Zdrowe Dzieci

O utrzymaniu dzieci w zdrowiu i wyprowadzaniu ich z choroby bez leków, bez suplementów.

Wpisy

  • niedziela, 28 września 2014
    • WĘGLOWODANY A RÓWNOWAGA HORMONALNA

       

      Nawiązując nieco do poprzedniego tematu, w którym wspominałam o tym, jak ograniczenie węglowodanów w diecie dziecka stymuluje regenerację mózgu, jak również nawiązując do kwestii równowagi w organizmie jako synonimu zdrowia i nierównowagi – synonimu choroby (tak mocno podkreślanej w medycynie chińskiej), przedstawię dzisiaj istotę równowagi hormonalnej i jej powiązania z ilością spożywanych węglowodanów. Postaram się dokonać tego w możliwie najprostszy sposób, na podstawie książki cytowanej pod artykułem, jak również własnej wiedzy i doświadczenia w odżywianiu dzieci.

       

      Hormony to związki chemiczne wydzielane w organizmie w celu regulacji procesów biochemicznych (metabolizmu) w nim zachodzących. Część hormonów reguluje procesy anaboliczne, a część – procesy kataboliczne. Oba rodzaje procesów są przeciwstawne: procesy anaboliczne prowadzą do budowy i regeneracji cząsteczek, tkanek i organów (przykład: gojenie się rany, tycie, ząbkowanie, wzrost paznokci, wzrost włosów) oraz magazynowania energii, a procesy kataboliczne – do rozkładu złożonych związków chemicznych na prostsze (przykład: spalanie tłuszczu i cukru, spadek wagi) i uwalniania się energii. Każdy organizm dąży do utrzymania równowagi między przeciwstawnymi procesami anabolicznymi i katabolicznymi, a rolą hormonów jest regulowanie tej równowagi.

       

      Działanie hormonów może mieć więc charakter anaboliczny lub kataboliczny. Do hormonów o działaniu katabolicznym należą np. hormony tarczycy i hormony wydzielane przez korę nadnerczy, takie jak kortyzol. Nadmiar hormonów produkowanych przez tarczycę (nadczynność tarczycy), a w konsekwencji - nadmiar procesów katabolicznych prowadzi do utraty wagi. Kortyzol powoduje m.in. zwiększenie stężenie glukozy we krwi (glukoza, jako najprostszy cukier powstaje z rozkładu bardziej złożonych związków chemicznych) w odpowiedzi na stres (tak jak adrenalina, należy do hormonów stresowych) i co ciekawe – przyśpiesza rozkład tłuszczów do ciał ketonowych. Do hormonów o działaniu anabolicznym zaliczamy m.in. hormony płciowe, hormony wzrostowe i insulinę. Hormony płciowe odpowiedzialne są m.in. za dojrzewanie płciowe, regulację cyklu miesiączkowego, prawidłowy przebieg ciąży. Hormony wzrostowe stymulują wzrost u dzieci, jak również porost włosów czy paznokci, regenerację uszkodzonych tkanek itp., wspomagają układ odpornościowy (np. przez zwiększenie ilości tkanki limfatycznej), pełnią ważną rolę w wytwarzaniu białek, m.in. enzymów. Insulina „wpycha” glukozę (której stężenie we krwi rośnie po posiłku węglowodanowym) do komórek i powoduje, że cząsteczki glukozy przekształcają się w bardziej złożone związki chemiczne; doprowadza do magazynowania energii i przyrostu tkanki tłuszczowej.

       

      Co ma wspólnego ilość zjadanych węglowodanów z hormonami? Pierwszym hormonem, który bezpośrednio reaguje na spożycie węglowodanów jest insulina, hormon wydzielany przez trzustkę. Siłą równoważącą wysokie stężenie anabolicznej insuliny we krwi jest wzrost stężenia innego hormonu, o działaniu katabolicznym lub spadek wydzielania innego hormonu o działaniu takim samym, jak insulina – anabolicznym. W ten sposób organizm dąży do zachowania równowagi. Autorzy wspomnianej książki dokonują porównania tego mechanizmu do działania wagi z dwiema szalkami: na jednej szalce są hormony kataboliczne, a na drugiej – anaboliczne, wśród nich insulina. W momencie wzrostu ilości insuliny przeważa szalka z hormonami anabolicznymi. Aby zrównoważyć obie szalki, organizm zmniejsza ilość jakiegoś innego hormonu anabolicznego lub zwiększa ilość hormonu po drugiej stronie, czyli hormonu katabolicznego. Niestety, przy zbyt dużych nadmiarach lub niedoborach określonych hormonów dochodzi do różnych zaburzeń (jak można wywnioskować, utrzymanie równowagi metabolicznej jest priorytetowe dla organizmu, nawet kosztem pewnych dysfunkcji). A oto przykłady takiego stanu rzeczy:

      1. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) rekompensowany jest spadkiem poziomu hormonu wzrostowego (również hormonu anabolicznego); nadmiar węglowodanów w pożywieniu może więc prowadzić do zahamowania wzrostu i rozwoju dziecka.
      2. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) rekompensowany jest spadkiem poziomu hormonów płciowych (anabolicznych), co widać w przypadku otyłych chłopców w wieku nastoletnim: często zahamowany jest u nich rozwój narządów płciowych; jeśli ograniczy się w ich diecie ilość spożywanych węglowodanów, to wraz ze spadkiem produkcji insuliny dojdzie u nich do zwiększenia produkcji hormonów płciowych.
      3. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) może prowadzić do nadmiernej produkcji hormonów tarczycowych (katabolicznych), a w konsekwencji np. do chudnięcia, wypadania włosów.
      4. Nadmiar insuliny (hormonu anabolicznego) może prowadzić do nadmiernej produkcji hormonów kory nadnerczy (katabolicznych), a w konsekwencji np. do zaburzeń miesiączkowania, grzybic, złego samopoczucia psychicznego.

      Inne przykłady dążenia organizmu do równowagi hormonalnej:

      1. W okresie dojrzewania i w ciąży naturalnie dochodzi do większego stężenia hormonów płciowych w organizmie (anabolicznych). Również naturalną reakcją organizmu w tej sytuacji jest zrównoważenie podwyższonego poziomu hormonów anabolicznych (płciowych) podwyższonym poziomem hormonów katabolicznych, w tym przypadku – hormonów tarczycy.
      2. Hormonem o działaniu przeciwnym do działania insuliny jest glukagon, hormon kataboliczny, również wydzielany przez trzustkę. Powoduje on wzrost stężenia glukozy we krwi, rozkładając złożone związki chemiczne na prostsze i uwalniając energię. Oba te hormony: insulina i glukagon są przykładem pary hormonów, które pracują na zachowanie równowagi węglowodanowej w organizmie.

      Podsumowując, chrońmy dzieci przed permanentnym nadmiarem insuliny, który kaskadowo prowadzi do różnorodnych, pozornie niemających związku z insuliną zaburzeń. Co gorsza, zaburzenia te rozwijają się podstępnie i niezauważalnie, w dłuższym okresie. Warto więc zwrócić uwagę na udział węglowodanów w diecie naszych dzieci. Nie chodzi o zastosowanie ścisłej diety dr. Kwaśniewskiego (tj. popularnej w Polsce diety wysokotłuszczowej i niskowęglowodanowej), a raczej o rozszerzenie dotychczasowej oferty kulinarnej dla dziecka o zdrowy tłuszcz (naturalne masło, smalec, nierafinowaną oliwę z oliwek, nierafinowany olej kokosowy) i wszelkie możliwe białka (obok tradycyjnego mięsa i jajek – świeże orzechy, nasiona, ryby i owoce morza z niezanieczyszczonych źródeł, tłusty boczek, wiejski drób, pełnotłuste surowe mleko i śmietanę oraz twaróg z takiego mleka), jak również o zdrowe, naturalne węglowodany o niższym indeksie glikemicznym (tj. dające mniejsze wzrosty glukozy we krwi, a co za tym idzie – insuliny): świeże i wolne od chemii warzywa i owoce (a szczególnie takie, jak maliny, jagody, porzeczka), a nawet – pełnoziarniste, niezmienione przez człowieka zboża (z pewnością do takich zbóż nie należy współczesna pszenica). Wyeliminujmy z diety dziecka wszelkie przemysłowo przetworzone węglowodany, dające największe wzrosty stężenia glukozy i skoki insuliny we krwi: cukier, słodycze, soki, dżemy, płatki śniadaniowe, makaron, biały ryż, współczesną pszenicę. To są używki, produkty uzależniające, przy których wyłącza się naturalny instynkt. Do nas – opiekunów należy więc przygotowanie zdrowej (bezpiecznej) i bogatej oferty kulinarnej. Cała reszta, czyli wybór z tej oferty należy do dziecka. Nawet, jeśli cały dzień miałoby jeść tylko węglowodany w postaci owoców, to w inny dzień zrównoważy je tłustym boczkiem, dając odpocząć trzustce. Nie wtrącajmy się w ten wybór, a obserwujmy i fascynujmy się naturalnym, zdrowym instynktem małego człowieka.

       

      Na zakończenie, cytat z książki „Życie bez pieczywa” (str. 47, zob. „Źródło” poniżej):

      Jedną z największych tragedii współczesnego trybu odżywiania pokarmem o dużej zawartości węglowodanów jest zjawisko niedoboru tłuszczów i białek w diecie dzieci. Trudno zliczyć, ile razy mieliśmy okazję obserwować dzieci na diecie niskotłuszczowej. Cóż jadły? Węglowodany – makaron, soki, ciastka, chrupki zbożowe, cukierki i odtłuszczone mleko. To wyraźny znak, że odżywianie trafiło w ślepą uliczkę. Rosnące i rozwijające się organizmy potrzebują białek i tłuszczu, z których powstają tkanki, a także duże ilości hormonu wzrostowego, który sygnalizuje tkankom i narządom potrzebę rośnięcia”.

       

      Źródło:

      Dr Christian B. Allan, Dr Wolfgang Lutz: „Życie bez pieczywa“, Mada 2001, str. 35-48


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 września 2014 11:56
  • niedziela, 21 września 2014
    • ZABURZENIA MOWY, TIKI NERWOWE, PADACZKA, ZABURZENIA ZE SPEKTRUM AUTYZMU. LECZENIE BEZ LEKÓW, BEZ SKALPELA.

       

      FILM, KTÓRY PORUSZYŁ MNIE DO ŁEZ

      Jakiś czas temu miałam okazję oglądnąć film pt. „Po pierwsze nie szkodzić” ( https://www.youtube.com/watch?v=HyeC9IiFKpw ). Film oparto na faktach. Sfabularyzowano go w typowo amerykańskim stylu i gdyby nie przywołał moich własnych autentycznych doświadczeń związanych z chorobą mojego Dziecka, pewnie nie zapamiętałabym nawet tytułu filmu, klasyfikując opowiedzianą historię jako amerykańską sensacyjną opowiastkę daleko odbiegającą od rzeczywistości. Fabuła nie odbiega jednak od rzeczywistości, a wręcz przeciwnie: celnie podkreśla to, z czym współcześnie mogą borykać się rodzice dziecka chorującego na padaczkę lub doświadczającego innych neurologicznych zaburzeń: brak kompetentnego wsparcia ze strony lekarzy i bezradność.

      Bohaterem filmu jest kilkuletni, z początku w pełni zdrowy chłopiec, u którego nagle zaczęły występować objawy padaczki. Rodzice, pełni ufności, powierzyli jego zdrowie lekarzom. Jednak choroba nie tylko nie ustępowała: częstotliwość napadów drgawkowych zaczęła nasilać się. Lekarze przepisywali kolejne leki, ale jedyną zmianą było wystąpienie zaburzeń zachowania u dziecka i innych poważnych skutków ubocznych leczenia farmakologicznego. Jednym z pierwszych podanych leków był Tegretol.

      Tegretol (lek przeciwpadaczkowy, subsatncja czynna: karbamazepina) przepisano kiedyś mojemu Chłopczykowi, mimo, że nigdy nie doświadczył tak poważnych objawów jak bohater filmowy. Pamiętam, jak szamotałam się z własnymi myślami, gdy kupowałam ten lek z zalecenia lekarza. Coś mi podpowiadało, aby odroczyć pierwsze podanie leku (leczenie Tegretolem musi być ciągłe, nie można zaprzestać kuracji w dowolnym momencie) i w międzyczasie dowiedzieć się czegoś więcej na temat leczenia zaburzeń z pogranicza padaczki. Tak jak matka chłopca z filmu, zaczęłam czytać dostępne książki. Sięgnęłam m.in. po książkę „Padaczka i inne stany napadowe u dzieci” napisaną pod redakcją prof. dr. Hab. Med. Romana Michałowicza. Po tej lekturze wiedziałam już, że nie należy śpieszyć się z leczeniem farmakologicznym. Dotarłam też do pani dr Ewy Bednarczyk-Witoszek, lekarki, która leczy dietą. Zamiast leków, wprowadziłam Chłopczykowi dietę niskowęglowodanową i wysokotłuszczową, nieco zbliżoną do diety ketogenicznej (więcej o samej diecie – poniżej), z rotacją pokarmów mlecznych i glutenowych. Na pozytywne efekty nie musiałam długo czekać: ku mojemu zaskoczeniu, jak również zaskoczeniu nauczycielek przedszkolnych i terapeuty-logopedy, zaczęły ustępować poszczególne zaburzenia u mojego Chłopczyka, m.in. zaburzenia mowy. Bohater filmu też w pewnym momencie zaskoczył otoczenie: został całkowicie wyleczony z padaczki – bez leków, jedynie dietą ketogeniczną. Dzisiaj cieszę się pełnym zdrowiem mojego Chłopczyka. Jestem szczęśliwa, że nie muszę go już leczyć z jego przeszłych zaburzeń neurologicznych, jak również ze skutków ubocznych pochopnie przepisanych leków przeciwpadaczkowych (możliwe skutki uboczne Tegretolu wg ulotki dla pacjenta: „wczesne objawy ciężkiego uszkodzenia układu krwiotwórczego, wątroby, nerek lub innych narządów”, „utrata koordynacji mięśni, skórne reakcje alergiczne”, „zmiany zachowania, splątanie (dezorientacja), osłabienie, zwiększenie częstości napadów padaczkowych” i wiele, wiele innych).

      Oprócz głównego wątku – historii chłopca leczonego na padaczkę, film porusza też inne realistyczne kwestie: bezsilność rodziców wobec choroby ukochanego dziecka, utrata zaufania do współczesnej medycyny i brak kompetencji lub uczciwości (?) współcześnie kształconych lekarzy, jak również konieczność „brania sprawy w swoje ręce” przez rodziców. Bliskie mi są uczucia filmowej mamy (granej przez wspaniałą Meryl Streep), na początku przybierające postać strachu i dezorientacji, następnie przekształcające się w oburzenie i determinację, aby na końcu przerodzić się w poczucie ulgi i szczęścia.

      Scenariusz do filmu napisał i wyreżyserował pewien producent i reżyser filmowy, na podstawie historii swojego syna, który zachorował na ciężką postać padaczki i który powrócił do pełnego zdrowia dzięki diecie ketogenicznej. Obecnie rodzice dziecka prowadzą fundację „Charlie Foundation to Help Cure Pediatric Epilepsy” (strona główna fundacji: http://www.charliefoundation.org/ ), której celem jest propagowanie wiedzy o diecie ketogenicznej.

       

      KLASYCZNA DIETA KETOGENICZNA - ALTERNATYWA DLA GŁODÓWKI

      Dietę ketogeniczną stosowano w medycynie (!) już około 1920 roku. Dieta ta wywodzi się z głodówek leczniczych, które z powodzeniem zalecano w leczeniu rozmaitych chorób, m.in. padaczki. Głodówka (oczywiście trwająca czasowo) powstrzymywała objawy padaczki na rok, na lata lub na całe życie, mogła więc prowadzić do całkowitego wyleczenia. Dłuższe głodówki dawały lepsze efekty, ale nie wszyscy pacjenci poddawali się takiemu sposobowi leczenia. W związku z tym naukowcy zaczęli poszukiwać diety, która dawałaby efekty metaboliczne i lecznicze podobne do tych, które następowały po głodówce. W ten sposób opracowano dietę ketogeniczną.

      Przy zwykłym odżywianiu organizm czerpie energię ze spalania glukozy. W czasie głodówki, gdy brakuje glukozy z pokarmu, organizm zaczyna spalać tłuszcz (w celu pozyskania energii). Część tego tłuszczu przekształcana jest w wątrobie w pewne związki chemiczne zwane ciałami ketonowymi (ketonami). Mózg może czerpać energię jedynie z glukozy lub właśnie z ciał ketonowych, przy czym ketony są o wiele lepszym źródłem energii dla mózgu niż glukoza: zapewniają wydajniejszą pracę mózgu, jak również chronią neurony (komórki nerwowe) i regenerują je w razie występowania pewnych dysfunkcji, np. padaczki. Zmiana odżywiania komórek mózgowych z glukozowego na ketonowe stopniowo likwiduje „zwarcia” padaczkowe.

      Alternatywą dla głodówki jest dieta ketogeniczna, w której spożycie węglowodanów (słodyczy, miodu, zbóż, owoców, warzyw), głównego źródła glukozy, jest silnie ograniczone. W przypadku klasycznej diety ketogenicznej dla dzieci stosunek wagowy tłuszczu do sumy białek i węglowodanów wynosi 3:1, jest więc to dieta wysokotłuszczowa. Przy odpowiednim poziomie białek, węglowodany ograniczane są do minimum i czerpane są z pokarmów o najniższym indeksie glikemicznym ( indeks glikemiczny określa wzrost glukozy we krwi po spożyciu okreslonego pokarmu węglowodanowego), a więc wykluczony zostaje cukier, miód, większość owoców i zbóż. Ograniczenie węglowodanów w diecie wysokotłuszczowej sprawia, że poziom ketonów we krwi może zostać podwojony względem efektu, jaki daje głodówka.

       

      ALTERNATYWA DLA KLASYCZNEJ DIETY KETOGENICZNEJ: MNIEJ WĘGLOWODANÓW, WIECEJ TŁUSZCZÓW

      Dieta ketogeniczna wymaga ogromnej dyscypliny od opiekunów dziecka: sztywnego ustalania składu posiłków, ważenia i dokonywania drobiazgowych obliczeń dotyczących poszczególnych składników itd. Z pewnością proponowałabym zastosowanie tej diety w ograniczonym czasie w przypadku silnej padaczki lub zaawansowanego autyzmu, najlepiej pod okiem doświadczonego lekarza (niestety w Polsce brakuje lekarzy-dietetyków), przy możliwości dokonywania regularnych badań krwi i moczu. Dieta ta nie jest dietą na zawsze; jest to dieta typowo lecznicza, a więc można zdobyć się na wysiłek, jeśli nagrodą ma być zdrowie dziecka i jego pomyślna przyszłość. W oficjalnej medycynie dopuszcza się dietę ketogeniczną w przypadkach tzw. padaczki lekoopornej, jednak pamiętajmy, że leki przeciwpadaczkowe, niezależnie od swej (niegwarantowanej) skuteczności w wymiarze samej padaczki, wiążą się z (gwarantowanymi) skutkami ubocznymi, mogącymi rzutować na całe życie dziecka. Warto pomyśleć więc przede wszystkim o diecie, nie czekając na rezultaty ewentualnego leczenia farmakologicznego.

      W rozważaniach o podjęciu diety ketogenicznej pozostaje jeszcze samo dziecko, jego wola i ewentualne skutki uboczne. Może zdarzyć się, że dziecko nie zaakceptuje takiej diety. Pamiętajmy, że nie wolno podawać dziecku niczego na siłę. Co do potencjalnych skutków ubocznych, nie mam na ten temat wiedzy i doświadczenia, ale obawiam się, że stosowanie klasycznej diety ketogenicznej w dłuższym okresie i wbrew woli dziecka mogłoby doprowadzić do głębszej nierównowagi w jego organizmie.

      Dobrą alternatywą dla rygorystycznej diety ketogenicznej jest dieta o obniżonym udziale węglowodanów i zwiększonej ilości tłuszczów, bez precyzyjnego odmierzania składników. Taka dieta może oznaczać podanie dziecku w dobie np. jednego lub dwóch posiłków ubogowęglowodanowych (takich, jak np. jajecznica na cebuli i maśle posypana zieloną pietruszką, ryba na ciepło z masłem i świeżym koperkiem, kawałki świeżego kokosa, domowe czipsy z boczku) i jednego lub dwóch – typowo węglowodanowych (np.: gotowane lub delikatnie podsmażone ziemniaki z masłem, ziołami i przyprawami z dodatkiem surowego pomidora, surówka z marchwi i jabłka z dodatkiem cynamonu i oliwy z oliwek, świeża, surowa kukurydza z kolby, banany z mielonym siemieniem lnianym i przyprawami korzennymi duszone na oleju kokosowym), z wykluczeniem cukru i słodyczy oraz z ograniczeniem zbóż i pokarmów mlecznych. Pamiętajmy o roli tłuszczów, które spowalniają wchłanianie cukrów (jak zauważyła dr Witoszek, słodka i tłusta chałwa bywa tolerowana przez cukrzyków, tj. spożycie jej nie skutkuje dużym skokiem glukozy we krwi). Zauważmy, że więcej wysokokalorycznego masła w ziemniakach redukuje ilość zjedzonych ziemniaków (=węglowodanów), z efektem przyjemnego nasycenia i uczuciem lekkości (tak!) na brzuszku, oczywiście, jeśli masło smakuje. Dietą z mniejszym udziałem węglowodanów i z większym udziałem tłuszczów w ciągu dwóch tygodni uzyskałam zaskakującą, rewelacyjną poprawę w stanie zdrowia Chłopczyka, m.in. w funkcjonowaniu układu nerwowego, o czym pisałam wcześniej. Pamiętajmy też, że ominięcie posiłku (oczywiście wg woli dziecka) także oznacza ograniczenie węglowodanów w dobie, co więcej, działa proketogennie. Ważne jest, aby pozostawiać dziecku wybór i zapewniać w ciągu dnia bogatą ofertę pokarmów, a w ciągu tygodnia czy miesiąca – rotację, innymi słowy – zmianę w oferowanym menu. Zaczynamy więc od nieco sztywnego „odgórnego” schematu (mało węglowodanów, więcej tłuszczów) i idziemy w stronę swobodnych, nawet najbardziej „dziwacznych” wyborów – zachcianek dziecka. Zobaczmy, co się stanie. W naszym przypadku okazało się, że Chłopczyk i Dziewczynka bywają niskowęglowodanowe z własnego wyboru. Zdarza się, że opuszczają posiłki lub jedzą znikome ilości kalorii (np. w postaci połowy jabłka), czując się syte i zadowolone. Z pewnością jedzą mniej węglowodanów, niż dzieci, którym nie zadaje się codziennie pytania: „Na co masz ochotę?” i z rozpędu serwuje się im każdego dnia, a nawet kilka razy dziennie kanapki czy płatki śniadaniowe. Moje doświadczenie znajduje potwierdzenie w książce o chorobach neurodegeneracyjnych (zob. „Źródła” na końcu tego tesktu): Nie musimy stosować rygoru klasycznej diety ketogennej, możemy jedynie zmniejszyć udział węglowodanów i zwiększyć udział tłuszczów w diecie dziecka, aby uzyskać poprawę w funkcjonowaniu jego układu nerwowego. Dotyczy to nie tylko padaczki, ale też innych zaburzeń w pracy mózgu; taka dieta zalecana jest m.in. w zaburzeniach ze spektrum autyzmu, w problemach z mową, w przypadku występowania tików nerwowych, w stanach nadpobudliwości lub apatii itp.

       

      INNA ALTERNATYWA DLA KLASYCZNEJ DIETY KETOGENICZNEJ: ŚREDNIOŁAŃCUCHOWE KWASY TŁUSZCZOWE

      Większość tłuszczów składa się z długołańcuchowych kwasów tłuszczowych, natomiast tylko niektóre tłuszcze mają przewagę średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Najwięcej tłuszczów średniołańcuchowych znajdziemy w kokosie, a dokładniej w oleju kokosowym, są one też obecne w mleku kobiecym i w mleku zwierząt. Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe wytwarzają więcej ciał ketonowych niż powszechnie stosowane tłuszcze spożywcze (długołańcuchowe). Na początku lat 70-ych opracowano dietę ketogeniczną, w której 60% kalorii pochodziło z średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych i w której zastosowano trzykrotnie więcej węglowodanów niż w klasycznej diecie ketogenicznej, jak również zwiększono ilość białka, dzięki czemu dieta ta była łatwiejsza w zastosowaniu względem dzieci: posiłki mogły być smaczniejsze i bardziej urozmaicone. Przeprowadzono badania porównawcze, z których wynikało, że dieta z udziałem średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych w leczeniu padaczki i innych zaburzeń neurologicznych dawała podobne wyniki do klasycznej diety ketogenicznej. Okazało się też, że krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe stosowane są z powodzeniem w leczeniu Alzheimera i innych chorób neurodgeneracyjnych.

      Stąd moje zainteresowanie kokosem i olejem kokosowym, jak również tłuszczem mlecznym (w postaci surowego, pełnotłustego mleka i masła z takiego mleka): produkty te zagościły na stałe w naszym menu i spożywamy je wg ochoty. Więcej o kokosie, oleju kokosowym i średniołańcuchowych kwasach tłuszczowych napisałam tutaj: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html

       

      FRAGMENT FILMU „PO PIERWSZE NIE SZKODZIĆ

      W scenie „Za dużo leków” zrozpaczona mama chłopca chorego na padaczkę mówi lekarce o rezultatach leczenia farmakologicznego:

      [...] Coś tu bardzo... bardzo, bardzo nie gra! Przyprowadzam wam moje dziecko, abyście mu pomogli. A wy tylko sprawiacie, że jest coraz bardziej chore. Dajecie mu jedno lekarstwo, a potem potrzebuje następnego, aby wyleczyć się z pierwszego. A potem przyjmuje kolejne, żeby wyleczyć skutki uboczne poprzedniego. I kolejne, kolejne i kolejne! Miał wysypkę, powiększone węzły chłonne i gorączkę, zatwardzenia, hemoroidy, krwawiące dziąsła i zachowuje się jak pijany, żywy trup, chory psychicznie. I to nie z powodu jego choroby, ale z powodu waszej metody leczenia! [...]”.


       

       

      Źródła:

      • Bruce Fife: „Jak pokonać Alzheimera, Parkinsona, SM i inne choroby neurodegeneracyjne”, Studio Astropsychologii, Białystok 2013)
      • www.youtube.com


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 września 2014 09:05
  • sobota, 06 września 2014
    • I JESZCZE SŁOWO O PASOŻYTACH

       

      Dzisiaj, po spontanicznej, nieplanowanej przerwie wakacyjnej, chciałabym uzupełnić temat sprzed wakacji, poruszony w ostatnich dwóch wpisach. Skłania mnie do tego jeden z komentarzy moich Czytelników, dotyczący pasożytów.

      Jak pisałam, od kilku lat utrzymuję moje Dzieci w zdrowiu, bez objawów infekcji pasożytniczej. Osiągam to dzięki dbałości o stan ich organizmów, a w szczególności – wzmacnianie ich komórek, a tym samym – tkanek i całych organów właściwym pożywieniem i unikaniem wszechobecnych toksyn. Nie walczę natomiast z samymi pasożytami w środowisku, gdyż to byłaby walka z wiatrakami; pasożyty (lub ich jajeczka) mogą być wszędzie: w ubikacji przedszkolnej i szkolnej (niezależnie od stopnia czystości toalet), na poręczy wózka hipermarketowego, na klamkach drzwi, na jajkach kurzych, warzywach, w piaskownicy, na placu zabaw, na basenie, na niewygotowanych ręcznikach w wakacyjnym pensjonacie, na pysku psa, do którego przytulamy się, na dłoniach, które sobie podajemy, itd. Co więcej, liczba jednorazowo złożonych jajeczek przez samicę pasożyta jest ogromna; w przypadku samicy owsika może wynosić ponad 10 tysięcy.

       

      Czy to oznacza, że nie użyłabym leku, gdyby okazało się, że w jelitach mojego Dziecka pojawiły się owsiki lub tasiemiec? Czy obojętne mi jest, czy moje Dzieci myją ręce po skorzystaniu z toalety? Czy nasze psy (a mamy ich aż trzy) mogą lizać nas po twarzy? Oczywiście, że nie. Lek podałabym natychmiast, niezależnie od tego, że w dłuższym okresie odpowiednia dieta powinna rozwiązać problem. Podałabym lek ze względów estetycznych i aby doraźnie użyć Dziecku (więcej o tym – poniżej). Natomiast nie stosowałabym leków w ramach profilaktyki, gdyż leki osłabiają naturalną odporność na pasożyty (dr Witoszek); profilaktyka to przede wszystkim dobra dieta i unikanie toksyn, a w mniej znaczącym stopniu – dbałość o higienę. Do dokładnego mycia rąk po toalecie przykładam szczególną uwagę w wychowaniu moich Dzieci, ale głównie ze względów estetycznych. Poza tym - ze względu na zdrowy rozsądek: wydaje się zasadne zmniejszenie ilości ewentualnych jajeczek owsików lub innych pasożytów na dłoniach dzieci niezależnie od ich podatności na infekcje, po to, aby nie obciążać nadmiernie układu odpornościowego. Pamiętajmy, że mycie rąk znacząco zmniejsza biologiczne zanieczyszczenie rąk, ale nie eliminuje go całkowicie; nie da się umyć rąk w Domestosie lub we wrzątku, zresztą – nie ma takiej potrzeby. To samo dotyczy m.in. ograniczania czułości okazywanej naszym kochanym psom; trzymamy się zasady, że pies nie powinien lizać ust człowieka, a po zabawie z psem i przed jedzeniem dokładnie myjemy ręce.

