w tym – antybiotyków) i szczepień, rotacja naturalnych pokarmów, maksymalne urozmaicenie jadłospisu i, co ważne - kierowanie się wyborami kulinarnymi dziecka. W ramach urozmaicania oferty kulinarnej dla dziecka należy pomyśleć o pokarmach, które „wyganiają” pasożyty, np. czarnej jagodzie, kokosie, kiszonkach, czosnku, pestkach dyni, ogórków lub innych warzyw z rodziny dyniowatych, marchewki, kapusty. Niech dziecko wybierze z tego menu to, co lubi, choćby miałaby to być tylko jedna rzecz.


      Na marginesie przyznaję się, że mam dylemat co do odrobaczania moich psów. Odrobaczam je regularnie tabletkami przepisanymi przez weterynarza i robię to niechętnie. Mając na uwadze, m.in. to, że przeciwpasożytnicze środki farmakologiczne działają tylko w momencie ich podania, dbam o dietę zwierzaków, karmiąc je niskowęglowodanowo (w zgodzie z naturą, podając im głównie surowe, świeże, pełne enzymów mięso i surowe kości; węglowodany w postaci warzyw i zbóż zapewniam z resztek po naszych posiłkach) i podając od czasu do czasu miąższ kokosa, który ma właściwości odrobaczające. Gdybym miała łatwą możliwość laboratoryjnego badania kału psów np. co miesiąc na przestrzeni roku, wówczas zaryzykowałabym rezygnację z tabletek odrobaczających, aby sprawdzić naturalną odporność moich pupilków na pasożyty przy diecie, jaką mają. Należy pamiętać, że zbyt częste farmakologiczne odrobaczanie powoduje uodpornienie się pasożytów na dany rodzaj środków (jest to informacja od weterynarza). Myślę, że to samo dotyczy odrobaczania dzieci.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 06 września 2014 18:10
  • sobota, 28 czerwca 2014
    • ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. II

       

      Józef Słonecki: „Zdrowie na własne życzenie – tom 1” (Wydawnictwo BIOSŁONE, 2011):

      W opinii autora, choroby infekcyjne są korzystne dla naszego zdrowia i należy je po prostu odchorwać, zamiast tłumić ich objawy lekami czy stosować szczepionki. Dzięki przebytym chorobom, organizm nie tylko oczyszcza się z toksyn, ale również w sposób naturalny nabywa odporność przeciwko drobnoustrojom wywołującym te choroby (str. 5).

      Z książki możemy dowiedzieć się, w jaki sposób organizm radzi sobie sam z „wrogami”. W szczególności, dowiadujemy się, że istnieje coś takiego jak „odporność nieswoista” – pierwsza linia obrony organizmu. „Rolą odporności nieswoistej jest przede wszystkim zapobieżenie przeniknięciu do organizmu jakichkolwiek elementów pochodzących ze środowiska zewnętrznego, bez względu na swoiste [specyficzne] cechy owych elementów – czy są to zarazki, drobinki kurzu, farby, kleje, krople deszczu, płatki śniegu, pyłki roślin, zarodniki grzybów, odchody roztoczy, pasożyty [a także bakterie, wirusy]” (str. 74). Kluczową rolę w tej pierwszej obronie odgrywa powłoka zewnętrzna: skóra oraz błona śluzowa (w przewodzie pokarmowym, drogach oddechowych, drogach rodnych). Skuteczność obrony zależy od szczelności tych powłok, a więc ich dobrego stanu, zapewnionego przez właściwą dietę (zob. książki dr Witoszek). W drugiej linii obrony mamy do czynienia z „odpornością swoistą”, tzw. reakcją immunologiczną, którą zapewniają krwinki białe we krwi – leukocyty oraz przeciwciała. Reakcja ta zależy od rozpoznania swoistych, a więc charakterystycznych cech danego antygenu („wroga”), wskazujących na to, czy organizm ma do czynienia np. z bakterią czy pasożytem, i prowadzi do eliminacji antygenów (str. 79-80) oraz nabycia odporności swoistej (tj. odporności na konkretnego „wroga”).

      Słonecki pisze o prozdrowotnej roli chorób infekcyjnych, a w szczególności – chorób wieku dziecięcego, które mają swoją rolę do spełnienia. „Kolejność, a także zakres chorób wieku dziecięcego są dobrane tak [przez Naturę], by – przed osiągnięciem dorosłości – we wszystkich tkankach młodego organizmu wyselekcjonowane zostały tylko komórki najwartościowsze. Nabywanie odporności swoistej na >>zaliczone<< już choroby zapobiega bezsensownemu chorowaniu na te same choroby infekcyjne” (str. 82). Choroba powoduje bowiem, że komórki najsłabsze zostają usunięte z organizmu, choroba oczyszcza organizm; im czystszy organizm, tym mniej infekcji i innych chorób (sama doświadczyłam tego, pozwalając moim Dzieciom gorączkować, nie podając leków przeciwgorączkowych od pewnego momentu w ich życiu; z czasem gorączki pojawiały się coraz rzadziej i były coraz słabsze; teraz nie pamiętam już, kiedy ostatnio moje Dzieci miały podwyższoną temperaturę). Autor przestrzega nas przed sztucznym nabywaniem odporności w postaci „niszczycielskiej serii szczepień, rozpoczętej już w dniu narodzin dziecka”, gdyż nieprzechorowanie chorób wieku dziecięcego w sposób naturalny skutkuje pozostaniem w organizmie słabych komórek, a co za tym idzie – brakiem odporności na choroby (str. 82).

      W książce możemy przeczytać również o utopijności teorii zarazkowej chorób. Teoria ta mówi, że odpowiedzialność za choroby infekcyjne ponoszą zarazki, a więc jedynym sposobem postępowania w chorobie infekcyjnej jest zabicie zarazków. Przytoczona opinia... samego Ludwika Pasteura: „Podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym” (str. 121), przy odrobinie zastanowienia się powinna wystarczyć za wyjaśnienie, dlaczego nie musimy bać się samych zarazków.

      Przykład powyższego, choć trochę w innym kontekście, znajdujemy na str. 178: „Wystarczy jednorazowe zwiększenie ilości pożywki, na przykład zjedzenie dużej ilości owoców, by ilość drożdżaków gwałtownie wzrosła i wystąpiły typowe objawy drożdżycy jelita grubego”. W przypadku bakterii czy wirusów, pożywką (podłożem) mogą być osłabione komórki naszego ciała.

       

      Anna Ciesielska: „Filozofia życia” (Wydawnictwo ANNA, wydanie I):

      Również w tej publikacji temat zarazków zbiega się z pytaniem o rzeczywistą przyczynę chorób, o rzeczywistą odporność organizmu i siłą rzeczy – o szczepionki. Cytuję: Jaką rolę odgrywają w budowaniu naszej odporności immunologicznej wszelkie szczepionki? Z pewnością nie uchronią nas przed „złem zewnętrznym”. Szczepionka, owszem, nie pozwala na ujawnienie się dolegliwości, np. grypowych, jak temperatura, bóle głowy, katar, kaszel, bóle mięsni czy alergicznych, jak swędzenie oczu, katar sienny, kaszel, czy też żółtaczkowych, ale czy szczepionka może usunąć przyczynę tychże chorób? Czy prawdziwą ich przyczyną są wirusy i bakterie? Ich uaktywnienie stanowi tylko skutek, przyczyną zaś jest rozregulowany organizm, który stworzył idealne podłoże [sic!] dla ataku tych mikroorganizmów. Cóż więc dzieje się w nim, gdy likwidujemy skutek, a więc usuwamy wirusy i bakterie oraz dolegliwości, zaś przyczyna, czyli nierównowaga, pozostaje? To proste! Za parę lat mamy alergię, astmę, cukrzycę, marskość wątroby, zawał, choroby nerek, krążenia. Szczepienia całkowicie blokują naturalną mobilizację i samoobronę organizmu (str. 64-65).

      W innym miejscu autorka odnosi się do naszej odpowiedzialności za choroby: „Bardzo lubimy używać określenia >>złapałem infekcję<< - jest to bowiem wspaniała tarcza, za którą możemy schować naszą nieroztropność, nieuwagę, błędy żywieniowe, niewłaściwy styl życia, wygodnictwo i niewiedzę. Jesteśmy przekonani, że wina leży nie po naszej stronie, ale ponoszą ją wirusy i bakterie, które nas znienacka zaatakowały. W takim przeświadczeniu zostaliśmy wychowani i utwierdza nas w nim służba zdrowia”.

      „Chcąc unieszkodliwić >>grasujące<< w naszym organizmie wszelkie drobnoustroje, należy po prostu zmienić im podłoże, czyli doprowadzić do równowagi jin-jang” (str. 90).

       

      Andreas Moritz: „Rak nie jest chorobą” (Wydawnictwo ARIYA, Warszawa 2012):

      W tej książce, poświęconej zjawisku choroby nowotworowej, znajdziemy rozdział pt. „Niezwykła rola zarazków i infekcji” (str. 48), w którym można przeczytać: „Zgodnie z ponad 150 badaniami przeprowadzonymi na przestrzeni ponad 100 lat, spontaniczna regresja nowotworowa była następstwem infekcji bakteryjnej, grzybiczej, wirusowej i pierwotniakowej. Podczas stanów gorączkowych guzy dosłownie się rozpadają i komórki rakowe są szybko usuwane przez układ limfatyczny oraz inne organy wydalnicze” (str. 50). Autor wyjaśnia, dlaczego dochodzi do infekcji: są one odpowiedzią na zanieczyszczenie organizmu (m.in. martwymi lub osłabionymi komórkami). Kiedy jesteśmy więc odporni na zarazki? „Niszczące mikroorganizmy (te biorące udział w infekcji) po prostu nie mają potrzeby wykonania pracy w środowisku, które jest czyste, dobrze odżywione i bogate w tlen [podobnie jest z pojawianiem się komórek nowotworowych, które rozwijają się w środowisku beztlenowym i tam, gdzie jest tlen są zbędne]. Niczego nie muszą się pozbywać, niepotrzebna jest żadna reakcja immunologiczna (gorączka, powiększenie węzłów chłonnych, wzrost ilości komórek odpornościowych lub inne środki samoobrony), aby chronić ciało. Nawet jeśli szkodliwe zarazki wniknęłyby do tkanek zdrowego ciała, nie uczyniłyby mu żadnej krzywdy. Wirus po prostu nie jest w stanie wniknąć do jądra komórkowego dobrze natlenionej komórki, ponieważ wystawienie go na działanie tlenu unicestwia go. Dobrze natleniona komórka produkuje także potężną substancję przeciwwirusową – interferon” (str. 51).

      Również w tej książce, w kontekście tematu o zarazkach i odporności, dowiadujemy się, jaki wpływ na nasze zdrowie mają szczepionki: „Współczesne programy szczepień ochronnych są w dużej mierze odpowiedzialne za znaczne pogorszenie się odporności osób, które zostały zaszczepione. Ciało nie nabiera rzeczywistej odporności na infekcje przez wystawienie go na działanie szczepionek (produkcja przeciwciał nie buduje odporności); prawdę mówiąc, z każda szczepionką układ odpornościowy jest coraz bardziej wyniszczany” (str. 52).

