Zdrowe Dzieci

O odżywianiu dzieci, utrzymaniu ich w zdrowiu i wyprowadzaniu z choroby bez leków, bez suplementów.

Wpisy

  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • MLEKO – CZ. II

       

      MLEKO W KARTONACH

      Wady mleka przemysłowego nie kończą się na jego niekorzystnie zmienionych cechach biologicznych i chemicznych (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/03/MLEKO-1.html ). Wadą może też być przemysłowe opakowanie mleka.

      Obok nowych technik i technologii stosowanych w pakowaniu mleka zmieniły się materiały oraz formy konstrukcyjne opakowań mleka spożywczego. Zarówno w Europie, jak i w naszym kraju zdecydowanie zmniejszyła się ilość mleka pakowanego w tradycyjne opakowania szklane (butelki) na korzyść opakowań wielowarstwowych z różnych tworzyw (tworzywa sztuczne, karton, aluminium) oraz opakowań wyłącznie z tworzyw sztucznych” (źródło: http://www.pttz.org/zyw/wyd/czas/2009,%202(63)/01_Panfil.pdf ).

      Czy aluminium i tworzywa sztuczne są całkowicie bezpieczne jako materiał na opakowanie na mleko?

      Jak wiadomo, aluminium (glin, symbol „Al”) jest pierwiastkiem neurotoksycznym. „Neurotoksyczność glinu została udowodniona eksperymentalnie, znalazła też potwierdzenie w encefalopatii dializowanych [osób z niewydolnością nerek, które dializowano płynem dializacyjnym zawierającym glin] jak również u chorych z niewydolnością nerek przyjmujących preparaty glinu w celach terapeutycznych. Ze względu na podobieństwo zmian histopatologicznych w zatruciach doświadczalnych do obrazu morfologicznego w chorobie Alzheimera, zaczęto poszukiwać związku między rosnącym trendem występowania tej choroby oraz innych chorób zwyrodnieniowych układu nerwowego, a środowiskowym wpływem glinu” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Neurotoksyczność glinu może objawiać się również w postaci neurologicznych powikłań poszczepiennych: powszechnym adiuwantem stosowanym w szczepionkach jest wodorotlenek glinu. Wg wypowiedzi lekarza, dr Jerzego Jaśkowskiego aluminium to „metal powodujący śmierć komórek nerwowych - neuronów. Jest to niezwykle toksyczny metal, szczególnie w połączeniu z rtęcią. Udowodniono jego rolę w chorobie Alzheimera, autyzmie, drgawkach, śpiączce i chorobach kości”.

      Ponadto, „nadmiar glinu nadmiernie obciąża wątrobę, a przyjmowanie dużych dawek tego pierwiastka, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, skutkuje upośledzeniem funkcji i mniejszą wydajnością tego organu w późniejszych latach. [...] Glin łatwo asymiluje się ze związkami wapnia łatwo przyswajalnego do związków trudno przyswajalnych. Dlatego też należy ograniczać jego spożycie w okresie wzrostu i rozwoju układu kostnego” (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Glin )

      Al znajduje się w piwie oraz sokach owocowych przechowywanych w opakowaniach aluminiowych. Jego stężenie rośnie w miarę okresu przechowywania. Po dwunastu miesiącach przechowywania stężenie Al w piwie osiąga wartość 10-20 mg/l” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Czy zwiększa się stężenie aluminium w mleku przechowywanym w kartonach z warstwą aluminiową? Myślę, że można mieć co najmniej obawy.

      Mam też obawy co do tworzyw sztucznych, z których wykonywane są opakowania na mleko. Z materiałów syntetycznych uwalniają się małe ilości chemicznych substancji lotnych, należy zatem unikać stosowania sztucznych opakowań do przechowywania żywności oraz nie spożywać wody z plastikowych butelek (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 231). Mleko bardzo łatwo pochłania zapachy, co można zauważyć, wstawiając je w otwartym naczyniu do lodówki, w której znajdują się też inne produkty spożywcze. Przypuszczam więc, że mleko łatwiej niż np. woda reaguje z materiałem, z którego wykonano opakowanie.

       

      WPŁYW MLEKA NA MÓZG

      Czasami dochodzi do przedostania się niestrawionej w pełni kazeiny do krwiobiegu. W jelicie kazeina (dłuższe łańcuchy aminokwasowe) rozpada się do formy prostszej, peptydów (krótszych łańcuchów aminokwasowych), a te z kolei do formy najprostszej – pojedynczych aminokwasów. Białka w formie peptydów, działają jak endorfiny („wewnętrzna morfina”), czyli substancje wywołujące stany euforii, a w dłuższym okresie – apatię, zmiany nastroju i uzależnienie oraz efekt z odstawienia substancji uzależniającej przejawiający się np. rozdrażnieniem (niektóre dzieci codziennie spożywające mleko lub jego przetwory nie potrafią z tych pokarmów zrezygnować). Mleko, a właściwie kazeina może więc mieć działanie narkotyczne (podobnie jak gluten). To zagrożenie zwiększa się w przypadku mleka przemysłowego, przy nadużywaniu jakiegokolwiek mleka oraz przy zaburzeniach w trawieniu kazeiny (np. wskutek zatrucia metalami ciężkimi, które prowadzi do upośledzenia wytwarzania enzymów rozkładających peptydy), jak i w przypadku nieszczelnej ściany jelita (i nie są te czynniki niezależne od siebie; często współwystępują).