       

      Podanie leku farmakologicznego zainfekowanemu dziecku jest szczególnie ważne wtedy, gdy dziecko cierpi na szeroko rozumianą alergię. Usunięcie pasożytów jest jednym z pierwszych kroków w ograniczeniu objawów alergii, takich jak choroby dróg oddechowych, wysypki skórne i innych. Należy jednak pamiętać, wbrew automatycznie nasuwającym się wnioskom, że pasożyty nie są przyczyną tych objawów, są jedynie objawem współwystępującym w ogólnej nierównowadze organizmu, mogącym nasilać inne objawy. Być może, jak wskazują niektóre książki, pasożyty są nawet naturalnym środkiem oczyszczania się organizmu. Nie wszystkie dzieci alergiczne mają pasożyty, ale wszystkie dzieci z alergią z pewnością są bardziej podatne na infekcję pasożytniczą w porównaniu do dzieci zdrowych, z piękną skórą, robiących piękne kupy, niepociągających nosem, niekaszlących, nieprzejawiających zaburzeń w zachowaniu itd. Pasożyty znajdują dobre podłoże do rozwoju (pokarm) w osłabionym organizmie. Pojawiają się lekarze, którzy leczą alergię poprzez odrobaczanie dziecka. Z pewnością są to lekarze przejawiający postępowe, niestandardowe podejście, ale, pomimo doniesień o natychmiastowych, pozytywnych efektach takiego leczenia, nie uznaję profilaktyki przeciwpasożytniczej polegającej na regularnym farmakologicznym odrobaczaniu dziecka niezależnie od obecności infekcji. Profilaktyka to dobre, wzmacniające pożywienie i nieobciążanie organizmu toksynami, w tym - lekami.


      Powiedzmy, że zdecydowaliśmy się na odrobaczanie dziecka raz na pół roku. Czy jest to zabezpieczenie przed kontaktem np. z owsikami (połknięciem jajeczek pasożytów) w tydzień po zakończeniu kuracji? Myślę, że nie. Z pewnością takim zabezpieczeniem jest sprawnie działający, silny układ pokarmowy (m.in. mocne ścianki jelit, sprawnie wydzielane enzymy). Połknięte jajeczka owsików zostaną wydalone przez zdrowy organizm, bez rozwinięcia się infekcji (jest to informacja od lekarza pediatry).

       

      Wracając do samej alergii, drugim krokiem, po natychmiastowej kuracji farmakologicznej w przypadku inwazji pasożytniczej, jest eliminacja cukru, słodyczy i innych pokarmów przemysłowych, rezygnacja z niepotrzebnych leków (w tym – antybiotyków) i szczepień, rotacja naturalnych pokarmów, maksymalne urozmaicenie jadłospisu i, co ważne - kierowanie się wyborami kulinarnymi dziecka. W ramach urozmaicania oferty kulinarnej dla dziecka należy pomyśleć o pokarmach, które „wyganiają” pasożyty, np. czarnej jagodzie, kokosie, kiszonkach, czosnku, pestkach dyni, ogórków lub innych warzyw z rodziny dyniowatych, marchewki, kapusty. Niech dziecko wybierze z tego menu to, co lubi, choćby miałaby to być tylko jedna rzecz.


      Na marginesie przyznaję się, że mam dylemat co do odrobaczania moich psów. Odrobaczam je regularnie tabletkami przepisanymi przez weterynarza i robię to niechętnie. Mając na uwadze, m.in. to, że przeciwpasożytnicze środki farmakologiczne działają tylko w momencie ich podania, dbam o dietę zwierzaków, karmiąc je niskowęglowodanowo (w zgodzie z naturą, podając im głównie surowe, świeże, pełne enzymów mięso i surowe kości; węglowodany w postaci warzyw i zbóż zapewniam z resztek po naszych posiłkach) i podając od czasu do czasu miąższ kokosa, który ma właściwości odrobaczające. Gdybym miała łatwą możliwość laboratoryjnego badania kału psów np. co miesiąc na przestrzeni roku, wówczas zaryzykowałabym rezygnację z tabletek odrobaczających, aby sprawdzić naturalną odporność moich pupilków na pasożyty przy diecie, jaką mają. Należy pamiętać, że zbyt częste farmakologiczne odrobaczanie powoduje uodpornienie się pasożytów na dany rodzaj środków (jest to informacja od weterynarza). Myślę, że to samo dotyczy odrobaczania dzieci.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 06 września 2014 18:10
  • sobota, 28 czerwca 2014
    • ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. II

       

      Józef Słonecki: „Zdrowie na własne życzenie – tom 1” (Wydawnictwo BIOSŁONE, 2011):

      W opinii autora, choroby infekcyjne są korzystne dla naszego zdrowia i należy je po prostu odchorwać, zamiast tłumić ich objawy lekami czy stosować szczepionki. Dzięki przebytym chorobom, organizm nie tylko oczyszcza się z toksyn, ale również w sposób naturalny nabywa odporność przeciwko drobnoustrojom wywołującym te choroby (str. 5).

      Z książki możemy dowiedzieć się, w jaki sposób organizm radzi sobie sam z „wrogami”. W szczególności, dowiadujemy się, że istnieje coś takiego jak „odporność nieswoista” – pierwsza linia obrony organizmu. „Rolą odporności nieswoistej jest przede wszystkim zapobieżenie przeniknięciu do organizmu jakichkolwiek elementów pochodzących ze środowiska zewnętrznego, bez względu na swoiste [specyficzne] cechy owych elementów – czy są to zarazki, drobinki kurzu, farby, kleje, krople deszczu, płatki śniegu, pyłki roślin, zarodniki grzybów, odchody roztoczy, pasożyty [a także bakterie, wirusy]” (str. 74). Kluczową rolę w tej pierwszej obronie odgrywa powłoka zewnętrzna: skóra oraz błona śluzowa (w przewodzie pokarmowym, drogach oddechowych, drogach rodnych). Skuteczność obrony zależy od szczelności tych powłok, a więc ich dobrego stanu, zapewnionego przez właściwą dietę (zob. książki dr Witoszek). W drugiej linii obrony mamy do czynienia z „odpornością swoistą”, tzw. reakcją immunologiczną, którą zapewniają krwinki białe we krwi – leukocyty oraz przeciwciała. Reakcja ta zależy od rozpoznania swoistych, a więc charakterystycznych cech danego antygenu („wroga”), wskazujących na to, czy organizm ma do czynienia np. z bakterią czy pasożytem, i prowadzi do eliminacji antygenów (str. 79-80) oraz nabycia odporności swoistej (tj. odporności na konkretnego „wroga”).

      Słonecki pisze o prozdrowotnej roli chorób infekcyjnych, a w szczególności – chorób wieku dziecięcego, które mają swoją rolę do spełnienia. „Kolejność, a także zakres chorób wieku dziecięcego są dobrane tak [przez Naturę], by – przed osiągnięciem dorosłości – we wszystkich tkankach młodego organizmu wyselekcjonowane zostały tylko komórki najwartościowsze. Nabywanie odporności swoistej na >>zaliczone<< już choroby zapobiega bezsensownemu chorowaniu na te same choroby infekcyjne” (str. 82). Choroba powoduje bowiem, że komórki najsłabsze zostają usunięte z organizmu, choroba oczyszcza organizm; im czystszy organizm, tym mniej infekcji i innych chorób (sama doświadczyłam tego, pozwalając moim Dzieciom gorączkować, nie podając leków przeciwgorączkowych od pewnego momentu w ich życiu; z czasem gorączki pojawiały się coraz rzadziej i były coraz słabsze; teraz nie pamiętam już, kiedy ostatnio moje Dzieci miały podwyższoną temperaturę). Autor przestrzega nas przed sztucznym nabywaniem odporności w postaci „niszczycielskiej serii szczepień, rozpoczętej już w dniu narodzin dziecka”, gdyż nieprzechorowanie chorób wieku dziecięcego w sposób naturalny skutkuje pozostaniem w organizmie słabych komórek, a co za tym idzie – brakiem odporności na choroby (str. 82).

      W książce możemy przeczytać również o utopijności teorii zarazkowej chorób. Teoria ta mówi, że odpowiedzialność za choroby infekcyjne ponoszą zarazki, a więc jedynym sposobem postępowania w chorobie infekcyjnej jest zabicie zarazków. Przytoczona opinia... samego Ludwika Pasteura: „Podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym” (str. 121), przy odrobinie zastanowienia się powinna wystarczyć za wyjaśnienie, dlaczego nie musimy bać się samych zarazków.

      Przykład powyższego, choć trochę w innym kontekście, znajdujemy na str. 178: „Wystarczy jednorazowe zwiększenie ilości pożywki, na przykład zjedzenie dużej ilości owoców, by ilość drożdżaków gwałtownie wzrosła i wystąpiły typowe objawy drożdżycy jelita grubego”. W przypadku bakterii czy wirusów, pożywką (podłożem) mogą być osłabione komórki naszego ciała.

       

      Anna Ciesielska: „Filozofia życia” (Wydawnictwo ANNA, wydanie I):

      Również w tej publikacji temat zarazków zbiega się z pytaniem o rzeczywistą przyczynę chorób, o rzeczywistą odporność organizmu i siłą rzeczy – o szczepionki. Cytuję: „Jaką rolę odgrywają w budowaniu naszej odporności immunologicznej wszelkie szczepionki? Z pewnością nie uchronią nas przed >>złem zewnętrznymdla ataku tych mikroorganizmów. Cóż więc dzieje się w nim, gdy likwidujemy skutek, a więc usuwamy wirusy i bakterie oraz dolegliwości, zaś przyczyna, czyli nierównowaga, pozostaje? To proste! Za parę lat mamy alergię, astmę, cukrzycę, marskość wątroby, zawał, choroby nerek, krążenia. Szczepienia całkowicie blokują naturalną mobilizację i samoobronę organizmu” (str. 64-65).

      W innym miejscu autorka odnosi się do naszej odpowiedzialności za choroby: „Bardzo lubimy używać określenia >>złapałem infekcję<< - jest to bowiem wspaniała tarcza, za którą możemy schować naszą nieroztropność, nieuwagę, błędy żywieniowe, niewłaściwy styl życia, wygodnictwo i niewiedzę. Jesteśmy przekonani, że wina leży nie po naszej stronie, ale ponoszą ją wirusy i bakterie, które nas znienacka zaatakowały. W takim przeświadczeniu zostaliśmy wychowani i utwierdza nas w nim służba zdrowia”.

      „Chcąc unieszkodliwić >>grasujące<< w naszym organizmie wszelkie drobnoustroje, należy po prostu zmienić im podłoże, czyli doprowadzić do równowagi jin-jang” (str. 90).

       

      Andreas Moritz: „Rak nie jest chorobą” (Wydawnictwo ARIYA, Warszawa 2012):

      W tej książce, poświęconej zjawisku choroby nowotworowej, znajdziemy rozdział pt. „Niezwykła rola zarazków i infekcji” (str. 48), w którym można przeczytać: „Zgodnie z ponad 150 badaniami przeprowadzonymi na przestrzeni ponad 100 lat, spontaniczna regresja nowotworowa była następstwem infekcji bakteryjnej, grzybiczej, wirusowej i pierwotniakowej. Podczas stanów gorączkowych guzy dosłownie się rozpadają i komórki rakowe są szybko usuwane przez układ limfatyczny oraz inne organy wydalnicze” (str. 50). Autor wyjaśnia, dlaczego dochodzi do infekcji: są one odpowiedzią na zanieczyszczenie organizmu (m.in. martwymi lub osłabionymi komórkami). Kiedy jesteśmy więc odporni na zarazki? „Niszczące mikroorganizmy (te biorące udział w infekcji) po prostu nie mają potrzeby wykonania pracy w środowisku, które jest czyste, dobrze odżywione i bogate w tlen [podobnie jest z pojawianiem się komórek nowotworowych, które rozwijają się w środowisku beztlenowym i tam, gdzie jest tlen są zbędne]. Niczego nie muszą się pozbywać, niepotrzebna jest żadna reakcja immunologiczna (gorączka, powiększenie węzłów chłonnych, wzrost ilości komórek odpornościowych lub inne środki samoobrony), aby chronić ciało. Nawet jeśli szkodliwe zarazki wniknęłyby do tkanek zdrowego ciała, nie uczyniłyby mu żadnej krzywdy. Wirus po prostu nie jest w stanie wniknąć do jądra komórkowego dobrze natlenionej komórki, ponieważ wystawienie go na działanie tlenu unicestwia go. Dobrze natleniona komórka produkuje także potężną substancję przeciwwirusową – interferon” (str. 51).

      Również w tej książce, w kontekście tematu o zarazkach i odporności, dowiadujemy się, jaki wpływ na nasze zdrowie mają szczepionki: „Współczesne programy szczepień ochronnych są w dużej mierze odpowiedzialne za znaczne pogorszenie się odporności osób, które zostały zaszczepione. Ciało nie nabiera rzeczywistej odporności na infekcje przez wystawienie go na działanie szczepionek (produkcja przeciwciał nie buduje odporności); prawdę mówiąc, z każda szczepionką układ odpornościowy jest coraz bardziej wyniszczany” (str. 52).

       

      Moje przemyślenia i wnioski

      Informacje, które wyczytałam w wyżej wymienionych książkach, napisanych przez różnych, w żaden sposób niepowiązanych ze sobą autorów (w tym – lekarzy), są spójne. W dodatku, moje prywatne doświadczenie, doświadczenie mamy zdrowych dzieci (które w przeszłości chronicznie chorowały), potwierdza wiarygodność tych informacji. Co zatem mogę w skrócie przekazać innym rodzicom?

      Nie skupiajmy swojej energii - uwagi na strachu, a skierujmy ją na coś bardziej pozytywnego - wzmacnianie organizmów własnych dzieci. Wzmacnianie organizmu w sferze fizycznej polega na jego dobrym, właściwym odżywieniu i niezatruwaniu oraz współdziałaniu z jego naturalnymi funkcjami (oczywiście, ważna jest też sfera psychiczna). Trucizny bezpośrednio wnikające do ciała to żywność z chemicznymi dodatkami i żywność przemysłowo przetworzona, jak również nadużywane leki oraz szczepionki zawierające szkodliwe konserwanty i wzmacniacze.

      Nie boję się kontaktu moich Dzieci z chorymi ludźmi, z psami, z owsikami czy wszami w przedszkolu lub w szkole. Odkąd nauczyłam się skutecznie wzmacniać ich organizmy, choroby omijają je szerokim łukiem, a trwa to już kilka lat. Wielka ulga po tym, co mnie wyczerpująco zamartwiało w pierwszych latach życia moich Skarbów!

      A co mają zrobić rodzice dzieci, które jeszcze chorują, bo są dopiero na początku drogi? Nie bać się objawów choroby, zaufać sobie, zaufać Dziecku, zaufać Naturze, wsłuchiwać się w siebie, Dziecko i prawa Natury, zdobywać wiedzę, kierować się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Pamiętam dobrze mój strach sprzed lat; zmobilizował mnie do myślenia i poszukiwań, ale poza tym nie był potrzebny. Pamiętajmy, że objawy nie muszą znikać od razu; ważne, aby zapoczątkować stopniową poprawę stanu zdrowia. A potem, gdy zdrowy styl życia całej rodziny nie będzie już niczym niezwykłym, wszystko potoczy się „samo” – w dobrym kierunku.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 28 czerwca 2014 23:22
    • ZARAZKI, GRZYBY, PASOŻYTY I INNI „WINNI” - CZ. I

       

      Od dzieciństwa słyszę, że trzeba unikać zarazków, żeby nie złapać choroby. Pamiętam, jak jako czteroletnia dziewczynka ze zdziwieniem przyglądałam się mojej Cioci, która wyparzała zabawki mojej malutkiej Kuzyneczki i nie pozwalała mi ich dotykać. Od osób zakatarzonych i kaszlących oczekuje się, że będą trzymały się od nas z daleka. Oddziały położnicze i noworodkowe utrzymywane są w sztucznie sterylnym stanie, który niekoniecznie jest dobrodziejstwem dla nowo narodzonych dzieci. Profilaktyka szczepionkowa daje złudne wrażenie, że jesteśmy zabezpieczeni przed chorobami poprzez sztuczne pobudzenie układu odpornościowego przeciwko garstce drobnoustrojów (garstce - względem rzeczywistej ilości otaczających nas stworzeń potencjalnie chorobotwórczych). Zaleca się dokładne mycie warzyw i owoców nie tyle z powodu chemii, co z obawy przed pasożytami.

      Tymczasem... Malutkie dzieci raczkują po pełnej życia podłodze, życia niekoniecznie widocznego gołym okiem, ale z pewnością dostrzegalnego przez mikroskop, a potem oblizują sobie paluszki, a nawet zdarza im się spróbować smaku czyjegoś mocno zużytego papucia. Rzadko kiedy dostrzega się fakt, że najczęściej nie zarażamy się od kaszlącej osoby. Kiedyś dzieci rodziły się w domach i obecnie powraca się do tej praktyki w trosce... o zdrowie dzieci! Pokolenie naszych dziadków nie było szczepione, a jednak nie doświadczyło chorób związanych z wybuchem jakichś epidemii, pomimo wojny i biedy. Dzieci na wsi nierzadko jedzą warzywa i owoce prosto z ogrodu czy z pola, bez mycia. Rumuńskie dzieci (nieszczepione i pozostające poza systemem opieki pediatrycznej) szwędające się po ulicach i korzystające z brudnych toalet publicznych nie łapią rotawirusa (tę informację usłyszałam w szpitalu, od ordynatora dziecięcego oddziału zakaźnego).

      Jak to właściwie jest? Czy jest sens walczyć z naturalnym środowiskiem? A nawet jeśli udałoby się nam wyciąć w pień wszystkie chorobotwórcze drobnoustroje świata, to jak wpłynęłoby to równowagę w przyrodzie? Czy drobnoustroje są rzeczywiście szkodliwe, czy nie są przypadkiem potrzebne? Jak zapobiegać chorobom? Zajrzyjmy do literatury.

       

      Bożena Żak-Cyran: „Wzmacniaj odporność prostym pożywieniem” (Galaktyka, 2012):

      Według książki, jedyną skuteczną ochroną naszego zdrowia jest sprawnie działający układ odpornościowy. Zdrowy system immunologiczny jest w stanie odróżnić to, co jest dla nas dobre od tego, co nam szkodzi i to drugie – zneutralizować lub zniszczyć. W szczególności, jeśli układ obronny jest w równowadze, to potrafi sam poradzić sobie z takimi elementami jak:

      • komórki rakowe;
      • komórki starzejące się;
      • komórki zniszczone;
      • wirusy;
      • bakterie;
      • grzyby;
      • toksyny;
      • produkty uboczne przemiany materii.

      Ponadto, zdrowy organizm samodzielnie hamuje reakcje alergiczne.

      Odporność ściśle zależy od odżywiania; niektóre pokarmy ją wzmacniają, a niektóre działają osłabiająco. „Każdy kęs jedzenia, który wkładamy do ust, jest kontrolowany przez komórki obronne. Jest to bardzo trudne zadanie, biorąc pod uwagę fakt, że w spożywanym jedzeniu znajdują się substancje, których nasz organizm potrzebuje, lecz i takie, które mogą nam szkodzić” (str. 27). Współczesna żywność przetworzona przemysłowo, pozbawiona żywych enzymów i naszpikowana chemią z pewnością należy do tych substancji, które osłabiają system immunologiczny.

       

      Bożena Żak-Cyran: „Alchemia pożywienia” (Galaktyka, 2008):

      Autorka traktuje pokarmy jak leki i opisuje zarówno ich właściwości lecznicze, jak i profilaktyczne. I tak na przykład, jedząc marchewkę, borówki, świeże nasiona dyni, kabaczek wraz z nasionami, kapustę czy czosnek, zabezpieczamy się przed inwazją pasożytów jelitowych (np. owsików).

       

      Dr Ewa Bednarczyk-Witoszek: „Dieta optymalna” (Amerigo, 2005):

      Tutaj również znajdujemy informację na temat odporności na pasożyty. Według książki, choroby pasożytnicze powinny być normalizowane dietą. „Prawidłowa błona komórkowa, prawidłowe połączenia komórek, prawidłowe komórki systemu odpornościowego (komórki tuczne, eozynofile) chronią przed inwazją” (str. 97). Autorka przestrzega przed nadużywaniem leków przeciwpasożytniczych; leczenie farmakologiczne otwiera drogę do nawrotu inwazji.

      I parę słów na temat „winowajców” – rzekomych sprawców chorób: „Wielokrotnie postrzegamy choroby jako coś, co wystąpiło na skutek inwazji czynnika zewnętrznego [...], który trzeba usunąć. [...] Głównym sposobem leczenia jest połknięcie pigułki, operacja guza, >>powieszenie<< winnego wypadku. Uwierzyliśmy, że lekarze są odpowiedzialni za nasze zdrowie, zdajemy się być mniej zdolni do samodzielnego zadbania o nie. [...] Sami zacznijmy działać świadomie i odpowiedzialnie. Brak odporności na inwazję wirusów i bakterii czy rozwój nowotworów nawet w odległych tkankach też prowadzi do jelit, a zatem do właściwego odżywiania. Dbajmy o stan naszej odporności, o szczelność naszych powłok (skóry, wyściółki przewodu pokarmowego i oddechowego) dietą. Pewność posiadania >>ochrony wewnętrznej<< daje dużo radości” (str. 23).

      Czym jest infekcja? „Infekcja jest skutkiem [...] nieszczelności błon komórkowych”. Bywa, że błony uszczelniają się w ciągu doby np. na rosole z żółtkiem. „Wyściółka układu krwionośnego, oddechowego, pokarmowego regeneruje się w ciągu trzech dób, skóra - 26-28 dni, gorzej z komórkami układu nerwowego, choć według ostatnich doniesień one też potrafią się odnowić” (str. 27).

      Cukry proste (słodycze, owoce, miód, syrop klonowy itp.) nasilają grzybice i inne choroby skóry, chorobę wrzodową, jak również choroby pasożytnicze (wywołane obecnością np. tasiemca, owsików, glisty ludzkiej), (str. 69). Przy okazji, mój apel do nauczycieli przedszkolnych i szkolnych: w czasie uroczystości i innych miłych spotkań, zaproponujmy dzieciom poczęstunek pod hasłem „zjedzmy coś dobrego”, zamiast - „zjedzmy coś słodkiego”. Błędem jest serwowanie słodkich ciasteczek, gdy owsica to jedna z najczęstszych „epidemii” przedszkolnych.

       

      Dr Andrzej Janus: „Nie daj się zjeść grzybom Candida” (Wydawnictwo IPS, 2011):

      Dr Janus, pediatra, uważa, że największym błędem współczesnej medycyny akademickiej jest leczenie polegające na hamowaniu funkcji systemu odpornościowego i usuwaniu stanu zapalnego. Według autora, „całkowite zablokowanie stanu zapalnego może niekiedy pociągnąć za sobą tragiczne w skutkach efekty”, w postaci wykształcenia się komórek nowotworowych (str. 169-170). To alarmująca opinia, zważywszy na to, że jednym z najchętniej i najczęściej zalecanych leków przez pediatrów na objawy infekcji są syropy lub czopki o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbólowym i przeciwgorączkowym (tj. te zwierające substancje czynne takie jak ibuprofen czy paracetamol).

      I jeszcze parę cytatów: „Nie zapobiegną schorzeniom cudowne pigułki i szczepionki, jeśli będziemy własny organizm traktować jak spalarnię wysokoprzetworzonej żywności i substancji chemicznych w niej zawartych” (str. 241). „Osłabiony układ odpornościowy nie jest w stanie zablokować w zaraniu rozwoju infekcji grzybiczej. Do upośledzenia jego funkcji przyczyniają się [...] [takie czynniki jak m.in.]: przewlekłe zatrucie organizmu substancjami chemicznymi (konserwantami) zawartymi w żywności, używanie preparatów farmaceutycznych, picie skażonej wody itp.” (str. 242).

       

      cdn.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 28 czerwca 2014 23:20
  • poniedziałek, 09 czerwca 2014
    • MARSZ ALERGICZNY

       

      Mam nadzieję, że mój dzisiejszy wpis zainteresuje szczególnie tych Czytelników, którzy „postrzegają świat przez szkiełko i oko” oraz tych, którzy myślą, że człowiek składa się wyłącznie z części (cytaty z motta do książki dr Ewy Bednarczyk-Witoszek „Dieta dobrych produktów”).

       

      Jak uczy nas „niewymierna” medycyna chińska, organizm człowieka należy potraktować jako całość, a nie jako sumę odrębnych, wyizolowanych części. Choroba objawiająca się w jednym organie to objaw nierównowagi całego systemu. Niestety, ten pogląd nie jest mile widziany we współczesnej zachodniej medycynie. Jeżeli choruje np. mózg, współczesny akademicki lekarz „od części” – neurolog likwiduje objaw w mózgu, przepisując lek przeciwpadaczkowy i mówi, że wyleczył chorobę, gdy tymczasem wkrótce nierównowaga objawi się w innym miejscu, np. w wątrobie. Pacjent nadal będzie chory, ale tym razem pójdzie do lekarza „od innej części” - hepatologa.

      Zdarza się, że medycyna konwencjonalna mówi o współwystępowaniu lub następstwie różnych, pozornie niepowiązanych ze sobą objawów, ale niewielu lekarzy bierze to pod uwagę w swej codziennej praktyce. Może dlatego, że są „specjalistami” lub przepracowanymi lekarzami pierwszego kontaktu. A piszą o tym zjawisku sami przedstawiciele świata medycznego, wystarczy sięgnąć po książki, np. zgłębiając temat działania różnych, pozornie niepowiązanych ze sobą hormonów, odpowiedzialnych za odrębne procesy w organizmie i... ich wzajemnej zależności!

       

      Gdy cztery i pół roku temu wprowadziłam zmiany dietetyczne w mojej rodzinie (obok odstawienia wszelkich leków i suplementów), moim głównym celem było wyprowadzenie Chłopczyka z choroby neurologicznej. Wraz z upływem czasu, gasła nie tylko choroba neurologiczna, ale też „niechcący” ustawały chroniczne katary ropne,  wodniste katary pojawiające się nagle, tuż po spożyciu np. banana czy kukurydzy, nagłe podrażnienie i łzawienie oczu, choroby skóry, nawracające bóle uszu, nadwrażliwość na światło i dźwięk, moczenie nocne i inne objawy. Poprawiał się sen, ustępowały problemy z mową, poprawiał się ogólny stan w sferze psychicznej, społecznej i w sferze komunikacji. Poza tym, Chłopczyk zaczął przejawiać niezwykłą twórczość i naturalną chęć zdobywania wiedzy i umiejętności.

       

      Wyraźnym przykładem ogólnoustrojowej nierównowagi, uznanej w swym holistycznym charakterze nawet przez medycynę akademicką, jest alergia, a w szczególności – atopia (alergia natychmiastowa). Według prof. alergologii Jonathana Brostoffa i biochemiczki Lindy Gamlin (autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”), termin „atopia”, pochodzący z języka greckiego, stosowany jest dla określenia „głęboko zakorzenionej choroby, której objawy mogą wystąpić w różnych miejscach w organizmie, a nie tylko w jednym, jak w przypadku większości chorób”. Niestety, mimo, że wiele na ten temat można dowiedzieć się z książek, niektórzy lekarze – alergolodzy wciąż postępują jak lekarze „od części”: przepisują maść sterydową lub syrop przeciwhistaminowy na wysypkę oraz czasami zalecają nieprzemyślane ograniczenia dietetyczne i na tym poprzestają.

      Omawiając przykład alergii, jako ewidentnej nierównowagi całego organizmu, posłużę się książką znanego polskiego alergologa i dermatologa – dr Danuty Myłek pt.: „Alergie” (Wydawnictwo W.A.B., 2001, str. 79 – 82 i 241); pani doktor nieprzypadkowo, obok swych dwóch specjalizacji, zajmuje się również leczeniem zaburzeń ze spektrum autyzmu. Z bezpośredniej rozmowy z lekarką wiem, że skłonili ją do tego jej mali pacjenci, którzy pojawiali się w jej gabinecie, aby wyleczyć alergię; niektóre z tych dzieci cierpiały również na zaburzenia autystyczne. Okazało się, że wraz z ustępowaniem alergii, w toku leczenia, „niechcący” zaczęły ustępować objawy autystyczne. Zaznaczę przy tym, że podstawą leczenia dr Myłek są zalecenia dietetyczne oparte na jej szerokiej, nieograniczonej specjalizacją wiedzy i dużym doświadczeniu (również osobistym).

       

      Alergolodzy wprowadzili termin „marszu alergicznego”, aby podkreślić, że „alergia jest dynamicznym procesem ogólnoustrojowym”. Dr Myłek przestrzega przed ograniczeniem się do objawowego leczenia alergii (bez likwidacji przyczyny), które z upływem czasu przestaje działać, powodując dalsze komplikacje w organizmie dziecka. Na przykład, leki  przeciwdziałające jedynie objawom astmy powodują stopniowe niszczenie oskrzeli. „Uważa się, że nie trzeba przejmować się istnieniem atopowego zapalenia skóry u dziecka. Wystarczy je leczyć maściami, a dziecko z niego wyrośnie! Rzadko kiedy myśli się o równocześnie toczącym się procesie alergicznym na terenie centralnego układu nerwowego, manifestującym się zaburzeniami psychoemocjonalnymi. Zdarza się, że po jakimś czasie rzeczywiście swędzące wysypki ustępują. Jednakże, zaczyna pojawiać się na przykład astma, moczenie nocne, biegunki, bóle uszu lub niekończące się >>przeziębienia<< czy inne objawy alergii. Na trwale zmienia się charakter emocjonalności człowieka. Zmiany te są dalszym ciągiem tego samego procesu alergicznego, tyle, że manifestującego się w innym miejscu organizmu”.

      Autorka podaje przykład choroby w wieku dorosłym: „Dorosły pacjent cierpiący z powodu przewlekłego kataru i polipów nosa mówił, że w dzieciństwie przez kilka lat cierpiał z powodu swędzących wysypek, ale mu >>przeszło<<. Nie wie, że katar jest kontynuacją tego samego procesu chorobowego, który wcześniej umiejscowił się w innym narządzie”.