       

      Moje przemyślenia i wnioski

      Informacje, które wyczytałam w wyżej wymienionych książkach, napisanych przez różnych, w żaden sposób niepowiązanych ze sobą autorów (w tym – lekarzy), są spójne. W dodatku, moje prywatne doświadczenie, doświadczenie mamy zdrowych dzieci (które w przeszłości chronicznie chorowały), potwierdza wiarygodność tych informacji. Co zatem mogę w skrócie przekazać innym rodzicom?

      Nie skupiajmy swojej energii - uwagi na strachu, a skierujmy ją na coś bardziej pozytywnego - wzmacnianie organizmów własnych dzieci. Wzmacnianie organizmu w sferze fizycznej polega na jego dobrym, właściwym odżywieniu i niezatruwaniu oraz współdziałaniu z jego naturalnymi funkcjami (oczywiście, ważna jest też sfera psychiczna). Trucizny bezpośrednio wnikające do ciała to żywność z chemicznymi dodatkami i żywność przemysłowo przetworzona, jak również nadużywane leki oraz szczepionki zawierające szkodliwe konserwanty i wzmacniacze.

      Nie boję się kontaktu moich Dzieci z chorymi ludźmi, z psami, z owsikami czy wszami w przedszkolu lub w szkole. Odkąd nauczyłam się skutecznie wzmacniać ich organizmy, choroby omijają je szerokim łukiem, a trwa to już kilka lat. Wielka ulga po tym, co mnie wyczerpująco zamartwiało w pierwszych latach życia moich Skarbów!

      A co mają zrobić rodzice dzieci, które jeszcze chorują, bo są dopiero na początku drogi? Nie bać się objawów choroby, zaufać sobie, zaufać Dziecku, zaufać Naturze, wsłuchiwać się w siebie, Dziecko i prawa Natury, zdobywać wiedzę, kierować się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Pamiętam dobrze mój strach sprzed lat; zmobilizował mnie do myślenia i poszukiwań, ale poza tym nie był potrzebny. Pamiętajmy, że objawy nie muszą znikać od razu; ważne, aby zapoczątkować stopniową poprawę stanu zdrowia. A potem, gdy zdrowy styl życia całej rodziny nie będzie już niczym niezwykłym, wszystko potoczy się „samo” – w dobrym kierunku.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 28 czerwca 2014 23:22
    • ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. I

       

      Od dzieciństwa słyszę, że trzeba unikać zarazków, żeby nie złapać choroby. Pamiętam, jak jako czteroletnia dziewczynka ze zdziwieniem przyglądałam się mojej Cioci, która wyparzała zabawki mojej malutkiej Kuzyneczki i nie pozwalała mi ich dotykać. Od osób zakatarzonych i kaszlących oczekuje się, że będą trzymały się od nas z daleka. Oddziały położnicze i noworodkowe utrzymywane są w sztucznie sterylnym stanie, który niekoniecznie jest dobrodziejstwem dla nowo narodzonych dzieci. Profilaktyka szczepionkowa daje złudne wrażenie, że jesteśmy zabezpieczeni przed chorobami poprzez sztuczne pobudzenie układu odpornościowego przeciwko garstce drobnoustrojów (garstce - względem rzeczywistej ilości otaczających nas stworzeń potencjalnie chorobotwórczych). Zaleca się dokładne mycie warzyw i owoców nie tyle z powodu chemii, co z obawy przed pasożytami.

      Tymczasem... Malutkie dzieci raczkują po pełnej życia podłodze, życia niekoniecznie widocznego gołym okiem, ale z pewnością dostrzegalnego przez mikroskop, a potem oblizują sobie paluszki, a nawet zdarza im się spróbować smaku czyjegoś mocno zużytego papucia. Rzadko kiedy dostrzega się fakt, że najczęściej nie zarażamy się od kaszlącej osoby. Kiedyś dzieci rodziły się w domach i obecnie powraca się do tej praktyki w trosce... o zdrowie dzieci! Pokolenie naszych dziadków nie było szczepione, a jednak nie doświadczyło chorób związanych z wybuchem jakichś epidemii, pomimo wojny i biedy. Dzieci na wsi nierzadko jedzą warzywa i owoce prosto z ogrodu czy z pola, bez mycia. Rumuńskie dzieci (nieszczepione i pozostające poza systemem opieki pediatrycznej) szwędające się po ulicach i korzystające z brudnych toalet publicznych nie łapią rotawirusa (tę informację usłyszałam w szpitalu, od ordynatora dziecięcego oddziału zakaźnego).

      Jak to właściwie jest? Czy jest sens walczyć z naturalnym środowiskiem? A nawet jeśli udałoby się nam wyciąć w pień wszystkie chorobotwórcze drobnoustroje świata, to jak wpłynęłoby to równowagę w przyrodzie? Czy drobnoustroje są rzeczywiście szkodliwe, czy nie są przypadkiem potrzebne? Jak zapobiegać chorobom? Zajrzyjmy do literatury.

       

      Bożena Żak-Cyran: „Wzmacniaj odporność prostym pożywieniem” (Galaktyka, 2012):

      Według książki, jedyną skuteczną ochroną naszego zdrowia jest sprawnie działający układ odpornościowy. Zdrowy system immunologiczny jest w stanie odróżnić to, co jest dla nas dobre od tego, co nam szkodzi i to drugie – zneutralizować lub zniszczyć. W szczególności, jeśli układ obronny jest w równowadze, to potrafi sam poradzić sobie z takimi elementami jak:

      • komórki rakowe;
      • komórki starzejące się;
      • komórki zniszczone;
      • wirusy;
      • bakterie;
      • grzyby;
      • toksyny;
      • produkty uboczne przemiany materii.

      Ponadto, zdrowy organizm samodzielnie hamuje reakcje alergiczne.

      Odporność ściśle zależy od odżywiania; niektóre pokarmy ją wzmacniają, a niektóre działają osłabiająco. „Każdy kęs jedzenia, który wkładamy do ust, jest kontrolowany przez komórki obronne. Jest to bardzo trudne zadanie, biorąc pod uwagę fakt, że w spożywanym jedzeniu znajdują się substancje, których nasz organizm potrzebuje, lecz i takie, które mogą nam szkodzić” (str. 27). Współczesna żywność przetworzona przemysłowo, pozbawiona żywych enzymów i naszpikowana chemią z pewnością należy do tych substancji, które osłabiają system immunologiczny.

       

      Bożena Żak-Cyran: „Alchemia pożywienia” (Galaktyka, 2008):

      Autorka traktuje pokarmy jak leki i opisuje zarówno ich właściwości lecznicze, jak i profilaktyczne. I tak na przykład, jedząc marchewkę, borówki, świeże nasiona dyni, kabaczek wraz z nasionami, kapustę czy czosnek, zabezpieczamy się przed inwazją pasożytów jelitowych (np. owsików).

       

      Dr Ewa Bednarczyk-Witoszek: „Dieta optymalna” (Amerigo, 2005):

      Tutaj również znajdujemy informację na temat odporności na pasożyty. Według książki, choroby pasożytnicze powinny być normalizowane dietą. „Prawidłowa błona komórkowa, prawidłowe połączenia komórek, prawidłowe komórki systemu odpornościowego (komórki tuczne, eozynofile) chronią przed inwazją” (str. 97). Autorka przestrzega przed nadużywaniem leków przeciwpasożytniczych; leczenie farmakologiczne otwiera drogę do nawrotu inwazji.

      I parę słów na temat „winowajców” – rzekomych sprawców chorób: „Wielokrotnie postrzegamy choroby jako coś, co wystąpiło na skutek inwazji czynnika zewnętrznego [...], który trzeba usunąć. [...] Głównym sposobem leczenia jest połknięcie pigułki, operacja guza, >>powieszenie<< winnego wypadku. Uwierzyliśmy, że lekarze są odpowiedzialni za nasze zdrowie, zdajemy się być mniej zdolni do samodzielnego zadbania o nie. [...] Sami zacznijmy działać świadomie i odpowiedzialnie. Brak odporności na inwazję wirusów i bakterii czy rozwój nowotworów nawet w odległych tkankach też prowadzi do jelit, a zatem do właściwego odżywiania. Dbajmy o stan naszej odporności, o szczelność naszych powłok (skóry, wyściółki przewodu pokarmowego i oddechowego) dietą. Pewność posiadania >>ochrony wewnętrznej<< daje dużo radości” (str. 23).

      Czym jest infekcja? „Infekcja jest skutkiem [...] nieszczelności błon komórkowych”. Bywa, że błony uszczelniają się w ciągu doby np. na rosole z żółtkiem. „Wyściółka układu krwionośnego, oddechowego, pokarmowego regeneruje się w ciągu trzech dób, skóra - 26-28 dni, gorzej z komórkami układu nerwowego, choć według ostatnich doniesień one też potrafią się odnowić” (str. 27).

      Cukry proste (słodycze, owoce, miód, syrop klonowy itp.) nasilają grzybice i inne choroby skóry, chorobę wrzodową, jak również choroby pasożytnicze (wywołane obecnością np. tasiemca, owsików, glisty ludzkiej), (str. 69). Przy okazji, mój apel do nauczycieli przedszkolnych i szkolnych: w czasie uroczystości i innych miłych spotkań, zaproponujmy dzieciom poczęstunek pod hasłem „zjedzmy coś dobrego”, zamiast - „zjedzmy coś słodkiego”. Błędem jest serwowanie słodkich ciasteczek, gdy owsica to jedna z najczęstszych „epidemii” przedszkolnych.

       

      Dr Andrzej Janus: „Nie daj się zjeść grzybom Candida” (Wydawnictwo IPS, 2011):

      Dr Janus, pediatra, uważa, że największym błędem współczesnej medycyny akademickiej jest leczenie polegające na hamowaniu funkcji systemu odpornościowego i usuwaniu stanu zapalnego. Według autora, „całkowite zablokowanie stanu zapalnego może niekiedy pociągnąć za sobą tragiczne w skutkach efekty”, w postaci wykształcenia się komórek nowotworowych (str. 169-170). To alarmująca opinia, zważywszy na to, że jednym z najchętniej i najczęściej zalecanych leków przez pediatrów na objawy infekcji są syropy lub czopki o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbólowym i przeciwgorączkowym (tj. te zwierające substancje czynne takie jak ibuprofen czy paracetamol).

      I jeszcze parę cytatów: „Nie zapobiegną schorzeniom cudowne pigułki i szczepionki, jeśli będziemy własny organizm traktować jak spalarnię wysokoprzetworzonej żywności i substancji chemicznych w niej zawartych” (str. 241). „Osłabiony układ odpornościowy nie jest w stanie zablokować w zaraniu rozwoju infekcji grzybiczej. Do upośledzenia jego funkcji przyczyniają się [...] [takie czynniki jak m.in.]: przewlekłe zatrucie organizmu substancjami chemicznymi (konserwantami) zawartymi w żywności, używanie preparatów farmaceutycznych, picie skażonej wody itp.” (str. 242).