      Nie jest tajemnicą, że dzieci ze spektrum autyzmu zaczynają lepiej funkcjonować na diecie z eliminacją lub rotacją kazeiny (oraz glutenu).

       

      MLEKO KOZIE I OWCZE

      Jeśli chodzi o mleko kozie czy owcze, należy postępować tak samo, jak w przypadku mleka krowiego, tj. oferować dziecku mleko i jego przetwory pozyskiwane w sposób tradycyjny, naturalny, całkowicie rezygnując z produktów mlecznych przemysłowych; kierować się smakiem dziecka (nie podawać, gdy nie smakuje); robić kilkudniowe lub dłuższe, całkowite przerwy od oferowania pokarmów mlecznych, a w przypadku reakcji alergicznych lub objawów nietolerancji pokarmowej zmniejszać częstotliwość i dawkę do takiego poziomu, przy którym nie będzie żadnych reakcji; w przypadku ciężkich objawów zrobić kilkumiesięczną lub dłuższą przerwę, w skrajanych przypadkach – całkowicie zrezygnować z mleka i jego przetworów.

      Moja Dziewczynka źle reaguje na mleko kozie (zmiany skórne wokół ust), podczas gdy nie widać u niej w ogóle reakcji na mleko krowie spożywane raz w tygodniu w dość dużych ilościach (najczęściej około litra w ciągu dnia). Oczywiście oba rodzaje mleka pochodzą prosto z gospodarstwa wiejskiego.

      Reakcja alergiczna lub nietolerancja pokarmowa na mleko kozie lub owcze może wystąpić dopiero w dłuższym okresie (kilka dni / tygodni / miesięcy, rok, dwa lata), gdy takie mleko spożywane jest non-stop, bez odpowiednio długich przerw. Dotyczy to szczególnie tych dzieci, u których już stwierdzono nadwrażliwość (alergię lub nietolerancję) na mleko krowie. Dzieje się tak ze względu na reakcje krzyżowe, które są charakterystyczne dla pokarmów z danej grupy, w tym wypadku – grupy pokarmów mlecznych pochodzących od różnych zwierząt.

      Każdy rodzaj mleka, niezależnie od jakiego zwierzęcia pochodzi, zawiera białka mleczne. Jednym z tych białek (występującym w największej ilości) jest kazeina. Mleko kozie zawiera około 68% kazeiny w stosunku do ogólnej ilości białek, podczas gdy mleko krowie – 75%. Kazeina w mleku kozim ma nieco inną strukturę niż kazeina w mleku krowim. Inne są też proporcje pozostałych białek oraz składników mleka (witamin, minerałów, tłuszczu, węglowodanów), przez co oba rodzaje mleka mają nieco inne właściwości (zob.: www.kozy.edu.pl/?sklad-i-wartosc-odzywcza-mleka-koziego-w-porownaniu-z-mlekiem-krowim-owczym-i-kobiecym.,78 ). W przypadku mleka owczego, zawartość kazeiny jest większa, niż w przypadku mleka koziego i krowiego. Ale tu też należy mieć na uwadze to, że o właściwościach pokarmu decydują wszystkie jego składniki, ich struktura, proporcje w całościowym składzie oraz synergia (interakcja) tych składników. W ocenie oddziaływania danego rodzaju mleka zawsze należy przede wszystkim obserwować indywidualną reakcję organizmu naszego dziecka, a dopiero potem kierować się teorią czy powszechnymi opiniami (np. przekonaniem, że mleko kozie można podawać bez ograniczeń dzieciom uczulonym na mleko krowie).

       

      MLEKO MODYFIKOWANE

      Mleko modyfikowane kojarzy mi się z suchą karmą dla psów (nie chcę urażać mam, które karmią takim mlekiem swoje dzieci, chcę je tylko przestrzec; sama kiedyś do nich należałam, czego do dzisiaj bardzo żałuję): oba produkty są bardzo wygodne w użyciu i rzekomo „pełne wartości odżywczych” (według zapewnień producentów). Co więcej, produkty te są pięknie opakowane... w tworzywa sztuczne, czasami z dodatkiem aluminium. W rzeczywistości, suche, sproszkowane mleko, tak samo jak pokarm dla psów w postaci przemysłowych kuleczek czy kwadracików, to martwy, niedodający energii pokarm, czasami sztucznie uzależniający i naruszający naturalne mechanizmy metabolizmu na poziomie mózgu. W dłuższym okresie czasu regularne spożywanie tego rodzaju produktu może skutkować osłabieniem organizmu, różnymi zaburzeniami (np. łaknienia), a w rezultacie - poważniejszymi chorobami.

      Mleko modyfikowane to bomba z opóźnionym zapłonem”, jak pisze autorka bloga „Zielony Zagonek”. Warto poczytać: http://zielonyzagonek.pl/mleko-modyfikowane/ .