      W książce podane są też inne przykłady konkretnych pacjentów z klasycznym przebiegiem marszu alergicznego. Oto jeden z nich – historia pacjenta od urodzenia:

      • tuż po urodzeniu: sapki, kolki;
      • po kilku miesiącach życia: sapki i kolki mijają, ale pojawiają się „bezgorączkowe przeziębienia”, tj. alergiczne zapalenia nosa, potem gardła i krtani, a potem – oskrzeli i płuc; podawane są „na oślep” różne antybiotyki (leczenie objawowe);
      • antybiotyki niszczą grasicę i alergia poszerza się;
      • po kilku latach: część objawów znika, część zostaje; dochodzi do przerostu trzeciego migdałka, co skutkuje nawrotowymi zapaleniami uszu, problemami z mową, niewłaściwym zgryzem i innymi zaburzeniami rozwojowymi;
      • po kilku – kilkudziesięciu latach: może rozwinąć się astma, migrena albo choroby alergiczne układu pokarmowego.

      I co powinno być najbardziej alarmujące dla rodziców dzieci z alergią:

       

      U 50 procent dzieci z atopowym zapaleniem skóry równocześnie z procesami alergicznymi na skórze toczą się procesy alergiczne w centralnym układzie nerwowym”.

       

      Wpływa to często niekorzystnie na kształtowanie się zachowań i osobowości dziecka. Tak duży udział zaburzeń emocjonalnych w przebiegu azs wynika z tego, że mózg i skóra pochodzą z tej samej grupy komórek rozwijających się we wczesnym okresie życia płodowego”.

      W alergii może swędzieć skóra, może wystąpić wysypka, katar czy kichanie. Mózg nie swędzi ani nie kicha, ale też reaguje alergicznie i, mając na uwadze zjawisko marszu alergicznego, zawsze w przypadku jakkolwiek objawiającej się alergii u dziecka, należy zwracać uwagę na ewentualne objawy neurologiczne, w tym – samopoczucie, nastrój dziecka. Problem w tym, że pierwsze, subtelne objawy neurologiczne są trudne do zauważenia. Jeśli dziecko cierpi na atopowe zapalenie skóry od urodzenia i po jakimś czasie „wyrasta” z tych objawów, niekoniecznie oznacza to wyleczenie. Po jakimś czasie może pojawić się np. astma lub / i np. zaburzenia w zachowaniu o podłożu neurologicznym. Gładka skóra nie powinna usypiać czujności rodziców.

       

      I jeszcze jedno: zdarza mi się usłyszeć opinię rodziców lub opiekunów, że „dziecko złapało od kogoś katar”, albo „dziecko kaszle, bo przechłodziło się”. Prawda jest natomiast taka, że zdrowy, silny organizm pozostaje zdrowym, niezależnie od ilości zainfekowanych osób wokół niego i niezależnie od  przechłodzenia (moja Dziewczynka ani razu nie opuściła przedszkola z powodu dłuższej niż trzygodzinna choroby, pomimo przedszkolnych „epidemii dziesiątkujących populację”, nie złapała też owsików ani wszy, mimo, że przebywała w ich otoczeniu). Dziecko słabsze, ale na dobrej diecie i otoczone miłością, również nie zachoruje. Chyba nie słyszałam jeszcze, aby ktoś powiedział: „Moje dziecko kaszle, bo ma osłabiony organizm”, albo – „bo zjadło coś niewłaściwego”, albo – „bo ma alergię”. Rok temu mój Chłopczyk dostał kilkudniowego, dość silnego kaszlu, na początku wakacji... Wykluczyłam więc z jego diety podejrzany składnik - przemysłowe pomidory, z których robiłam mu zupę pomidorową; jadał ją prawie codziennie przez około dwa tygodnie. Kaszel ustał. Po jakimś czasie wróciłam do zupy, z tych samych pomidorów. Kaszel powrócił. Zupy pomidorowe poszły więc do rotacji, nawet te ze świeżych pomidorów z gospodarstwa wiejskiego, tak na wszelki wypadek. Kaszel już nie powrócił. Częstą przyczyną kataru, drapania w gardle czy kaszlu jest właśnie alergia (lub nietolerancja pokarmowa), o czym mówi literatura (dr Myłek, dr Ewa  Bednarczyk-Witoszek, prof. Brostoff, Gamlin). Autorzy – lekarze używają cudzysłowu dla wyrażenia „infekcja”. Niestety pediatrzy, widząc zakatarzone lub kaszlące dziecko z rozpędu mówią o infekcji, a przez to zalecają niewłaściwe leczenie.

       

      Na koniec mój apel do rodziców i opiekunów, trochę odbiegający od głównego tematu, ale wiążący się z powszechnym sposobem „leczenia” alergii: lecząc dziecko, myślmy o jego przyszłości i długofalowych skutkach wybieranych metod leczenia. Powinny to być metody, które niekoniecznie dają rezultat w postaci natychmiastowego ustąpienia objawów; wydaje się, że najskuteczniejsze i najbardziej bezpieczne są te metody, które wymagają systematycznego wysiłku na co dzień (tj. jak najdłuższe karmienie piersią, właściwe odżywianie, pielęgnacja, codzienna ochrona przed truciznami cywilizacyjnymi, dbałość o sferę psychiczną i fizyczną oraz systematyczne zdobywanie wiedzy na te tematy), jak również prowadzą do stopniowego, ale trwałego ustępowania wszelkich chorób czy zaburzeń. Rzeczywisty powrót do zdrowia objawia się bowiem na wszystkich frontach, tj. w jelitach, na skórze, w drogach oddechowych, w naczyniach krwionośnych, w mózgu itd., i na odwrót: pogłębiająca się choroba objawia się schorzeniami w wielu różnych miejscach w organizmie. Maść lub tabletka, po której natychmiast i „za darmo” ustąpi pojedynczy objaw chorobowy kojarzy mi się ze współczesną odmianą szamaństwa, z „cudowną czarodziejską miksturką”. A przecież rozum i logika, „szkiełko i oko”, czyste zasady fizyki, matematyki, a nawet ekonomii podpowiadają, że potencjał (zdrowie) nie może powstać z niczego (kupienie i podanie leku czy szczepionki jest niewielkim wysiłkiem, nieporównywalnym do energii, jaką należy codziennie skierować ku dziecku). Najgorsze, gdy rachunek za nasze leczenie czy „profilaktykę” na skróty będzie musiało zapłacić samo dziecko, zmagając się z poważną chorobą w przyszłości. Chcę przy tym wyraźnie zaznaczyć, że nie jestem przeciwniczką doraźnego podania leku w wypadku, gdy lek ratuje życie lub zapobiega trwałemu uszkodzeniu zdrowia (np. w przypadku wstrząsu anafilaktycznego).


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „MARSZ ALERGICZNY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 czerwca 2014 20:41
  • sobota, 31 maja 2014
    • DZIEŃ DZIECKA

       

      Każdemu Dziecku życzę, aby Dzień Dziecka trwał dla niego cały rok. Aby Mama, Tata lub inny Opiekun-Przyjaciel znalazł czas na codzienne lub prawie codzienne przytulenie-poczytanie lub przytulenie-pośpiewanie, najlepiej wieczorem, tuż przed snem. Tak lepiej zasypia się, tak piękniej się śni, a potem - radośniej zaczyna się kolejny dzień pięknego dziecięcego życia.

      Dzieciom, jak również ich Rodzicom lub innym Opiekunom dedykuję na wieczorne, czułe  muzykowanie tę oto piosenkę, w wykonaniu Michała Bajora – „Chrońmy dzieci”:



      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=__KSKfveqzM

       

      Polecam też piękną wersję tej piosenki zaśpiewaną wzruszającym, przejmującym głosem Hanny Banaszak, niestety – nieosiągalną na Youtube. Moja Dziewczynka przepada za Hanną Banaszak, często razem śpiewamy jej utwory.

      Poniżej – niezwykle głębokie, mądre słowa do wspomnianej piosenki:

       

      CHROŃMY DZIECI

      tekst: Wojciech Młynarski, muzyka: Janusz Strobel

       

      Kim byś nie był - prawdzie tej wyjdź naprzeciw,

      siebie możesz kochać mniej,

      kochaj dzieci!

       

      Damo w żłobku, z chęcią im przewiń becik, 

      nie mrucz: „kim ja byłabym...”, 

      kochaj dzieci!

       

      Przedszkolanko, humor miej, Pcim czy Szczecin,

      razem z nimi w głos się śmiej,

      kochaj dzieci!

       

      Profesorze, porzuć gniew, z gniewem źle ci,

      przemądrzałą rozchmurz brew,

      kochaj dzieci!

       

      Literacie, bubli wór wrzuć do śmieci, 

      nie wypisuj dzieciom bzdur, 

      szanuj dzieci!

       

      Dobry tato, w szarych dni gęstej sieci

      parę chwil im poświęć i

      kochaj dzieci!

       

      Mamo, kiedy z oczu twych łezka leci, 

      nie krzycz na nie, nie wiń ich, 

      kochaj dzieci!

       

      Spowiedniku, serca lecz, Bóg ci świeci,

      grzechy sądź surowo, lecz

      kochaj dzieci!

       

      Literacie, bubli wór wrzuć do śmieci, 

      nie wypisuj dzieciom bzdur, 

      szanuj dzieci!

       

      Kim byś nie był - prawdzie tej wyjdź naprzeciw, 

      siebie możesz kochać mniej, 

      kochaj dzieci!

       

      Ludzie, to jest znana rzecz od stuleci, 


      siebie gryźć możemy, lecz 


      chrońmy dzieci!

       



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 31 maja 2014 13:38
  • wtorek, 13 maja 2014
    • KOSMETYKI DLA DZIECI

       

      Jednym z czynników zdrowia dzieci jest czystość (naturalność) kosmetyków, które regularnie nakładamy na ich skórę. Należy pamiętać, że skóra nie jest całkowicie szczelną powłoką i że substancje, z którymi się styka, mogą przenikać do krwiobiegu, docierając do poszczególnych narządów w organizmie.

      Chcąc maksymalnie ograniczyć moim Dzieciom kontakt z wszechobecnymi truciznami, po wyeliminowaniu produktów spożywczych zawierających jakiekolwiek dodatki typu konserwanty, barwniki, aromaty, polepszacze smaku, stabilizatory itp., zaczęłam czytać etykiety przemysłowych kosmetyków (tj. mydła, szamponu, oliwki i pasty do zębów), jakie dotychczas stosowałam w pielęgnacji moich Dzieci. Mimo, że były to kosmetyki typowe dla dzieci, okazało się, że i w tym względzie nie można spocząć na laurach...

      Sięgnęłam do wiedzy z następujących źródeł:

      1) publikacji dr. Różańskiego: http://luskiewnik.strefa.pl/acne/toksyny.htm

      Na stronie dr. Różańskiego znajduje się tabela toksycznych składników kosmetyków wraz z opisem ich oddziaływania na organizm. Korzystając z tej tabeli, zidentyfikowałam niektóre wymienione składniki na etykiecie mydła, szamponu, a nawet oliwki, które codziennie nakładałam na skórę moich Dzieci! A przecież były to wyłącznie produkty przeznaczone dla niemowląt i starszych dzieci, wg opisu producenta...
      Dla zainteresowanych polecam jeszcze jeden artykuł dr. Różańskiego, o wszechobecnym składniku środków higieny (obecnym również w popularnym szamponie dla dzieci) – sodium laureth sulfate: http://rozanski.li/?p=142 .

      2) artykułu, jaki otrzymałam z prenumeraty biuletynu dr. Michalaka ( http://www.drmichalak.pl/  ) o dwutlenku tytanu:

      Okazało się, że w każdym kosmetyku dla dzieci, jaki miałam w domu, był obecny dwutlenek tytanu, nawet w dziecięcej paście do zębów czy w dziecięcych kremach z filtrami przeciwsłonecznymi. Tak na marginesie, był też w moim codziennie używanym podkładzie do twarzy, a ponieważ nie wyobrażałam sobie życia w „zaawansowanej młodości” bez tego kosmetyku, więc pobiegłam do sklepu z kosmetykami i przeglądnęłam wszystkie najpopularniejsze marki podkładów; niestety, nie znalazłam podkładu bez dwutlenku tytanu.
      Dlaczego dwutlenek tytanu jest niebezpieczny? Zacytuję dr. Michalaka: „Zapominamy na przykład, że rozdrobnienie związku, znanego i powszechnie uznawanego za bezpieczny, radykalnie może zmienić jego właściwości fizyko-chemiczne. [...] Taki też jest przypadek dwutlenku tytanu (TiO2). [...] Niestety, badacze, którzy przygotowywali zastosowanie dwutlenku tytanu w charakterze filtra UV w kosmetykach, zatrzymali się chyba wpół drogi. I nie zadali sobie pytania, co dzieje się, kiedy cząsteczka TiO2 pochłonie kwant świetlny. Z punktu widzenia młodości naszej skóry zaczyna się wówczas rzecz straszna. [...] Reakcja jest kaskadowa, zaczyna się w skórze, by szybko przedostać się w głąb organizmu do krwioobiegu, nawet do mózgu. Zniszczeniu ulega materiał genetyczny komórki. [...] Aby sprawdzić, czy w kosmetyku, który chcemy kupić, znajduje się dwutlenek tytanu, należy: - po pierwsze: zaopatrzyć się w lupę, ponieważ producenci zazwyczaj zadrukowują tylne etykietki najmniejszą czcionką z możliwych; - po drugie: uważnie przejrzeć składniki w poszukiwaniu: TiO2, ditlenek tytanu, titanium dioxide lub kod CI 77891.
      I cytat ku pocieszeniu serc: Na szczęście jest filtr przeciwsłoneczny, który na pewno nam nie zaszkodzi. Bezpieczny, tani i zdrowy. Można go znaleźć nie w aptece, ale w każdym warzywniaku; jest to pospolita marchewka. Zawarty w niej beta-karoten odkłada się w skórze, nadając jej z czasem złotawy odcień. Ten marchewkowy koloryt staje się naturalnym filtrem pochłaniającym promieniowanie UV. Przy okazji jest silnym przeciwutleniaczem i wyłapując wolne rodniki, zabezpiecza skórę przed fotostarzeniem się. Ponadto sprawia, że po powrocie z wakacji znaczniej dłużej utrzymuje się piękna, delikatna opalenizna”. I słowo ode mnie: Postarajmy się tylko o marchewkę uprawianą bez sztucznych nawozów i bez sztucznych środków ochrony roślin.

      Z jakich kosmetyków korzystają moje Dzieci obecnie? Z niewielu, i mają się dobrze. Są to:

      • do mycia ciała: mydło Biały Jeleń w kostce bez dodatków (jest najczystsze w porównaniu do mydła Biały Jeleń w płynie lub mydła Biały Jeleń z dodatkami, jak również tzw. mydeł naturalnych innych marek);
      • do włosów: szampon robiony przeze mnie w domu z mydła Biały Jeleń w kostce bez dodatków; taki szampon nie ma najlepszej konsystencji, ale jest czystszy w porównaniu z szamponem przemysłowym Biały Jeleń;
      • do natłuszczania skóry (w sporadycznych przypadkach, gdyż moje Dzieci mają tak zdrową skórę, że nie ma potrzeby jej dodatkowego natłuszczania): nierafinowany olej kokosowy lub nierafinowana oliwa z oliwek;
      • do mycia zębów: ziołowa pasta do zębów bez fluoru, bez ksylitolu (ksylitol jest cukrem z brzozy, kiedyś moja Dziewczynka miała silną i natychmiastową reakcję alergiczną na sok z brzozy), bez sorbitolu (jest to zamiennik cukru, który magazynuje się w organizmie i może negatywnie wpływać na układ nerwowy lub trawienny), bez syntetycznych środków barwiących, zapachowych czy konserwujących; zwróćmy uwagę na to, że dzieci mogą połykać pastę przez nieuwagę, co potęguje wpływ jej składników na organizm; do trzeciego roku życia Dziewczynki do mycia jej zębów używaliśmy jedynie szczoteczki i wody; moje Dzieci (obecnie lat 7 i 10) nie mają śladu próchnicy;
      • do ochrony przed słońcem: praktycznie nie używamy niczego, oprócz oliwy z oliwek lub oleju kokosowego w pierwszych dniach pobytu na gorącej plaży; aby uniknąć kremów z filtrami przeciwsłonecznymi, hartuję Dzieci od pierwszych dni wiosny, zabierając je na spacery lub „wyrzucając” do ogrodu w słoneczne dni; zdejmuję im czapki i stopniowo, wraz z wzrostem temperatury - wierzchnie ubrania; w pełni wiosny i latem dbam, aby w miarę możliwości przebywały na słońcu każdego słonecznego dnia, tak długo, jak długo mają na to ochotę, z odsłoniętą skórą rąk, nóg, a nawet tułowia; na plaży natomiast jedynie w porze największego upału daję im luźne ubrania z cienkiej bawełny, z długimi rękawami i nogawkami oraz bawełniane kapelusze z dużym rondem; w tym ubraniu wchodzą do wody i bawią się, a gdy słońce nie jest już tak intensywne, pozostają w samych strojach kąpielowych; w ten sposób zawsze pięknie opalają się, bez nadmiernego zaciemnienia czy zaczerwienienia skóry.

      Należy uważać na przypadkowe mydła w płynie dostępne w toaletach publicznych. Czasami mogą one powodować natychmiastowe i silne podrażnienie skóry rąk, łącznie z krwawiącymi pęknięciami. Wiem to z naszego doświadczenia; zarówno mój Chłopczyk, jak i ja sama nie możemy swobodnie korzystać z takich mydeł.

      I parę słów o fluorze powszechnie stosowanym w paście do zębów dla dzieci. Jak pisze dr Danuta Myłek, szeroko prowadzone akcje fluorowania zębów to często działanie pozorne, a co więcej – szkodliwe. Organizm czerpie fluor z pokarmów, lecz również z... zanieczyszczonego środowiska. Mamy więc tego pierwiastka  raczej w nadmiarze niż w niedoborze, a nadmiar fluoru sprzyja alergiom (Danuta Myłek: „Alergie”, Wydawnictwo W.A.B. 2001, str. 25). Józef Słonecki, autor książki „Zdrowie na własne życzenie”, również mówi o nadmiarze fluoru, będącym konsekwencją całkowitego skażenia środowiska; nienaturalne stężenie fluoru występuje w tkankach roślin i zwierząt, prawie we wszystkich produktach, które spożywamy. Oczywiście, nie pozostaje to bez wpływu na zdrowie człowieka: dochodzi do stanu chorobowego zwanego fluorazą zębów, objawiającego się wystąpieniem małych plamek na ich szkliwie i łamliwością zębów. Dochodzi też do niekorzystnych zmian w kościach i ścięgnach.

      Szkodliwość kosmetyków zazwyczaj nie jest zauważalna na co dzień, ale może objawić się w dłuższym okresie, po wielu latach, w postaci poważnej lub chronicznej choroby, gdy dojdzie do kumulacji toksyn w organizmie. I to jest groźne, gdyż usypia naszą czujność. Dla spokoju ducha najlepiej od razu zadbać o wyrobienie u dziecka dobrych nawyków, w tym wypadku – nawyku unikania przemysłowych kosmetyków i korzystania z naturalnych sposobów pielęgnacji ciała. Tak jest najłatwiej, najtaniej i najbardziej zdrowo.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 maja 2014 13:57
  • niedziela, 04 maja 2014
    • PRZEMYSŁAW CUSKE O SZCZEPIENIACH: NIE MOŻNA LUDZKIEJ KRZYWDY CHOWAĆ ZA PARAGRAFAMI I TABELKAMI

       

      Przemysław Cuske jest członkiem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP-NOP (zob.:  http://www.stopnop.pl/aktualnosci1 ). Ma kontakt z wieloma rodzicami, których dzieci doznały niepożądanych odczynów lub powikłań poszczepiennych, zna ich bezpośrednie relacje, prawdziwe historie z życia, posiada więc wiedzę najcenniejszą – empiryczną, od najbliższych opiekunów dzieci. Oprócz tego, czerpie wiedzę ze źródeł naukowych, które są niezależne od wytycznych oficjalnego systemu medyczno-farmaceutycznego. Zadaje też pytania oficjalnym instytucjom odpowiedzialnym za zdrowie i szuka informacji na ich stronach internetowych, koresponduje z różnymi urzędami.

      Zapraszam na wykład, w którym pan Cuske porusza najważniejsze aspekty szczepień, takie, jak:

      • sprawa dr. Andrew Wakefielda;
      • korelacja między wzrostem ilości szczepień, a wzrostem zachorowań na autyzm na przestrzeni lat;
      • szczepienie noworodków, w tym -  wcześniaków;
      • toksyczność szczepionek (obecność aluminium, formaliny, rtęci, glutaminianu sodu, polisorbatu 80, antybiotyków, obcych białek);
      • szczepienia i choroby cywilizacyjne (np. cukrzyca typu 1, alergie, zapalenie jelit);
      • choroby wieku dziecięcego a dożywotnia odporność;
      • sensowność szczepień przeciwko tężcowi;
      • brak rzeczywistego nadzoru nad negatywnymi skutkami szczepień;
      • skierowanie sprawy ignorowania niepożądanych odczynów poszczepiennych przez lekarzy do prokuratury.

      Poniżej - wykład Przemysława Cuske:


      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=xH8gIFJcjik&feature=youtu.be

       

      Zapraszam również na wywiad z Przemysławem Cuske.

      Z wywiadu dowiemy się m.in., czym zajmuje się Stowarzyszenie STOP-NOP i dlaczego informacje podawane w prasie na temat szczepień są nieprawdziwe i nieuczciwe. Przemysław Cuske zwraca uwagę na określenia typu „autorytet”, „ekspert” oraz „pseudonaukowiec” używane w oficjalnym świecie medycznym pod adresem lekarzy i naukowców w zależności od ich poglądów na temat szczepień, a nie ich rzeczywistej wiedzy. Wspomina o kondycji zdrowotnej  dzieci, które przestały być szczepione, o bezczynności lekarzy względem sygnałów o wystąpieniu niepożądanego odczynu poszczepiennego, o braku właściwego wsparcia dla rodziców. Tłumaczy, dlaczego głównym źródłem informacji dla rodziców staje się Internet, a nie pediatra. Alarmuje o skandalicznej jakości wywiadu lekarskiego dokonywanego na potrzeby kwalifikacji dziecka do szczepień. Mówi, że nie ma czegoś takiego, jak „ruchy antyszczepionkowe”, „są tylko rodzice, którzy zawiedli się na lekarzach, zawiedli się na służbie zdrowia”. Odnosi się do wypowiedzi tzw. ekspertów, którzy przekazują fałszywe informacje (np. o braku obecności związku rtęci w szczepionkach stosowanych w Polsce). W wywiadzie dowiemy się również, jak doszło do zaangażowania prokuratury w sprawę szczepień.

      Gorąco polecam ten wywiad:


      źródło: https://www.youtube.com/watch?v=iZidnf5u4lQ


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 maja 2014 13:18
  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • AGRESJA

       

      Jakiś czas temu zabrałam mojego Chłopczyka na zakupy na placu targowym w Krakowie. Na targu jak zwykle chodziły sobie gołębie - nieodłączny element tego miejsca i utrapienie sprzedawców nasion. Dla mojego Chłopczyka taka wyprawa to zawsze powód do radości, jaką daje wbieganie z impetem w gromadę gruchających istot, pokrytych piórkami w całej gamie odcieni szlachetnej szarości. Roześmiana twarz Chłopczyka niemalże fruwającego z chmarą wznoszących się gołębi wśród straganów, czasami w wesołym towarzystwie równie szczęśliwej, rozbieganej z radości Dziewczynki, a przy tym życzliwe uśmiechy sprzedawców to chwile, których chyba nigdy nie zapomnę. Takie zakupy to czysta poezja.

      Tym razem jednak nie było poezji. W pewnej chwili, gdy dokonywałam zakupów przy jakimś straganie, kątem oka zauważyłam, że Chłopczyk zaczyna używać nogi do płoszenia ptaków, tak, jakby miał zamiar któregoś z nich kopnąć. Gdzieś śmignęła mi przez głowę myśl, że muszę zareagować, ale wyprzedziła mnie jakaś przekupka, zwracając się do Chłopczyka w ostrym, nieprzyjemnym i groźnym tonie: „Jak można tak się zachowywać! Kto to widział!”. Chłopczyk momentalnie przestał, zwieszając w zawstydzeniu głowę, lecz ona nie przestawała wyrażać swojego oburzenia i krytyki. Nie odzywałam się, bo mnie zamurowało; nie wiem, czy byłabym w stanie wypowiedzieć coś sensownego. Emocjonalnie czułam zawstydzenie mojego Dziecka i przede wszystkim było mi go ogromnie żal, a „intelektualnie” pomyślałam, że może to będzie skuteczna nauczka, że nie kopiemy żywych stworzeń (w tym – dzikich roślin, o czym często przypominam moim Dzieciom w trakcie spacerów na łące). Coś jednak było nie tak, różne rzeczy przebiegały mi przez głowę, ale rozmowę z Chłopczykiem przełożyłam na później, najpierw sama musiałam określić swoje odczucia i uporządkować myśli.

      Gdy w drodze powrotnej do domu, relaksując się nieco za kierownicą samochodu, ochłonęłam, dostrzegłam już bez problemu wszystkie niuanse zdarzenia na placu. Dostrzegłam agresję... tej kobiety. Czy to rzeczywiście była osoba kochająca zwierzęta, wrażliwa na to, co mogą czuć gołębie? Wątpię. Wydaje mi się, że wrażliwość na zwierzęta i rośliny idzie w parze z wrażliwością na dzieci. Kobieta zareagowała na (z pozoru) agresywne zachowanie mojego Dziecka względem gołębi. To dobrze. Źle, że nie nauczyła go niczego pozytywnego. Źle, że pokazała mu, że na tego typu sytuację człowiek dorosły reaguje agresją wobec człowieka słabszego psychicznie – dziecka. Źle, że mój Chłopczyk przestał atakować gołębie ze strachu i wstydu, a nie dlatego, że ktoś mu wyjaśnił, że gołębie też czują i że strach przed kopniakiem jest bardzo nieprzyjemną rzeczą. Chłopczyk jest niezwykle współpracującym i łagodnym dzieckiem tak długo, jak się go nie atakuje. Słucha, gdy się mu łagodnie tłumaczy. Czasami zapomni się, ale to nie jest przekora. Pewne rzeczy powtarzam mu cierpliwie kilka razy, aż „zaskoczy”. Z reguły takie postępowanie jest skuteczne, a przy tym - pozbawione werbalnej przemocy (agresji); dziecko nie zostaje upokorzone.

      Rozpoczynając rozmowę z moim Chłopczykiem, przede wszystkim powiedziałam mu, że kobieta zachowała się niewłaściwie, krzycząc na niego, zamiast spokojnie wyjaśnić, o co jej chodzi. Potem wytłumaczyłam, dlaczego należy szanować ptaki i że gołąb to nie piłka nożna (kopanie piłki jest ostatnio ulubionym zajęciem Chłopczyka). Dodałam też, że ta pani zachowała się wobec niego tak, jak on wobec gołębi: zaatakowała go, więc wcale nie była lepsza. Nawiasem mówiąc, ja sama chętnie wróciłabym się, aby „pokrzyczeć” na przekupkę, ale to nie byłoby dobrą lekcją dla mojego Dziecka; kiedyś postawiłam sobie samej granicę w tym względzie i staram się tej granicy nie przekraczać.

      Próba kopnięcia gołębia z pewnością wygląda na agresywne zachowanie, jednak nie mogę powiedzieć, że Chłopczyk jest agresywny. Odruch kopnięcia czegoś, co się rusza jest tak samo fascynujący dla dziesięcioletniego chłopca, jak uderzenie młotkiem z całej siły w orzech kokosowy. Niedawno prowadziłam warsztaty dla dzieci z podstawówki z rozbijania orzechów kokosowych. Wszystkie, chyba bez wyjątku i niezależnie od wieku oraz płci, odczuwały prawdziwą przyjemność w pastwieniu się nad „biednymi” kokosami, zadając im ciosy młotkiem raz po raz. Czy to były zachowania agresywne? Raczej – atawistyczne.

      Wracając do zamiaru kopnięcia ptaka, już dawno zauważyłam, że Chłopczyk nie potrafi wyobrazić sobie czy współodczuwać bólu, jakiego doznają zwierzęta, a nawet ludzie (choć zdarzają się zadziwiające wyjątki od tej „reguły”), np. gdy boleśnie skaleczę się, nie podbiega do mnie z troską tak, jak to robi Dziewczynka, mimo, że jest ze mną emocjonalnie mocno związany. Z jakichś względów niektóre dzieci nie mają tej wrażliwości, być może bardziej dotyczy to chłopców. Czasami wynika to z problemów zdrowotnych, czasami – z późniejszego dojrzewania w sferze empatii. To nie znaczy, że te dzieci są złe. Należy zastanowić się, zanim przylepimy im etykietkę „agresywnych”. Natomiast ważne jest, aby zawsze, ale to zawsze tłumaczyć takim dzieciom, co może odczuć zwierzę, roślina czy człowiek, jeśli zostanie kopnięty, ukłuty czy za mocno ściśnięty. Innymi słowy, jeśli nie przez emocje, to przez intelekt należy do nich docierać. To naprawdę daje dobre rezultaty. Obdarzmy je dobrocią i cierpliwością, a obudzimy w nich emocje.