       

      cdn.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 28 czerwca 2014 23:20
  • poniedziałek, 09 czerwca 2014
    • MARSZ ALERGICZNY

       

      Mam nadzieję, że mój dzisiejszy wpis zainteresuje szczególnie tych Czytelników, którzy „postrzegają świat przez szkiełko i oko” oraz tych, którzy myślą, że człowiek składa się wyłącznie z części (cytaty z motta do książki dr Ewy Bednarczyk-Witoszek „Dieta dobrych produktów”).

       

      Jak uczy nas „niewymierna” medycyna chińska, organizm człowieka należy potraktować jako całość, a nie jako sumę odrębnych, wyizolowanych części. Choroba objawiająca się w jednym organie to objaw nierównowagi całego systemu. Niestety, ten pogląd nie jest mile widziany we współczesnej zachodniej medycynie. Jeżeli choruje np. mózg, współczesny akademicki lekarz „od części” – neurolog likwiduje objaw w mózgu, przepisując lek przeciwpadaczkowy i mówi, że wyleczył chorobę, gdy tymczasem wkrótce nierównowaga objawi się w innym miejscu, np. w wątrobie. Pacjent nadal będzie chory, ale tym razem pójdzie do lekarza „od innej części” - hepatologa.

      Zdarza się, że medycyna konwencjonalna mówi o współwystępowaniu lub następstwie różnych, pozornie niepowiązanych ze sobą objawów, ale niewielu lekarzy bierze to pod uwagę w swej codziennej praktyce. Może dlatego, że są „specjalistami” lub przepracowanymi lekarzami pierwszego kontaktu. A piszą o tym zjawisku sami przedstawiciele świata medycznego, wystarczy sięgnąć po książki, np. zgłębiając temat działania różnych, pozornie niepowiązanych ze sobą hormonów, odpowiedzialnych za odrębne procesy w organizmie i... ich wzajemnej zależności!

       

      Gdy cztery i pół roku temu wprowadziłam zmiany dietetyczne w mojej rodzinie (obok odstawienia wszelkich leków i suplementów), moim głównym celem było wyprowadzenie Chłopczyka z choroby neurologicznej. Wraz z upływem czasu, gasła nie tylko choroba neurologiczna, ale też „niechcący” ustawały chroniczne katary ropne,  wodniste katary pojawiające się nagle, tuż po spożyciu np. banana czy kukurydzy, nagłe podrażnienie i łzawienie oczu, choroby skóry, nawracające bóle uszu, nadwrażliwość na światło i dźwięk, moczenie nocne i inne objawy. Poprawiał się sen, ustępowały problemy z mową, poprawiał się ogólny stan w sferze psychicznej, społecznej i w sferze komunikacji. Poza tym, Chłopczyk zaczął przejawiać niezwykłą twórczość i naturalną chęć zdobywania wiedzy i umiejętności.

       

      Wyraźnym przykładem ogólnoustrojowej nierównowagi, uznanej w swym holistycznym charakterze nawet przez medycynę akademicką, jest alergia, a w szczególności – atopia (alergia natychmiastowa). Według prof. alergologii Jonathana Brostoffa i biochemiczki Lindy Gamlin (autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”), termin „atopia”, pochodzący z języka greckiego, stosowany jest dla określenia „głęboko zakorzenionej choroby, której objawy mogą wystąpić w różnych miejscach w organizmie, a nie tylko w jednym, jak w przypadku większości chorób”. Niestety, mimo, że wiele na ten temat można dowiedzieć się z książek, niektórzy lekarze – alergolodzy wciąż postępują jak lekarze „od części”: przepisują maść sterydową lub syrop przeciwhistaminowy na wysypkę oraz czasami zalecają nieprzemyślane ograniczenia dietetyczne i na tym poprzestają.

      Omawiając przykład alergii, jako ewidentnej nierównowagi całego organizmu, posłużę się książką znanego polskiego alergologa i dermatologa – dr Danuty Myłek pt.: „Alergie” (Wydawnictwo W.A.B., 2001, str. 79 – 82 i 241); pani doktor nieprzypadkowo, obok swych dwóch specjalizacji, zajmuje się również leczeniem zaburzeń ze spektrum autyzmu. Z bezpośredniej rozmowy z lekarką wiem, że skłonili ją do tego jej mali pacjenci, którzy pojawiali się w jej gabinecie, aby wyleczyć alergię; niektóre z tych dzieci cierpiały również na zaburzenia autystyczne. Okazało się, że wraz z ustępowaniem alergii, w toku leczenia, „niechcący” zaczęły ustępować objawy autystyczne. Zaznaczę przy tym, że podstawą leczenia dr Myłek są zalecenia dietetyczne oparte na jej szerokiej, nieograniczonej specjalizacją wiedzy i dużym doświadczeniu (również osobistym).

       

      Alergolodzy wprowadzili termin „marszu alergicznego”, aby podkreślić, że „alergia jest dynamicznym procesem ogólnoustrojowym”. Dr Myłek przestrzega przed ograniczeniem się do objawowego leczenia alergii (bez likwidacji przyczyny), które z upływem czasu przestaje działać, powodując dalsze komplikacje w organizmie dziecka. Na przykład, leki  przeciwdziałające jedynie objawom astmy powodują stopniowe niszczenie oskrzeli. „Uważa się, że nie trzeba przejmować się istnieniem atopowego zapalenia skóry u dziecka. Wystarczy je leczyć maściami, a dziecko z niego wyrośnie! Rzadko kiedy myśli się o równocześnie toczącym się procesie alergicznym na terenie centralnego układu nerwowego, manifestującym się zaburzeniami psychoemocjonalnymi. Zdarza się, że po jakimś czasie rzeczywiście swędzące wysypki ustępują. Jednakże, zaczyna pojawiać się na przykład astma, moczenie nocne, biegunki, bóle uszu lub niekończące się >>przeziębienia<< czy inne objawy alergii. Na trwale zmienia się charakter emocjonalności człowieka. Zmiany te są dalszym ciągiem tego samego procesu alergicznego, tyle, że manifestującego się w innym miejscu organizmu”.

      Autorka podaje przykład choroby w wieku dorosłym: „Dorosły pacjent cierpiący z powodu przewlekłego kataru i polipów nosa mówił, że w dzieciństwie przez kilka lat cierpiał z powodu swędzących wysypek, ale mu >>przeszło<<. Nie wie, że katar jest kontynuacją tego samego procesu chorobowego, który wcześniej umiejscowił się w innym narządzie”.

      W książce podane są też inne przykłady konkretnych pacjentów z klasycznym przebiegiem marszu alergicznego. Oto jeden z nich – historia pacjenta od urodzenia:

      • tuż po urodzeniu: sapki, kolki;
      • po kilku miesiącach życia: sapki i kolki mijają, ale pojawiają się „bezgorączkowe przeziębienia”, tj. alergiczne zapalenia nosa, potem gardła i krtani, a potem – oskrzeli i płuc; podawane są „na oślep” różne antybiotyki (leczenie objawowe);
      • antybiotyki niszczą grasicę i alergia poszerza się;
      • po kilku latach: część objawów znika, część zostaje; dochodzi do przerostu trzeciego migdałka, co skutkuje nawrotowymi zapaleniami uszu, problemami z mową, niewłaściwym zgryzem i innymi zaburzeniami rozwojowymi;
      • po kilku – kilkudziesięciu latach: może rozwinąć się astma, migrena albo choroby alergiczne układu pokarmowego.

      I co powinno być najbardziej alarmujące dla rodziców dzieci z alergią:

       

      U 50 procent dzieci z atopowym zapaleniem skóry równocześnie z procesami alergicznymi na skórze toczą się procesy alergiczne w centralnym układzie nerwowym”.

       

      Wpływa to często niekorzystnie na kształtowanie się zachowań i osobowości dziecka. Tak duży udział zaburzeń emocjonalnych w przebiegu azs wynika z tego, że mózg i skóra pochodzą z tej samej grupy komórek rozwijających się we wczesnym okresie życia płodowego”.

      W alergii może swędzieć skóra, może wystąpić wysypka, katar czy kichanie. Mózg nie swędzi ani nie kicha, ale też reaguje alergicznie i, mając na uwadze zjawisko marszu alergicznego, zawsze w przypadku jakkolwiek objawiającej się alergii u dziecka, należy zwracać uwagę na ewentualne objawy neurologiczne, w tym – samopoczucie, nastrój dziecka. Problem w tym, że pierwsze, subtelne objawy neurologiczne są trudne do zauważenia. Jeśli dziecko cierpi na atopowe zapalenie skóry od urodzenia i po jakimś czasie „wyrasta” z tych objawów, niekoniecznie oznacza to wyleczenie. Po jakimś czasie może pojawić się np. astma lub / i np. zaburzenia w zachowaniu o podłożu neurologicznym. Gładka skóra nie powinna usypiać czujności rodziców.

       

      I jeszcze jedno: zdarza mi się usłyszeć opinię rodziców lub opiekunów, że „dziecko złapało od kogoś katar”, albo „dziecko kaszle, bo przechłodziło się”. Prawda jest natomiast taka, że zdrowy, silny organizm pozostaje zdrowym, niezależnie od ilości zainfekowanych osób wokół niego i niezależnie od  przechłodzenia (moja Dziewczynka ani razu nie opuściła przedszkola z powodu dłuższej niż trzygodzinna choroby, pomimo przedszkolnych „epidemii dziesiątkujących populację”, nie złapała też owsików ani wszy, mimo, że przebywała w ich otoczeniu). Dziecko słabsze, ale na dobrej diecie i otoczone miłością, również nie zachoruje. Chyba nie słyszałam jeszcze, aby ktoś powiedział: „Moje dziecko kaszle, bo ma osłabiony organizm”, albo – „bo zjadło coś niewłaściwego”, albo – „bo ma alergię”. Rok temu mój Chłopczyk dostał kilkudniowego, dość silnego kaszlu, na początku wakacji... Wykluczyłam więc z jego diety podejrzany składnik - przemysłowe pomidory, z których robiłam mu zupę pomidorową; jadał ją prawie codziennie przez około dwa tygodnie. Kaszel ustał. Po jakimś czasie wróciłam do zupy, z tych samych pomidorów. Kaszel powrócił. Zupy pomidorowe poszły więc do rotacji, nawet te ze świeżych pomidorów z gospodarstwa wiejskiego, tak na wszelki wypadek. Kaszel już nie powrócił. Częstą przyczyną kataru, drapania w gardle czy kaszlu jest właśnie alergia (lub nietolerancja pokarmowa), o czym mówi literatura (dr Myłek, dr Ewa  Bednarczyk-Witoszek, prof. Brostoff, Gamlin). Autorzy – lekarze używają cudzysłowu dla wyrażenia „infekcja”. Niestety pediatrzy, widząc zakatarzone lub kaszlące dziecko z rozpędu mówią o infekcji, a przez to zalecają niewłaściwe leczenie.