      I jeszcze parę słów od autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”: Jeśli chcemy zapobiegać powstaniu kolki jelitowej i alergii u niemowlęcia, musimy dopilnować, aby na oddziale noworodkowym nie podano naszemu nowo narodzonemu dziecku ani jednej dawki sztucznego pokarmu. Ważne jest też, aby później, w domu, przy naturalnym karmieniu piersią nie dokarmiać i nie poić niemowlęcia innymi pokarmami niż mleko matki. Należy tak postępować dlatego, że jelito malutkiego dziecka jest bardzo przepuszczalne (po to, aby móc „wpuścić” do krwiobiegu naturalne białkowe przeciwciała z mleka matki), przez co niestrawione cząstki obcych białek (znajdujących się m.in. w mleku modyfikowanym) łatwo przedostają się do krwiobiegu, dochodzi do szkodliwych reakcji immunologicznych z produkcją przeciwciał IgE, których niedojrzały organizm niemowlęcia nie jest w stanie opanować. W ten sposób utrwala się alergiczna reakcja na obce białka, co zostało potwierdzone w badaniach. Mleko matki ma tak wielką przewagę nad innymi pokarmami, że zalecane jest nieprzerywanie karmienia nawet wtedy, gdy dziecko ma alergię na jedzenie spożywane przez matkę i matka nie wytrzymuje rygorów diety zalecanej dla niej w okresie karmienia piersią: lepiej zaniechać diety niż karmienia piersią  (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 261-262, 310-312).

      Ja sama mogę potwierdzić powyższe na przykładzie moich Dzieci. Choć miałam nikłą wiedzę o zdrowym odżywianiu dziecka, gdy rodziłam mojego Chłopczyka, zakazałam dokarmiania Go czymkolwiek na oddziale noworodkowym. Długo nie miałam pokarmu (nie licząc paru kropelek), być może wskutek cesarskiego cięcia. Długo, bo kilka dni. Dziecko przystawiałam jednak do piersi non-stop od dnia narodzin i miałam niesamowitą, intuicyjną pewność siebie, że wszystko będzie w porządku, mimo, że pokarm nie pojawiał się, a Chłopczyk z dnia na dzień tracił na wadze (ponad normę dla fizjologicznego spadku wagi). Krzyczała na mnie pielęgniarka, grożąc, że nie bierze odpowiedzialności za to, do czego to doprowadzi. Nie ugięłam się jednak, czując, że tak jest właściwie. Pokarm przyszedł nagle, w olbrzymich ilościach. I tak pozostało przez pierwsze sześć miesięcy życia Chłopczyka: zero jakiegokolwiek obcego pokarmu, w tym - ani kropli wody. W pierwszym roku życia mojego Chłopczyka, który cały czas pięknie przybierał na wadze, nie zauważyłam objawów alergii na mleko.

      Inaczej było z Dziewczynką. Pozwoliłam tylko raz dokarmić ją z butelki na oddziale noworodkowym. Nie mam też pewności, czy to rzeczywiście był tylko jeden raz. Dziecko od początku miało problemy z odruchem ssania. Autorzy wspomnianej wyżej książki przestrzegają przed sztucznym dokarmianiem również dlatego, że takie dokarmianie łatwo narusza delikatną naturalną równowagę „podażowo-popytową”, jaka wykształca się między organizmem matki i dziecka, co skutkuje problemami ze ssaniem. Tuż po powrocie do domu ze szpitala zaobserwowałam u Dziewczynki niepokojące objawy, które pediatra przypisał prawdopodobnej alergii Dziecka na mleko spożywane przeze mnie. Gdy wyeliminowałam mleczne pokarmy z mojej diety, niepokojące objawy u Dziewczynki znikły.

      Nie twierdzę, że historie moich Dzieci związane są jedynie z czynnikiem naturalnego karmienia i dokarmiania lub niedokarmiania ich butelką. Biorę jedynie ten czynnik pod uwagę w swoich rozważaniach.

       

      MLEKO W KOMPOZYCJACH POKARMOWYCH

      Obserwuję, że czasami potencjalnie szkodliwy pokarm mleczny, spożyty w smakowitej kompozycji smakowej nie powoduje jakichkolwiek dolegliwości. Myślę, że odpowiedzi można szukać w zasadach komponowania posiłków wg pięciu smaków (kwaśnego, gorzkiego, słodkiego, ostrego, słonego), z uwzględnieniem natury pokarmów (zimnej, chłodnej, neutralnej, ciepłej, gorącej), o czym mówi medycyna chińska. Poza tym, im tłustsza forma pokarmu mlecznego, tym mniej szkodliwa: z reguły nie szkodzi surowe masło, a tłusta śmietana wydaje się być bezpieczniejsza od samego mleka (zob. publikacje dr Ewy Bednarczyk-Witoszek). Nie ma niepodważalnej reguły, choć z pewnością inaczej jest w przypadku nietolerancji pokarmowej, a inaczej w przypadku klasycznej alergii IgE-zależnej, ale o tym – kiedy indziej. Pozostaje obserwacja i wiedza, że dla każdego rodzaju pokarmu i jego potencjalnej szkodliwości lub dobroczynności ma znaczenie towarzystwo innych pokarmów, dodatków (np. przypraw, ziół), obecność żywych enzymów, pożytecznych drobnoustrojów, sposób przygotowania posiłku, jak również inne posiłki w dobie.