      Są też dzieci, które „świadomie” zadają ból innym osobom (lub sobie!). Pamiętajmy jednak, że agresja to tylko symptom i sygnał o głębszym, najczęściej niewidocznym gołym okiem problemie, z czego my (rodzice, nauczyciele) zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy; w dobrej woli i „profesjonalnie” uspokajamy dziecko, które kogoś zaatakowało oraz łagodnie wyjaśniamy mu, dlaczego nie wolno krzywdzić innych ludzi (serwując mu w ten sposób łagodniejszą odmianę kazania) i nie staramy się poznać głębszej przyczyny jego agresywnych zachowań (a mogą to być przeróżne przyczyny: począwszy od zaburzeń w układzie nerwowym spowodowanych praktykami współczesnej medycyny oraz nienaturalnym, uzależniającym i zanieczyszczonym pokarmem, skończywszy na tatusiu – sadyście). Tzw. „agresywne dzieci” potrzebują od nas szczególnej dozy łagodności, cierpliwości, spokoju. Nie twierdzę, że łatwo zachować spokój przy dziecku okładającym pięściami inne dziecko, ale proponuję pracę nad własną świadomością; świadomość ułatwia zadanie. Zresztą, nie mamy innego wyjścia, to jedyna droga, aby skutecznie i trwale pomóc rozchwianemu dziecku.

      Nie wierzę, aby jakiekolwiek dziecko było złe od kołyski. Ale, jak zawsze powtarzam moim Dzieciom, pocieszając je przy porażkach: „w brzuchu mamy tego nie uczą”, innymi słowy nie możemy oczekiwać od dzieci, że zawsze będą potrafiły zachować się właściwie, one są cały czas w trakcie długoletniej nauki, niezależnie, czy mają dwa, siedem czy trzynaście lat. Do tego każde dziecko nabywa umiejętności społeczne i praktyczne w swoim indywidualnym tempie. Czy, jeśli dziesięcioletnie dziecko wybiegnie na jezdnię za toczącą się piłką, należy wyzwać je od „bezmyślnych”? Oczywiście, wskazane byłoby, aby w tym wieku dziecko miało już nabyty odruch zatrzymania się przed jezdnią, ale jeśli jeszcze tego nie osiągnęło, to może to tylko świadczyć o wcześniejszych zaniedbaniach dorosłych względem niego lub jego obiektywnych trudnościach w nabywaniu życiowych umiejętności. Jednak w żadnym wypadku dziecko nie jest złe czy bezmyślne. To my – dorośli bądźmy dobrzy i myślący, a szansa będzie duża, że takimi staną się nasi podopieczni.

      Powrócę jeszcze na chwilę do sytuacji na placu targowym. Przekupka zapewne wychodziła z założenia, że dziecko, które zamierza kopnąć gołębia jest złe. Założenie to było błędne. Ponadto, swoim agresywnym zachowaniem despotycznie zmusiła moje Dziecko do zaprzestania tego, co robiło. Uważała pewnie, że „zło” można usunąć wyrażeniem pogardy i oburzenia, krzykiem. Miała rację, ale tylko w zakresie doraźnym. Myślę, że pod jej nieobecność zachowanie Chłopczyka mogłoby powtórzyć się (gdyby nie moja późniejsza rozmowa z nim), a gdyby ona sama była trochę mniejszą istotą, to mogłaby jeszcze zostać obita jego zaciśniętymi z napięcia pięściami. Nie byłoby źle, gdyby poprzestała na krótkim i głośnym, jednorazowym krzyknięciu: „Nie rób tego!”. W końcu nie każdy musi mieć ochotę bawić się w dziecięcego psychologa. Taki komunikat nie poniżyłby Chłopczyka, z pewnością byłby skuteczny, co więcej, zmusiłby go do zastanowienia się nad sytuacją. Pamiętajmy przy tym, że jakiekolwiek uwagi od osób niebędących rodzicami lub nauczycielami dziecka mają dla tego dziecka zwielokrotnioną siłę oddziaływania; nie śpieszmy się z upominaniem cudzych dzieci, a jeśli już musimy to zrobić, to zróbmy to najtaktowniej, jak tylko potrafimy.

      Kiedyś przychodziła do naszego domu pewna dziewczynka (miała wtedy może osiem lat), aby pobawić się z moimi Dziećmi i innymi z sąsiedztwa. Problem z tą dziewczynką był taki, że systematycznie dochodziło do bójek między nią, a pozostałymi dziećmi. Poza tym była uroczą, żywiołową i wesołą istotką. Sąsiad „życzliwie” powiedział mi: „To zła dziewczyna”. Ja jednak tak nie postrzegałam jej, pomimo awantur, jakie wszczynała, trudnych do zniesienia. Pewnego dnia, gdy zaatakowała Chłopczyka w przydomowym ogrodzie, zniszczyła mu okulary. Nie mogę powiedzieć, że w pierwszej chwili nie poczułam złości. Na szczęście, zanim otworzyłam buzię, spojrzałam na jej pełnej przerażenia, zapłakaną twarz. To sprawiło, że poprosiłam inne dzieci o oddalenie się, a ją wzięłam na kolana, siadając na ławce i przytulając ją. Potem zaczęłyśmy rozmawiać. Zadziwiła mnie dojrzałość tej dziewczynki. Wspaniale potrafiła opisać swoje uczucia i intencje. Powiedziała m.in., że nie wie, czemu nagle zaczyna atakować dzieci i że to dzieje się samo, wbrew jej woli. Okazało się, że jest bita w domu. Pomogłam jej dostrzec zależność miedzy tym, jak traktują ją dorośli i jak ona traktuje swoich kolegów. Wyraźnie podkreśliłam, że to nie jest jej wina. Dodałam też coś od siebie: powiedziałam jej o problemie, jakim są zniszczone okulary. To duże streszczenie tej rozmowy, przedstawiam tylko jej najistotniejsze elementy.

      Skąd bierze się prawdziwa agresja u dzieci? Pomijając przyczyny farmakologiczne i żywieniowe, można powiedzieć, że z życia, otoczenia, ze sposobu, w jaki są traktowane przez dorosłych, ze złego przykładu. Dorośli (często – nauczyciele) tak chętnie mówią o agresji dziecka, które stwarza im problemy i o tym, że trzeba stawiać mu granice, gdy tymczasem oni sami okazują agresję i przekraczają granice, czasami nie zdając sobie z tego sprawy. Przykłady można by mnożyć. Od kilku miesięcy mam okazję przysłuchiwać się prywatnym rozmowom między rodzicami i dziećmi w wieku przedszkolno-wczesnoszkolnym (w trakcie lekcji baletu mojej Dziewczynki, gdy czekam na korytarzu przed salą baletową). Zatrważające jest, jak wielu rodziców bezwiednie poniża swoje skądinąd ukochane dzieci. Na przykład młoda kobieta kpiąco odzywa się do swojego czteroletniego synka, który nie może czegoś znaleźć: „Ślepy jesteś?”. Nie wiem, skąd się to bierze, mogę jednak domyślać się, nie obwiniając kobiety. Większość matek kocha swoje dzieci.

      Agresja przejawia się różnie, niekoniecznie przez krzyk czy bicie. Może to być ton głosu, dobór słów, mimika, szarpnięcie dzieckiem, a nawet uśmiech – szyderczy. Gdy tylko na głos nazywamy dziecko „złośliwym”, „leniwym”, bezwiednie reagujemy agresywnie (bo co może poczuć dziecko, słysząc takie słowa wypowiadane pod jego adresem?). Nawet gdy „niewinnie” żartujemy sobie z dziecka, jesteśmy agresywni, oczywiście nie w potocznym rozumieniu agresji. Agresja jest naturalnym elementem zachowań ludzkich, warto uczciwie o niej mówić, nie wstydzić się, a zwłaszcza, gdy mamy pod opieką dzieci. Mnie samej zdarza się zachować agresywnie wobec moich Najbliższych (oczywiście nie mam na myśli rozbijania talerzy na cudzych głowach), ale moja świadomość sprawia, że sama wówczas cierpię. To pozwala mi pracować nad swoją agresją, gdy tylko zaczyna kiełkować na poziomie bezwiednych myśli. Co zrobić z poczuciem rodzącej się agresji? Myślę, że należy ją... docenić. Czy występuje ona u dziecka, czy u nas samych, jest cennym sygnałem, że coś trzeba naprawić, kogoś trzeba wysłuchać, choćby siebie samego, a może przestać się truć używkami, lekami czy niewłaściwym pokarmem. A potem warto wyjść naprzeciw sygnałom i znaleźć rozwiązanie, bez krzywdzenia kogokolwiek.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 23:05
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • MLEKO – CZ. II

       

      MLEKO W KARTONACH

      Wady mleka przemysłowego nie kończą się na jego niekorzystnie zmienionych cechach biologicznych i chemicznych (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/03/MLEKO-1.html ). Wadą może też być przemysłowe opakowanie mleka.

      Obok nowych technik i technologii stosowanych w pakowaniu mleka zmieniły się materiały oraz formy konstrukcyjne opakowań mleka spożywczego. Zarówno w Europie, jak i w naszym kraju zdecydowanie zmniejszyła się ilość mleka pakowanego w tradycyjne opakowania szklane (butelki) na korzyść opakowań wielowarstwowych z różnych tworzyw (tworzywa sztuczne, karton, aluminium) oraz opakowań wyłącznie z tworzyw sztucznych” (źródło: http://www.pttz.org/zyw/wyd/czas/2009,%202(63)/01_Panfil.pdf ).

      Czy aluminium i tworzywa sztuczne są całkowicie bezpieczne jako materiał na opakowanie na mleko?

      Jak wiadomo, aluminium (glin, symbol „Al”) jest pierwiastkiem neurotoksycznym. „Neurotoksyczność glinu została udowodniona eksperymentalnie, znalazła też potwierdzenie w encefalopatii dializowanych [osób z niewydolnością nerek, które dializowano płynem dializacyjnym zawierającym glin] jak również u chorych z niewydolnością nerek przyjmujących preparaty glinu w celach terapeutycznych. Ze względu na podobieństwo zmian histopatologicznych w zatruciach doświadczalnych do obrazu morfologicznego w chorobie Alzheimera, zaczęto poszukiwać związku między rosnącym trendem występowania tej choroby oraz innych chorób zwyrodnieniowych układu nerwowego, a środowiskowym wpływem glinu” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Neurotoksyczność glinu może objawiać się również w postaci neurologicznych powikłań poszczepiennych: powszechnym adiuwantem stosowanym w szczepionkach jest wodorotlenek glinu. Wg wypowiedzi lekarza, dr Jerzego Jaśkowskiego aluminium to „metal powodujący śmierć komórek nerwowych - neuronów. Jest to niezwykle toksyczny metal, szczególnie w połączeniu z rtęcią. Udowodniono jego rolę w chorobie Alzheimera, autyzmie, drgawkach, śpiączce i chorobach kości”.

      Ponadto, „nadmiar glinu nadmiernie obciąża wątrobę, a przyjmowanie dużych dawek tego pierwiastka, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, skutkuje upośledzeniem funkcji i mniejszą wydajnością tego organu w późniejszych latach. [...] Glin łatwo asymiluje się ze związkami wapnia łatwo przyswajalnego do związków trudno przyswajalnych. Dlatego też należy ograniczać jego spożycie w okresie wzrostu i rozwoju układu kostnego” (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Glin )

      Al znajduje się w piwie oraz sokach owocowych przechowywanych w opakowaniach aluminiowych. Jego stężenie rośnie w miarę okresu przechowywania. Po dwunastu miesiącach przechowywania stężenie Al w piwie osiąga wartość 10-20 mg/l” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Czy zwiększa się stężenie aluminium w mleku przechowywanym w kartonach z warstwą aluminiową? Myślę, że można mieć co najmniej obawy.

      Mam też obawy co do tworzyw sztucznych, z których wykonywane są opakowania na mleko. Z materiałów syntetycznych uwalniają się małe ilości chemicznych substancji lotnych, należy zatem unikać stosowania sztucznych opakowań do przechowywania żywności oraz nie spożywać wody z plastikowych butelek (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 231). Mleko bardzo łatwo pochłania zapachy, co można zauważyć, wstawiając je w otwartym naczyniu do lodówki, w której znajdują się też inne produkty spożywcze. Przypuszczam więc, że mleko łatwiej niż np. woda reaguje z materiałem, z którego wykonano opakowanie.

       

      WPŁYW MLEKA NA MÓZG

      Czasami dochodzi do przedostania się niestrawionej w pełni kazeiny do krwiobiegu. W jelicie kazeina (dłuższe łańcuchy aminokwasowe) rozpada się do formy prostszej, peptydów (krótszych łańcuchów aminokwasowych), a te z kolei do formy najprostszej – pojedynczych aminokwasów. Białka w formie peptydów, działają jak endorfiny („wewnętrzna morfina”), czyli substancje wywołujące stany euforii, a w dłuższym okresie – apatię, zmiany nastroju i uzależnienie oraz efekt z odstawienia substancji uzależniającej przejawiający się np. rozdrażnieniem (niektóre dzieci codziennie spożywające mleko lub jego przetwory nie potrafią z tych pokarmów zrezygnować). Mleko, a właściwie kazeina może więc mieć działanie narkotyczne (podobnie jak gluten). To zagrożenie zwiększa się w przypadku mleka przemysłowego, przy nadużywaniu jakiegokolwiek mleka oraz przy zaburzeniach w trawieniu kazeiny (np. wskutek zatrucia metalami ciężkimi, które prowadzi do upośledzenia wytwarzania enzymów rozkładających peptydy), jak i w przypadku nieszczelnej ściany jelita (i nie są te czynniki niezależne od siebie; często współwystępują).

      Nie jest tajemnicą, że dzieci ze spektrum autyzmu zaczynają lepiej funkcjonować na diecie z eliminacją lub rotacją kazeiny (oraz glutenu).

       

      MLEKO KOZIE I OWCZE

      Jeśli chodzi o mleko kozie czy owcze, należy postępować tak samo, jak w przypadku mleka krowiego, tj. oferować dziecku mleko i jego przetwory pozyskiwane w sposób tradycyjny, naturalny, całkowicie rezygnując z produktów mlecznych przemysłowych; kierować się smakiem dziecka (nie podawać, gdy nie smakuje); robić kilkudniowe lub dłuższe, całkowite przerwy od oferowania pokarmów mlecznych, a w przypadku reakcji alergicznych lub objawów nietolerancji pokarmowej zmniejszać częstotliwość i dawkę do takiego poziomu, przy którym nie będzie żadnych reakcji; w przypadku ciężkich objawów zrobić kilkumiesięczną lub dłuższą przerwę, w skrajanych przypadkach – całkowicie zrezygnować z mleka i jego przetworów.

      Moja Dziewczynka źle reaguje na mleko kozie (zmiany skórne wokół ust), podczas gdy nie widać u niej w ogóle reakcji na mleko krowie spożywane raz w tygodniu w dość dużych ilościach (najczęściej około litra w ciągu dnia). Oczywiście oba rodzaje mleka pochodzą prosto z gospodarstwa wiejskiego.

      Reakcja alergiczna lub nietolerancja pokarmowa na mleko kozie lub owcze może wystąpić dopiero w dłuższym okresie (kilka dni / tygodni / miesięcy, rok, dwa lata), gdy takie mleko spożywane jest non-stop, bez odpowiednio długich przerw. Dotyczy to szczególnie tych dzieci, u których już stwierdzono nadwrażliwość (alergię lub nietolerancję) na mleko krowie. Dzieje się tak ze względu na reakcje krzyżowe, które są charakterystyczne dla pokarmów z danej grupy, w tym wypadku – grupy pokarmów mlecznych pochodzących od różnych zwierząt.

      Każdy rodzaj mleka, niezależnie od jakiego zwierzęcia pochodzi, zawiera białka mleczne. Jednym z tych białek (występującym w największej ilości) jest kazeina. Mleko kozie zawiera około 68% kazeiny w stosunku do ogólnej ilości białek, podczas gdy mleko krowie – 75%. Kazeina w mleku kozim ma nieco inną strukturę niż kazeina w mleku krowim. Inne są też proporcje pozostałych białek oraz składników mleka (witamin, minerałów, tłuszczu, węglowodanów), przez co oba rodzaje mleka mają nieco inne właściwości (zob.: www.kozy.edu.pl/?sklad-i-wartosc-odzywcza-mleka-koziego-w-porownaniu-z-mlekiem-krowim-owczym-i-kobiecym.,78 ). W przypadku mleka owczego, zawartość kazeiny jest większa, niż w przypadku mleka koziego i krowiego. Ale tu też należy mieć na uwadze to, że o właściwościach pokarmu decydują wszystkie jego składniki, ich struktura, proporcje w całościowym składzie oraz synergia (interakcja) tych składników. W ocenie oddziaływania danego rodzaju mleka zawsze należy przede wszystkim obserwować indywidualną reakcję organizmu naszego dziecka, a dopiero potem kierować się teorią czy powszechnymi opiniami (np. przekonaniem, że mleko kozie można podawać bez ograniczeń dzieciom uczulonym na mleko krowie).

       

      MLEKO MODYFIKOWANE

      Mleko modyfikowane kojarzy mi się z suchą karmą dla psów (nie chcę urażać mam, które karmią takim mlekiem swoje dzieci, chcę je tylko przestrzec; sama kiedyś do nich należałam, czego do dzisiaj bardzo żałuję): oba produkty są bardzo wygodne w użyciu i rzekomo „pełne wartości odżywczych” (według zapewnień producentów). Co więcej, produkty te są pięknie opakowane... w tworzywa sztuczne, czasami z dodatkiem aluminium. W rzeczywistości, suche, sproszkowane mleko, tak samo jak pokarm dla psów w postaci przemysłowych kuleczek czy kwadracików, to martwy, niedodający energii pokarm, czasami sztucznie uzależniający i naruszający naturalne mechanizmy metabolizmu na poziomie mózgu. W dłuższym okresie czasu regularne spożywanie tego rodzaju produktu może skutkować osłabieniem organizmu, różnymi zaburzeniami (np. łaknienia), a w rezultacie - poważniejszymi chorobami.

      Mleko modyfikowane to bomba z opóźnionym zapłonem”, jak pisze autorka bloga „Zielony Zagonek”. Warto poczytać: http://zielonyzagonek.pl/mleko-modyfikowane/ .

      I jeszcze parę słów od autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”: Jeśli chcemy zapobiegać powstaniu kolki jelitowej i alergii u niemowlęcia, musimy dopilnować, aby na oddziale noworodkowym nie podano naszemu nowo narodzonemu dziecku ani jednej dawki sztucznego pokarmu. Ważne jest też, aby później, w domu, przy naturalnym karmieniu piersią nie dokarmiać i nie poić niemowlęcia innymi pokarmami niż mleko matki. Należy tak postępować dlatego, że jelito malutkiego dziecka jest bardzo przepuszczalne (po to, aby móc „wpuścić” do krwiobiegu naturalne białkowe przeciwciała z mleka matki), przez co niestrawione cząstki obcych białek (znajdujących się m.in. w mleku modyfikowanym) łatwo przedostają się do krwiobiegu, dochodzi do szkodliwych reakcji immunologicznych z produkcją przeciwciał IgE, których niedojrzały organizm niemowlęcia nie jest w stanie opanować. W ten sposób utrwala się alergiczna reakcja na obce białka, co zostało potwierdzone w badaniach. Mleko matki ma tak wielką przewagę nad innymi pokarmami, że zalecane jest nieprzerywanie karmienia nawet wtedy, gdy dziecko ma alergię na jedzenie spożywane przez matkę i matka nie wytrzymuje rygorów diety zalecanej dla niej w okresie karmienia piersią: lepiej zaniechać diety niż karmienia piersią  (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 261-262, 310-312).

      Ja sama mogę potwierdzić powyższe na przykładzie moich Dzieci. Choć miałam nikłą wiedzę o zdrowym odżywianiu dziecka, gdy rodziłam mojego Chłopczyka, zakazałam dokarmiania Go czymkolwiek na oddziale noworodkowym. Długo nie miałam pokarmu (nie licząc paru kropelek), być może wskutek cesarskiego cięcia. Długo, bo kilka dni. Dziecko przystawiałam jednak do piersi non-stop od dnia narodzin i miałam niesamowitą, intuicyjną pewność siebie, że wszystko będzie w porządku, mimo, że pokarm nie pojawiał się, a Chłopczyk z dnia na dzień tracił na wadze (ponad normę dla fizjologicznego spadku wagi). Krzyczała na mnie pielęgniarka, grożąc, że nie bierze odpowiedzialności za to, do czego to doprowadzi. Nie ugięłam się jednak, czując, że tak jest właściwie. Pokarm przyszedł nagle, w olbrzymich ilościach. I tak pozostało przez pierwsze sześć miesięcy życia Chłopczyka: zero jakiegokolwiek obcego pokarmu, w tym - ani kropli wody. W pierwszym roku życia mojego Chłopczyka, który cały czas pięknie przybierał na wadze, nie zauważyłam objawów alergii na mleko.

      Inaczej było z Dziewczynką. Pozwoliłam tylko raz dokarmić ją z butelki na oddziale noworodkowym. Nie mam też pewności, czy to rzeczywiście był tylko jeden raz. Dziecko od początku miało problemy z odruchem ssania. Autorzy wspomnianej wyżej książki przestrzegają przed sztucznym dokarmianiem również dlatego, że takie dokarmianie łatwo narusza delikatną naturalną równowagę „podażowo-popytową”, jaka wykształca się między organizmem matki i dziecka, co skutkuje problemami ze ssaniem. Tuż po powrocie do domu ze szpitala zaobserwowałam u Dziewczynki niepokojące objawy, które pediatra przypisał prawdopodobnej alergii Dziecka na mleko spożywane przeze mnie. Gdy wyeliminowałam mleczne pokarmy z mojej diety, niepokojące objawy u Dziewczynki znikły.

      Nie twierdzę, że historie moich Dzieci związane są jedynie z czynnikiem naturalnego karmienia i dokarmiania lub niedokarmiania ich butelką. Biorę jedynie ten czynnik pod uwagę w swoich rozważaniach.

       

      MLEKO W KOMPOZYCJACH POKARMOWYCH

      Obserwuję, że czasami potencjalnie szkodliwy pokarm mleczny, spożyty w smakowitej kompozycji smakowej nie powoduje jakichkolwiek dolegliwości. Myślę, że odpowiedzi można szukać w zasadach komponowania posiłków wg pięciu smaków (kwaśnego, gorzkiego, słodkiego, ostrego, słonego), z uwzględnieniem natury pokarmów (zimnej, chłodnej, neutralnej, ciepłej, gorącej), o czym mówi medycyna chińska. Poza tym, im tłustsza forma pokarmu mlecznego, tym mniej szkodliwa: z reguły nie szkodzi surowe masło, a tłusta śmietana wydaje się być bezpieczniejsza od samego mleka (zob. publikacje dr Ewy Bednarczyk-Witoszek). Nie ma niepodważalnej reguły, choć z pewnością inaczej jest w przypadku nietolerancji pokarmowej, a inaczej w przypadku klasycznej alergii IgE-zależnej, ale o tym – kiedy indziej. Pozostaje obserwacja i wiedza, że dla każdego rodzaju pokarmu i jego potencjalnej szkodliwości lub dobroczynności ma znaczenie towarzystwo innych pokarmów, dodatków (np. przypraw, ziół), obecność żywych enzymów, pożytecznych drobnoustrojów, sposób przygotowania posiłku, jak również inne posiłki w dobie.

       

      PODSUMOWANIE

      Prawdziwe mleko i jego przetwory należy traktować neutralnie, stosując się do poniższych zasad: 

      1. Nigdy nie podawaj dziecku przemysłowego mleka i przemysłowych produktów mlecznych (jogurtów, kefirów, jakichkolwiek serów, śmietany), w tym – modyfikowanego mleka w proszku.
      2. Postaraj się o surowe mleko, masło, śmietanę i biały ser wytwarzane w wiejskim gospodarstwie, w higienicznych warunkach.
      3. Po etapie karmienia piersią (dobrze, aby ten etap trwał jak najdłużej) zaproponuj dziecku całą gamę naturalnych produktów mlecznych; zobacz, co wybierze. Niech naje się do syta. W przypadku występowania wyraźnych zaburzeń zdrowotnych, ogranicz mleczną ofertę do jednego dnia w tygodniu, a przy silnej wrażliwości pokarmowej (np. wyraźnej alergii typu IgE) – do jednego małego posiłku mlecznego w tygodniu (jest to rodzaj „szczepionki”, sposób na ostrożne oswajanie organizmu z białkami mlecznymi), oczywiście tylko wtedy, jeśli dziecko lubi posiłki mleczne. Jeśli dziecko jest zdrowe, w ramach profilaktyki dbaj o regularne, co najmniej trzydniowe całkowite przerwy w podawaniu pokarmów mlecznych na przestrzeni około tygodnia.
      4. Zwróć uwagę na ewentualne reakcje organizmu do trzech dni (72 godzin) po spożyciu mlecznego pokarmu, a w szczególności reakcje: układu pokarmowego (np. rozwolnienie, zatwardzenie, wzdęcia, ból brzucha), skóry (np. wysypka, świąd, nienaturalnie czerwone policzki, bolesne zaczerwienienie wokół ust), układu oddechowego (np. nagły wodnisty katar, chroniczny katar, zatkany nosek, kaszel, ból gardła, chrapanie w nocy), układu nerwowego (np. rozdrażnienie „bez powodu”, tiki, apatia, niewyraźna mowa, słaby kontakt z rozmówcą, nadwrażliwość na światło, dźwięk lub dotyk, ból głowy, nietypowa senność, agresja, drgawki lub wyłączenia świadomości w epilepsji), jakiekolwiek inne reakcje (np. ból ucha, podrażnione dziąsła, ból w kolankach, ból kości nóg). Trzy dni to (wg alergologii) czas, w którym organizm oczyszcza się z potencjalnych szkodliwych cząstek pokarmowych krążących w krwiobiegu i powodujących różne dolegliwości.
      5. Nigdy nie nakłaniaj dziecka do zjedzenia pokarmu mlecznego, jeśli nie ma na niego ochoty. Zadbaj, aby zawsze było dostępne inne, alternatywne i akceptowane przez dziecko jedzenie, najlepiej w postaci dwóch – trzech innych propozycji (np. jajko na miękko, zupa jarzynowa, jabłko duszone z cynamonem i oliwą z oliwek, kokos), do wyboru dziecka.
      6. Matko, karm dziecko jedynie swoim mlekiem (a nie mlekiem zwierząt) tak długo, jak długo ono będzie sięgać do Twojej piersi, nie planuj czasu „odstawienia od piersi”; pozwól Naturze zadecydować o tym za Ciebie, jeśli tylko pozwalają Ci na to warunki (postaraj się stworzyć sobie te warunki). Nie słuchaj „dobrych rad” z otoczenia, wsłuchuj się w Twoje Dziecko i w siebie samą. Tej inwestycji w długoterminowe zdrowie Twojego Dziecka, jak również w Wasze relacje na całe życie nie można przecenić.

      Przed całkowitą eliminacją mleka przestrzegałabym szczególnie wtedy, gdy dziecko jest bardzo „wybredne” w jedzeniu, ale gdy akceptuje mleko i jego przetwory. Do takich dzieci należą moje: relatywnie rzadko sięgają po mięso i jajka, a orzechy jadają głównie w sezonie, za to lubią mleko. Prawie odpadają w naszym przypadku ryby, z przyczyn obiektywnych (tj. z braku stałego dostępu do nieskażonych i świeżych ryb). Moje Dzieci ledwo co akceptują warzywa. Podając im raz w tygodniu świeże, pełnotłuste i surowe mleko prosto od krowy, a w sezonie -  żywionej świeżą zieloną trawą, wiem, że mają w ten sposób zapewnione dodatkowe witaminy (A, E, D, z grupy B), cenny sprzężony kwas linolowy (zob.: http://www.izz.waw.pl/pl/eufic?id=125 ), enzymy, wapń (łatwo przyswajalny w takim mleku) i inne minerały (fosfor, potas, magnez) oraz cenny tłuszcz mleczny, w tym - kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych. Tłuszcz i witamina D są jednym z kluczowych czynników powrotu do zdrowia dzieci z chorobami neurologicznymi, jak również czynnikiem prawidłowego rozwoju mózgu i całego układu nerwowego u wszystkich dzieci.

      Zanim pochopnie wyeliminujemy dziecku z diety mleko i wszelkie jego postaci, zastanówmy się, dlaczego chcemy to zrobić. Jeśli jedynie dlatego, że kierujemy się hasłem: „Mleko jest tylko dla cieląt”, to być może zwalniamy się z wysiłku poszukiwania pełnej wiedzy i dokonywania indywidualnej obserwacji, podejmowania prób i wyciągania niezależnych wniosków, podążając za ogólnym trendem, żeby nie powiedzieć - modą. Wszak każdą, nawet „najmądrzejszą” teorię trzeba sprawdzać, w miarę możliwości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO – CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:35
  • sobota, 01 marca 2014
    • MLEKO - CZ. I

       

      Oficjalna definicja mleka [krowiego] brzmi: mleko jest to produkt wymienia krowy, do którego nic nie dodano ani nic od niego nie ujęto. Takiego mleka właściwie na rynku nie ma” (spis literatury: pkt. 3, str. 145-146).

      Mleko to dar Natury. Nie tylko dla cieląt... Tak samo, jak żółtko jajka, z którego bez wahania korzystamy, nie myśląc o tym, że jego pierwotne przeznaczenie to wyżywienie niewyklutego kurczaczka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy ma wspaniały smak, który dzieci z reguły uwielbiają. A dobry smak to naturalny sygnał, że takie mleko może służyć zdrowiu, przynajmniej u w pełni zdrowego dziecka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy jest naturalnym środowiskiem występowania jednego z najzdrowszych tłuszczów dla człowieka, a zwłaszcza dla dziecka: tłuszczu mlecznego (masła). Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że tłuszcz mleczny spożyty w postaci świeżego surowego mleka być może jest lepiej metabolizowany (przyswajany, wykorzystywany przez organizm), niż jego postać „wydobyta” z mleka, czyli masło.

      Z drugiej strony, nie dziwię się coraz powszechniejszej opinii, że mleko to trucizna. A nawet zgodzę się z tą opinią, po wyjaśnieniu i uporządkowaniu pewnych kwestii.