       

      Na koniec mój apel do rodziców i opiekunów, trochę odbiegający od głównego tematu, ale wiążący się z powszechnym sposobem „leczenia” alergii: lecząc dziecko, myślmy o jego przyszłości i długofalowych skutkach wybieranych metod leczenia. Powinny to być metody, które niekoniecznie dają rezultat w postaci natychmiastowego ustąpienia objawów; wydaje się, że najskuteczniejsze i najbardziej bezpieczne są te metody, które wymagają systematycznego wysiłku na co dzień (tj. jak najdłuższe karmienie piersią, właściwe odżywianie, pielęgnacja, codzienna ochrona przed truciznami cywilizacyjnymi, dbałość o sferę psychiczną i fizyczną oraz systematyczne zdobywanie wiedzy na te tematy), jak również prowadzą do stopniowego, ale trwałego ustępowania wszelkich chorób czy zaburzeń. Rzeczywisty powrót do zdrowia objawia się bowiem na wszystkich frontach, tj. w jelitach, na skórze, w drogach oddechowych, w naczyniach krwionośnych, w mózgu itd., i na odwrót: pogłębiająca się choroba objawia się schorzeniami w wielu różnych miejscach w organizmie. Maść lub tabletka, po której natychmiast i „za darmo” ustąpi pojedynczy objaw chorobowy kojarzy mi się ze współczesną odmianą szamaństwa, z „cudowną czarodziejską miksturką”. A przecież rozum i logika, „szkiełko i oko”, czyste zasady fizyki, matematyki, a nawet ekonomii podpowiadają, że potencjał (zdrowie) nie może powstać z niczego (kupienie i podanie leku czy szczepionki jest niewielkim wysiłkiem, nieporównywalnym do energii, jaką należy codziennie skierować ku dziecku). Najgorsze, gdy rachunek za nasze leczenie czy „profilaktykę” na skróty będzie musiało zapłacić samo dziecko, zmagając się z poważną chorobą w przyszłości. Chcę przy tym wyraźnie zaznaczyć, że nie jestem przeciwniczką doraźnego podania leku w wypadku, gdy lek ratuje życie lub zapobiega trwałemu uszkodzeniu zdrowia (np. w przypadku wstrząsu anafilaktycznego).


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „MARSZ ALERGICZNY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 czerwca 2014 20:41
  • sobota, 31 maja 2014
    • DZIEŃ DZIECKA

       

      Każdemu Dziecku życzę, aby Dzień Dziecka trwał dla niego cały rok. Aby Mama, Tata lub inny Opiekun-Przyjaciel znalazł czas na codzienne lub prawie codzienne przytulenie-poczytanie lub przytulenie-pośpiewanie, najlepiej wieczorem, tuż przed snem. Tak lepiej zasypia się, tak piękniej się śni, a potem - radośniej zaczyna się kolejny dzień pięknego dziecięcego życia.

      Dzieciom, jak również ich Rodzicom lub innym Opiekunom dedykuję na wieczorne, czułe  muzykowanie tę oto piosenkę, w wykonaniu Michała Bajora – „Chrońmy dzieci”:



      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=__KSKfveqzM

       

      Polecam też piękną wersję tej piosenki zaśpiewaną wzruszającym, przejmującym głosem Hanny Banaszak, niestety – nieosiągalną na Youtube. Moja Dziewczynka przepada za Hanną Banaszak, często razem śpiewamy jej utwory.

      Poniżej – niezwykle głębokie, mądre słowa do wspomnianej piosenki:

       

      CHROŃMY DZIECI

      tekst: Wojciech Młynarski, muzyka: Janusz Strobel

       

      Kim byś nie był - prawdzie tej wyjdź naprzeciw,

      siebie możesz kochać mniej,

      kochaj dzieci!

       

      Damo w żłobku, z chęcią im przewiń becik, 

      nie mrucz: „kim ja byłabym...”, 

      kochaj dzieci!

       

      Przedszkolanko, humor miej, Pcim czy Szczecin,

      razem z nimi w głos się śmiej,

      kochaj dzieci!

       

      Profesorze, porzuć gniew, z gniewem źle ci,

      przemądrzałą rozchmurz brew,

      kochaj dzieci!

       

      Literacie, bubli wór wrzuć do śmieci, 

      nie wypisuj dzieciom bzdur, 

      szanuj dzieci!

       

      Dobry tato, w szarych dni gęstej sieci

      parę chwil im poświęć i

      kochaj dzieci!

       

      Mamo, kiedy z oczu twych łezka leci, 

      nie krzycz na nie, nie wiń ich, 

      kochaj dzieci!

       

      Spowiedniku, serca lecz, Bóg ci świeci,

      grzechy sądź surowo, lecz

      kochaj dzieci!

       

      Literacie, bubli wór wrzuć do śmieci, 

      nie wypisuj dzieciom bzdur, 

      szanuj dzieci!

       

      Kim byś nie był - prawdzie tej wyjdź naprzeciw, 

      siebie możesz kochać mniej, 

      kochaj dzieci!

       

      Ludzie, to jest znana rzecz od stuleci, 


      siebie gryźć możemy, lecz 


      chrońmy dzieci!

       



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 31 maja 2014 13:38
  • wtorek, 13 maja 2014
    • KOSMETYKI DLA DZIECI

       

      Jednym z czynników zdrowia dzieci jest czystość (naturalność) kosmetyków, które regularnie nakładamy na ich skórę. Należy pamiętać, że skóra nie jest całkowicie szczelną powłoką i że substancje, z którymi się styka, mogą przenikać do krwiobiegu, docierając do poszczególnych narządów w organizmie.

      Chcąc maksymalnie ograniczyć moim Dzieciom kontakt z wszechobecnymi truciznami, po wyeliminowaniu produktów spożywczych zawierających jakiekolwiek dodatki typu konserwanty, barwniki, aromaty, polepszacze smaku, stabilizatory itp., zaczęłam czytać etykiety przemysłowych kosmetyków (tj. mydła, szamponu, oliwki i pasty do zębów), jakie dotychczas stosowałam w pielęgnacji moich Dzieci. Mimo, że były to kosmetyki typowe dla dzieci, okazało się, że i w tym względzie nie można spocząć na laurach...

      Sięgnęłam do wiedzy z następujących źródeł:

      1) publikacji dr. Różańskiego: http://luskiewnik.strefa.pl/acne/toksyny.htm

      Na stronie dr. Różańskiego znajduje się tabela toksycznych składników kosmetyków wraz z opisem ich oddziaływania na organizm. Korzystając z tej tabeli, zidentyfikowałam niektóre wymienione składniki na etykiecie mydła, szamponu, a nawet oliwki, które codziennie nakładałam na skórę moich Dzieci! A przecież były to wyłącznie produkty przeznaczone dla niemowląt i starszych dzieci, wg opisu producenta...
      Dla zainteresowanych polecam jeszcze jeden artykuł dr. Różańskiego, o wszechobecnym składniku środków higieny (obecnym również w popularnym szamponie dla dzieci) – sodium laureth sulfate: http://rozanski.li/?p=142 .

      2) artykułu, jaki otrzymałam z prenumeraty biuletynu dr. Michalaka ( http://www.drmichalak.pl/  ) o dwutlenku tytanu:

      Okazało się, że w każdym kosmetyku dla dzieci, jaki miałam w domu, był obecny dwutlenek tytanu, nawet w dziecięcej paście do zębów czy w dziecięcych kremach z filtrami przeciwsłonecznymi. Tak na marginesie, był też w moim codziennie używanym podkładzie do twarzy, a ponieważ nie wyobrażałam sobie życia w „zaawansowanej młodości” bez tego kosmetyku, więc pobiegłam do sklepu z kosmetykami i przeglądnęłam wszystkie najpopularniejsze marki podkładów; niestety, nie znalazłam podkładu bez dwutlenku tytanu.
      Dlaczego dwutlenek tytanu jest niebezpieczny? Zacytuję dr. Michalaka: „Zapominamy na przykład, że rozdrobnienie związku, znanego i powszechnie uznawanego za bezpieczny, radykalnie może zmienić jego właściwości fizyko-chemiczne. [...] Taki też jest przypadek dwutlenku tytanu (TiO2). [...] Niestety, badacze, którzy przygotowywali zastosowanie dwutlenku tytanu w charakterze filtra UV w kosmetykach, zatrzymali się chyba wpół drogi. I nie zadali sobie pytania, co dzieje się, kiedy cząsteczka TiO2 pochłonie kwant świetlny. Z punktu widzenia młodości naszej skóry zaczyna się wówczas rzecz straszna. [...] Reakcja jest kaskadowa, zaczyna się w skórze, by szybko przedostać się w głąb organizmu do krwioobiegu, nawet do mózgu. Zniszczeniu ulega materiał genetyczny komórki. [...] Aby sprawdzić, czy w kosmetyku, który chcemy kupić, znajduje się dwutlenek tytanu, należy: - po pierwsze: zaopatrzyć się w lupę, ponieważ producenci zazwyczaj zadrukowują tylne etykietki najmniejszą czcionką z możliwych; - po drugie: uważnie przejrzeć składniki w poszukiwaniu: TiO2, ditlenek tytanu, titanium dioxide lub kod CI 77891.
      I cytat ku pocieszeniu serc: Na szczęście jest filtr przeciwsłoneczny, który na pewno nam nie zaszkodzi. Bezpieczny, tani i zdrowy. Można go znaleźć nie w aptece, ale w każdym warzywniaku; jest to pospolita marchewka. Zawarty w niej beta-karoten odkłada się w skórze, nadając jej z czasem złotawy odcień. Ten marchewkowy koloryt staje się naturalnym filtrem pochłaniającym promieniowanie UV. Przy okazji jest silnym przeciwutleniaczem i wyłapując wolne rodniki, zabezpiecza skórę przed fotostarzeniem się. Ponadto sprawia, że po powrocie z wakacji znaczniej dłużej utrzymuje się piękna, delikatna opalenizna”. I słowo ode mnie: Postarajmy się tylko o marchewkę uprawianą bez sztucznych nawozów i bez sztucznych środków ochrony roślin.