       

      PODSUMOWANIE

      Prawdziwe mleko i jego przetwory należy traktować neutralnie, stosując się do poniższych zasad: 

      1. Nigdy nie podawaj dziecku przemysłowego mleka i przemysłowych produktów mlecznych (jogurtów, kefirów, jakichkolwiek serów, śmietany), w tym – modyfikowanego mleka w proszku.
      2. Postaraj się o surowe mleko, masło, śmietanę i biały ser wytwarzane w wiejskim gospodarstwie, w higienicznych warunkach.
      3. Po etapie karmienia piersią (dobrze, aby ten etap trwał jak najdłużej) zaproponuj dziecku całą gamę naturalnych produktów mlecznych; zobacz, co wybierze. Niech naje się do syta. W przypadku występowania wyraźnych zaburzeń zdrowotnych, ogranicz mleczną ofertę do jednego dnia w tygodniu, a przy silnej wrażliwości pokarmowej (np. wyraźnej alergii typu IgE) – do jednego małego posiłku mlecznego w tygodniu (jest to rodzaj „szczepionki”, sposób na ostrożne oswajanie organizmu z białkami mlecznymi), oczywiście tylko wtedy, jeśli dziecko lubi posiłki mleczne. Jeśli dziecko jest zdrowe, w ramach profilaktyki dbaj o regularne, co najmniej trzydniowe całkowite przerwy w podawaniu pokarmów mlecznych na przestrzeni około tygodnia.
      4. Zwróć uwagę na ewentualne reakcje organizmu do trzech dni (72 godzin) po spożyciu mlecznego pokarmu, a w szczególności reakcje: układu pokarmowego (np. rozwolnienie, zatwardzenie, wzdęcia, ból brzucha), skóry (np. wysypka, świąd, nienaturalnie czerwone policzki, bolesne zaczerwienienie wokół ust), układu oddechowego (np. nagły wodnisty katar, chroniczny katar, zatkany nosek, kaszel, ból gardła, chrapanie w nocy), układu nerwowego (np. rozdrażnienie „bez powodu”, tiki, apatia, niewyraźna mowa, słaby kontakt z rozmówcą, nadwrażliwość na światło, dźwięk lub dotyk, ból głowy, nietypowa senność, agresja, drgawki lub wyłączenia świadomości w epilepsji), jakiekolwiek inne reakcje (np. ból ucha, podrażnione dziąsła, ból w kolankach, ból kości nóg). Trzy dni to (wg alergologii) czas, w którym organizm oczyszcza się z potencjalnych szkodliwych cząstek pokarmowych krążących w krwiobiegu i powodujących różne dolegliwości.
      5. Nigdy nie nakłaniaj dziecka do zjedzenia pokarmu mlecznego, jeśli nie ma na niego ochoty. Zadbaj, aby zawsze było dostępne inne, alternatywne i akceptowane przez dziecko jedzenie, najlepiej w postaci dwóch – trzech innych propozycji (np. jajko na miękko, zupa jarzynowa, jabłko duszone z cynamonem i oliwą z oliwek, kokos), do wyboru dziecka.
      6. Matko, karm dziecko jedynie swoim mlekiem (a nie mlekiem zwierząt) tak długo, jak długo ono będzie sięgać do Twojej piersi, nie planuj czasu „odstawienia od piersi”; pozwól Naturze zadecydować o tym za Ciebie, jeśli tylko pozwalają Ci na to warunki (postaraj się stworzyć sobie te warunki). Nie słuchaj „dobrych rad” z otoczenia, wsłuchuj się w Twoje Dziecko i w siebie samą. Tej inwestycji w długoterminowe zdrowie Twojego Dziecka, jak również w Wasze relacje na całe życie nie można przecenić.

      Przed całkowitą eliminacją mleka przestrzegałabym szczególnie wtedy, gdy dziecko jest bardzo „wybredne” w jedzeniu, ale gdy akceptuje mleko i jego przetwory. Do takich dzieci należą moje: relatywnie rzadko sięgają po mięso i jajka, a orzechy jadają głównie w sezonie, za to lubią mleko. Prawie odpadają w naszym przypadku ryby, z przyczyn obiektywnych (tj. z braku stałego dostępu do nieskażonych i świeżych ryb). Moje Dzieci ledwo co akceptują warzywa. Podając im raz w tygodniu świeże, pełnotłuste i surowe mleko prosto od krowy, a w sezonie -  żywionej świeżą zieloną trawą, wiem, że mają w ten sposób zapewnione dodatkowe witaminy (A, E, D, z grupy B), cenny sprzężony kwas linolowy (zob.: http://www.izz.waw.pl/pl/eufic?id=125 ), enzymy, wapń (łatwo przyswajalny w takim mleku) i inne minerały (fosfor, potas, magnez) oraz cenny tłuszcz mleczny, w tym - kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych. Tłuszcz i witamina D są jednym z kluczowych czynników powrotu do zdrowia dzieci z chorobami neurologicznymi, jak również czynnikiem prawidłowego rozwoju mózgu i całego układu nerwowego u wszystkich dzieci.