       

      CO NAZYWAMY MLEKIEM?

      Czy prawdziwe mleko można kupić w zwykłym sklepie? Nie. Współcześnie, to, co kupujemy w sklepie, to biała ciecz, zwana mlekiem, o mlekopodobnym smaku. Nie zbiera się na powierzchni tego płynu śmietanka, tak jak to się dzieje w przypadku prawdziwego mleka. Mlekopodobny produkt nie kwaśnieje w ciągu doby - dwóch, przemieniając się w pyszne zsiadłe mleko. Ten produkt to trucizna. Pierwsze więc nieporozumienie w dyskusji na temat mleka związane jest z nierozróżnianiem mleka przemysłowego (i przetworów mlecznych przemysłowych) od mleka prawdziwego (i przetworów mlecznych naturalnych). A to rozróżnienie jest niezbędne dla właściwej oceny ewentualnej szkodliwości mleka (i jego przetworów) w przypadku konkretnego dziecka.

      Kolejne nieporozumienie dotyczy eliminacji czystego mleka z diety ze względów zdrowotnych, przy jednoczesnym spożywaniu produktów wytwarzanych z mleka lub zawierających mleko (np. czekolady mlecznej). Z punktu widzenia alergologii, mleko i wszelkie jego przetwory to to samo. Jeśli mówimy o eliminacji lub rotacji mleka w diecie, eliminujemy lub rotujemy zarówno mleko, jak i każdą jego postać: kefir, jogurt, wszelkie sery, śmietanę słodką i kwaśną, sernik, kakao na mleku, lody, przemysłowe produkty spożywcze z dodatkiem mleka w proszku (np. chrzan, ... parówki!), najmniejsze ilości mleka lub śmietany dodawane do kawy, zupy itp.

       

      CO TAK NAPRAWDĘ SZKODZI?

      Gdy mówimy o szkodliwości mleka, zazwyczaj myślimy o jego dwóch składnikach: kazeinie (głównym białku mleka krowiego) i laktozie (naturalnym cukrze mlecznym), ale nie bierzemy już pod uwagę takich czynników, jak postać i ilość tłuszczu, rodzaj wapnia, brak żywych enzymów, obecność szkodliwych substancji i leków w organizmie krowy, cukrogenność mleka i jego przetworów czy nadużywanie tych produktów w diecie.

      Białko mleczne w mleku przemysłowym

      Białko mleczne (głównie: kazeina, ale też laktoglobulina i laktoalbumina) może powodować zarówno alergię (relatywnie szybką negatywną reakcję organizmu, której towarzyszy pojawienie się przeciwciał IgE), jak i nietolerancję pokarmową (odroczoną negatywną reakcję organizmu, bez wyraźnego zaangażowania układu immunologicznego), szczególnie, gdy mamy do czynienia z zaburzeniami jelitowymi.

      Objawy alergii na białko mleczne mogą być następujące: trudności w oddychaniu, wymioty, pokrzywka (nagła zmian skórna z towarzyszącym świądem, która po jakimś czasie znika bez śladu), wodnisty katar, podrażnione oczy, wstrząs anafilaktyczny (bardzo rzadko) i inne. Natomiast objawy nietolerancji białka mlecznego mogą pojawić się m.in. w układzie trawiennym, w systemie hormonalnym, w stawach, kościach (np. osteoporoza) czy w układzie nerwowym (np. chroniczne zmęczenie, migrena, rozdrażnienie, nasilenie objawów padaczki, zaburzenia w zachowaniu).

      Białko mleczne w mleku przemysłowym jest zawsze niebezpieczne, gdyż w wyniku homogenizacji zostaje rozdrobnione do małych molekuł, które w postaci niestrawionej przenikają niedojrzałe i przepuszczalne jelito dziecka. W ten sposób dostają się do krwiobiegu, w postaci szkodliwej (tak samo dzieje się z nienaturalnie małymi drobinami tłuszczu, o czym poniżej), która może prowadzić do rozwoju alergii i nietolerancji pokarmowej.

      Cukier mleczny – laktoza

      Laktoza występuje w mleku ssaków, w tym – w mleku kobiecym. Jest to dwucukier, który może powodować nietolerancję pokarmową w przypadku, gdy organizm nie wytwarza laktazy - enzymu potrzebnego do strawienia laktozy. Prawie wszystkie niemowlęta i małe dzieci wydzielają laktazę. U dorosłych wydzielanie laktazy zanika, jeśli nie spożywają oni produktów mlecznych, mogą jednak odtworzyć produkcję tego enzymu, gdy powrócą do spożywania mleka lub / i jego przetworów.

      Jeśli dziecko nie wytwarza laktazy, niestrawiona laktoza w jelicie staje się pożywką dla bakterii jelitowych. Bakterie rozmnażają się, wydzielając gaz i toksyczne substancje, które z kolei powodują ból i biegunkę. Taki stan może być przyczyną kolki u niemowląt.

      Tłuszcz w mleku przemysłowym

      Tłuszcz w mleku naturalnym (tj. nieprzetworzonym, prosto od krowy) ma postać stosunkowo dużych cząstek o różnych wielkościach, które naturalnie zbierają się na powierzchni mleka, w postaci śmietany. Natomiast tłuszcz w mleku przemysłowym, po obróbce jaką jest homogenizacja, zostaje rozbity do nienaturalnie małych, jednorodnych drobin, które wraz z mlekiem tworzą jednolitą ciecz; dlatego śmietana, nawet w tzw. „mleku tłustym” nie zbiera się na powierzchni. Homogenizacja to „gwałt zadany naturze” (Józef Słonecki): te nienaturalnie drobne cząsteczki tłuszczu, w postaci niestrawionej przenikają przez nabłonek jelita do krwi i zaczynają w niej krążyć jako toksyna. Picie takiego mleka na co dzień z pewnością prowadzi do chorób, czasami o odroczonych objawach, które trudno kojarzyć z ich prawdziwą przyczyną.

      Wapń w mleku przemysłowym

      Wapń w mleku przemysłowym ma postać nieorganiczną, a więc nieprzyswajalną. Taki wapń powoduje zmiany zwyrodnieniowe, np. zwapnienia w stawach, w kręgosłupie, zmiany miażdżycowe.

      Przemysłowa pasteryzacja lub sterylizacja błyskawiczna (UHT) mleka powoduje, że zostają w nim zniszczone organiczne sole wapnia. Wapń, który znajduje się w mleku przemysłowym jest nieorganicznym wolnym pierwiastkiem, który łatwo łączy się z kazeiną, zwłaszcza w wysokiej temperaturze. „Jest to bezużyteczny dla organizmu nieorganiczny pierwiastek, taki sam jak w kamieniu wapiennym czy wapnie budowlanym” (pkt. 4, str. 209).

      Brak żywych enzymów w mleku przemysłowym

      Przyglądając się bliżej mleku przemysłowemu, warto wziąć jeszcze jedno pod uwagę: w takim mleku nie ma naturalnych enzymów, które występują w mleku prosto od krowy. Enzymy ułatwiają przyswajanie składników pokarmowych, mają wpływ na reakcje biochemiczne towarzyszące trawieniu. Jak wpływają enzymy na trawienie laktozy i kazeiny obecnych w mleku naturalnym, a tym samym, na ich potencjalną szkodliwość / nieszkodliwość? Innymi słowy: czy laktoza i kazeina zawarte w mleku przemysłowym nie są czasami szkodliwe dlatego, że brakuje w nim cennych enzymów?

      Oddaję głos lekarzowi i specjaliście biotechnologii, dr. Perugni Billi: „Mleko znajdujące się w handlu jest z reguły pasteryzowane. [...] Proces ten [pasteryzacji], nakazany prawem, niszczy większość enzymów zawartych w mleku [...], czyniąc go produktem martwym. Te ważne i zdrowe enzymy między innymi ułatwiają trawienie samego mleka. Dlatego wiele osób ma trudności lub wręcz nie może go strawić i po spożyciu mleka ma dolegliwości przewodu pokarmowego. Ponadto, pasteryzacja niszczy od 10 do 50% witaminy C w nim zawartej oraz w mniejszym stopniu wiele innych witamin, wśród których są B6, B12 i A. Są również niszczone żywe kultury bakterii, a białka ulegają denaturacji. Według niektórych autorów zmianie ulega również charakterystyka chemiczna minerałów. Nie wspominamy już o tym, co pozostaje w mleku UHT, traktowanym jeszcze wyższymi temperaturami [niż w przypadku pasteryzacji]” (pkt. 3, str. 146-147).

      Przemysłowe przetwory mleczne

      Śmietany przemysłowe mogą zawierać żelatynę, gumę guar, karagen, mączkę chleba świętojańskiego, skrobię modyfikowaną kukurydzianą i inne dodatki, które sprawiają, że śmietana jest gęsta, nawet jeśli ma niską zawartość tłuszczu. Co więcej, nie zawsze na opakowaniu śmietany podany jest pełny skład produktu, gdyż prawo tego nie wymaga. Budowa molekularna cząsteczek tłuszczu w przemysłowej śmietanie jest sztucznie zmieniona (przez przemysłowe wirowanie), ze szkodą dla organizmu ludzkiego (zob. www.zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html, drugi film od 8 minuty).

      Masło przemysłowe często jest „wzbogacone”, poprzez dodanie do niego szkodliwych dla zdrowia substancji, np. mleka w proszku czy rafinowanych olejów roślinnych. Niestety, podobnie jak w przypadku śmietany, nie zawsze dowiadujemy się o tym z etykiety produktu. Masło przemysłowe jest martwe, pozbawione żywych enzymów. Ponadto, naturalna struktura molekularna cząsteczek tłuszczu w maśle jest zniszczona, tak, jak w przypadku przemysłowej śmietany.

      Maślanka przemysłowajest szczytem bezczelnego oszustwa. [...] Jest to napój mleczny wytworzony z mleka odtłuszczonego albo mleka w proszku, zaś smak i inne cechy maślanki nadają mu zagęszczacze, stabilizatory, utrwalacze, substancje smakowe i zapachowe” (pkt. 4, str. 202).

      Twaróg przemysłowy, w dzisiejszej dobie bezwzględnej pogoni za zyskiem, powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym dodanym przez producenta (kiedyś dodawano bakterie produkujące kwas mlekowy, ale to się już „nie opłaca”, bo wydłuża cykl produkcji o dwa dni...). Natomiast twaróg wytwarzany metodą tradycyjną powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym produkowanym przez naturalne bakterie mlekowe obecne w naturalnym, surowym mleku. Jaka jest więc różnica między twarogiem przemysłowym a twarogiem naturalnym? Twaróg naturalny zawiera małą ilość laktozy (cukru mlecznego), gdyż ta jest konsumowana przez żywe bakterie kwasu mlekowego. Ponadto, w takim twarogu znajdują się naturalne enzymy, ułatwiające trawienie i przyswajanie zawartych w nim składników odżywczych. Co więcej, podobnie jak w przypadku mleka prosto od krowy, cząstki tłuszczu i białka pozostają w swych naturalnych rozmiarach, nieszkodliwych dla organizmu ludzkiego. W twarogu przemysłowym z kolei, pozostaje duża ilość laktozy (bo nie ma bakterii), która może powodować problemy u osób z nietolerancją tego cukru. Na dodatek, wapń w twarogu przemysłowym jest wapniem nieorganicznym, a więc nie tylko bezużytecznym, ale wręcz szkodliwym pierwiastkiem (podobnie jak w przypadku wapnia w mleku przemysłowym), który łączy się z białkiem - kazeiną, głównym składnikiem twarogu (w przypadku twarogu naturalnego większość wapnia, w postaci organicznych soli wapnia, pozostaje w serwatce). Wreszcie, twaróg przemysłowy pozbawiony jest cennych enzymów.

      Serki homogenizowane, tak chętnie serwowane dzieciom,  są szczególnie niebezpieczne, ze względu na bardzo duże rozdrobnienie kazeiny. Rozdrobnione do nienaturalnie małych rozmiarów białko przenika ściankę jelita w formie niezmienionej (tj. nie zostaje przekształcone w akceptowaną przez organizm formę aminokwasów), a tym samym postrzegane jest przez organizm jako antygen (obce białko). W rezultacie w krwiobiegu pojawiają się przeciwciała lub/i zachodzą reakcje zapalne, dające objawy alergii lub nietolerancji pokarmowej.

      Nie opisuję wszystkich możliwych przemysłowych produktów mlecznych (pominęłam sery żółte, topione, pleśniowe, kefiry, jogurty, mleko modyfikowane dla niemowląt), bo temat wyszedłby poza przyzwoitą długość wpisu blogowego, nie chcę też zanudzać moich Czytelników. Chcę jednak zaznaczyć, że wszystkie przemysłowe produkty mleczne są niebezpieczne lub potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia, ze względu na ich sztucznie zmienioną strukturę chemiczną, dodatki (konserwanty, zagęszczacze, syntetyczną podpuszczkę, szkodliwe rafinowane tłuszcze roślinne, sztuczne barwniki, aromaty, smaki, cukier, sztuczne witaminy, substancje słodzące itd.), a co gorsze – brak prawnego wymogu podawania pełnej informacji o składzie produktu mlecznego na etykiecie.

      Odtłuszczenie

      Mleko przemysłowe (jak również przemysłowe produkty mleczne) często ma postać odtłuszczoną, chętnie wybieraną przez konsumentów. Jednak, jak pisze w swej książce dr Perugini Billi (str. 145), „spożywanie mleka odtłuszczonego jest bezmyślnym działaniem przeciw własnemu zdrowiu”. Takie mleko nie jest produktem naturalnym i pozbawione jest swoich cennych składników spożywczych. „W tłuszczu mleka są rozpuszczone witaminy, sprzężony kwas linolowy, kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych, ułatwiające absorpcję minerałów. Mleko jest polecane w leczeniu osteoporozy, ale tylko wtedy, gdy jest pełnotłuste. W formie odtłuszczonej daje efekty wprost przeciwne. Mleko odtłuszczone jest wzbogacone w wapń, ale jego absorpcja wynosi zaledwie 5%, w porównaniu z 50% absorbowanego wapnia z mleka pełnego. [...] W ostatnim okresie rozpowszechnia się niebezpieczny nawyk dawania dzieciom produktów odtłuszczonych. Dzieci do swego wzrostu potrzebują dużej ilości tłuszczów, przede wszystkim do rozwoju systemu nerwowego. Dzieci na diecie ubogiej w tłuszcze, zawierającej mleko odtłuszczone, wykazują niedobory witaminy E, C i cynku” (pkt. 3, str. 146, podkreślenie moje).

      Ponadto, jak zauważa dr Ewa Bednarczyk-Witoszek, tłuszcz, jako składnik bezalergenowy i niewywołujący nietolerancji pokarmowej, niejako amortyzuje potencjalnie alergenne czy w inny sposób szkodliwe działanie białka mlecznego. Stąd, im tłustsza postać pokarmu mlecznego, tym bezpieczniejsza; masło, które zawiera najmniej drobin białkowych i jest najbardziej tłuste w całej grupie mlecznej, raczej nie sprawia problemów (poza przypadkami szczególnej wrażliwości); w alergiach lub nietolerancjach pokarmowych śmietana mniej szkodzi niż mleko, a mleko tłuste mniej niż to odtłuszczone.

      Chemia w mleku

      W mleku krów hodowanych na skalę przemysłową możemy spodziewać się obecności szkodliwych substancji, np. pestycydów, antybiotyków, metali ciężkich. Warto więc szukać pojedynczych krówek, swobodnie pasących się na zielonej trawie, w świetle ciepłego słońca, z dala od dróg...

      Cukrogenność i nadmiar w diecie

      Produkty mleczne mają silne działanie cukrogenne (glukogenne) ponieważ zawierają aminokwasy glukogenne, wapń, laktozę, kwas mlekowy” (pkt. 1, str. 131). Innymi słowy, spożywanie mleka i jego przetworów powoduje relatywnie duży wzrost stężenia glukozy we krwi, podobnie jak w przypadku spożywania pokarmów zbożowych (chleba, wypieków z mąki, makaronów, kasz)  i cukrów prostych (owoców, słodyczy). Stąd, im większy udział węglowodanów (zbóż i cukrów prostych) w diecie dziecka, tym mniejsza tolerancja pokarmów mlecznych (mleka, serów, kefirów, jogurtów, śmietany).

      Pokarmy cukrogenne szkodzą, gdy są spożywane w nadmiarze. Duże lub częste wzrosty stężenia glukozy we krwi mają działanie prozapalne i śluzotwórcze, nie sprzyjają leczeniu katarów, kaszlu, bolącego gardła, zmian skórnych, zaburzeń jelitowych, zaburzeń hormonalnych, nieprawidłowego funkcjonowania komórek i naczyń w mózgu oraz wielu innych chorób. Z pewnością pokarmy mleczne są szkodliwe dla dzieci z cukrzycą.

       „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” (Paracelsus). O tym zapominamy, zastanawiając się nad mlekiem.

      Myślę, że równie łatwo jak mleko, okrzyknięto by trucizną np. ryby (a szczególnie te z zanieczyszczonych mórz czy w formie przemysłowych paluszków rybnych w panierce), jajka czy orzechy włoskie, gdyby ludzie spożywali je codziennie, od urodzenia, przez wiele, wiele lat, lub gdyby podawano je już niemowlętom (być może w formie modyfikowanego białka ryb, jajek, orzechów, tak jak robi się to w przypadku białka mlecznego) również codziennie i kontynuowano takie karmienie dzieci w ich kolejnych latach życia. Natomiast ryby, orzechy, jajka czy... mleko, w swojej nieskażonej i naturalnej postaci, wprowadzane do diety małego człowieka, u którego układ immunologiczny osiągnął już pewną dojrzałość, wprowadzane w sposób stopniowy i sporadyczny, a potem oferowane od czasu do czasu, z pewnością nie wywołają u niego długookresowej alergii czy nietolerancji pokarmowej, a raczej będą mu służyć pod względem odżywczym.

      Zgodzę się, że dzieci to nie cielęta: nie muszą, wręcz nie powinny pić mleka krowiego... codziennie. Na tym koniec porównywania się z cielętami.

      Każdy pokarm spożywany w nadmiarze szkodzi, a więc truje: powoduje pewne zaburzenia w organizmie, a w konsekwencji - dolegliwości. Ignorowane zaburzenia w długim okresie prowadzą do chorób, często chronicznych, a te skracają życie. Nadmiar to zbyt duża dawka w ciągu doby lub zbyt duża częstotliwość spożywania, nawet, jeśli pojedyncze porcje są małe. Dobrym przykładem tego drugiego jest kawa lub herbata z dodatkiem małej ilości mleka pita codziennie.

      Dawkę i częstotliwość ustalamy dla każdego dziecka indywidualnie, na podstawie obserwacji reakcji jego organizmu. Moim Dzieciom nie szkodzi surowe mleko z gospodarstwa wiejskiego, pite raz w tygodniu do syta. Pijają od jednej szklanki do jednego litra na głowę, w zależności od ochoty. Czasami robimy kilkutygodniowe lub sezonowe przerwy od mleka w ogóle. Sery i inne produkty mleczne jadają bardzo rzadko. Chłopczyk lubi od czasu do czasu kwaśną tłustą śmietanę (z niepasteryzowanego mleka wiejskiego), ale w małych ilościach, głównie jako dodatek do placków ziemniaczanych. A więc ta dawka i ta częstotliwość mleka i jego przetworów jest w porządku w przypadku moich Dzieci.

      Chcę przy tym zaznaczyć, że moje Dzieci doświadczały w przeszłości reakcji alergicznych i nietolerancji m.in. na mleko (objawiających się w drogach oddechowych, w jelitach, na skórze, w układzie nerwowym). Jednak nie wyeliminowałam im mleka z diety, jedynie wprowadziłam jego rotację (czyli podawanie raz na kilka dni, naprzemiennie z innymi pokarmami) i postarałam się o mleko prawdziwe (dojone na moich oczach), całkowicie rezygnując z przemysłowych produktów mlecznych. To wystarczyło, Dzieci są zdrowe!

      Ja sama jestem typowym przykładem „nadwrażliwca” mlecznego: po wypiciu herbaty ze słodką śmietanką, niemal natychmiast odczuwam pewien dyskomfort (namiastkę bólu) w głowie i w jednym uchu; po spożyciu jednorazowej porcji mleka czy sera żółtego odczuwam na drugi dzień ćmienie migrenowe, a po spożywaniu mlecznych produktów przez dwa kolejne dni mam niemal gwarantowaną pełną migrenę. Prawdopodobnie jest to wynik spożywania pokarmów mlecznych dzień w dzień, od niemowlęctwa do wieku... 36 lat! Mówię tu o typowo mlecznych posiłkach (np. kaszy mannie na mleku) i „szklance mleka na zdrowie” spożywanych na co dzień w dzieciństwie oraz o ulubionej niegdyś codziennej kawie i herbacie z mlekiem oraz serze żółtym i twarogu jadanych kilka razy w tygodniu w życiu dorosłym. Do tego dochodzi kwestia jakości mleka i jego przetworów, która przez lata, wraz z rozwojem „cywilizacji spożywczej” pogarszała się. Teraz nie odrzucam całkowicie pokarmów mlecznych; od czasu do czasu spożywam kwaśną tłustą śmietanę w małych ilościach i prawie codziennie – surowe wiejskie masło. To mi nie szkodzi, czuję się dobrze i jestem zdrowa, pozbyłam się praktycznie moich wszystkich dawnych dolegliwości.

       

      Reasumując aspekt szkodliwości mleka, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście szkodliwe jest mleko w rozumieniu jego definicji przytoczonej na początku tego wpisu, czy raczej jego przemysłowe pochodzenie i przetworzenie oraz powszechne nadużywanie w diecie, w wyniku których to czynników dzieci nabywają alergii lub nietolerancji pokarmowej. Należy pomyśleć o pierwotnej przyczynie szkodliwości.

      Cdn.

       

      Literatura:

      1) dr Ewa Bednarczyk-Witoszek: Dieta dobrych produktów”, Wydawnictwo KOS, 2013 r.;

      2) prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r.;

      3) dr Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r.;

      4) Józef Słonecki: „Zdrowie na własne życzenie”, tom 2, Wydawnictwo Biosłone 2011 r.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO - CZ. I ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 01 marca 2014 23:48
  • sobota, 22 lutego 2014
    • DR SIENKIEWICZ O SZCZEPIENIACH: ARMATA W UKŁAD IMMUNOLOGICZNY DZIECKA

       

      Cieszę się, że dziennikarze TVN kontynuują temat powikłań poszczepiennych, nareszcie w pełni dopuszczając do głosu rodziców, których dzieci ucierpiały wskutek szczepień, jak również lekarzy, którzy otwarcie mówią o zagrożeniach związanych ze szczepieniami.

      Tym razem do studia TVN zaproszono lekarza pediatrę i specjalistę rehabilitacji dziecięcej, dr Dorotę Sienkiewicz (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/O-SZCZEPIENIACH-WYWIAD-Z-DR-SIENKIEWICZ-I-DR.html ), jak również matkę dwóch dziewczynek, u których wystąpiły powikłania poszczepienne. Cytuję fragmenty wypowiedzi pani doktor:

       

      „[...] jeżeli dziecko jest chore, jeżeli dziecko ma zaburzenia immunologiczne czy inne choroby przewlekłe, powinno się jednak ten kalendarz szczepień ustalać indywidualnie”.

      „[...] Minister Zdrowia w swoim rozporządzeniu z 2010 roku [...] wymienia cały szereg odczynów niepożądanych. To są różne kategorie. To są odczyny miejscowe, które nie są takie groźne, ponieważ one ustępują, np. obrzęk, opuchnięcie, to ustępuje. Natomiast są też poważne odczyny poszczepienne ze strony ośrodkowego układu nerwowego i wymieniony jest cały szereg. Są też inne odczyny poszczepienne, wymienione w tymże rozporządzeniu, np. ze strony stawów... aż do tak poważnych powikłań, jak wstrząs poszczepienny”.

      W krajach europejskich, gdzie zmodyfikowano kalendarze szczepień, opierając się na obserwacjach, opierając się na doświadczeniach rodziców, na badaniach prowadzonych, jest bardzo wiele artykułów na temat powikłań poszczepiennych w literaturze anglojęzycznej, zmodyfikowano kalendarze szczepień. Na przykład, nie szczepi się noworodków w pierwszej dobie życia. W Polsce się szczepi. Szczepi się tylko w trzech krajach w Europie: w Polsce, w Rumunii i w Bułgarii. Wszystkie inne kraje odstąpiły od tego typu szczepień w pierwszej dobie życia. Dziecko się rodzi z pewną równowagą, homeostazą organizmu. I teraz, w momencie gdy od razu w pierwszej dobie życia dajemy mu szczepienie, potem w szóstym tygodniu życia, potem po sześciu tygodniach, to jest około 26 szczepień w ciągu pierwszych dwóch lat życia. Więc to jest taka armata w układ immunologiczny dziecka. Odporność się stopniowo rozwija, buduje się w ciągu pierwszych dwóch lat życia. W innych krajach [...], zmodyfikowano, nie ma szczepionek, które zawierają rtęć. W Polsce dzieci nadal dostają szczepionki zawierające rtęć. Są różne opinie na temat rtęci. Niewątpliwie jest ona toksyczna. Nie bez kozery wycofuje się termometry rtęciowe, żarówki rtęciowe, a tutaj podajemy rtęć bezpośrednio do organizmu”.

      Ja przez wiele lat pracowałam jako lekarz pediatra. Ja mam wykształcenie – jestem pediatrą i nie widziałam problemu szczepień. Jestem wykształcona i studenci w tej chwili także są kształceni w ten sposób, że szczepienia to rzeczywiście jest duże osiągnięcie medycyny i mają działać jako profilaktyka i [...] są niewielkie działania [skutki uboczne], które są mniejsze niż korzyści wynikające ze szczepień. Po czym zajęłam się dziećmi niepełnosprawnymi (pracuję na rehabilitacji dziecięcej) i widziałam coraz więcej powikłań poszczepiennych, powikłań neurologicznych. Ja po prostu z tymi dziećmi mam do czynienia. Rodzice mi opowiadają, że rodzi się dziecko zdrowe i w którymś momencie: trzeci, czwarty, piąty miesiąc, zaczyna się cofać. Zaczynają się przeróżne objawy. I to mnie zastanowiło. Dlatego zaczęłam szukać. I rzeczywiście, bardzo wiele się pisze na temat powikłań poszczepiennych”.

      Od 25 listopada zeszłego roku weszła zmiana, dzięki której sami rodzice mogą zgłaszać działania niepożądane, do Urzędu Rejestracji Leków. Jest to dostosowanie do unijnych standardów”.

       

      Link źródłowy i pełna treść wywiadu (w drugim filmie):

      www.dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/wiecej-corek-juz-nie-zaszczepie,114282.html


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „DR SIENKIEWICZ O SZCZEPIENIACH: ARMATA W UKŁAD IMMUNOLOGICZNY DZIECKA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 22 lutego 2014 23:20
  • niedziela, 09 lutego 2014
    • GDY DZIECKO KASZLE

       

      Co zrobić, aby nie dopuścić do pojawienia się długotrwałego kaszlu (lub kataru) u naszego dziecka? Odpowiedź jest pozornie prosta: przestrzegać zasad profilaktyki (piszę o tym w zakładce pt.: „Czynniki zdrowia dzieci”), w tym – zasad zdrowego odżywiania. Nie jest to jednak łatwe zadanie w przypadku dzieci z długotrwale osłabionym, nadwrażliwym układem immunologicznym, u których w pierwszych latach życia nie przestrzegano tych zasad, bo leki i szczepionki miały wszystko „załatwić”.

      Co zrobić, jeśli już nasze dziecko kaszle, przy założeniu, że unikamy środków farmakologicznych? Co zrobić, jeśli u dziecka występuje nadwrażliwość na miód? Często taka nadwrażliwość objawia się wzmożonym wydzielaniem śluzu w górnych drogach oddechowych, a więc wzmożonym katarem lub / i kaszlem. A przecież większość przepisów na domowe „miksturki” mające dać ulgę w uciążliwym kaszlu bazuje na miodzie. Są nimi np. syrop z cebuli i miodu, gorące mleko z czosnkiem, masłem i miodem czy herbata z cytryną, miodem i imbirem. Czasami te zestawienia świetnie działają, ale czasami dają odwrotny efekt.

       

      Przede wszystkim, dziecku w chorobie, które wykazuje zainteresowanie jedzeniem, należy oferować do wyboru (nie: podawać) jak najszerszą gamę pokarmów nieobciążających organizm, sprzyjających wzmacnianiu śluzówek i niepowodujących stanów zapalnych w organizmie (np. w postaci reakcji alergicznej na miód). Należą do nich pokarmy czyste, naturalne, nieprzetworzone przemysłowo i, co ważne, te, które dziecko lubi oraz po których zawsze dobrze się czuje (tj. dziecko nie wykazuje jakichkolwiek niepokojących objawów skórnych, oddechowych, jelitowych, neurologicznych, psychicznych itp.). Ten drugi warunek wiąże się z koniecznością indywidualnego podejścia do każdego dziecka; nie ma uniwersalnej dobrej diety dla wszystkich dzieci.

      Nie zaliczam zbóż glutenowych (pszenicy, żyta, jęczmienia) oraz zbóż zanieczyszczonych glutenem (owsa) do pokarmów nieobciążających organizm i sprzyjających zdrowieniu. Lżejsze przypadki nietolerancji glutenu, choć najwyraźniej wszechobecne, są niedostrzegane. Jeśli po posiłku składającym się z pieczywa, makaronu, kaszy jęczmiennej lub innej postaci pokarmu glutenowego dziecko ma wzdęcia lub rozwolnienie, mamy pierwszy sygnał o potencjalnej nietolerancji glutenu. Nie podawajmy takiemu dziecku glutenu przynajmniej w czasie choroby.