      Z jakich kosmetyków korzystają moje Dzieci obecnie? Z niewielu, i mają się dobrze. Są to:

      • do mycia ciała: mydło Biały Jeleń w kostce bez dodatków (jest najczystsze w porównaniu do mydła Biały Jeleń w płynie lub mydła Biały Jeleń z dodatkami, jak również tzw. mydeł naturalnych innych marek);
      • do włosów: szampon robiony przeze mnie w domu z mydła Biały Jeleń w kostce bez dodatków; taki szampon nie ma najlepszej konsystencji, ale jest czystszy w porównaniu z szamponem przemysłowym Biały Jeleń;
      • do natłuszczania skóry (w sporadycznych przypadkach, gdyż moje Dzieci mają tak zdrową skórę, że nie ma potrzeby jej dodatkowego natłuszczania): nierafinowany olej kokosowy lub nierafinowana oliwa z oliwek;
      • do mycia zębów: ziołowa pasta do zębów bez fluoru, bez ksylitolu (ksylitol jest cukrem z brzozy, kiedyś moja Dziewczynka miała silną i natychmiastową reakcję alergiczną na sok z brzozy), bez sorbitolu (jest to zamiennik cukru, który magazynuje się w organizmie i może negatywnie wpływać na układ nerwowy lub trawienny), bez syntetycznych środków barwiących, zapachowych czy konserwujących; zwróćmy uwagę na to, że dzieci mogą połykać pastę przez nieuwagę, co potęguje wpływ jej składników na organizm; do trzeciego roku życia Dziewczynki do mycia jej zębów używaliśmy jedynie szczoteczki i wody; moje Dzieci (obecnie lat 7 i 10) nie mają śladu próchnicy;
      • do ochrony przed słońcem: praktycznie nie używamy niczego, oprócz oliwy z oliwek lub oleju kokosowego w pierwszych dniach pobytu na gorącej plaży; aby uniknąć kremów z filtrami przeciwsłonecznymi, hartuję Dzieci od pierwszych dni wiosny, zabierając je na spacery lub „wyrzucając” do ogrodu w słoneczne dni; zdejmuję im czapki i stopniowo, wraz z wzrostem temperatury - wierzchnie ubrania; w pełni wiosny i latem dbam, aby w miarę możliwości przebywały na słońcu każdego słonecznego dnia, tak długo, jak długo mają na to ochotę, z odsłoniętą skórą rąk, nóg, a nawet tułowia; na plaży natomiast jedynie w porze największego upału daję im luźne ubrania z cienkiej bawełny, z długimi rękawami i nogawkami oraz bawełniane kapelusze z dużym rondem; w tym ubraniu wchodzą do wody i bawią się, a gdy słońce nie jest już tak intensywne, pozostają w samych strojach kąpielowych; w ten sposób zawsze pięknie opalają się, bez nadmiernego zaciemnienia czy zaczerwienienia skóry.

      Należy uważać na przypadkowe mydła w płynie dostępne w toaletach publicznych. Czasami mogą one powodować natychmiastowe i silne podrażnienie skóry rąk, łącznie z krwawiącymi pęknięciami. Wiem to z naszego doświadczenia; zarówno mój Chłopczyk, jak i ja sama nie możemy swobodnie korzystać z takich mydeł.

      I parę słów o fluorze powszechnie stosowanym w paście do zębów dla dzieci. Jak pisze dr Danuta Myłek, szeroko prowadzone akcje fluorowania zębów to często działanie pozorne, a co więcej – szkodliwe. Organizm czerpie fluor z pokarmów, lecz również z... zanieczyszczonego środowiska. Mamy więc tego pierwiastka  raczej w nadmiarze niż w niedoborze, a nadmiar fluoru sprzyja alergiom (Danuta Myłek: „Alergie”, Wydawnictwo W.A.B. 2001, str. 25). Józef Słonecki, autor książki „Zdrowie na własne życzenie”, również mówi o nadmiarze fluoru, będącym konsekwencją całkowitego skażenia środowiska; nienaturalne stężenie fluoru występuje w tkankach roślin i zwierząt, prawie we wszystkich produktach, które spożywamy. Oczywiście, nie pozostaje to bez wpływu na zdrowie człowieka: dochodzi do stanu chorobowego zwanego fluorazą zębów, objawiającego się wystąpieniem małych plamek na ich szkliwie i łamliwością zębów. Dochodzi też do niekorzystnych zmian w kościach i ścięgnach.

      Szkodliwość kosmetyków zazwyczaj nie jest zauważalna na co dzień, ale może objawić się w dłuższym okresie, po wielu latach, w postaci poważnej lub chronicznej choroby, gdy dojdzie do kumulacji toksyn w organizmie. I to jest groźne, gdyż usypia naszą czujność. Dla spokoju ducha najlepiej od razu zadbać o wyrobienie u dziecka dobrych nawyków, w tym wypadku – nawyku unikania przemysłowych kosmetyków i korzystania z naturalnych sposobów pielęgnacji ciała. Tak jest najłatwiej, najtaniej i najbardziej zdrowo.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 maja 2014 13:57
  • niedziela, 04 maja 2014
    • PRZEMYSŁAW CUSKE O SZCZEPIENIACH: NIE MOŻNA LUDZKIEJ KRZYWDY CHOWAĆ ZA PARAGRAFAMI I TABELKAMI

       

      Przemysław Cuske jest członkiem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP-NOP (zob.:  http://www.stopnop.pl/aktualnosci1 ). Ma kontakt z wieloma rodzicami, których dzieci doznały niepożądanych odczynów lub powikłań poszczepiennych, zna ich bezpośrednie relacje, prawdziwe historie z życia, posiada więc wiedzę najcenniejszą – empiryczną, od najbliższych opiekunów dzieci. Oprócz tego, czerpie wiedzę ze źródeł naukowych, które są niezależne od wytycznych oficjalnego systemu medyczno-farmaceutycznego. Zadaje też pytania oficjalnym instytucjom odpowiedzialnym za zdrowie i szuka informacji na ich stronach internetowych, koresponduje z różnymi urzędami.

      Zapraszam na wykład, w którym pan Cuske porusza najważniejsze aspekty szczepień, takie, jak:

      • sprawa dr. Andrew Wakefielda;
      • korelacja między wzrostem ilości szczepień, a wzrostem zachorowań na autyzm na przestrzeni lat;
      • szczepienie noworodków, w tym -  wcześniaków;
      • toksyczność szczepionek (obecność aluminium, formaliny, rtęci, glutaminianu sodu, polisorbatu 80, antybiotyków, obcych białek);
      • szczepienia i choroby cywilizacyjne (np. cukrzyca typu 1, alergie, zapalenie jelit);
      • choroby wieku dziecięcego a dożywotnia odporność;
      • sensowność szczepień przeciwko tężcowi;
      • brak rzeczywistego nadzoru nad negatywnymi skutkami szczepień;
      • skierowanie sprawy ignorowania niepożądanych odczynów poszczepiennych przez lekarzy do prokuratury.

      Poniżej - wykład Przemysława Cuske:


      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=xH8gIFJcjik&feature=youtu.be

       

      Zapraszam również na wywiad z Przemysławem Cuske.

      Z wywiadu dowiemy się m.in., czym zajmuje się Stowarzyszenie STOP-NOP i dlaczego informacje podawane w prasie na temat szczepień są nieprawdziwe i nieuczciwe. Przemysław Cuske zwraca uwagę na określenia typu „autorytet”, „ekspert” oraz „pseudonaukowiec” używane w oficjalnym świecie medycznym pod adresem lekarzy i naukowców w zależności od ich poglądów na temat szczepień, a nie ich rzeczywistej wiedzy. Wspomina o kondycji zdrowotnej  dzieci, które przestały być szczepione, o bezczynności lekarzy względem sygnałów o wystąpieniu niepożądanego odczynu poszczepiennego, o braku właściwego wsparcia dla rodziców. Tłumaczy, dlaczego głównym źródłem informacji dla rodziców staje się Internet, a nie pediatra. Alarmuje o skandalicznej jakości wywiadu lekarskiego dokonywanego na potrzeby kwalifikacji dziecka do szczepień. Mówi, że nie ma czegoś takiego, jak „ruchy antyszczepionkowe”, „są tylko rodzice, którzy zawiedli się na lekarzach, zawiedli się na służbie zdrowia”. Odnosi się do wypowiedzi tzw. ekspertów, którzy przekazują fałszywe informacje (np. o braku obecności związku rtęci w szczepionkach stosowanych w Polsce). W wywiadzie dowiemy się również, jak doszło do zaangażowania prokuratury w sprawę szczepień.

      Gorąco polecam ten wywiad:


      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=iZidnf5u4lQ


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 maja 2014 13:18
  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • AGRESJA

       

      Jakiś czas temu zabrałam mojego Chłopczyka na zakupy na placu targowym w Krakowie. Na targu jak zwykle chodziły sobie gołębie - nieodłączny element tego miejsca i utrapienie sprzedawców nasion. Dla mojego Chłopczyka taka wyprawa to zawsze powód do radości, jaką daje wbieganie z impetem w gromadę gruchających istot, pokrytych piórkami w całej gamie odcieni szlachetnej szarości. Roześmiana twarz Chłopczyka niemalże fruwającego z chmarą wznoszących się gołębi wśród straganów, czasami w wesołym towarzystwie równie szczęśliwej, rozbieganej z radości Dziewczynki, a przy tym życzliwe uśmiechy sprzedawców to chwile, których chyba nigdy nie zapomnę. Takie zakupy to czysta poezja.

      Tym razem jednak nie było poezji. W pewnej chwili, gdy dokonywałam zakupów przy jakimś straganie, kątem oka zauważyłam, że Chłopczyk zaczyna używać nogi do płoszenia ptaków, tak, jakby miał zamiar któregoś z nich kopnąć. Gdzieś śmignęła mi przez głowę myśl, że muszę zareagować, ale wyprzedziła mnie jakaś przekupka, zwracając się do Chłopczyka w ostrym, nieprzyjemnym i groźnym tonie: „Jak można tak się zachowywać! Kto to widział!”. Chłopczyk momentalnie przestał, zwieszając w zawstydzeniu głowę, lecz ona nie przestawała wyrażać swojego oburzenia i krytyki. Nie odzywałam się, bo mnie zamurowało; nie wiem, czy byłabym w stanie wypowiedzieć coś sensownego. Emocjonalnie czułam zawstydzenie mojego Dziecka i przede wszystkim było mi go ogromnie żal, a „intelektualnie” pomyślałam, że może to będzie skuteczna nauczka, że nie kopiemy żywych stworzeń (w tym – dzikich roślin, o czym często przypominam moim Dzieciom w trakcie spacerów na łące). Coś jednak było nie tak, różne rzeczy przebiegały mi przez głowę, ale rozmowę z Chłopczykiem przełożyłam na później, najpierw sama musiałam określić swoje odczucia i uporządkować myśli.

      Gdy w drodze powrotnej do domu, relaksując się nieco za kierownicą samochodu, ochłonęłam, dostrzegłam już bez problemu wszystkie niuanse zdarzenia na placu. Dostrzegłam agresję... tej kobiety. Czy to rzeczywiście była osoba kochająca zwierzęta, wrażliwa na to, co mogą czuć gołębie? Wątpię. Wydaje mi się, że wrażliwość na zwierzęta i rośliny idzie w parze z wrażliwością na dzieci. Kobieta zareagowała na (z pozoru) agresywne zachowanie mojego Dziecka względem gołębi. To dobrze. Źle, że nie nauczyła go niczego pozytywnego. Źle, że pokazała mu, że na tego typu sytuację człowiek dorosły reaguje agresją wobec człowieka słabszego psychicznie – dziecka. Źle, że mój Chłopczyk przestał atakować gołębie ze strachu i wstydu, a nie dlatego, że ktoś mu wyjaśnił, że gołębie też czują i że strach przed kopniakiem jest bardzo nieprzyjemną rzeczą. Chłopczyk jest niezwykle współpracującym i łagodnym dzieckiem tak długo, jak się go nie atakuje. Słucha, gdy się mu łagodnie tłumaczy. Czasami zapomni się, ale to nie jest przekora. Pewne rzeczy powtarzam mu cierpliwie kilka razy, aż „zaskoczy”. Z reguły takie postępowanie jest skuteczne, a przy tym - pozbawione werbalnej przemocy (agresji); dziecko nie zostaje upokorzone.