      Zanim pochopnie wyeliminujemy dziecku z diety mleko i wszelkie jego postaci, zastanówmy się, dlaczego chcemy to zrobić. Jeśli jedynie dlatego, że kierujemy się hasłem: „Mleko jest tylko dla cieląt”, to być może zwalniamy się z wysiłku poszukiwania pełnej wiedzy i dokonywania indywidualnej obserwacji, podejmowania prób i wyciągania niezależnych wniosków, podążając za ogólnym trendem, żeby nie powiedzieć - modą. Wszak każdą, nawet „najmądrzejszą” teorię trzeba sprawdzać, w miarę możliwości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO – CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:35
  • sobota, 01 marca 2014
    • MLEKO - CZ. I

       

      Oficjalna definicja mleka [krowiego] brzmi: mleko jest to produkt wymienia krowy, do którego nic nie dodano ani nic od niego nie ujęto. Takiego mleka właściwie na rynku nie ma” (spis literatury: pkt. 3, str. 145-146).

      Mleko to dar Natury. Nie tylko dla cieląt... Tak samo, jak żółtko jajka, z którego bez wahania korzystamy, nie myśląc o tym, że jego pierwotne przeznaczenie to wyżywienie niewyklutego kurczaczka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy ma wspaniały smak, który dzieci z reguły uwielbiają. A dobry smak to naturalny sygnał, że takie mleko może służyć zdrowiu, przynajmniej u w pełni zdrowego dziecka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy jest naturalnym środowiskiem występowania jednego z najzdrowszych tłuszczów dla człowieka, a zwłaszcza dla dziecka: tłuszczu mlecznego (masła). Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że tłuszcz mleczny spożyty w postaci świeżego surowego mleka być może jest lepiej metabolizowany (przyswajany, wykorzystywany przez organizm), niż jego postać „wydobyta” z mleka, czyli masło.

      Z drugiej strony, nie dziwię się coraz powszechniejszej opinii, że mleko to trucizna. A nawet zgodzę się z tą opinią, po wyjaśnieniu i uporządkowaniu pewnych kwestii.

       

      CO NAZYWAMY MLEKIEM?

      Czy prawdziwe mleko można kupić w zwykłym sklepie? Nie. Współcześnie, to, co kupujemy w sklepie, to biała ciecz, zwana mlekiem, o mlekopodobnym smaku. Nie zbiera się na powierzchni tego płynu śmietanka, tak jak to się dzieje w przypadku prawdziwego mleka. Mlekopodobny produkt nie kwaśnieje w ciągu doby - dwóch, przemieniając się w pyszne zsiadłe mleko. Ten produkt to trucizna. Pierwsze więc nieporozumienie w dyskusji na temat mleka związane jest z nierozróżnianiem mleka przemysłowego (i przetworów mlecznych przemysłowych) od mleka prawdziwego (i przetworów mlecznych naturalnych). A to rozróżnienie jest niezbędne dla właściwej oceny ewentualnej szkodliwości mleka (i jego przetworów) w przypadku konkretnego dziecka.

      Kolejne nieporozumienie dotyczy eliminacji czystego mleka z diety ze względów zdrowotnych, przy jednoczesnym spożywaniu produktów wytwarzanych z mleka lub zawierających mleko (np. czekolady mlecznej). Z punktu widzenia alergologii, mleko i wszelkie jego przetwory to to samo. Jeśli mówimy o eliminacji lub rotacji mleka w diecie, eliminujemy lub rotujemy zarówno mleko, jak i każdą jego postać: kefir, jogurt, wszelkie sery, śmietanę słodką i kwaśną, sernik, kakao na mleku, lody, przemysłowe produkty spożywcze z dodatkiem mleka w proszku (np. chrzan, ... parówki!), najmniejsze ilości mleka lub śmietany dodawane do kawy, zupy itp.

       

      CO TAK NAPRAWDĘ SZKODZI?

      Gdy mówimy o szkodliwości mleka, zazwyczaj myślimy o jego dwóch składnikach: kazeinie (głównym białku mleka krowiego) i laktozie (naturalnym cukrze mlecznym), ale nie bierzemy już pod uwagę takich czynników, jak postać i ilość tłuszczu, rodzaj wapnia, brak żywych enzymów, obecność szkodliwych substancji i leków w organizmie krowy, cukrogenność mleka i jego przetworów czy nadużywanie tych produktów w diecie.

      Białko mleczne w mleku przemysłowym

      Białko mleczne (głównie: kazeina, ale też laktoglobulina i laktoalbumina) może powodować zarówno alergię (relatywnie szybką negatywną reakcję organizmu, której towarzyszy pojawienie się przeciwciał IgE), jak i nietolerancję pokarmową (odroczoną negatywną reakcję organizmu, bez wyraźnego zaangażowania układu immunologicznego), szczególnie, gdy mamy do czynienia z zaburzeniami jelitowymi.