      Nie zaliczam do pokarmów czystych, naturalnych i nieprzetworzonych przemysłowego mleka i przetworów z takiego mleka, współczesnej pszenicy, olejów rafinowanych, cukru i słodkich przemysłowych syropów, jakiejkolwiek żywności sztucznie konserwowanej, barwionej i aromatyzowanej ani jakiejkolwiek żywności uprawianej na chemii i chemią chronionej (w tym – warzyw i owoców).

       

      Obok właściwej diety, aby dać szybką ulgę dziecku, które zanosi się kaszlem i które nie może przez kaszel zasnąć, polecam wypróbowaną przeze mnie, bardzo skuteczną kurację... antybiotykową, przeciwzapalną oraz rozgrzewającą:

      1. Małą cebulę kroimy na jak najdrobniejszą kostkę, pod koniec siekając i rozprowadzając równomiernie na desce, tak, aby jej ostry zapach unosił się jak najintensywniej.
      2. Podajemy dziecku deskę z cebulą do kilkakrotnego „powąchania”, najlepiej – głębokiego wciągnięcia oparu nosem i buzią, z zamkniętymi oczami.
      3. Następnie cebulę przekładamy do małego garnka, zalewamy małą ilością wrzątku i gotujemy przez około 15 minut. Przecedzamy, uzyskując „cebulowy kompocik” o słodkawym posmaku. Podajemy go dziecku do wypicia na ciepło.

      Powyższe zabiegi wykonujemy rano, w środku dnia i wieczorem, przez pięć kolejnych dni, nawet wtedy, gdy kaszel (katar) zacznie ustępować już po pierwszych dwóch - czterech zabiegach. Ważna jest ciągłość i odpowiednia długość kuracji, tak, jak w przypadku farmakologicznej kuracji antybiotykowej.

      Ważna uwaga: zarówno inhalacje, jak i picie wywaru z cebuli można stosować tylko wtedy, gdy dziecko w pełni akceptuje te zabiegi. Inhalacje nie mogą być stosowane u bardzo małych dzieci, a „kompot z cebuli” musi choć trochę smakować... Warto jednak pamiętać, że starsze dzieci, umęczone przez kaszel (lub uciążliwy katar) chętnie współpracują (zarówno w przypadku tego typu zabiegów, jak i wyboru zdrowych pokarmów), jeśli pomagamy im zrozumieć istotę choroby i leczenia organizmu.

       

      P.S. Dobrym pokarmem na chore gardło są utłuczone ziemniaki z dodatkiem sporej ilości surowego masła z niepasteryzowanego mleka oraz odrobiny mielonej ostrej papryki, kurkumy, soli, mielonego kminku, drobno posiekanego koperku i rozgniecionego czosnku. Oczywiście, jeśli takie smakują.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lutego 2014 17:36
  • wtorek, 04 lutego 2014
    • DR RYCZKOWSKA O SZCZEPIENIACH I HISTORIA MAŁEGO MAKSIA

       

      Poniżej umieszczam link do dwóch filmików: wywiadu z lekarzem pediatrą, dr Bożeną Ryczkowską oraz krótkiego reportażu o chłopcu, który zapadł w śpiączkę po szczepionce, jaką zaaplikowano mu w wieku 3 miesięcy.

      http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/porazenie-mozgowe-po-szczepionce,112340.html

       

      A oto fragmenty wypowiedzi pani dr Ryczkowskiej, na które zwróciłam szczególną uwagę, ze względu na własne doświadczenia ze szczepieniem mojego Chłopczyka:

      Odczyny poszczepienne w okresie niemowlęcym najczęściej dotyczą centralnego układu nerwowego. Tak wynika z moich obserwacji. [...] Mamy np. taką sytuację, że dziecko bardzo szybko unosiło główkę, było ogromnie kontaktowe, miało wielki potencjał intelektualny i nagle, po trzeciej dawce szczepionki, powiedzmy, jakby tak... zatrzymało się trochę, nie zaczęło raczkować, albo wydłużyło okres raczkowania do czterech, pięciu, a nawet sześciu miesięcy. Potem wszystko to się cofa i wydaje się, że wszystko jest OK. Nie każdy odczyn poszczepienny musi wiązać się z trwałym uszkodzeniem dziecka”.

      O tym, że szczepienie nie jest obojętnym zabiegiem wiemy wszyscy, lekarze przynajmniej. Jest to ingerencja w immunologię dziecka”.

       

      Oby więcej tak odważnych lekarzy i... dziennikarzy oraz stacji telewizyjnych!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 lutego 2014 16:18
  • wtorek, 21 stycznia 2014
    • CIEKAWE KSIĄŻKI: DIETA DOBRYCH PRODUKTÓW

       

      Dzisiaj przedstawię książkę, której treść mogę poprzeć moimi osobistymi doświadczeniami. Wspomnę więc również o moich doświadczeniach i jak zwykle, podzielę się własnymi przemyśleniami.

      Dieta dobrych produktów” to kolejna książka napisana przez Panią dr Ewę Bednarczyk-Witoszek (Wydawnictwo KOS, 2013 r.). Pani dr Witoszek jest lekarką, specjalistką laryngologii drugiego stopnia, która od 25 lat zajmuje się tematem wpływu diety na organizm ludzki i rolę diety w leczeniu. Po raz pierwszy spotkałam się z Panią Doktor wirtualnie, w formie korespondencji e-mailowej, jesienią 2009 r. Wtedy to sięgnęłam po jej pierwszą książkę: „Dieta optymalna” (Wydawnictwo Amerigo, 2005 r.), która uświadomiła mi, że dla mojego Chłopczyka, wówczas bardzo chorego, istnieje bezpieczny i skuteczny sposób odzyskania zdrowia.

      Dieta optymalna” dawała mnóstwo cennych wskazówek, ale też mnożyła pytania w mojej głowie. Była świetnym punktem startu do samodzielnego myślenia i uczenia się obserwacji organizmu własnego dziecka, jak również uczenia się na sobie. W tym wielomiesięcznym procesie regularnie wspomagała mnie Autorka, cierpliwie odpowiadając na każde z moich licznych pytań.  Potem wypłynęłam na głęboką wodę już samodzielnie, wyposażona w niezbędne narzędzia – wiedzę i umiejętność obserwacji. Teraz sama szukam i znajduję odpowiedzi na moje kolejne pytania.

      Druga książka, „Dieta dobrych produktów” przedstawia wyniki dalszych poszukiwań samej Pani Doktor. Myślę, że ona też zadawała i wciąż zadaje sobie pytania, a jej cenna wiedza i porady ewoluują.

      Autorka zaleca ograniczenie węglowodanów, ze szczególnym zwróceniem uwagi na szkodliwość zbóż. Wprawdzie nie ograniczam węglowodanów w mojej diecie i diecie moich Dzieci ściśle wg zaleceń Pani dr Witoszek, ale słuchamy naszych smaków... właśnie wg zaleceń Pani Doktor. Zaczęłam preferować warzywa, prawie zupełnie odchodząc od zbóż. Moje Dzieci pozostały przy zbożach głównie bezglutenowych i to szanuję. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że zjadamy mniej węglowodanów, niż przeciętny człowiek, bo... tak nam smakuje!

      W „Diecie dobrych produktów” czytamy o obciążeniu dla organizmu, jakie stanowi nadmiar białek lub ich mieszanie (pokarmy wysokobiałkowe to mięso, jajka, mleko i jego przetwory, ryby, orzechy i rośliny strączkowe). Moje Dzieci intuicyjnie czują, co im służy: rzadko wybierają białka zwierzęce lub jadają je w małych ilościach (np. mojej Dziewczynce zdarza się raz na dwa – trzy tygodnie, że zje z dużą ochotą... pół jajka!), choć raz na kilka tygodni lub miesięcy potrafią spożywać np. indyka przez kilka dni z rzędu, zdarzają się też dni, w których dobierają sobie różne rodzaje białek i siłą rzeczy zjadają wtedy mniej węglowodanów. Myślę, że dzięki temu, że nie zmuszam ich „w imię zdrowia” do jedzenia białka (ani czegokolwiek innego), są w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej.

      Dla mnie najcenniejszą i najbardziej uniwersalną wskazówką Pani dr Witoszek jest zalecenie, aby obserwować swój organizm, tj. zwracać uwagę na korelację między tym, co się zjadło, a przeróżnymi, mniej lub bardziej wyraźnymi sygnałami, jakie wysyła ciało (w tym – mózg). Sygnały te mogą wystąpić do 72 godzin od spożycia określonego pokarmu, z tym, że najwięcej informacji niesie tzw. objaw poranny, czyli wszelkie nieprzyjemne symptomy występujące po przebudzeniu się rano. Może to być tylko „zwykły” brak ochoty na wstanie z łóżka, nieprzyjemny zapach z ust lub ćmienie w głowie, drapanie w gardle, przytkane ucho, niedrożny nos lub też poważniejsze stany, takie jak nieprawidłowy poziom glukozy we krwi, ból w stawach itd. Ponadto, Autorka książki zauważa, że w objawy te mogą występować w pewnych przewidywalnych odstępach od momentu spożycia danego pokarmu (wg zasady ciągu liczb Fibonacciego).

      Podpowiedzią do obserwacji jest umowny podział pokarmów na „produkty dobre” i „produkty złe. Podział ten wskazuje na pokarmy, które nie powinny sprawiać problemów zdrowotnych lub które szkodzą rzadziej i na pokarmy nawykowo nadużywane, a co za tym idzie – często szkodliwe.

      Ja sama próbuję na sobie różne wersje pokarmowe. Migrena, przytkane ucho, lekko przytkana dziurka w nosie po przebudzeniu, intensywne swędzenie skóry, poranny biały nalot na języku, zły nastrój czy roztargnienie „bez powodu” to najczęstsze sygnały ostrzegawcze wysyłane przez mój organizm. Migrena u mnie to ewidentne następstwo spożycia zbyt dużej ilości białka mlecznego lub czerwonego wina, a przytkane ucho i nos oraz biały nalot na języku wynika z nadmiaru produktów zbożowych lub cukrów prostych (owoców suszonych, miodu itp.) zjedzonych poprzedniego dnia, natomiast świąd skóry pojawia się do godziny po zjedzeniu siarkowanych owoców suszonych, nawet w małych ilościach. Mam też wiele „podejrzanych” pokarmów, co do których oddziaływania nie jestem pewna. Wiem jednak, jaki pokarm niemal gwarantuje mi dobre samopoczucie i daje dużo energii: są to warzywa, w tym – ziemniaki, w przeróżnej postaci, w przemyślanych kompozycjach smakowych, z dodatkiem różnorodnych przypraw, nasion i naturalnych tłuszczów (masła, smalcu, oliwy z oliwek), na ciepło i w formie surówek. Lubię też surowy orzech kokosowy spożyty od czasu do czasu jako samodzielny posiłek z czarną kawą lub z zieloną herbatą z dodatkiem imbiru, bo po takim zestawie czuję się najedzona, lekka i pełna energii przez długi czas.

      Dochodzę do wniosku, że każdy człowiek powinien sam stworzyć sobie swoją indywidualną listę dobrych i złych produktów. Dobrze jest, aby umożliwić to też dzieciom. W przypadku dzieci, taka lista będzie dynamiczna, bo, jak zaobserwowałam, z dłuższym okresie czasu ich smaki i reakcje na różne pokarmy zmieniają się, i to bardzo. Przytoczę fragment wypowiedzi Pani dr Witoszek na temat smaków dzieci:

      Zazwyczaj dziecko jest podporządkowane oczekiwaniom dietetycznym rodziców, jego smaki są drugorzędne lub w ogóle pomijane. Niesamowite. We wszystkich chorobach zobowiązani jesteśmy do powrotu do źródeł; do uczenia się zachowań dziecięcych, tak chętnie tłumionych przez dorosłych: nie chcę tego zjeść! Pozwól mi nie zjeść tej resztki na talerzu! Nie mam już na to ochoty! Ukryty, podświadomy sens tych próśb można wyrazić innymi sowami: pozwól mi być zdrowym! Pozwól mi nie chorować!” („Dieta dobrych produktów”, str. 342 – 343).

      Pani dr Witoszek obala mit o konieczności unikania zarazków. Aby być zdrowym, nie musimy przed nimi uciekać, zresztą w praktyce jest to niemożliwe. Aby być zdrowym, należy dbać o wzmacnianie swojego organizmu, każdej jego komórki, głównie poprzez właściwe odżywianie. Mocne tkanki, sprawne śluzówki są wystarczającą barierą dla kłopotliwych gości. Trzeba wziąć odpowiedzialność na siebie, a nie przenosić winę na wirusy, bakterie, grzyby, pasożyty czy zimną pogodę. Świadomość tego daje siłę i wolę dbania o własny organizm w codziennej profilaktyce, a w przypadkach poważnych chorób – wolę uratowania siebie.

      Czytając książkę, zastanawiałam się, na ile wpływa na nasze zdrowie sama tylko obecność danego składnika pokarmowego (np. białka mlecznego – kazeiny) w naszym menu, a na ile – odpowiednia lub nieodpowiednia kompozycja kulinarna zawierająca ten składnik. Istnieje przecież coś takiego, jak synergia. Wikipedia podaje następującą definicję synergii: „Synergia - współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań”, oraz definicję synergii w rozumieniu farmakologicznym: „Dwa, lub więcej słabo oddziaływujących na pacjenta leków, po zaaplikowaniu ich razem, przynoszą bardzo silne efekty. Synergia w tym przypadku może polegać zarówno na interakcji substancji czynnych poszczególnych leków na poziomie biochemicznym, jak też na synergicznej odpowiedzi organizmu na leczenie (na poziomie fizjologicznym)". Według medycyny chińskiej z kolei ważne jest właściwe zestawienie różnych składników, istotna jest obecność wszystkich pięciu smaków (kwaśnego, słodkiego, gorzkiego, ostrego i słonego) lub ich części w potrawie, proporcje między nimi oraz ewentualna obróbka termiczna. Lekarz medycyny chińskiej być może odradziłby podanie choremu dziecku szklanki chłodnego mleka, ale zaleciłby szklankę ciepłego mleka z dodatkiem masła, czosnku i miodu. Zauważam u swoich Dzieci i u siebie samej, że czasami dany pokarm szkodzi, jeśli jest podany bez dodatków, ale wpływa korzystnie w odpowiedniej kompozycji, w towarzystwie innych składników. Nie mam wątpliwości, że dużą rolę odgrywają tu przyprawy i surowe warzywa jako „towarzysze” głównego pokarmu. Pozostaje jeszcze kwestia wpływu na zdrowie szkodliwych dodatków, jakie powszechnie współwystępują z tym, co można nabyć w sklepie spożywczym: konserwantów, sztucznych barwników, aromatów, środków ochrony warzyw i owoców, pozostałości po sztucznych nawozach, pozostałości po antybiotykach i hormonach podawanych zwierzętom, zanieczyszczenia z powietrza, wody i gleby. Jeśli ktoś zauważa, że po zjedzeniu cytrusów swędzi go skóra, z jaką pewnością może stwierdzić, że to właśnie cytrusy mu szkodzą, a nie środki chemiczne, którymi pryska się te owoce? Czy mamy szansę zjeść niepryskaną, w pełni dojrzałą pomarańczę prosto z drzewa tu, w Polsce, aby to sprawdzić? Można wysnuć przypuszczenie, że odpowiedź dają rozmaite testy alergologiczne. Mam jednak wątpliwości co do pełnej wiarygodności takich testów, ale o tym – kiedy indziej. Wreszcie, pozostaje pytanie na temat wpływu przemysłowego przetwarzenia pokarmu. Czy surowe, pełnotłuste mleko spożyte tuż po wydojeniu krowy jest tym samym pokarmem, co sklepowe mleko z kartonu? Oba płyny zawierają kazeinę (białko) i laktozę (cukier), czyli substancje, które mogą powodować problemy w osłabionym organizmie. Ale są też pewne różnice: mleko nieprzetworzone zwiera naturalne enzymy i tłuszcze w swej naturalnej postaci, które stymulują dobre trawienie i przyswajanie, natomiast mleko przemysłowe pozbawione jest enzymów, a obecne w nim cząsteczki tłuszczu są rozdrobnione do nienaturalnych dla organizmu ludzkiego, szkodliwych rozmiarów. Myślę, że kwestia kompozycji smakowych, wpływu szkodliwych dodatków i przemysłowych procesów przetwarzania na właściwości pokarmu, a co za tym idzie – na nasze zdrowie to bardzo szeroki temat, nadający się na odrębną książkę...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „CIEKAWE KSIĄŻKI: DIETA DOBRYCH PRODUKTÓW”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 stycznia 2014 19:38
  • czwartek, 16 stycznia 2014
    • JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ NA CIEBIE KRZYCZEĆ

       

      Jakiś czas temu, gdy ułożyłam moją sześcioletnią Dziewczynkę do snu, usłyszałam jej kochany głosik dochodzący z łóżka: „Mamusiu, już nigdy nie będę na ciebie krzyczeć”. Zdumiona, zapytałam ją, dlaczego mi to mówi. Jest spokojnym, wesołym dzieckiem, które owszem, kilka razy dziennie z różnych powodów krzyczy do mnie lub innych osób, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie ją jako osobę krzyczącą na mnie. Odpowiedziała: „Bo cię kocham, dlatego nie będę już więcej na ciebie krzyczeć”. I wtedy skojarzyłam jej wypowiedź z sytuacją z tego samego dnia, w której, będąc z jakiegoś powodu podenerwowaną, „wydarłam się” na moje Dziecko. Jeśli krzyknę na moje Dzieci z powodu własnego zdenerwowania (na szczęście zdarza mi się to już coraz rzadziej), zawsze staram się przeprosić je za to i wyjaśnić, że one nie są niczemu winne. I tak też zrobiłam tego dnia: przeprosiłam moją Dziewczynkę za krzyk, mówiąc, że w przyszłości zrobię wszystko, aby rozmawiać z nią spokojnie, niezależnie od tego, co się stanie i że czasami trudno mi opanować zdenerwowanie. Dodałam, że nie chcę na nią krzyczeć, bo ją bardzo kocham i będę zawsze starać się rozwiązywać nasze sprawy „spokojnym głosem”. Wracając do wieczornego pożegnania przed snem, nie mogłam jednak odtworzyć sobie sytuacji, w której Dziewczynka „krzyczała na mnie”. A ona przypomniała mi, że w łazience, gdy ją myłam, krzyknęła donośnie kilka razy, żebym nie mówiła czegoś, co ją denerwowało. Rzeczywiście tak było...

       

      Ważną rzeczą jest, aby rodzic odróżnił sytuację, w której mówi podniesionym głosem ze zdenerwowania od sytuacji, w której celowo podnosi głos, aby wpłynąć na dziecko, ale robi to świadomie i nie pod wpływem złości lub złego nawyku. Krzyk, który boli niekoniecznie musi być głośny. Są osoby, które krzyczą milczeniem, i na odwrót: niektórzy używają donośnego czy kategorycznego głosu wobec dzieci, obdarzając ich jednocześnie ciepłym, autentycznie serdecznym spojrzeniem. Ci drudzy, wbrew pozorom, są spokojni. Są to osoby lubiane przez dzieci, niewzbudzające w nich strachu, a zarazem potrafiące nimi pokierować i dające im oparcie. Natomiast krzyk przepełniony złością budzi strach. Bywa, że jest nieprzewidywalny, wprowadza dziecko w dezorientację.

      Złość bezpośrednio może wynikać z nieprzemyślanego braku akceptacji dla niedoskonałości dziecka (np. jego „powolnego” ubierania się w chwili pośpiechu) lub z własnych problemów, niezwiązanych z dzieckiem (np. z nieprzyjemnej sytuacji czy przykrej rozmowy z innym człowiekiem). Może też mieć podłoże biochemiczne, związane z dietą, nałogami, zaburzeniami hormonalnymi, neurologicznymi itp. Natomiast prawdziwe, tj. głębsze przyczyny reagowania złością wynikają z wyrytych w dzieciństwie wzorców, a także ciągłego napięcia, konfliktów czy emocjonalnych niedostatków, jakich doświadczyliśmy jako dzieci. Tak myślę. Te wyryte schematy można i należy przezwyciężać, choć wymaga to ogromnego wysiłku, stałej czujności, świadomości siebie. Warto podjąć wysiłek, aby nie przenosić dalej, na własne dziecko negatywnych reakcji, tylko utrwalać w nim te dobre zachowania. W podanym przeze mnie przykładzie zachowania mojej Dziewczynki widać bezwiedne przejęcie przez nią złych i dobrych zachowań... ode mnie: krzyku w łazience oraz nieskrępowanego wyrażenia uczucia i autentycznej woli poprawy, jako wyrazu miłości do bliskiego człowieka.

      Rozmawianie z dzieckiem o własnych słabościach jest pierwszym krokiem ku motywacji do pracy nad sobą, a zarazem uczy nas, rodziców, tolerancji wobec siebie samego. Nie musimy być doskonali. Starajmy się tylko służyć naszym dzieciom coraz lepiej, a nauczymy ich tego samego względem innych ludzi. Dzieci mają niezwykłą inteligencję emocjonalną, one w mig wyczuwają naszą przyjazną postawę, nawet, jeśli jesteśmy „neurotykami”. Jeśli czują, że jesteśmy po ich stronie, współpracują z nami. Warto stworzyć w domu warunki demokracji: każdy może każdego poprosić, aby nie krzyczał. „Mamo / Tato, nie krzycz na mnie” to ozdrawiające wiadro zimnej wody. Nie bójmy się usłyszeć tych słów i dajmy naszym dzieciom prawo do otwartego wyrażania swoich oczekiwań. Jeśli dziecko wie, że może tak powiedzieć zdenerwowanemu rodzicowi, to nie czuje strachu; czuje, że może współuczestniczyć w budowaniu dobrej atmosfery w domu. A rodzic ma wówczas większy wpływ na „rozwrzeszczane” dziecko, jeśli to on je uspokaja i próbuje pomóc mu w znalezieniu przyczyny i rozwiązania dla jego emocjonalnego problemu.

       

      Uczciwe, przyjazne i czułe relacje z własnym dzieckiem są jednym z podstawowych czynników jego zdrowia i dobrego wyposażenia go na całe życie...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ NA CIEBIE KRZYCZEĆ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 stycznia 2014 11:23
  • niedziela, 05 stycznia 2014
    • MASŁO

       

      Temat masła również miałam pominąć, bo zakładałam, że współcześnie nie ma już raczej wątpliwości, że to dobry, zdrowy pokarm i nie ma co dłużej zastanawiać się: masło należy dawać dzieciom do woli, w granicach wyznaczonych przez ich ochotę. Jednak kilka dni temu ktoś napisał do mnie: W maśle są tłuszcze trans”. Więc temat poruszam.

       

      CZY BOJĘ SIĘ NATURALNEGO MASŁA?

      Niedawno czytałam wywiad z dr. nauk biochemicznych Włodzimierzem Ponomarenko, który bez kompleksów bardzo dobrze ujął pewną kwestię: „W biochemii znam świetnie przemiany w komórce, ale nie wiem, jak z tego powstaje myśl”. Organizm człowieka nie jest do końca poznany przez naukowców, nie mają oni w tym względzie odpowiedzi na wszystko, podobnie jak wszechświat pozostaje dla nich tajemnicą. Dlatego przynajmniej tam, gdzie nie sięga nauka, zdajmy się na naszą intuicję, myślmy samodzielnie i kierujmy się logiką, a przede wszystkim -  zaufajmy Naturze. I nawet tam, gdzie naukowcy (nie zawsze przecież nieomylni) są przekonani o słuszności swych racji, nie ignorujmy własnego intelektu i instynktu oraz doceniajmy rozwiązania fascynującej w swej mądrości Natury.

      Znam kota, który nie tknie mleka z kartonu, za to chętnie pija mleko mniej przetworzone. Mleka z kartonu nie lubią nawet bakterie (bo czyż takie mleko zakwasi się tak jak mleko prosto od krowy?). Mądre stworzenia... Wracając do masła, dajmy dziecku na talerzyku świeże i czyste masło robione z niepasteryzowanego mleka w domu czy w gospodarstwie wiejskim, a na drugim – margarynę. Ciekawe, co wybierze dziecko?

      Nie boję się tłuszczów trans w naturalnym, nieprzemysłowym maśle. Ufam Naturze, ufam smakom moich Dzieci, w które wyposażyła ich Natura. Boję się tłuszczów trans powstałych w procesach chemiczno-przemysłowych, znajdujących się m.in. w margarynie. Naturalne tłuszcze trans występują w tłuszczach zwierząt przeżuwających, m.in. w tłuszczu krowy, owcy czy kozy. Ale są to ilości znikome w porównaniu do ilości znajdujących się w tłuszczach przemysłowo uwodornionych. Tak wymyśliła Natura i zapewne miała w tym swój cel... Małe, minimalne lub śladowe ilości pewnych związków chemicznych występujących w przyrodzie (poza tłuszczami trans są nimi np. kwas masłowy powstający w procesie jełczenia, zob. http://rozanski.li/?p=1140 czy związki cyjanogenne, zob. http://rozanski.li/?p=573 ) mogą mieć dobroczynny wpływ na organizm ludzki, podczas gdy ich większe ilości są trucizną. Poza tym, istnieje pewna chemiczna różnica w budowie naturalnych kwasów tłuszczowych trans i w budowie kwasów trans sztucznie powstałych, a co za tym idzie, te pierwsze uważane są za zdrowe, w odróżnieniu od uwodornionych tłuszczów roślinnych. Pamiętajmy też, że tłuszcze trans w naturalnych produktach występują w naturalnym otoczeniu innych związków chemicznych, i takie oddziałują inaczej, zapewne bezpieczniej, niż z osobna lub w sztucznie zmienionych proporcjach, bowiem oddziałują w naturalnej synergii. Wiele wskazuje na to, że naturalna kompozycja tłuszczów, węglowodanów, białek i innych związków (czyli pokarmy w swej naturalnej, nieprzetworzonej przemysłowo postaci) jest najbardziej kompatybilna, pasująca do organizmu ludzkiego. Ponadto, naturalnej postaci pokarmu często towarzyszą naturalne enzymy i mikroorganizmy, które są warunkiem łatwego zmetabolizowania i przyswojenia poszczególnych substancji pokarmowych przez organizm. Sztuczne substancje, np. margaryna, mogą powodować tylko kłopoty, tak jak sok jabłkowy wlany do baku samochodu zamiast benzyny.

       

      TŁUSZCZE TRANS NATURALNE KONTRA TŁUSZTE TRANS SZTUCZNIE WYTWORZONE

      Na poparcie mojej wyżej przedstawionej nieeksperckiej, intuicyjnej teorii przytoczę fragment fachowej pracy autorstwa Grażyny Cichosz i Hanny Czeczot z Katedry i Zakładu Biochemii I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (podkreślenia moje):

      Naturalnym źródłem kwasów tłuszczowych (KT) izomerii trans (TFA) są produkty mleczarskie i mięsne. Obecny w tłuszczu mlekowym oraz w mięsie przeżuwaczy kwas wakcenowy, a także skoniugowany kwas linolowy (CLA) wykazuje wszechstronne prozdrowotne działanie: immunostymulujące, antyoksydacyjne, przeciwmiażdżycowe i antynowotworowe.

      Głównym źródłem TFA w diecie człowieka są jednak produkty spożywcze zawierające uwodornione oleje roślinne (margaryny, produkty cukiernicze, tłuszcze smażalnicze, tzw. fast foods). Wyniki obserwacji epidemiologicznych, badań doświadczalnych i klinicznych wykazały, że sztuczne izomery trans są odpowiedzialne za wzrost ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego oraz niektórych typów nowotworów. Ponadto, sprzyjają powstawaniu zespołu metabolicznego, któremu towarzyszy otyłość, oporność na insulinę oraz cukrzyca typu 2. Niekorzystne działanie sztucznych TFA na procesy biochemiczne i fizjologiczne zachodzące w organizmie człowieka wskazuje na konieczność ograniczania ich spożycia.

      Mimo to, proponowany jest przez Parlament Europejski i Radę sposób znakowania żywności sumą zawartości KT nasyconych oraz TFA, bez rozróżniania sztucznych i naturalnych izomerów trans. Utożsamianie kwasów tłuszczowych nasyconych oraz TFA a tym bardziej utożsamianie naturalnych i sztucznych TFA, wprowadza konsumentów w błąd i uniemożliwia dokonywanie świadomego wyboru bezpiecznych dla zdrowia produktów spożywczych”.

      Polecam do przeczytania tę niezwykle ciekawą pracę w całości, ze szczególnym zwróceniem uwagi na rozdziały pt. „Naturalne izomery trans – wpływ na zdrowie” i „Sztuczne izomery trans – zagrożenia zdrowotne”. Link źródłowy podaję poniżej: http://www.ptfarm.pl/pub/File/Bromatologia/2012/2/BR%202-2012%20s.%20181-190.pdf

       

      MASŁO: KRÓTKOŁAŃCUCHOWE I ŚREDNIOŁAŃCUCHOWE KWASY TŁUSZCZOWE

      Masło, czyli tłuszcz mleczny zwiera bardzo korzystne dla zdrowia, rzadko występujące w przyrodzie krótkołańcuchowe i średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, w tym – średniołańcuchowy kwas laurynowy, który ma właściwości lecznicze (średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe w największej ilości występują w olejach tropikalnych, a w szczególności – w oleju kokosowym, zob. http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html ).