      Rozpoczynając rozmowę z moim Chłopczykiem, przede wszystkim powiedziałam mu, że kobieta zachowała się niewłaściwie, krzycząc na niego, zamiast spokojnie wyjaśnić, o co jej chodzi. Potem wytłumaczyłam, dlaczego należy szanować ptaki i że gołąb to nie piłka nożna (kopanie piłki jest ostatnio ulubionym zajęciem Chłopczyka). Dodałam też, że ta pani zachowała się wobec niego tak, jak on wobec gołębi: zaatakowała go, więc wcale nie była lepsza. Nawiasem mówiąc, ja sama chętnie wróciłabym się, aby „pokrzyczeć” na przekupkę, ale to nie byłoby dobrą lekcją dla mojego Dziecka; kiedyś postawiłam sobie samej granicę w tym względzie i staram się tej granicy nie przekraczać.

      Próba kopnięcia gołębia z pewnością wygląda na agresywne zachowanie, jednak nie mogę powiedzieć, że Chłopczyk jest agresywny. Odruch kopnięcia czegoś, co się rusza jest tak samo fascynujący dla dziesięcioletniego chłopca, jak uderzenie młotkiem z całej siły w orzech kokosowy. Niedawno prowadziłam warsztaty dla dzieci z podstawówki z rozbijania orzechów kokosowych. Wszystkie, chyba bez wyjątku i niezależnie od wieku oraz płci, odczuwały prawdziwą przyjemność w pastwieniu się nad „biednymi” kokosami, zadając im ciosy młotkiem raz po raz. Czy to były zachowania agresywne? Raczej – atawistyczne.

      Wracając do zamiaru kopnięcia ptaka, już dawno zauważyłam, że Chłopczyk nie potrafi wyobrazić sobie czy współodczuwać bólu, jakiego doznają zwierzęta, a nawet ludzie (choć zdarzają się zadziwiające wyjątki od tej „reguły”), np. gdy boleśnie skaleczę się, nie podbiega do mnie z troską tak, jak to robi Dziewczynka, mimo, że jest ze mną emocjonalnie mocno związany. Z jakichś względów niektóre dzieci nie mają tej wrażliwości, być może bardziej dotyczy to chłopców. Czasami wynika to z problemów zdrowotnych, czasami – z późniejszego dojrzewania w sferze empatii. To nie znaczy, że te dzieci są złe. Należy zastanowić się, zanim przylepimy im etykietkę „agresywnych”. Natomiast ważne jest, aby zawsze, ale to zawsze tłumaczyć takim dzieciom, co może odczuć zwierzę, roślina czy człowiek, jeśli zostanie kopnięty, ukłuty czy za mocno ściśnięty. Innymi słowy, jeśli nie przez emocje, to przez intelekt należy do nich docierać. To naprawdę daje dobre rezultaty. Obdarzmy je dobrocią i cierpliwością, a obudzimy w nich emocje.

      Są też dzieci, które „świadomie” zadają ból innym osobom (lub sobie!). Pamiętajmy jednak, że agresja to tylko symptom i sygnał o głębszym, najczęściej niewidocznym gołym okiem problemie, z czego my (rodzice, nauczyciele) zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy; w dobrej woli i „profesjonalnie” uspokajamy dziecko, które kogoś zaatakowało oraz łagodnie wyjaśniamy mu, dlaczego nie wolno krzywdzić innych ludzi (serwując mu w ten sposób łagodniejszą odmianę kazania) i nie staramy się poznać głębszej przyczyny jego agresywnych zachowań (a mogą to być przeróżne przyczyny: począwszy od zaburzeń w układzie nerwowym spowodowanych praktykami współczesnej medycyny oraz nienaturalnym, uzależniającym i zanieczyszczonym pokarmem, skończywszy na tatusiu – sadyście). Tzw. „agresywne dzieci” potrzebują od nas szczególnej dozy łagodności, cierpliwości, spokoju. Nie twierdzę, że łatwo zachować spokój przy dziecku okładającym pięściami inne dziecko, ale proponuję pracę nad własną świadomością; świadomość ułatwia zadanie. Zresztą, nie mamy innego wyjścia, to jedyna droga, aby skutecznie i trwale pomóc rozchwianemu dziecku.

      Nie wierzę, aby jakiekolwiek dziecko było złe od kołyski. Ale, jak zawsze powtarzam moim Dzieciom, pocieszając je przy porażkach: „w brzuchu mamy tego nie uczą”, innymi słowy nie możemy oczekiwać od dzieci, że zawsze będą potrafiły zachować się właściwie, one są cały czas w trakcie długoletniej nauki, niezależnie, czy mają dwa, siedem czy trzynaście lat. Do tego każde dziecko nabywa umiejętności społeczne i praktyczne w swoim indywidualnym tempie. Czy, jeśli dziesięcioletnie dziecko wybiegnie na jezdnię za toczącą się piłką, należy wyzwać je od „bezmyślnych”? Oczywiście, wskazane byłoby, aby w tym wieku dziecko miało już nabyty odruch zatrzymania się przed jezdnią, ale jeśli jeszcze tego nie osiągnęło, to może to tylko świadczyć o wcześniejszych zaniedbaniach dorosłych względem niego lub jego obiektywnych trudnościach w nabywaniu życiowych umiejętności. Jednak w żadnym wypadku dziecko nie jest złe czy bezmyślne. To my – dorośli bądźmy dobrzy i myślący, a szansa będzie duża, że takimi staną się nasi podopieczni.

      Powrócę jeszcze na chwilę do sytuacji na placu targowym. Przekupka zapewne wychodziła z założenia, że dziecko, które zamierza kopnąć gołębia jest złe. Założenie to było błędne. Ponadto, swoim agresywnym zachowaniem despotycznie zmusiła moje Dziecko do zaprzestania tego, co robiło. Uważała pewnie, że „zło” można usunąć wyrażeniem pogardy i oburzenia, krzykiem. Miała rację, ale tylko w zakresie doraźnym. Myślę, że pod jej nieobecność zachowanie Chłopczyka mogłoby powtórzyć się (gdyby nie moja późniejsza rozmowa z nim), a gdyby ona sama była trochę mniejszą istotą, to mogłaby jeszcze zostać obita jego zaciśniętymi z napięcia pięściami. Nie byłoby źle, gdyby poprzestała na krótkim i głośnym, jednorazowym krzyknięciu: „Nie rób tego!”. W końcu nie każdy musi mieć ochotę bawić się w dziecięcego psychologa. Taki komunikat nie poniżyłby Chłopczyka, z pewnością byłby skuteczny, co więcej, zmusiłby go do zastanowienia się nad sytuacją. Pamiętajmy przy tym, że jakiekolwiek uwagi od osób niebędących rodzicami lub nauczycielami dziecka mają dla tego dziecka zwielokrotnioną siłę oddziaływania; nie śpieszmy się z upominaniem cudzych dzieci, a jeśli już musimy to zrobić, to zróbmy to najtaktowniej, jak tylko potrafimy.

      Kiedyś przychodziła do naszego domu pewna dziewczynka (miała wtedy może osiem lat), aby pobawić się z moimi Dziećmi i innymi z sąsiedztwa. Problem z tą dziewczynką był taki, że systematycznie dochodziło do bójek między nią, a pozostałymi dziećmi. Poza tym była uroczą, żywiołową i wesołą istotką. Sąsiad „życzliwie” powiedział mi: „To zła dziewczyna”. Ja jednak tak nie postrzegałam jej, pomimo awantur, jakie wszczynała, trudnych do zniesienia. Pewnego dnia, gdy zaatakowała Chłopczyka w przydomowym ogrodzie, zniszczyła mu okulary. Nie mogę powiedzieć, że w pierwszej chwili nie poczułam złości. Na szczęście, zanim otworzyłam buzię, spojrzałam na jej pełnej przerażenia, zapłakaną twarz. To sprawiło, że poprosiłam inne dzieci o oddalenie się, a ją wzięłam na kolana, siadając na ławce i przytulając ją. Potem zaczęłyśmy rozmawiać. Zadziwiła mnie dojrzałość tej dziewczynki. Wspaniale potrafiła opisać swoje uczucia i intencje. Powiedziała m.in., że nie wie, czemu nagle zaczyna atakować dzieci i że to dzieje się samo, wbrew jej woli. Okazało się, że jest bita w domu. Pomogłam jej dostrzec zależność miedzy tym, jak traktują ją dorośli i jak ona traktuje swoich kolegów. Wyraźnie podkreśliłam, że to nie jest jej wina. Dodałam też coś od siebie: powiedziałam jej o problemie, jakim są zniszczone okulary. To duże streszczenie tej rozmowy, przedstawiam tylko jej najistotniejsze elementy.

      Skąd bierze się prawdziwa agresja u dzieci? Pomijając przyczyny farmakologiczne i żywieniowe, można powiedzieć, że z życia, otoczenia, ze sposobu, w jaki są traktowane przez dorosłych, ze złego przykładu. Dorośli (często – nauczyciele) tak chętnie mówią o agresji dziecka, które stwarza im problemy i o tym, że trzeba stawiać mu granice, gdy tymczasem oni sami okazują agresję i przekraczają granice, czasami nie zdając sobie z tego sprawy. Przykłady można by mnożyć. Od kilku miesięcy mam okazję przysłuchiwać się prywatnym rozmowom między rodzicami i dziećmi w wieku przedszkolno-wczesnoszkolnym (w trakcie lekcji baletu mojej Dziewczynki, gdy czekam na korytarzu przed salą baletową). Zatrważające jest, jak wielu rodziców bezwiednie poniża swoje skądinąd ukochane dzieci. Na przykład młoda kobieta kpiąco odzywa się do swojego czteroletniego synka, który nie może czegoś znaleźć: „Ślepy jesteś?”. Nie wiem, skąd się to bierze, mogę jednak domyślać się, nie obwiniając kobiety. Większość matek kocha swoje dzieci.