      Objawy alergii na białko mleczne mogą być następujące: trudności w oddychaniu, wymioty, pokrzywka (nagła zmian skórna z towarzyszącym świądem, która po jakimś czasie znika bez śladu), wodnisty katar, podrażnione oczy, wstrząs anafilaktyczny (bardzo rzadko) i inne. Natomiast objawy nietolerancji białka mlecznego mogą pojawić się m.in. w układzie trawiennym, w systemie hormonalnym, w stawach, kościach (np. osteoporoza) czy w układzie nerwowym (np. chroniczne zmęczenie, migrena, rozdrażnienie, nasilenie objawów padaczki, zaburzenia w zachowaniu).

      Białko mleczne w mleku przemysłowym jest zawsze niebezpieczne, gdyż w wyniku homogenizacji zostaje rozdrobnione do małych molekuł, które w postaci niestrawionej przenikają niedojrzałe i przepuszczalne jelito dziecka. W ten sposób dostają się do krwiobiegu, w postaci szkodliwej (tak samo dzieje się z nienaturalnie małymi drobinami tłuszczu, o czym poniżej), która może prowadzić do rozwoju alergii i nietolerancji pokarmowej.

      Cukier mleczny – laktoza

      Laktoza występuje w mleku ssaków, w tym – w mleku kobiecym. Jest to dwucukier, który może powodować nietolerancję pokarmową w przypadku, gdy organizm nie wytwarza laktazy - enzymu potrzebnego do strawienia laktozy. Prawie wszystkie niemowlęta i małe dzieci wydzielają laktazę. U dorosłych wydzielanie laktazy zanika, jeśli nie spożywają oni produktów mlecznych, mogą jednak odtworzyć produkcję tego enzymu, gdy powrócą do spożywania mleka lub / i jego przetworów.

      Jeśli dziecko nie wytwarza laktazy, niestrawiona laktoza w jelicie staje się pożywką dla bakterii jelitowych. Bakterie rozmnażają się, wydzielając gaz i toksyczne substancje, które z kolei powodują ból i biegunkę. Taki stan może być przyczyną kolki u niemowląt.

      Tłuszcz w mleku przemysłowym

      Tłuszcz w mleku naturalnym (tj. nieprzetworzonym, prosto od krowy) ma postać stosunkowo dużych cząstek o różnych wielkościach, które naturalnie zbierają się na powierzchni mleka, w postaci śmietany. Natomiast tłuszcz w mleku przemysłowym, po obróbce jaką jest homogenizacja, zostaje rozbity do nienaturalnie małych, jednorodnych drobin, które wraz z mlekiem tworzą jednolitą ciecz; dlatego śmietana, nawet w tzw. „mleku tłustym” nie zbiera się na powierzchni. Homogenizacja to „gwałt zadany naturze” (Józef Słonecki): te nienaturalnie drobne cząsteczki tłuszczu, w postaci niestrawionej przenikają przez nabłonek jelita do krwi i zaczynają w niej krążyć jako toksyna. Picie takiego mleka na co dzień z pewnością prowadzi do chorób, czasami o odroczonych objawach, które trudno kojarzyć z ich prawdziwą przyczyną.

      Wapń w mleku przemysłowym

      Wapń w mleku przemysłowym ma postać nieorganiczną, a więc nieprzyswajalną. Taki wapń powoduje zmiany zwyrodnieniowe, np. zwapnienia w stawach, w kręgosłupie, zmiany miażdżycowe.

      Przemysłowa pasteryzacja lub sterylizacja błyskawiczna (UHT) mleka powoduje, że zostają w nim zniszczone organiczne sole wapnia. Wapń, który znajduje się w mleku przemysłowym jest nieorganicznym wolnym pierwiastkiem, który łatwo łączy się z kazeiną, zwłaszcza w wysokiej temperaturze. „Jest to bezużyteczny dla organizmu nieorganiczny pierwiastek, taki sam jak w kamieniu wapiennym czy wapnie budowlanym” (pkt. 4, str. 209).

      Brak żywych enzymów w mleku przemysłowym

      Przyglądając się bliżej mleku przemysłowemu, warto wziąć jeszcze jedno pod uwagę: w takim mleku nie ma naturalnych enzymów, które występują w mleku prosto od krowy. Enzymy ułatwiają przyswajanie składników pokarmowych, mają wpływ na reakcje biochemiczne towarzyszące trawieniu. Jak wpływają enzymy na trawienie laktozy i kazeiny obecnych w mleku naturalnym, a tym samym, na ich potencjalną szkodliwość / nieszkodliwość? Innymi słowy: czy laktoza i kazeina zawarte w mleku przemysłowym nie są czasami szkodliwe dlatego, że brakuje w nim cennych enzymów?