      Kwasy tłuszczowe krótkołańcuchowe, znajdujące się głównie w tłuszczu mleka, mają właściwości antybakteryjne i zabezpieczają nas przed infekcjami jelitowymi, wywołanymi przez wirusy, drożdże i bakterie patogenne. Nie wymagają udziału kwasów żółciowych w trawieniu: są absorbowane bezpośrednio z jelita i są źródłem szybkiej energii (tj. są szybko metabolizowane). Są łatwo strawne i wspomagają nasz system immunologiczny. Krótkołańcuchowy kwas masłowy przeciwdziała nowotworom, pobudza wzrost kosmków jelitowych, przeciwdziała stanom zapalnym  w jelicie, wspomaga wchłanianie składników pokarmowych (więcej informacji: http://www.nowinylekarskie.ump.edu.pl/uploads/2011/4/299_4_80_2011.pdf ).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe również absorbowane są bezpośrednio z jelita, bez udziału kwasów żółciowych, stanowią źródło energii do natychmiastowego wykorzystania i nie są magazynowane. Wspomagają system immunologiczny. Kwas laurynowy ma wyjątkowe właściwości  antybakteryjne i przeciwpasożytnicze (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 13).

       

      DR JADWIGA KEMPISTY O MAŚLE

      Dla zilustrowania tematu, ponownie załączam wywiad z dr Jawdwigą Kempisty, lekarką-pediatrą, która leczy dietą. Pani doktor wypowiada się o zaletach masła surowego, nieprzemysłowego. Masło przemysłowe powstaje ze śmietany przemysłowo odwirowanej. Przemysłowe wirówki powodują niekorzystne zmiany w strukturze cząsteczek tłuszczowych, co przekłada się na mniej korzystne oddziaływanie masła przemysłowego na organizm ludzki. Natomiast masło z niepasteryzowanej, a więc surowej śmietany, delikatnie odwirowywanej lub takiej, która sama „odstała się” na powierzchni mleka, jest pokarmem o właściwościach leczniczych. Pani doktor mówi o obecności lizyny, lecytyny, witaminie E i występowaniu pożytecznego cholesterolu w takim maśle.

      Lizyna ginie w temperaturze 92 st. C, dlatego masło, w postaci surowej, należy dodawać do posiłków, gdy nieco przestygną, a nie w czasie gotowania. Lizyna to aminokwas niezbędny, który nie może być syntetyzowany w organizmie człowieka, a więc musi być dostarczony w pokarmie. Lizyna jest niezbędna do budowy białek, zwłaszcza w okresie rozwoju, uczestniczy w wytwarzaniu przeciwciał, enzymów i hormonów, korzystnie wpływa na mózg, stymuluje wzrost i naprawę tkanek. Pomaga wchłaniać wapń, jest potrzebna do budowy kości u dzieci.

      Lecytyna pełni ważną rolę w układzie nerwowym, w tym – w mózgu: stanowi składową tkanki nerwowej i mózgu. Lecytyna wzmacnia osłonkę mielinową (osłonkę włókien nerwowych), stanowiąc jeden z ważnych składników budulcowych błon neuronowych, obszaru komórek mózgu, gdzie odbywa się komunikacja międzykomórkowa. Degeneracja osłonki mielinowej, zachodzi przy autoimmunologicznym procesie zapalnym ośrodkowego układu nerwowego. Jest to ważna informacja w przypadku neurologicznej choroby dziecka, która może być wynikiem poszczepiennej reakcji autoimmunologicznej. Mojemu Chłopczykowi, u którego nasiliły się nadmierne wyładowania bioelektryczne w mózgu po serii szczepień na przełomie piątego i szóstego roku życia (podejrzewam, że właśnie mogło dojść do osłabienia osłonek mielinowych, które pełnią rolę izolatora i biorą czynny udział w przewodnictwie nerwowym), neurolog zalecił lecytynę. Nie podawałam mu jednak tej sproszkowanej, przemysłowo wyekstrahowanej, pozbawionej naturalnie towarzyszących jej enzymów, ale zadbałam o większy udział masła (i innych tłuszczów) oraz żółtek (również zawierających lecytynę) w jego diecie. Efekty takiej diety, pod względem wychodzenia z choroby neurologicznej mojego Dziecka były imponujące.

      Witamina E to bardzo dobry antyutleniacz. Chroni nas przed co najmniej 80 chorobami (dr Perugini Billi). Należy dodać, że masło jest też najbogatszym źródłem witaminy A, potrzebnej do wzrostu i regeneracji tkanek, wzmocnienia śluzówek, poprawy trawienia i właściwego wykorzystania białka, niezbędnej dla wzroku i stymulującej układ immunologiczny.

      Cholesterol ma również dobroczynne działanie, wbrew powszechnym opiniom. Uczestniczy w syntezie najważniejszego hormonu stresu – kortyzolu (który m.in. jest skutecznym środkiem antyalergicznym), w syntezie hormonów płciowych żeńskich i męskich oraz aldosteronu (hormonu regulującego przemianę elektrolitów w organizmie). Aktywizuje glukozę i potas, które sterują wszelką aktywnością umysłową oraz fizyczną. Podnosi krzepliwość krwi. Stabilizuje czynność serca i krążenie, podnosi ciśnienie krwi i hamuje zwyrodnienia nowotworowe. Odgrywa kluczową rolę w syntezie witaminy D, odpowiedzialnej za budowę kości i stawów. Cholesterol jest podstawowym składnikiem komórek (mitochondriów i błon), co warunkuje właściwe funkcjonowanie wszystkich narządów (na podstawie: prof. dr hab. med. Walter Hartenbach: „Mity o cholesterolu”, Oficyna Wydawnicza Interspar, 2007 r., str. 22-23).

      A teraz oddaję głos pani dr Jadwidze Kempisty:



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MASŁO”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 stycznia 2014 22:47
  • czwartek, 02 stycznia 2014
    • MARGARYNA

       

      Temat margaryny miałam opuścić, ale zmieniłam zdanie. Do niedawna wydawało mi się, że we współczesnych czasach dla większości ludzi, którzy choć trochę zastanawiają się nad tym, czym karmią swoje dzieci, oczywiste jest, że margaryna to produkt niejadalny. Okazuje się jednak, że tak nie jest...

       

      TŁUSZCZE UWODORNIONE

      Uwodornienie to proces chemiczny, jakiemu częściowo zostają poddane rafinowane nienasycone oleje roślinne (o produkcji olejów rafinowanych: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/11/OLEJE-ROSLINNE-RAFINOWANE.html ) w celu nadania im konsystencji stałej, takiej, jaką ma masło czy smalec, jak również uczynienia ich bardziej odpornymi na zepsucie. Uwodorniony tłuszcz jest bardziej nasycony, nasycony sztucznie dodanymi atomami wodoru. Najpopularniejszym tłuszczem uwodornionym jest margaryna (nazwana przez dr Perugini Billi „prawdziwym klejnotem mistyfikacji spożywczej”), która, jak wiemy, ma konsystencję twardą. Oleje w procesie uwodornienia podgrzewane są do wysokich temperatur i w warunkach wysokiego ciśnienia zostają poddane reakcji z wodorem gazowym. Używane są katalizatory, po których śladowe resztki (niklu i aluminium) mogą pozostać w produkcie finalnym (margarynie).

       

      TŁUSZCZE TRANS

      Uwodornienie zmienia ułożenie atomów w cząsteczkach tłuszczowych: prowadzi do powstania sztucznej i szkodliwej dla zdrowia konfiguracji „trans” (chodzi o zmianę położenia atomów wodoru względem atomów węgla z podwójnym wiązaniem). Konfiguracja pierwotna, nieszkodliwa, występująca w naturze to konfiguracja „cis”.

      Kwasy tłuszczowe trans powstają za sprawą współczesnej technologii i są obce ludzkiemu ciału. Ponieważ te tłuszcze nie przypominają naturalnych kwasów tłuszczowych potrzebnych do zachowania dobrego zdrowia, nasze ciała nie są w stanie spożytkować ich w sposób produktywny. To jak wlewanie soku jabłkowego do zbiornika paliwa w samochodzie – wychodzi z tego niezły bigos. Samochody są zaprojektowane w taki sposób, by jeździć na benzynie, a nie na jabłeczniku. Zawarte w soku jabłkowym cukry sprawiłyby, że silnik przestałby pracować. W podobny sposób kwasy tłuszczowe trans  sprawiają, ze nasze komórki niejako marzną i mają zaburzenia. Im więcej spożywa się kwasów tłuszczowych trans, tym większe zniszczenie komórkowe. W końcu całe tkanki i organy zostają poważnie dotknięte, co skutkuje chorobą” (Bruce Fife: „Cud oleju kokosowego”, Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, str. 45-46, podkreślenie moje).

       

      WSPÓŁCZESNE MARGARYNY

      Margaryny obecne na rynku mają zróżnicowaną ilość tłuszczów uwodornionych; średnio 15%, ale może być również i 45%. Ostatnio pojawiły się w handlu margaryny, które rzekomo nie zawierają lub zawierają tylko w minimalnych ilościach te niebezpieczne kwasy tłuszczowe. Tego typu margaryny są otrzymywane przez frakcjonowanie (rozdzielenie) różnych typów kwasów tłuszczowych i przez modyfikację struktury chemicznej kwasów tłuszczowych bez uwodornienia ich, która minimalizuje lub wyklucza powstawanie form trans. Niemniej jednak ciągle mówimy o produktach wysoce przetworzonych, nienaturalnych, a ponadto, zawsze pochodzących z olejów roślinnych, przemysłowo rafinowanych”. (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 107).

       

      ZASTOSOWANIE MARGARYNY I INNYCH TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Obecnie margaryna i inne tłuszcze uwodornione są powszechnie stosowane w przemyśle spożywczym. Pojawiają się w rozmaitych produktach spożywczych, ale nie zawsze wiadomo, w jakich produktach i w jakich ilościach. Tłuszcze uwodornione stosowane są w produktach smażonych, mrożonych, pieczonych i innych. Znajdziemy je w przemysłowych frytkach, ciastkach, czipsach, mrożonych pierogach, pizzy, maśle orzechowym, cukierkach, paluszkach, chrupkach, lodach czy w mrożonych deserach. Tłuszcze uwodornione prawie całkowicie zastąpiły stosowanie masła i smalcu w cukiernictwie.

       

      TOKSYCZNE WŁAŚCIWOŚCI TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Margaryna i inne tłuszcze uwodornione mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu komórek (zmieniają własciowsci fizjologiczne błon komórkowych). Wpływają na funkcjonowanie wielu enzymów. Mają działanie promiażdżycowe. Redukują ilość tłuszczu w mleku matki, ze szkodą dla rozwijającego się układu nerwowego u niemowląt. Przekraczają barierę łożyska, docierając do płodu i hamując jego wzrost. Są jednym z czynników wystąpienia cukrzycy. Negatywnie wpływają na reakcję immunologiczną (odporność) organizmu. Powodują wzrost testosteronu, prowadząc do zaburzeń na tle hormonalnym. Wpływają na metabolizowanie substancji rakotwórczych i farmakologicznych. Zmieniają gospodarkę tłuszczową w organizmie. Mogą mieć związek z astmą u dzieci. Sprzyjają powstawaniu wolnych rodników. Spożywanie tłuszczów uwodornionych koreluje z występowaniem takich chorób jak nowotwory, stwardnienie rozsiane, zapalenie uchyłków jelita grubego i powikłania cukrzycowe (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 109 - 111).

       

      WNIOSKI

      Margaryna, obok cukru rafinowanego, olejów rafinowanych, współczesnej pszenicy i mleka przemysłowego to cichy zabójca. Niebezpieczny, bo działa powoli, podstępnie, niezauważalnie, wprowadzając dziecko w choroby i skracając jego przyszłe, dorosłe życie. Skutki spożywania tłuszczu uwodornionego są niezauważalne w krótkim okresie. Powiedziałabym, że alkohol jest bezpieczniejszy, bo wzbudza natychmiastową reakcję organizmu. Nudności, ból głowy, chwiejny chód czy bełkot to wyraźne ostrzeżenie, które zmusza nas do myślenia, a co za tym idzie - ograniczenia spożycia alkoholu lub całkowitego wykluczenia go z diety. Dzieciom nie podajemy alkoholu nawet w najmniejszych ilościach, dla zasady, która jest powszechnie akceptowana. Niestety, taka zasada nie istnieje w odniesieniu do margaryny.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 stycznia 2014 13:49
  • niedziela, 22 grudnia 2013
    • OLEJE TROPIKALNE – cz. II

       

      OLEJ KOKOSOWY I MLEKO MATKI

      „Kwasy tłuszczowe, które sprawiają, że olej kokosowy jest tak skuteczny w walce z drobnoustrojami, to te same, które natura ulokowała w mleku matki, by chronić dzieci [głównie – kwas laurynowy; stosunek kwasu laurynowego do innych średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych w oleju kokosowym jest podobny do tego w mleku ludzkim]. Ludzkie mleko oraz mleko innych ssaków zawierają małe ilości średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Dlatego również znajdują się one również w maśle, które jest skoncentrowanym tłuszczem mlekowym. Mleko ze swoimi średniołańcuchowymi kwasami tłuszczowymi chroni nowo narodzone niemowlę przed szkodliwymi drobnoustrojami w najbardziej narażonym na niebezpieczeństwo czasie w życiu, podczas gdy jego układ immunologiczny wciąż się rozwija. To jeden z powodów, dla których do mieszanek dla niemowląt dodaje się olej kokosowy lub średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Matka, która spożywa olej kokosowy, będzie miała w swoim mleku więcej średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, by pomóc chronić i odżywiać jej dziecko. Jeśli jest dostatecznie bezpieczny dla nowo narodzonego dziecka, to jest wystarczająco bezpieczny dla nas. Natura stworzyła średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, by żywić nas i chronić przed chorobami zakaźnymi” (str. 91).

      Cytat ten daje wiele do myślenia. Warto zastanowić się nad pochopnym użyciem modnego powiedzenia: „Mleko krowie jest tylko dla cieląt”, w przypadku, gdy nie możemy zapewnić naszemu dziecku mleka ludzkiego i zanim całkowicie wyeliminujemy z jego diety mleko krowie (lub kozie) i jego przetwory. Mam na myśli prawdziwe mleko (tj. te prosto od krowy, pełnotłuste i nieprzetworzone w jakikolwiek sposób w zakładzie przemysłowym) i domowe przetwory z takiego mleka, a nie biały płyn, zwany mlekiem, sprzedawany w sklepach czy jakiekolwiek przemysłowe produkty pochodzące od mleka (sklepowe sery, śmietana, jogurt itp.). Ale więcej o mleku w ogóle – w oddzielnym wpisie.

       

      NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ PRZY ZAKUPIE OLEJU KOKOSOWEGO

      Tak jak w przypadku oliwy z oliwek, wybieramy olej kokosowy:

      • tłoczony na zimno;
      • nierafinowany;
      • bez jakichkolwiek dodatków.

      Ponieważ nie stosuje się wysokich temperatur i chemicznych rozpuszczalników, [taki] olej zachowuje swoje naturalne substancje fitochemiczne (substancje chemiczne pochodzenia roślinnego), które dają charakterystyczny kokosowy smak i zapach” (str. 201).

      Ponadto, warto zwrócić uwagę, czy olej kokosowy został wytłoczony z kopry, czyli z zasuszonego miąższu kokosa (wiórków kokosowych), czy ze świeżego orzecha kokosowego. Ten drugi jest zdecydowanie lepszy w smaku i, jak przypuszczam, lepszy pod względem jakości.

      Olej rafinowany, bielony i dezodoryzowany nie ma smaku i zapachu. Ze względu na szkodliwość procesów przemysłowych, jakim taki olej zostaje poddany, wykluczam go z listy produktów jadalnych.

       

      MOJE PRZEMYŚLENIA

      Pomimo długiej listy pozytywnych cech oleju kokosowego, jestem daleka od faworyzowania go, natomiast w pełni doceniam ten produkt w diecie. Jak zawsze, kieruję się moimi podstawowymi zasadami – aksjomatami żywieniowymi:

      • respektuję smaki moich Dzieci oraz ich ochotę na jedzenie lub niejedzenie danego pokarmu (np. niedawno zrezygnowałam ze smażenia naleśników na oleju kokosowym, bo Dzieci wolą naleśniki robione na smalcu lub na maśle klarowanym);
      • stosuję rotację i różnorodność (tj. włączam do jadłospisu dany pokarm naprzemiennie z innymi pokarmami; olej kokosowy stosuję naprzemiennie z oliwą z oliwek, masłem i smalcem, z okresowymi przerwami od każdego z nich);
      • preferuję pokarm w jego postaci pierwotnej, pełnej, a więc: lepiej jeść tłuszcz kokosowy, spożywając cały orzech kokosowy, niż tylko jego składową – wyciśnięty olej. Analogicznie do cukru i trzciny cukrowej, mąki ziemniaczanej i ziemniaków, łatwo utleniających się soków owocowych i bardziej zabezpieczonych przed tlenem świeżych owoców w całości, wraz z łupinami, a nawet pestkami, zdrowsze są pokarmy w swojej pierwotnej postaci, w ich biochemicznej kompozycji zaplanowanej przez Naturę, uwzględniającej najczęściej wszystkie składniki pokarmowe (białka, tłuszcze, węglowodany, sole mineralne i witaminy) w przeróżnych, niepowtarzalnych, ale naturalnych, czyli jadalnych proporcjach. Warzywa, owoce, nasiona i orzechy jadane w całości lub tuż po pokrojeniu, poszatkowaniu czy zmieleniu, prawdopodobnie są bardziej przyjazne dla organizmu człowieka, bardziej „znajome”, a tym samym łatwiej trawione i przyswajane, niż ich części, chemiczne elementy, pozyskiwane w skomplikowanych procesach produkcyjnych. Myślę, że jadane w całości pokarmy trudno przedawkować, w przeciwieństwie do substancji ekstrahowanych, np. sacharozy. A pamiętajmy, że pokarm jest zdrowy, jeśli nie jest zjedzony w nadmiarze, dotyczy to zapewne również oleju kokosowego.

      W jaki sposób można podawać dzieciom kokos w postaci naturalnej, ewentualnie – świeży kokos po obróbce domowej? Oto lista moich propozycji:

      1. Sok ze świeżego kokosa – woda znajdująca się wewnątrz orzecha kokosowego (pita przy pomocy słomki, bezpośrednio z orzecha);
      2. Miąższ ze świeżego kokosa, pokrojony w paseczki, wraz z cienką brązową skórką;
      3. Czipsy kokosowe z takiego miąższu robione w domu (kawałki świeżego miąższu szatkujemy na cienkie plasterki w robocie kuchennym i suszymy w piekarniku na dwóch blachach, w temperaturze 110 st. C, z włączonym termoobiegiem);
      4. Pełnotłuste wiórki kokosowe suszone, robione ze świeżego kokosa w domu (miąższ trzemy na dużych, średnich lub małych oczkach, używając robota kuchennego, następnie podsuszamy w piekarniku w sposób wyżej podany);
      5. Pełnotłuste wiórki kokosowe niesuszone: możemy przechowywać je w szczelnie zamkniętym słoiku w lodówce przez kilka dni, aby od czasu do czasu dodawać je do różnych potraw;
      6. Mleko kokosowe: niesuszone wiórki, te w formie najdrobniejszej, zalewamy dość ciepłą wodą i miksujemy w blenderze, następnie przecedzamy przez gęste sito lub gazę. Uzyskujemy bielutką, tłustą ciecz, do złudzenia przypominającą pełnotłuste mleko.
      7. Koktajl bananowo-owocowo-kokosowy: do blendera wlewamy mleko kokosowe, dodajemy banany i dowolne owoce, najlepiej jagodowe (latem świeże, a zimą mrożone lub pasteryzowane), w proporcjach według gustu, miksujemy.

       

      Moje Dzieci preferują sok i koktajl, poza tym od czasu do czasu dodaję im sam olej kokosowy do potraw typu ryż z bakaliami czy szarlotka z mąki jaglanej. W koktajlach mleko kokosowe można zastąpić łyżką oleju i większą ilością wody, jeśli nie mamy pod ręką świeżego kokosa. Czasami, gdy nie mam świeżych kokosów, robię mieszankę z suszonych owoców (mogą być rodzynki) i z płatków migdałowych, z dodatkiem przypraw korzennych i łyżki oleju kokosowego. To wszystko delikatnie podgrzewam na małej patelni, do wchłonięcia oleju. Taką mieszankę podaję mojemu Chłopczykowi mniej więcej raz na tydzień, na drugie śniadanie do szkoły.

      Ja za to uwielbiam kawałki świeżego kokosa, które w pełni wystarczają mi jako samodzielny posiłek: są sycące, ale lekkie i dają naprawdę dużo energii. Są idealne zamiast kanapki i świetnie smakują z kawą. Są szybkie w przygotowaniu, więc jadam je w trakcie częstej jazdy samochodem lub długotrwałych zakupów, gdy nie mam czasu na gotowanie.

      Moi znajomi natomiast zajadają się czipsami kokosowymi, dopytując się o przepis...

      Włączenie świeżych orzechów kokosowych obok lub zamiast oleju kokosowego do diety dziecka ma dodatkową korzyść: finansową; olej kokosowy jest stosunkowo drogi i nie każdy może pozwolić sobie na regularne kupowanie tego produktu, podczas gdy jeden orzech kokosowy kosztuje od 2 do 3 zł.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE TROPIKALNE – cz. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:10
    • OLEJE TROPIKALNE - cz. I

       

      Jako główne źródło informacji do dzisiejszego wpisu wybrałam książkę napisaną przez dr. Bruce’a Fife’a pt.: „Cud oleju kokosowego” (Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, za cytatami poniżej będę podawać stronę książki). Bruce Fife jest dyplomowanym dietetykiem i lekarzem naturopatą, prezesem „Ośrodka Badań nad Kokosem”. Jako pierwszy usystematyzował wyniki badań nad właściwościami leczniczymi oleju kokosowego.

       

      OLEJE TROPIKALNE

      Do olejów tropikalnych zaliczamy:

      • olej palmowy;
      • olej z nasion palmy;
      • olej kokosowy.

      Olej palmowy pochodzi z miąższu olejowca gwinejskiego (tj. z łupiny otaczającej nasiona). Ma intensywny pomarańczowoczerwony kolor.

      Olej z nasion palmy uzyskiwany jest z nasion olejowca gwinejskiego. Ma czystą białą barwę.

      Olej kokosowy wytwarzany jest z nasion palmy kokosowej (tj. z orzechów kokosowych). Czysty olej kokosowy, wytworzony ze świeżych kokosów ma biały kolor, kiedy twardnieje (w temperaturach niższych niż 24 st. C) i jest całkowicie przeźroczysty w stanie płynnym (w temperaturze 24 st. C lub wyższej). Czysty olej ze świeżych kokosów ma łagodny smak i zapach kokosa (w odróżnieniu od oleju kokosowego rafinowanego, który nie ma ani smaku, ani zapachu).

      Wszystkie oleje tropikalne składają się głównie z nasyconych kwasów tłuszczowych (co jest unikatową cechą wśród olejów roślinnych). Wbrew powszechnym opiniom, takie nasycone oleje sprzyjają zdrowiu człowieka, przy założeniu, że są tłoczone na zimno, bez dodatków chemicznych i że nie są rafinowane. Należy przy tym pamiętać, że istnieje wiele różnych typów tłuszczów nasyconych oraz że poszczególne rodzaje różnie wpływają na organizm.

       

      SPORY NA TEMAT OLEJÓW TROPIKALNYCH

      Spory na temat tłuszczów nasyconych, a  w szczególności – na temat olejów tropikalnych wiążą się z dezinformacją, o której wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów o tłuszczach. Dla wielu odbiorców informacji medialnych wyrażenie „tłuszcz nasycony” wiąże się z tematem chorób układu krążenia, zawsze kojarząc się z miażdżycą i zawałem serca. „Do tego bardzo przysłużyło się Amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Soi (ASA). Cała sytuacja ma swój początek w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wówczas media wrzały, ostrzegając ludzi przed nowo odkrytym zagrożeniem zdrowia – olejami tropikalnymi. Wszędzie było głośno o tym, że olej kokosowy to tłuszcz nasycony i że powoduje zawał serca. Gdziekolwiek się odwróciłeś, każdy produkt, który zwierał olej kokosowy lub palmowy, był krytykowany jako >>niezdrowy<<” (str. 20). W rezultacie, w miejsce powszechnie stosowanych olejów tropikalnych (w przemyśle spożywczym, w restauracjach itp.) wprowadzono rafinowany olej sojowy i inne chemicznie przetworzone oleje roślinne, często w postaci najgorszej dla zdrowia – uwodornionej (sztucznie, chemicznie utwardzonej).

       

      WYJĄTKOWŚĆ OLEJU KOKOSOWEGO - BUDOWA CHEMICZNA

      Tłuszcze zbudowane są z cząsteczek zwanych kwasami tłuszczowymi. Powszechnie wiadomo, że kwasy tłuszczowe dzielimy na:

      • nasycone (najbardziej trwałe; tłuszcze z przewagą cząsteczek nasyconych kwasów tłuszczowych mają postać twardą, np. smalec);
      • jednonienasycone (raczej trwałe; w niższych temperaturach tracą postać płynną, np. oliwa z oliwek);
      • wielonienasycone (nietrwałe; zawsze mają postać płynną, np. olej kukurydziany).

      Wszystkie naturalne tłuszcze zawierają mieszankę w/w trzech klas kwasów tłuszczowych, z tym, że w danym tłuszczu przeważa jedna z klas i w konsekwencji dany tłuszcz przybiera nazwę tej klasy. Na przykład w oliwie z oliwek przeważają kwasy tłuszczowe jednonienasycone, stąd jej klasyfikacja jako „tłuszczu jednonienasyconego”, ale należy pamiętać, że oliwa z oliwek zawiera również kwasy tłuszczowe wielonienasycone i nasycone.

      Olej kokosowy zawiera 92% tłuszczów (kwasów tłuszczowych) nasyconych, 6% tłuszczów jednonienasyconych i 2% tłuszczów wielonienasyconych. Jest więc bardzo trwały, odporny na szybkie jełczenie. Oprócz tej cechy ma jeszcze jedną, równie wyjątkową: cząsteczki (kwasy tłuszczowe), które go tworzą mają średnią długość łańcucha węglowego.

      Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze jedno kryterium podziału kwasów tłuszczowych, uwzględniające długość łańcuchów węglowych pojedynczych cząsteczek (każda cząsteczka tłuszczowa składa się z łańcucha atomów węgla z „podpiętymi” do niego atomami wodoru i tlenu). Według tego kryterium wyróżniamy kwasy tłuszczowe (cząsteczki):

      • długołańcuchowe (najczęściej występujące w przyrodzie);
      • średniołańcuchowe (występujące stosunkowo rzadko, np. w oleju kokosowym, w mleku matki, w maśle);
      • krótkołańcuchowe (rzadko występujące w przyrodzie).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe metabolizowane są (tj. trawione i wchłaniane) szybko i energooszczędnie: organizm nie zużywa tylu enzymów, co w trawieniu i przyswojeniu powszechnie używanych tłuszczów – długołańcuchowych. Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe usprawniają metabolizm białka i tłuszczu oraz wchłanianie minerałów i innych substancji odżywczych (zob.: http://www.izoo.krakow.pl/czasopisma/wiadzoot/2010/1/4Szewczyk.pdf ). „Krótsze” tłuszcze, szybko metabolizowane, działają bardziej jak węglowodany niż jak większość tłuszczów (kwasów tłuszczowych długołańcuchowych): są źródłem szybko pozyskiwanej energii. Na jakość tłuszczu i jego wpływ na nasze zdrowie składa się więc nie tylko nasycenie, ale również długość łańcuchów kwasów tłuszczowych, które ten tłuszcz budują. Długość łańcucha węglowego to kluczowy czynnik w sposobie trawienia i metabolizmu oraz wpływu na ciało tłuszczu spożywczego (str. 35).

      Olej kokosowy i olej z nasion palmy to najbogatsze źródła średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Olej kokosowy zawiera ich 64%, a olej z nasion palmy – 58%.

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które mają wyjątkowe właściwości antydrobnoustrojowe (tj. zwalczają bakterie, wirusy i grzyby) i które wchodzą w skład oleju kokosowego, to:

      • kwas laurynowy – 48% oleju kokosowego (ten kwas wykazuje największą aktywność antywirusową);
      • kwas kaprylowy – 8% (ten kwas jest jedną z najsilniej działających naturalnych substancji zwalczających drożdżaki);
      • kwas kaprynowy – 7%;
      • kwas kapronowy – 0,5%.

      Przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe właściwości oleju kokosowego ujawniają się dopiero po jego spożyciu i biochemicznym przekształceniu przez organizm. Kokos niespożyty, jak czasami można zauważyć po jego rozłupaniu, a nawet jeszcze w sklepie, może zostać zaatakowany przez grzyby i bakterie.

      Wyłączając oleje tropikalne, popularne oleje roślinne nie zawierają średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, a więc nie posiadają w/w właściwości.

       

      ZASTOSOWANIE OLEJU KOKOSOWEGO W MEDYCYNIE

      Olej kokosowy może być zastosowany w leczeniu wielu schorzeń, jak również w profilaktyce zdrowotnej. Ja sama, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tym produktem, zwróciłam uwagę na jego zastosowanie w chorobach mózgu (  http://pracownia4.wordpress.com/2011/03/08/cztery-lyzki-tego-pokarmu-dla-mozgu-moga-zapobiec-chorobie-alzheimera/ ). Jednym z objawów neurologicznej choroby mojego Chłopczyka były poważne zaburzenia mowy, które odzwierciedlały zaburzenia wykazane w nieprawidłowym zapisie EEG. Olej kokosowy wprowadziłam do jego diety z marszu. Leczniczo podawałam mu go codziennie, w pokarmach lub na łyżeczce, przez około miesiąc. Nie jestem zwolenniczką suplementów, uważam, że długookresowe zdrowe odżywianie wystarczy. Jednak tutaj chciałam poeksperymentować.  Po miesiącu codziennej suplementacji olejem kokosowym stan neurologiczny mojego Dziecka wyraźnie poprawił się, co zauważył również neurolog w kolejnym, kontrolnym badaniu EEG (mówię jedynie o spostrzeżeniu zależności czasowej). Zalecałabym taki miesięczny „eksperyment” w przypadku każdego dziecka jakkolwiek dotkniętego zaburzeniami neurologicznymi. Jeśli po miesiącu widać ustępowanie objawów, warto pozostawić kokos (olej kokosowy) w diecie dziecka, ale już niekoniecznie jako codzienny suplement, tylko w rotacji i ilości dyktowanych jego smakami, robiąc stosowne przerwy.