      Agresja przejawia się różnie, niekoniecznie przez krzyk czy bicie. Może to być ton głosu, dobór słów, mimika, szarpnięcie dzieckiem, a nawet uśmiech – szyderczy. Gdy tylko na głos nazywamy dziecko „złośliwym”, „leniwym”, bezwiednie reagujemy agresywnie (bo co może poczuć dziecko, słysząc takie słowa wypowiadane pod jego adresem?). Nawet gdy „niewinnie” żartujemy sobie z dziecka, jesteśmy agresywni, oczywiście nie w potocznym rozumieniu agresji. Agresja jest naturalnym elementem zachowań ludzkich, warto uczciwie o niej mówić, nie wstydzić się, a zwłaszcza, gdy mamy pod opieką dzieci. Mnie samej zdarza się zachować agresywnie wobec moich Najbliższych (oczywiście nie mam na myśli rozbijania talerzy na cudzych głowach), ale moja świadomość sprawia, że sama wówczas cierpię. To pozwala mi pracować nad swoją agresją, gdy tylko zaczyna kiełkować na poziomie bezwiednych myśli. Co zrobić z poczuciem rodzącej się agresji? Myślę, że należy ją... docenić. Czy występuje ona u dziecka, czy u nas samych, jest cennym sygnałem, że coś trzeba naprawić, kogoś trzeba wysłuchać, choćby siebie samego, a może przestać się truć używkami, lekami czy niewłaściwym pokarmem. A potem warto wyjść naprzeciw sygnałom i znaleźć rozwiązanie, bez krzywdzenia kogokolwiek.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 23:05
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • MLEKO – CZ. II

       

      MLEKO W KARTONACH

      Wady mleka przemysłowego nie kończą się na jego niekorzystnie zmienionych cechach biologicznych i chemicznych (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/03/MLEKO-1.html ). Wadą może też być przemysłowe opakowanie mleka.

      Obok nowych technik i technologii stosowanych w pakowaniu mleka zmieniły się materiały oraz formy konstrukcyjne opakowań mleka spożywczego. Zarówno w Europie, jak i w naszym kraju zdecydowanie zmniejszyła się ilość mleka pakowanego w tradycyjne opakowania szklane (butelki) na korzyść opakowań wielowarstwowych z różnych tworzyw (tworzywa sztuczne, karton, aluminium) oraz opakowań wyłącznie z tworzyw sztucznych” (źródło: http://www.pttz.org/zyw/wyd/czas/2009,%202(63)/01_Panfil.pdf ).

      Czy aluminium i tworzywa sztuczne są całkowicie bezpieczne jako materiał na opakowanie na mleko?

      Jak wiadomo, aluminium (glin, symbol „Al”) jest pierwiastkiem neurotoksycznym. „Neurotoksyczność glinu została udowodniona eksperymentalnie, znalazła też potwierdzenie w encefalopatii dializowanych [osób z niewydolnością nerek, które dializowano płynem dializacyjnym zawierającym glin] jak również u chorych z niewydolnością nerek przyjmujących preparaty glinu w celach terapeutycznych. Ze względu na podobieństwo zmian histopatologicznych w zatruciach doświadczalnych do obrazu morfologicznego w chorobie Alzheimera, zaczęto poszukiwać związku między rosnącym trendem występowania tej choroby oraz innych chorób zwyrodnieniowych układu nerwowego, a środowiskowym wpływem glinu” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Neurotoksyczność glinu może objawiać się również w postaci neurologicznych powikłań poszczepiennych: powszechnym adiuwantem stosowanym w szczepionkach jest wodorotlenek glinu. Wg wypowiedzi lekarza, dr Jerzego Jaśkowskiego aluminium to „metal powodujący śmierć komórek nerwowych - neuronów. Jest to niezwykle toksyczny metal, szczególnie w połączeniu z rtęcią. Udowodniono jego rolę w chorobie Alzheimera, autyzmie, drgawkach, śpiączce i chorobach kości”.

      Ponadto, „nadmiar glinu nadmiernie obciąża wątrobę, a przyjmowanie dużych dawek tego pierwiastka, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, skutkuje upośledzeniem funkcji i mniejszą wydajnością tego organu w późniejszych latach. [...] Glin łatwo asymiluje się ze związkami wapnia łatwo przyswajalnego do związków trudno przyswajalnych. Dlatego też należy ograniczać jego spożycie w okresie wzrostu i rozwoju układu kostnego” (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Glin )

      Al znajduje się w piwie oraz sokach owocowych przechowywanych w opakowaniach aluminiowych. Jego stężenie rośnie w miarę okresu przechowywania. Po dwunastu miesiącach przechowywania stężenie Al w piwie osiąga wartość 10-20 mg/l” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Czy zwiększa się stężenie aluminium w mleku przechowywanym w kartonach z warstwą aluminiową? Myślę, że można mieć co najmniej obawy.

      Mam też obawy co do tworzyw sztucznych, z których wykonywane są opakowania na mleko. Z materiałów syntetycznych uwalniają się małe ilości chemicznych substancji lotnych, należy zatem unikać stosowania sztucznych opakowań do przechowywania żywności oraz nie spożywać wody z plastikowych butelek (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 231). Mleko bardzo łatwo pochłania zapachy, co można zauważyć, wstawiając je w otwartym naczyniu do lodówki, w której znajdują się też inne produkty spożywcze. Przypuszczam więc, że mleko łatwiej niż np. woda reaguje z materiałem, z którego wykonano opakowanie.

       

      WPŁYW MLEKA NA MÓZG

      Czasami dochodzi do przedostania się niestrawionej w pełni kazeiny do krwiobiegu. W jelicie kazeina (dłuższe łańcuchy aminokwasowe) rozpada się do formy prostszej, peptydów (krótszych łańcuchów aminokwasowych), a te z kolei do formy najprostszej – pojedynczych aminokwasów. Białka w formie peptydów, działają jak endorfiny („wewnętrzna morfina”), czyli substancje wywołujące stany euforii, a w dłuższym okresie – apatię, zmiany nastroju i uzależnienie oraz efekt z odstawienia substancji uzależniającej przejawiający się np. rozdrażnieniem (niektóre dzieci codziennie spożywające mleko lub jego przetwory nie potrafią z tych pokarmów zrezygnować). Mleko, a właściwie kazeina może więc mieć działanie narkotyczne (podobnie jak gluten). To zagrożenie zwiększa się w przypadku mleka przemysłowego, przy nadużywaniu jakiegokolwiek mleka oraz przy zaburzeniach w trawieniu kazeiny (np. wskutek zatrucia metalami ciężkimi, które prowadzi do upośledzenia wytwarzania enzymów rozkładających peptydy), jak i w przypadku nieszczelnej ściany jelita (i nie są te czynniki niezależne od siebie; często współwystępują).

      Nie jest tajemnicą, że dzieci ze spektrum autyzmu zaczynają lepiej funkcjonować na diecie z eliminacją lub rotacją kazeiny (oraz glutenu).

       

      MLEKO KOZIE I OWCZE

      Jeśli chodzi o mleko kozie czy owcze, należy postępować tak samo, jak w przypadku mleka krowiego, tj. oferować dziecku mleko i jego przetwory pozyskiwane w sposób tradycyjny, naturalny, całkowicie rezygnując z produktów mlecznych przemysłowych; kierować się smakiem dziecka (nie podawać, gdy nie smakuje); robić kilkudniowe lub dłuższe, całkowite przerwy od oferowania pokarmów mlecznych, a w przypadku reakcji alergicznych lub objawów nietolerancji pokarmowej zmniejszać częstotliwość i dawkę do takiego poziomu, przy którym nie będzie żadnych reakcji; w przypadku ciężkich objawów zrobić kilkumiesięczną lub dłuższą przerwę, w skrajanych przypadkach – całkowicie zrezygnować z mleka i jego przetworów.

      Moja Dziewczynka źle reaguje na mleko kozie (zmiany skórne wokół ust), podczas gdy nie widać u niej w ogóle reakcji na mleko krowie spożywane raz w tygodniu w dość dużych ilościach (najczęściej około litra w ciągu dnia). Oczywiście oba rodzaje mleka pochodzą prosto z gospodarstwa wiejskiego.

      Reakcja alergiczna lub nietolerancja pokarmowa na mleko kozie lub owcze może wystąpić dopiero w dłuższym okresie (kilka dni / tygodni / miesięcy, rok, dwa lata), gdy takie mleko spożywane jest non-stop, bez odpowiednio długich przerw. Dotyczy to szczególnie tych dzieci, u których już stwierdzono nadwrażliwość (alergię lub nietolerancję) na mleko krowie. Dzieje się tak ze względu na reakcje krzyżowe, które są charakterystyczne dla pokarmów z danej grupy, w tym wypadku – grupy pokarmów mlecznych pochodzących od różnych zwierząt.

      Każdy rodzaj mleka, niezależnie od jakiego zwierzęcia pochodzi, zawiera białka mleczne. Jednym z tych białek (występującym w największej ilości) jest kazeina. Mleko kozie zawiera około 68% kazeiny w stosunku do ogólnej ilości białek, podczas gdy mleko krowie – 75%. Kazeina w mleku kozim ma nieco inną strukturę niż kazeina w mleku krowim. Inne są też proporcje pozostałych białek oraz składników mleka (witamin, minerałów, tłuszczu, węglowodanów), przez co oba rodzaje mleka mają nieco inne właściwości (zob.: www.kozy.edu.pl/?sklad-i-wartosc-odzywcza-mleka-koziego-w-porownaniu-z-mlekiem-krowim-owczym-i-kobiecym.,78 ). W przypadku mleka owczego, zawartość kazeiny jest większa, niż w przypadku mleka koziego i krowiego. Ale tu też należy mieć na uwadze to, że o właściwościach pokarmu decydują wszystkie jego składniki, ich struktura, proporcje w całościowym składzie oraz synergia (interakcja) tych składników. W ocenie oddziaływania danego rodzaju mleka zawsze należy przede wszystkim obserwować indywidualną reakcję organizmu naszego dziecka, a dopiero potem kierować się teorią czy powszechnymi opiniami (np. przekonaniem, że mleko kozie można podawać bez ograniczeń dzieciom uczulonym na mleko krowie).

       

      MLEKO MODYFIKOWANE

      Mleko modyfikowane kojarzy mi się z suchą karmą dla psów (nie chcę urażać mam, które karmią takim mlekiem swoje dzieci, chcę je tylko przestrzec; sama kiedyś do nich należałam, czego do dzisiaj bardzo żałuję): oba produkty są bardzo wygodne w użyciu i rzekomo „pełne wartości odżywczych” (według zapewnień producentów). Co więcej, produkty te są pięknie opakowane... w tworzywa sztuczne, czasami z dodatkiem aluminium. W rzeczywistości, suche, sproszkowane mleko, tak samo jak pokarm dla psów w postaci przemysłowych kuleczek czy kwadracików, to martwy, niedodający energii pokarm, czasami sztucznie uzależniający i naruszający naturalne mechanizmy metabolizmu na poziomie mózgu. W dłuższym okresie czasu regularne spożywanie tego rodzaju produktu może skutkować osłabieniem organizmu, różnymi zaburzeniami (np. łaknienia), a w rezultacie - poważniejszymi chorobami.

      Mleko modyfikowane to bomba z opóźnionym zapłonem”, jak pisze autorka bloga „Zielony Zagonek”. Warto poczytać: http://zielonyzagonek.pl/mleko-modyfikowane/ .