      Oddaję głos lekarzowi i specjaliście biotechnologii, dr. Perugni Billi: „Mleko znajdujące się w handlu jest z reguły pasteryzowane. [...] Proces ten [pasteryzacji], nakazany prawem, niszczy większość enzymów zawartych w mleku [...], czyniąc go produktem martwym. Te ważne i zdrowe enzymy między innymi ułatwiają trawienie samego mleka. Dlatego wiele osób ma trudności lub wręcz nie może go strawić i po spożyciu mleka ma dolegliwości przewodu pokarmowego. Ponadto, pasteryzacja niszczy od 10 do 50% witaminy C w nim zawartej oraz w mniejszym stopniu wiele innych witamin, wśród których są B6, B12 i A. Są również niszczone żywe kultury bakterii, a białka ulegają denaturacji. Według niektórych autorów zmianie ulega również charakterystyka chemiczna minerałów. Nie wspominamy już o tym, co pozostaje w mleku UHT, traktowanym jeszcze wyższymi temperaturami [niż w przypadku pasteryzacji]” (pkt. 3, str. 146-147).

      Przemysłowe przetwory mleczne

      Śmietany przemysłowe mogą zawierać żelatynę, gumę guar, karagen, mączkę chleba świętojańskiego, skrobię modyfikowaną kukurydzianą i inne dodatki, które sprawiają, że śmietana jest gęsta, nawet jeśli ma niską zawartość tłuszczu. Co więcej, nie zawsze na opakowaniu śmietany podany jest pełny skład produktu, gdyż prawo tego nie wymaga. Budowa molekularna cząsteczek tłuszczu w przemysłowej śmietanie jest sztucznie zmieniona (przez przemysłowe wirowanie), ze szkodą dla organizmu ludzkiego (zob. www.zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html, drugi film od 8 minuty).

      Masło przemysłowe często jest „wzbogacone”, poprzez dodanie do niego szkodliwych dla zdrowia substancji, np. mleka w proszku czy rafinowanych olejów roślinnych. Niestety, podobnie jak w przypadku śmietany, nie zawsze dowiadujemy się o tym z etykiety produktu. Masło przemysłowe jest martwe, pozbawione żywych enzymów. Ponadto, naturalna struktura molekularna cząsteczek tłuszczu w maśle jest zniszczona, tak, jak w przypadku przemysłowej śmietany.

      Maślanka przemysłowajest szczytem bezczelnego oszustwa. [...] Jest to napój mleczny wytworzony z mleka odtłuszczonego albo mleka w proszku, zaś smak i inne cechy maślanki nadają mu zagęszczacze, stabilizatory, utrwalacze, substancje smakowe i zapachowe” (pkt. 4, str. 202).

      Twaróg przemysłowy, w dzisiejszej dobie bezwzględnej pogoni za zyskiem, powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym dodanym przez producenta (kiedyś dodawano bakterie produkujące kwas mlekowy, ale to się już „nie opłaca”, bo wydłuża cykl produkcji o dwa dni...). Natomiast twaróg wytwarzany metodą tradycyjną powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym produkowanym przez naturalne bakterie mlekowe obecne w naturalnym, surowym mleku. Jaka jest więc różnica między twarogiem przemysłowym a twarogiem naturalnym? Twaróg naturalny zawiera małą ilość laktozy (cukru mlecznego), gdyż ta jest konsumowana przez żywe bakterie kwasu mlekowego. Ponadto, w takim twarogu znajdują się naturalne enzymy, ułatwiające trawienie i przyswajanie zawartych w nim składników odżywczych. Co więcej, podobnie jak w przypadku mleka prosto od krowy, cząstki tłuszczu i białka pozostają w swych naturalnych rozmiarach, nieszkodliwych dla organizmu ludzkiego. W twarogu przemysłowym z kolei, pozostaje duża ilość laktozy (bo nie ma bakterii), która może powodować problemy u osób z nietolerancją tego cukru. Na dodatek, wapń w twarogu przemysłowym jest wapniem nieorganicznym, a więc nie tylko bezużytecznym, ale wręcz szkodliwym pierwiastkiem (podobnie jak w przypadku wapnia w mleku przemysłowym), który łączy się z białkiem - kazeiną, głównym składnikiem twarogu (w przypadku twarogu naturalnego większość wapnia, w postaci organicznych soli wapnia, pozostaje w serwatce). Wreszcie, twaróg przemysłowy pozbawiony jest cennych enzymów.

      Serki homogenizowane, tak chętnie serwowane dzieciom,  są szczególnie niebezpieczne, ze względu na bardzo duże rozdrobnienie kazeiny. Rozdrobnione do nienaturalnie małych rozmiarów białko przenika ściankę jelita w formie niezmienionej (tj. nie zostaje przekształcone w akceptowaną przez organizm formę aminokwasów), a tym samym postrzegane jest przez organizm jako antygen (obce białko). W rezultacie w krwiobiegu pojawiają się przeciwciała lub/i zachodzą reakcje zapalne, dające objawy alergii lub nietolerancji pokarmowej.

      Nie opisuję wszystkich możliwych przemysłowych produktów mlecznych (pominęłam sery żółte, topione, pleśniowe, kefiry, jogurty, mleko modyfikowane dla niemowląt), bo temat wyszedłby poza przyzwoitą długość wpisu blogowego, nie chcę też zanudzać moich Czytelników. Chcę jednak zaznaczyć, że wszystkie przemysłowe produkty mleczne są niebezpieczne lub potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia, ze względu na ich sztucznie zmienioną strukturę chemiczną, dodatki (konserwanty, zagęszczacze, syntetyczną podpuszczkę, szkodliwe rafinowane tłuszcze roślinne, sztuczne barwniki, aromaty, smaki, cukier, sztuczne witaminy, substancje słodzące itd.), a co gorsze – brak prawnego wymogu podawania pełnej informacji o składzie produktu mlecznego na etykiecie.