      Jak wspomniałam, olej kokosowy ma właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe. „Kwasy tłuszczowe, które znajdują się w kokosie, to silne antybiotyki” (str. 93), jednak nie niszczą przyjaznych bakterii jelitowych. Autor wspomnianej na początku tego wpisu książki, jako dietetyk i lekarz, przytacza cały katalog schorzeń, w których leczeniu stosowanie oleju kokosowego może pomóc. Są to: przewlekła łuszczyca, łupież, przedrakowe zmiany skórne, grypa, infekcje gardła, zapalenie płuc, zapalenie zatok, ból ucha, zatrucie pokarmowe, zakażenie pęcherza moczowego, cukrzyca (tłuszcz kokosowy zapewnia komórkom dostarczenie energii bez udziału insuliny i reguluje stężenie glukozy we krwi), przewlekłe zmęczenie, hemoroidy, próchnica zębów, wrzody żołądka, powiększona prostata, epilepsja (zaobserwowano zmniejszanie się częstotliwości napadów padaczkowych u dzieci, którym dodano do pożywienia średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe), opryszczka narządów płciowych, grzybice (w tym – kandyzdoza), choroby pasożytnicze (np. stwierdzono, że zwierzęta domowe karmione mielonym kokosem wydalają pasożyty jelitowe), zapalenie wątroby typu C, a nawet AIDS. Mówi też o zastosowaniu oleju kokosowego w profilaktyce chorób serca (wbrew utartym opiniom). Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe nie tylko nie zwiększają poziomu cholesterolu we krwi, ale też mogą pośrednio przyczyniać się do obniżenia lipoprotein LDL i zwiększenia lipoprotein HDL (poprzez pobudzenie metabolizmu). Przeciwdziałają lepkości płytek krwi, a tym samym – tworzeniu się skrzepów.

      Olej kokosowy stanowi również idealną maść na suchą, szorstką i pomarszczoną skórę i przynosi ulgę takiej skórze. Sprawdziłam tę właściwość na chorej skórze mojej ponad dziewięćdziesięcioletniej Babci i Babcia potwierdza: skóra zdrowieje przy regularnym stosowaniu oleju kokosowego. Moim zdaniem nierafinowany, czysty, naturalny olej kokosowy jest najlepszym kremem dla niemowląt i dzieci (a nie przemysłowe oliwki czy specjalistyczne kremy dla dzieci, zawierające szereg sztucznie dodanych substancji chemicznych, chociażby takich jak dwutlenek tytanu). Taki olej, ze swoimi właściwościami przeciwgrzybiczymi, przeciwwirusowymi i przeciwbakteryjnymi, leczy, regeneruje i chroni skórę. Chętnie wypróbowałabym go w leczeniu ciemieniuchy u niemowlęcia czy łupieżu u człowieka dorosłego. Olej kokosowy jest bardzo dobry jako baza do ziołowych balsamów robionych w domu. Latem zrobiłam balsam z oleju, ze świeżego, przeciśniętego przez wyciskarkę do czosnku listka babki lancetowatej oraz z ususzonego i zmielonego w młynku do kawy skrzypu polnego. Balsam zastosowałam u mojego Chłopczyka do smarowania wewnętrznych ścianek nosa, ze względu na osłabienie śluzówki (stwierdzone przez laryngologa), objawiające się częstymi krwawieniami z nosa. Balsam nie zepsuł się do dzisiaj, pomimo przechowywania go w temperaturze pokojowej i pomimo użycia świeżego, surowego liścia. A krwawienia z nosa wyraźnie ustąpiły. Autor książki proponuje natomiast sporządzenie balsamu z oleju kokosowego i świeżego, rozgniecionego czosnku i stosowania takiego balsamu w przypadku infekcji skórnych.

      Olej kokosowy używany jest w wielu tradycyjnych systemach medycyny, np. w Indiach stanowi istotny składnik niektórych ajurwedyjskich recept, stosowany jest do usuwania tasiemców czy wcierany jest w skórę głowy, w celu pozbycia się gnid. Poza tym, olej kokosowy stosowany jest w szpitalach w przypadku pacjentów, którzy mają problemy z trawieniem i przyswajaniem pokarmu. Podaje się go niemowlętom i małym dzieciom, które nie są w stanie trawić innych tłuszczów. Jest składnikiem mieszanek dla niemowląt.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:05
  • niedziela, 24 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE

       

      Jeśli wykluczymy z diety rafinowane oleje roślinne, z dostępnych tłuszczów roślinnych pozostają nam do wyboru:

      • stosunkowo trwałe tłuszcze - nierafinowana oliwa z oliwek (tłuszcz roślinny, w którym przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych jednonienasyconych) oraz nierafinowany olej kokosowy (ewentualnie olej palmowy) i dostępny w Polsce orzech kokosowy (w tych tłuszczach przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych nasyconych); im bardziej trwały tłuszcz, tym twardszą ma postać w niższych temperaturach (co wyraźnie widać w przypadku trwałych tłuszczów zwierzęcych, takich jak czysty tłuszcz mleczny – masło klarowane oraz smalec, pozostawionych w lodówce, a także w przypadku oleju kokosowego, natomiast nieco mniej trwała oliwa z oliwek w warunkach chłodniczych gęstnieje i matowieje);
      • nietrwałe tłuszcze (tj. te z przewagą cząsteczek kwasów tłuszczowych wielonienasyconych) – pozostałe oleje nierafinowane tłoczone na zimno (np. olej lniany, sezamowy, słonecznikowy, rzepakowy, olej z pestek dyni, olej z nasion wiesiołka, czarnuszki, ostropestu itp.)  oraz rozmaite orzechy i nasiona oleiste; tłuszcze nietrwałe (tzw. wielonienasycone) pozostają płynne nawet w niskich temperaturach.

      Trwałość tłuszczu wiąże się z jego odpornością na jełczenie (utlenianie); jełczeniu sprzyja światło, ciepłe i wysokie temperatury oraz dostęp powietrza.

      O oliwie z oliwek już pisałam ( http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/10/TLUSZCZ.html ), o oleju kokosowym napiszę w przyszłości. Dzisiaj – o nierafinowanych wielonienasyconych tłuszczach roślinnych, należących do tłuszczów nietrwałych.

      Czy wielonienasycone kwasy tłuszczowe są zdrowe? Tak, co więcej, niektóre z nich (prawdopodobnie...) są niezbędne. Tłuszcze niezbędne, czyli takie, które muszą być dostarczone z pożywieniem, gdyż nie mogą być syntetyzowane w komórkach organizmu ludzkiego, pełnią wiele ważnych ról: „Biorą udział w mechanizmach produkcji energii życiowej z pokarmu i jej dystrybucji w organizmie. Wiążą tlen i transportują elektrony w procesie utleniania. [...] Mają wpływ na wzrost i podział komórek, procesy naprawy w tkankach, procesy zapalne, koagulację krwi i rozwój mózgu”. Ale: „Prawdą jest, że niektórzy autorzy badań mają wątpliwości co do występowania niedoborów kwasów tłuszczowych w organizmie, takich, które usprawiedliwiałyby suplementację diety tymi właśnie kwasami” (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 17).

      Moim zdaniem, muszą być spełnione „tylko” dwa warunki, aby odnieść korzyść zdrowotną z wielonienasyconego tłuszczu roślinnego. Są nimi:

      1. absolutna świeżość;
      2. odpowiednia (nienadmierna) dawka.

      Pierwszy warunek jest powszechnie nieprzestrzegany, co widać w zwykłym hipermarkecie czy nawet w sklepie ze zdrową żywnością: nierafinowane oleje roślinne tłoczone na zimno oferowane są na niechłodzonych, oświetlonych półkach, a daty przydatności do spożycia tych tłuszczów, określone przez producentów, z pewnością nie oznaczają, że szkodliwy dla zdrowia proces jełczenia nie rozpoczął się przed upływem tych dat.

      Do drugiego warunku odniosę się poniżej.

      Olej wytłoczony z orzechów czy nasion, nawet ten tłoczony na zimno i z pominięciem procesu rafinacji, ma według mnie nieco... sztuczną formę. Analogicznie do przemysłowo uzyskiwanej sacharozy („wydobywanej” z trzciny cukrowej lub buraków cukrowych), jest oddzielony od rośliny, z której pochodzi i spożywany już w nienaturalnej postaci, a przynajmniej, potencjalnie - w nienaturalnie dużych ilościach. Pomyślmy, jaką ilość mielonych nasion lnu jesteśmy w stanie spożyć jednorazowo, a jaką - oleju wytłoczonego z tych nasion, oraz ile mililitrów oleju uzyskujemy np. z dwóch łyżek nasion lnu. Podobnej analizy można dokonać na przykładzie mąki ziemniaczanej i ziemniaków. Dochodzę do wniosku, że spożywanie pokarmów w jak najbardziej naturalnej formie chroni nas przed nadmiarem ich pojedynczych składników. A nadmiar, z definicji, nie jest pożądany, szkodzi.

      Wróćmy do dr. Billi i jego książki. „Według ekspertów spożycie tłuszczów wielonienasyconych nie powinno przekroczyć 4% całkowitej ilości potrzebnych człowiekowi kalorii(str. 98). I jeszcze o zasadności spożywania oleju lnianego i oleju sojowego, które zawierają odpowiednio prawie 60% i 7-10% kwasu alfa-linolenowego (kwas ten jest niezbędnym kwasem tłuszczowym Omega 3): „Oleje te nigdy nie należały do naszej tradycji kulinarnej. Aż do kilkudziesięciu lat wstecz byliśmy w stanie żyć w zdrowiu bez nich (wielu z nas jest w stanie żyć tak aż do dzisiaj). Przez całe wieki, jeśli nie powiedzieć tysiące lat, otrzymywaliśmy te niewielkie, potrzebne ilości kwasu alfa-linolenowego z różnych naturalnych produktów spożywczych, np. z orzechów. Cztery łyżeczki zmielonych orzechów odpowiadają 2 g tego cennego kwasu tłuszczowego. Jeśli zapotrzebowanie dzienne na ten kwas wynosi 0.5 – 1.5% całkowitej ilości spożytych kalorii i jeśli nasza dieta przewiduje 2000 kalorii, to powinniśmy spożyć 2.2 – 3.3 g kwasu alfa-linolenowego. Jak widać, kilka orzechów jest już w stanie pokryć całe nasze dzienne zapotrzebowanie na ten kwas. Ponadto, mniejsze ilości tego kwasu znajdują się w warzywach i produktach pochodzenia zwierzęcego, takich jak masło, mleko, jajka i mięso, pod warunkiem, że zwierzęta te są odpowiednio hodowane. Kończąc rozważania na temat kwasu alfa-linolenowego trzeba dodać, iż prawdziwych jego niedoborów u człowieka do tej pory nie zaobserwowano” (str. 118 – 119, pogrubienia moje).

      Jak widać, można znaleźć w literaturze opinie w zakresie prawidłowego odżywiania, które przeczą najbardziej, wydawałoby się, oczywistym i powszechnym tezom. Ja osobiście staję się tym bardziej nieufna, im bardziej „oczywisty” jest jakiś pogląd. Staram się używać logiki i intuicji tam, gdzie nie jestem ekspertem i mam do czynienia z takim poglądem oraz szukam wiedzy na tematy, które mnie niepokoją. Trzeba uświadomić sobie, jak powstają tezy w świecie nauki. Wyobrażam sobie, że najpierw tezy powstają jako wyniki badań empirycznych, a potem są wielokrotnie powtarzane, ale już bez weryfikacji tych badań. Kto pamięta zabawę w głuchy telefon? Jako przykład tej „zabawy” w świecie nauki, podam cytat z książki profesora dr. hab. med. Waltera Hartenbacha pt.: „Mity o cholesterolu” (Oficyna Wydawnicza „Interspar”, 2007 r.): „[...] co stwierdziłem wspólnie z zaprzyjaźnionym  biochemikiem światowej sławy, profesorem dr. H. Krautem, banany zwierają znacznie mniej potasu, niż podaje się w podręcznikach. Ponad 40 lat temu bananowi, owocowi względnie ubogiemu w potas, na skutek błędu w druku w pewnym podręczniku, przypisano właściwości wyjątkowo cennego źródła potasu. Od tamtej pory najwidoczniej powszechnie przyjęto do wiadomości ten błąd. Razem z profesorem Krautem przeprowadziliśmy przez lata rozległe badania nad stężeniem elektrolitów w organizmie pacjentów i sportowców. Naszą uwagę przykuł fakt, ze wyniki badań krwi, które uzyskaliśmy odnośnie do zawartości substancji w pożywieniu, a zwłaszcza elektrolitów, częściowo znacznie odbiegały od danych, przekazywanych do powszechnej wiadomości przez laboratoria przemysłu spożywczego” (str. 78).

      Wracając do nierafinowanych olejów roślinnych, obawiałabym się ich nadużywania, jeśli już nie procesu jełczenia (przy trudnym do spełnienia założeniu, że kupujemy olej zaraz po wytłoczeniu, przez cały czas przechowujemy w niskiej temperaturze, w ciemności i w szczelnie zamkniętej butelce oraz spożywamy w pierwszych dwóch – czterech tygodniach? – nie wiem, po wytłoczeniu). Myślę, że są sytuacje, w których nienaturalnie duże dawki oleju np. lnianego mają działanie lecznicze i takie powinny być stosowane. Ale w tych sytuacjach olej traktujemy jak lek, a więc spożywamy go w konkretnie ustalonych dawkach, w ograniczonym okresie i pod fachową kontrolą lekarza – dietetyka, jako remedium być może, np. na chorobę nowotworową czy chorą śluzówkę jelita. Natomiast w przypadku codziennego odżywiania dzieci, stanowiącego profilaktykę lub łagodną stymulację powrotu do zdrowia, raczej nie polecałabym suplementowania diety nierafinowanymi olejami roślinnymi na zasadzie codziennych dawek. Chyba, że... dziecko ma wyraźnie ochotę na określony olej. Wówczas ono samo dobiera sobie dawkę i częstotliwość, a kontrolę sprawuje fachowiec – Natura. Mój Chłopczyk, cztery lata temu domagał się codziennie tranu (zawierającego wielonienasycone kwasy tłuszczowe pochodzenia zwierzęcego), i to tego bardziej „śmierdzącego”. Popijał tran z własnej woli przez dwa tygodnie, a może dłużej, a potem odstawił go całkowicie.

      W jaki więc sposób zapewnić dzieciom niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe w posiłkach? Pamiętajmy, gdzie Natura umieszcza te tłuszcze... Naturalna forma pokarmu zapewnia świeżośćodpowiednią dawkę i najbardziej optymalne warunki przyswajania wartości odżywczych, jakie ten pokarm zawiera. U nas w domu, od początku września do końca zimy, w kilku łatwo dostępnych miejscach, porozstawiane są talerze z różnymi orzechami: włoskimi, ziemnymi czy laskowymi oraz dwa dziadki do orzechów (konfliktom należy z góry zapobiegać...). Dzieci spontanicznie same wybierają sobie te orzechy, na które mają ochotę, rozłupują łupiny i jedzą. Do posiłków natomiast dodaję im w niewielkich ilościach, ale raczej codziennie i w rotacji przeróżne nasiona: lnu, maku, słonecznika, dyni, ostropestu, kakaowca, sezamu, owoce goi. Nasiona te mielę bezpośrednio przed użyciem, dzięki czemu olej w nich zawarty nie zdąża zjełczeć. Ulubioną przekąską mojego Chłopczyka są płatki migdałowe z rodzynkami, z dodatkiem przypraw korzennych lub duszone jabłka lub gruszki z dodatkiem tychże płatków i przypraw. Ponadto, wielonienasycone kwasy tłuszczowe występują w małych ilościach w innych pokarmach, które spożywają moje Dzieciaki. I to myślę wystarczy, jeśli chodzi o zapewnienie w diecie dziecka świeżego wielonienasyconego tłuszczu roślinnego.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 listopada 2013 16:28
  • niedziela, 17 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE

       

      Oleje roślinne rafinowane, należące do tłuszczów wielonienasyconych, to tłuszcze najczęściej dzisiaj używane, np. popularny olej kukurydziany, słonecznikowy, rzepakowy czy olej z pestek winogron. Za sprawą trzech czynników: mitu o prozdrowotności, szerokiego zastosowania (smażenie, pieczenie, gotowanie i robienie sałatek) oraz stosunkowo niskiej ceny, oleje roślinne rafinowane zdominowały restauracje, stołówki, przemysł spożywczy i prywatne kuchnie, wypierając częściowo lub całkowicie rzekomo szkodliwe naturalne tłuszcze nasycone (masło, smalec, olej kokosowy i palmowy). Natomiast oleje roślinne tłoczone na zimno i nierafinowane, ze względu na wysoką cenę i ograniczone zastosowanie (nie mogą  być używane do smażenia) nie mają szans na powszechne zainteresowanie (nad tym jednak nie ubolewam, ze względu na nietrwałość, a więc potencjalną szkodliwość takich olejów).

      Chciałabym dzisiaj przedstawić proces produkcji oleju, głównie na podstawie wspomnianej już kiedyś książki: „Jedz tłusto i bądź zdrowy” (Wydawnictwo WGP, 2011 r.). Autor książki, Francesco Perugini Billi jest lekarzem i biotechnologiem. Ta książka, napisana przez niezależnie myślącego specjalistę, do tego napisana w sposób rzeczowy, naukowy, a zarazem przystępny oraz poparta szeroką literaturą, zrewolucjonizowała moje poglądy na temat olejów roślinnych; sprawiła, że w jednym dniu wszystkie oleje, jakie miałam w swojej kuchni, ku lekkiemu przerażeniu mojego Męża, wylądowały w koszu na śmieci. To nie było wyrzucanie pieniędzy. To było przemyślane i świadome działanie na rzecz zdrowia mojej Rodziny.

       

      Historia

      Oleje, które do lat 50-tych były zwykłymi produktami spożywczymi, i to nienajlepszymi, nagle uzyskały status produktów leczniczych. Nie było to bez znaczenia dla producentów olejów chcących zrobić wielkie pieniądze. Ciąg dalszy historii znamy już wszyscy. Reklamodawcy, lekarze i dietetycy, wszyscy jednym głosem zaczęli przekonywać nas o dobroczynnym wpływie olejów wielonienasyconych na nasz organizm i zachęcać do spożywania ich na co dzień, zamiast tradycyjnych tłuszczów zwierzęcych” („Jedz tłusto i bądź zdrowy”, str. 92, podkreślenie moje).

       

      Produkcja

      Produkcja olejów rafinowanych składa się z wielu etapów i związana jest z wielokrotnym zastosowaniem wysokich temperatur oraz użyciem substancji chemicznych. W moim odbiorze jest przerażająca. Poniżej przedstawiam etapy produkcji w uproszczonym opisie.

      Etap 1:

      Nasiona, orzechy lub owoce roślin motylkowych są czyszczone, łuskane, rozdrabniane, mielone, a potem – wstępnie tłoczone na gorąco. Następnie, wytłoki zostają poddane ekstrakcji (wypłukiwaniu) przy pomocy rozpuszczalnika (heksanu - węglowodoru otrzymywanego w trakcie destylacji ropy naftowej lub benzyny ekstrakcyjnej). Na tym etapie zostają utracone: białko, błonnik, witaminy i minerały.

      Etap 2:

      Uzyskany ekstrakt zostaje poddany destylacji (w celu usunięcia rozpuszczalnika) w temperaturze 150 st. C. Resztki rozpuszczalnika usuwa się przez przepuszczenie przez olej pary wodnej o bardzo wysokiej temperaturze (niewielkie jego ilości i tak pozostają w oleju).

      Etap 3:

      Na tym etapie zostają usunięte substancje śluzowe, w procesie podgrzewania oleju do temperatury 60 – 90 st. C gorącą wodą z kwasem fosforowym oraz poprzez wirowanie. Dochodzi do utraty fosfolipidów (np. cennej dla zdrowia lecytyny), składników białkowych, cząstek wielocukrów, chlorofilu, wapnia, magnezu, żelaza i miedzi.

      Etap 4:

      Jest to etap rafinacji, czyli oczyszczania. Do rafinacji używany jest wodorotlenek sodu lub jego mieszanina z węglanem sodu, z którymi zostaje wymieszany olej. Dochodzi do reakcji chemicznej, w wyniku której powstaje... mydło. Ten etap eliminuje wolne kwasy tłuszczowe (w formie mydła), pozostałości fosfolipidów, substancje białkowe, pigmenty, wapń, magnez i mikroelementy.

      Etap 5:

      Jest to etap odbarwiania. I w tym etapie ponownie używa się wysokich temperatur oraz substancji chemicznych. Dochodzi do szkodliwych dla zdrowia zmian w strukturze kwasów tłuszczowych nienasyconych  oraz do utraty chlorofilu i beta-karotenu.

      Etap 6:

      To etap dezodoryzacji, czyli eliminacji z oleju substancji odpowiedzialnych za smak i zapach, przy pomocy wysokich temperatur. Utracone zostają wolne kwasy tłuszczowe, fitosterole i witamina E.


      Źródła:

       

      Wnioski

      Oleje roślinne poddane wysokim temperaturom i przechodzące przez szereg reakcji chemicznych zostają pozbawione wielu cennych substancji odżywczych. Ponadto struktura chemiczna kwasów tłuszczowych zawartych w tych olejach zostaje niebezpiecznie zmieniona. Reasumując, olej roślinny rafinowany to produkt pozbawiony naturalnych wartości odżywczych (o czym świadczy chociażby jego nijaki smak i zapach), ponadto – produkt sztuczny, niewystępujący w naturze, a na dodatek – produkt szkodliwy. Taki produkt „spożywczy” nie tylko nie jest wartością dla organizmu naszych dzieci, ale stanowi zagrożenie dla ich zdrowia. Pamiętajmy też, że oprócz postaci czystej, w butelkach, występuje on w większości przetworzonych produktów spożywczych, począwszy od przemysłowych pokarmów dla niemowląt i małych dzieci, poprzez pieczywo, przemysłowe ciastka i inne słodycze, przemysłowe zupy, kremy, frytki, dania gotowe itp., skończywszy na daniach w stołówkach i restauracyjnych. Czytajmy etykiety na produktach spożywczych. Już samo hasło: „olej roślinny” lub „tłuszcz roślinny” powinno dyskwalifikować produkt w zdrowej kuchni dla dzieci. Najczęściej takie hasło oznacza olej (tłuszcz) przemysłowy, rafinowany, a nawet, gdyby był to olej roślinny nierafinowany, to z pewnością byłby już mniej lub bardziej zjełczały. Ja zwracam uwagę na etykiety nawet w przypadku produktów ze sklepów ze zdrową żywnością, np. nie kupuję ekologicznych rodzynek niesiarkowanych, jeśli w ich składzie jest olej roślinny.

      Obok przemysłowo uzyskanego cukru (najczęściej sacharozy, ale nie tylko), odrzucamy więc oleje roślinne. Na co jeszcze zwracać uwagę, czytając etykiety? O tym napiszę w przyszłości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 listopada 2013 00:23
  • sobota, 02 listopada 2013
  • czwartek, 31 października 2013
    • PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ

       

      Ponieważ smaki mojego Chłopczyka bardzo się ostatnio zmieniają, postanowiłam jeszcze raz spisać jego wybory kulinarne, z ostatnich dni, aby pokazać, jak to moje „słuchanie dziecka” wygląda w praktyce. Poniższe zestawienie można porównać z jadłospisem sprzed kilku miesięcy: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/CO-WYBRALY-MOJE-DZIECI.html

       

      DZIEŃ

      JADŁOSPIS

      SKŁADNIKI

      UWAGI

      poniedziałek

      kotlet schabowy panierowany, zielona pietruszka, herbata rumiankowa

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, cytryna, czosnek, majeranek, sól, gorczyca, pieprz), panierka (jajko, mąka kukurydziana), smalec gęsi, pietruszka, rumianek

      wieprzowina, pietruszka, czosnek – z gospodarstwa wiejskiego, panierka – bezglutenowa, smalec gęsi – wytapiany w domu, sól - kamienna, niejodowana, bez antyzbrylacza

      2 gruszki

       

      z gospodarstwa wiejskiego

      szarlotka jaglana

      mąka jaglana, sól, żółtka, jajko, masło, olej kokosowy, jabłka, przyprawy korzenne, nasiona / orzechy

      mąka jaglana – mielona w domu, jajka, masło, jabłka – z gospodarstwa wiejskiego, olej kokosowy – na zimno tłoczony, nierafinowany, przyprawy korzenne rotowane (używane naprzemiennie w ciągu około dwóch – trzech tygodni), nasiona / orzechy – rotowane (naprzemiennie: mak, słonecznik, pestki dyni, ziarno kakaowca, sezam, rozmaite orzechy itd.)

      placki ziemniaczane z zieloną pietruszką, kwaśna śmietana

      ziemniaki, cebula, czosnek, mąka gryczana, pieprz czerwony, kminek mielony, kurkuma, sól, jajka, smalec gęsi, pietruszka, kwaśna śmietana

      ziemniaki, jajka, śmietana niepasteryzowana – z gospodarstwa wiejskiego, mąka gryczana – mielona w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

      jedzone przypadkowo, o dowolnej porze dnia, orzechy włoskie prosto spod orzecha (woli takie od tych, które  przeleżały w domu)

      Wtorek

      parówki wieprzowe z zieloną pietruszką i musztardą, herbata rumiankowa

      wieprzowina, sól, minimalna ilość peklosoli, gałka muszkatołowa, pieprz, wywar z lubczyku, ziela angielskiego i liścia bobkowego, słodka papryka, tłuszcz wieprzowy, pietruszka, gorczyca, ocet jabłkowy, sól, miód, pietruszka, rumianek

      parówki i musztarda – robione w domu

      2 gruszki

       

       

      ryż z solą, olejem kokosowym i masłem

       

      ryż moczony z octem jabłkowym na dobę przed ugotowaniem (w celu neutralizacji kwasu fitynowego), masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy

      schab w plasterkach

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, czosnek, sól, kminek, bazylia, majeranek, kurkuma, imbir, chili, czarny pieprz, cytryna)

       

      duszone jabłka z gruszkami i cynamonem, posypane płatkami migdałowymi

      jabłka, gruszki, wywar z korzenia imbiru, cynamon, oliwa z oliwek, przyprawy korzenne,migdały

      owoce – z gospodarstwa wiejskiego, migdały ekologiczne

      mielone mięso z rosołu

      wołowina i kaczka z rosołu, sól, pieprz czarny, zielona pietruszka, oliwa z oliwek

       

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Środa

      rosół z makaronem kukurydzianym i zieloną pietruszką

      wywar (wołowina, kaczka, majeranek, kozieradka, len, listek bobkowy, rozmaryn, pietruszka korzenna, lukrecja, korzeń imbiru, pieprz czarny, sól, por, kalarepa z liśćmi, zielona pietruszka), kukurydza, pietruszka

      mięso – z gospodarstwa wiejskiego, makaron bezglutenowy – kukurydziany, z kukurydzy niemodyfikowanej genetycznie, bez jajek

      2 jabłka

       

       

      ryż z jabłkami z dodatkiem gruszki i sezamu

      ryż, olej kokosowy, masło, jabłka, gruszki, przyprawy korzenne, sezam, wywar z korzenia imbiru

      masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy, sezam niełuskany ekologiczny

      mielone mięso z rosołu

       

       

      wywar z siemienia lnianego z dodatkiem soku z wiśni

       

      sok z wiśni bez dodatku cukru, robiony w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Czwartek

      zupa pomidorowa z ryżem

      wywar (= rosół – jak wyżej), zmiksowane warzywa z rosołu, zmiksowane pomidory ze skórką, ryż, masło

      pomidory – z gospodarstwa wiejskiego, masło niepasteryzowane dodawane na talerzu

      kwaśna śmietana

       

      z gospodarstwa wiejskiego, z mleka niepasteryzowanego

      schab w plasterkach, zielona pietruszka, musztarda

       

       

      naleśniki owsiane z dżemem, syropem klonowym i miodem spadziowym, herbata z rozmarynu

      owies, sól, przyprawy korzenne, mielone nasiona, jajka, masło klarowane, dżem morelowy, syrop klonowy, miód spadziowy, rozmaryn

      mąka owsiana mielona w domu, masło klarowane w domu, dżem bez cukru robiony w domu, gluten wprowadzony po raz pierwszy od sześciu dni

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

       

      Powyższy jadłospis podyktowany był wyborami Chłopczyka, ale w pewnych ograniczeniach, takich jak:

      • dostępność produktów w domu;
      • jadanie w szkole (nie każdy rodzaj jedzenia można podać dziecku do szkoły);
      • nadwrażliwość na pomidory i gluten (zupę pomidorową i produkty glutenowe, a w szczególności pszenne, chętnie jadałby częściej);
      • moje ograniczenia czasowe (np. Chłopczyk uwielbia kopytka ziemniaczane, ale nie zawsze mam czas, aby je ugotować).

      Ten jadłospis ukazuje, jak zmieniają się smaki u dziecka (w porównaniu do jego wyboru sprzed kilku miesięcy): jeszcze jakiś czas temu Chłopczyk nie akceptował mięsa, a teraz coraz częściej zaczyna wybierać je, zamiast produktów zbożowych. Jak zawsze, nie akceptuje surówek. Jedyne dopuszczalne surowe warzywo to natka pietruszki. Muszę przyznać, że pietruszka zielona i tak nie jest jego pierwszym wyborem, ale nie protestuje, gdy w małej ilości dodam mu ją do potrawy. Kotlety schabowe smakują mu, jeśli spożywa je raz w tygodniu. Jeśli dostanie je dwa razy z rzędu, to za drugim razem je mniej chętnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 23:34