      I jeszcze parę słów od autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”: Jeśli chcemy zapobiegać powstaniu kolki jelitowej i alergii u niemowlęcia, musimy dopilnować, aby na oddziale noworodkowym nie podano naszemu nowo narodzonemu dziecku ani jednej dawki sztucznego pokarmu. Ważne jest też, aby później, w domu, przy naturalnym karmieniu piersią nie dokarmiać i nie poić niemowlęcia innymi pokarmami niż mleko matki. Należy tak postępować dlatego, że jelito malutkiego dziecka jest bardzo przepuszczalne (po to, aby móc „wpuścić” do krwiobiegu naturalne białkowe przeciwciała z mleka matki), przez co niestrawione cząstki obcych białek (znajdujących się m.in. w mleku modyfikowanym) łatwo przedostają się do krwiobiegu, dochodzi do szkodliwych reakcji immunologicznych z produkcją przeciwciał IgE, których niedojrzały organizm niemowlęcia nie jest w stanie opanować. W ten sposób utrwala się alergiczna reakcja na obce białka, co zostało potwierdzone w badaniach. Mleko matki ma tak wielką przewagę nad innymi pokarmami, że zalecane jest nieprzerywanie karmienia nawet wtedy, gdy dziecko ma alergię na jedzenie spożywane przez matkę i matka nie wytrzymuje rygorów diety zalecanej dla niej w okresie karmienia piersią: lepiej zaniechać diety niż karmienia piersią  (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 261-262, 310-312).

      Ja sama mogę potwierdzić powyższe na przykładzie moich Dzieci. Choć miałam nikłą wiedzę o zdrowym odżywianiu dziecka, gdy rodziłam mojego Chłopczyka, zakazałam dokarmiania Go czymkolwiek na oddziale noworodkowym. Długo nie miałam pokarmu (nie licząc paru kropelek), być może wskutek cesarskiego cięcia. Długo, bo kilka dni. Dziecko przystawiałam jednak do piersi non-stop od dnia narodzin i miałam niesamowitą, intuicyjną pewność siebie, że wszystko będzie w porządku, mimo, że pokarm nie pojawiał się, a Chłopczyk z dnia na dzień tracił na wadze (ponad normę dla fizjologicznego spadku wagi). Krzyczała na mnie pielęgniarka, grożąc, że nie bierze odpowiedzialności za to, do czego to doprowadzi. Nie ugięłam się jednak, czując, że tak jest właściwie. Pokarm przyszedł nagle, w olbrzymich ilościach. I tak pozostało przez pierwsze sześć miesięcy życia Chłopczyka: zero jakiegokolwiek obcego pokarmu, w tym - ani kropli wody. W pierwszym roku życia mojego Chłopczyka, który cały czas pięknie przybierał na wadze, nie zauważyłam objawów alergii na mleko.

      Inaczej było z Dziewczynką. Pozwoliłam tylko raz dokarmić ją z butelki na oddziale noworodkowym. Nie mam też pewności, czy to rzeczywiście był tylko jeden raz. Dziecko od początku miało problemy z odruchem ssania. Autorzy wspomnianej wyżej książki przestrzegają przed sztucznym dokarmianiem również dlatego, że takie dokarmianie łatwo narusza delikatną naturalną równowagę „podażowo-popytową”, jaka wykształca się między organizmem matki i dziecka, co skutkuje problemami ze ssaniem. Tuż po powrocie do domu ze szpitala zaobserwowałam u Dziewczynki niepokojące objawy, które pediatra przypisał prawdopodobnej alergii Dziecka na mleko spożywane przeze mnie. Gdy wyeliminowałam mleczne pokarmy z mojej diety, niepokojące objawy u Dziewczynki znikły.

      Nie twierdzę, że historie moich Dzieci związane są jedynie z czynnikiem naturalnego karmienia i dokarmiania lub niedokarmiania ich butelką. Biorę jedynie ten czynnik pod uwagę w swoich rozważaniach.

       

      MLEKO W KOMPOZYCJACH POKARMOWYCH

      Obserwuję, że czasami potencjalnie szkodliwy pokarm mleczny, spożyty w smakowitej kompozycji smakowej nie powoduje jakichkolwiek dolegliwości. Myślę, że odpowiedzi można szukać w zasadach komponowania posiłków wg pięciu smaków (kwaśnego, gorzkiego, słodkiego, ostrego, słonego), z uwzględnieniem natury pokarmów (zimnej, chłodnej, neutralnej, ciepłej, gorącej), o czym mówi medycyna chińska. Poza tym, im tłustsza forma pokarmu mlecznego, tym mniej szkodliwa: z reguły nie szkodzi surowe masło, a tłusta śmietana wydaje się być bezpieczniejsza od samego mleka (zob. publikacje dr Ewy Bednarczyk-Witoszek). Nie ma niepodważalnej reguły, choć z pewnością inaczej jest w przypadku nietolerancji pokarmowej, a inaczej w przypadku klasycznej alergii IgE-zależnej, ale o tym – kiedy indziej. Pozostaje obserwacja i wiedza, że dla każdego rodzaju pokarmu i jego potencjalnej szkodliwości lub dobroczynności ma znaczenie towarzystwo innych pokarmów, dodatków (np. przypraw, ziół), obecność żywych enzymów, pożytecznych drobnoustrojów, sposób przygotowania posiłku, jak również inne posiłki w dobie.

       

      PODSUMOWANIE

      Prawdziwe mleko i jego przetwory należy traktować neutralnie, stosując się do poniższych zasad: 

      1. Nigdy nie podawaj dziecku przemysłowego mleka i przemysłowych produktów mlecznych (jogurtów, kefirów, jakichkolwiek serów, śmietany), w tym – modyfikowanego mleka w proszku.
      2. Postaraj się o surowe mleko, masło, śmietanę i biały ser wytwarzane w wiejskim gospodarstwie, w higienicznych warunkach.
      3. Po etapie karmienia piersią (dobrze, aby ten etap trwał jak najdłużej) zaproponuj dziecku całą gamę naturalnych produktów mlecznych; zobacz, co wybierze. Niech naje się do syta. W przypadku występowania wyraźnych zaburzeń zdrowotnych, ogranicz mleczną ofertę do jednego dnia w tygodniu, a przy silnej wrażliwości pokarmowej (np. wyraźnej alergii typu IgE) – do jednego małego posiłku mlecznego w tygodniu (jest to rodzaj „szczepionki”, sposób na ostrożne oswajanie organizmu z białkami mlecznymi), oczywiście tylko wtedy, jeśli dziecko lubi posiłki mleczne. Jeśli dziecko jest zdrowe, w ramach profilaktyki dbaj o regularne, co najmniej trzydniowe całkowite przerwy w podawaniu pokarmów mlecznych na przestrzeni około tygodnia.
      4. Zwróć uwagę na ewentualne reakcje organizmu do trzech dni (72 godzin) po spożyciu mlecznego pokarmu, a w szczególności reakcje: układu pokarmowego (np. rozwolnienie, zatwardzenie, wzdęcia, ból brzucha), skóry (np. wysypka, świąd, nienaturalnie czerwone policzki, bolesne zaczerwienienie wokół ust), układu oddechowego (np. nagły wodnisty katar, chroniczny katar, zatkany nosek, kaszel, ból gardła, chrapanie w nocy), układu nerwowego (np. rozdrażnienie „bez powodu”, tiki, apatia, niewyraźna mowa, słaby kontakt z rozmówcą, nadwrażliwość na światło, dźwięk lub dotyk, ból głowy, nietypowa senność, agresja, drgawki lub wyłączenia świadomości w epilepsji), jakiekolwiek inne reakcje (np. ból ucha, podrażnione dziąsła, ból w kolankach, ból kości nóg). Trzy dni to (wg alergologii) czas, w którym organizm oczyszcza się z potencjalnych szkodliwych cząstek pokarmowych krążących w krwiobiegu i powodujących różne dolegliwości.
      5. Nigdy nie nakłaniaj dziecka do zjedzenia pokarmu mlecznego, jeśli nie ma na niego ochoty. Zadbaj, aby zawsze było dostępne inne, alternatywne i akceptowane przez dziecko jedzenie, najlepiej w postaci dwóch – trzech innych propozycji (np. jajko na miękko, zupa jarzynowa, jabłko duszone z cynamonem i oliwą z oliwek, kokos), do wyboru dziecka.
      6. Matko, karm dziecko jedynie swoim mlekiem (a nie mlekiem zwierząt) tak długo, jak długo ono będzie sięgać do Twojej piersi, nie planuj czasu „odstawienia od piersi”; pozwól Naturze zadecydować o tym za Ciebie, jeśli tylko pozwalają Ci na to warunki (postaraj się stworzyć sobie te warunki). Nie słuchaj „dobrych rad” z otoczenia, wsłuchuj się w Twoje Dziecko i w siebie samą. Tej inwestycji w długoterminowe zdrowie Twojego Dziecka, jak również w Wasze relacje na całe życie nie można przecenić.

      Przed całkowitą eliminacją mleka przestrzegałabym szczególnie wtedy, gdy dziecko jest bardzo „wybredne” w jedzeniu, ale gdy akceptuje mleko i jego przetwory. Do takich dzieci należą moje: relatywnie rzadko sięgają po mięso i jajka, a orzechy jadają głównie w sezonie, za to lubią mleko. Prawie odpadają w naszym przypadku ryby, z przyczyn obiektywnych (tj. z braku stałego dostępu do nieskażonych i świeżych ryb). Moje Dzieci ledwo co akceptują warzywa. Podając im raz w tygodniu świeże, pełnotłuste i surowe mleko prosto od krowy, a w sezonie -  żywionej świeżą zieloną trawą, wiem, że mają w ten sposób zapewnione dodatkowe witaminy (A, E, D, z grupy B), cenny sprzężony kwas linolowy (zob.: http://www.izz.waw.pl/pl/eufic?id=125 ), enzymy, wapń (łatwo przyswajalny w takim mleku) i inne minerały (fosfor, potas, magnez) oraz cenny tłuszcz mleczny, w tym - kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych. Tłuszcz i witamina D są jednym z kluczowych czynników powrotu do zdrowia dzieci z chorobami neurologicznymi, jak również czynnikiem prawidłowego rozwoju mózgu i całego układu nerwowego u wszystkich dzieci.

      Zanim pochopnie wyeliminujemy dziecku z diety mleko i wszelkie jego postaci, zastanówmy się, dlaczego chcemy to zrobić. Jeśli jedynie dlatego, że kierujemy się hasłem: „Mleko jest tylko dla cieląt”, to być może zwalniamy się z wysiłku poszukiwania pełnej wiedzy i dokonywania indywidualnej obserwacji, podejmowania prób i wyciągania niezależnych wniosków, podążając za ogólnym trendem, żeby nie powiedzieć - modą. Wszak każdą, nawet „najmądrzejszą” teorię trzeba sprawdzać, w miarę możliwości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO – CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:35