      Odtłuszczenie

      Mleko przemysłowe (jak również przemysłowe produkty mleczne) często ma postać odtłuszczoną, chętnie wybieraną przez konsumentów. Jednak, jak pisze w swej książce dr Perugini Billi (str. 145), „spożywanie mleka odtłuszczonego jest bezmyślnym działaniem przeciw własnemu zdrowiu”. Takie mleko nie jest produktem naturalnym i pozbawione jest swoich cennych składników spożywczych. „W tłuszczu mleka są rozpuszczone witaminy, sprzężony kwas linolowy, kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych, ułatwiające absorpcję minerałów. Mleko jest polecane w leczeniu osteoporozy, ale tylko wtedy, gdy jest pełnotłuste. W formie odtłuszczonej daje efekty wprost przeciwne. Mleko odtłuszczone jest wzbogacone w wapń, ale jego absorpcja wynosi zaledwie 5%, w porównaniu z 50% absorbowanego wapnia z mleka pełnego. [...] W ostatnim okresie rozpowszechnia się niebezpieczny nawyk dawania dzieciom produktów odtłuszczonych. Dzieci do swego wzrostu potrzebują dużej ilości tłuszczów, przede wszystkim do rozwoju systemu nerwowego. Dzieci na diecie ubogiej w tłuszcze, zawierającej mleko odtłuszczone, wykazują niedobory witaminy E, C i cynku” (pkt. 3, str. 146, podkreślenie moje).

      Ponadto, jak zauważa dr Ewa Bednarczyk-Witoszek, tłuszcz, jako składnik bezalergenowy i niewywołujący nietolerancji pokarmowej, niejako amortyzuje potencjalnie alergenne czy w inny sposób szkodliwe działanie białka mlecznego. Stąd, im tłustsza postać pokarmu mlecznego, tym bezpieczniejsza; masło, które zawiera najmniej drobin białkowych i jest najbardziej tłuste w całej grupie mlecznej, raczej nie sprawia problemów (poza przypadkami szczególnej wrażliwości); w alergiach lub nietolerancjach pokarmowych śmietana mniej szkodzi niż mleko, a mleko tłuste mniej niż to odtłuszczone.

      Chemia w mleku

      W mleku krów hodowanych na skalę przemysłową możemy spodziewać się obecności szkodliwych substancji, np. pestycydów, antybiotyków, metali ciężkich. Warto więc szukać pojedynczych krówek, swobodnie pasących się na zielonej trawie, w świetle ciepłego słońca, z dala od dróg...

      Cukrogenność i nadmiar w diecie

      Produkty mleczne mają silne działanie cukrogenne (glukogenne) ponieważ zawierają aminokwasy glukogenne, wapń, laktozę, kwas mlekowy” (pkt. 1, str. 131). Innymi słowy, spożywanie mleka i jego przetworów powoduje relatywnie duży wzrost stężenia glukozy we krwi, podobnie jak w przypadku spożywania pokarmów zbożowych (chleba, wypieków z mąki, makaronów, kasz)  i cukrów prostych (owoców, słodyczy). Stąd, im większy udział węglowodanów (zbóż i cukrów prostych) w diecie dziecka, tym mniejsza tolerancja pokarmów mlecznych (mleka, serów, kefirów, jogurtów, śmietany).

      Pokarmy cukrogenne szkodzą, gdy są spożywane w nadmiarze. Duże lub częste wzrosty stężenia glukozy we krwi mają działanie prozapalne i śluzotwórcze, nie sprzyjają leczeniu katarów, kaszlu, bolącego gardła, zmian skórnych, zaburzeń jelitowych, zaburzeń hormonalnych, nieprawidłowego funkcjonowania komórek i naczyń w mózgu oraz wielu innych chorób. Z pewnością pokarmy mleczne są szkodliwe dla dzieci z cukrzycą.

       „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” (Paracelsus). O tym zapominamy, zastanawiając się nad mlekiem.

      Myślę, że równie łatwo jak mleko, okrzyknięto by trucizną np. ryby (a szczególnie te z zanieczyszczonych mórz czy w formie przemysłowych paluszków rybnych w panierce), jajka czy orzechy włoskie, gdyby ludzie spożywali je codziennie, od urodzenia, przez wiele, wiele lat, lub gdyby podawano je już niemowlętom (być może w formie modyfikowanego białka ryb, jajek, orzechów, tak jak robi się to w przypadku białka mlecznego) również codziennie i kontynuowano takie karmienie dzieci w ich kolejnych latach życia. Natomiast ryby, orzechy, jajka czy... mleko, w swojej nieskażonej i naturalnej postaci, wprowadzane do diety małego człowieka, u którego układ immunologiczny osiągnął już pewną dojrzałość, wprowadzane w sposób stopniowy i sporadyczny, a potem oferowane od czasu do czasu, z pewnością nie wywołają u niego długookresowej alergii czy nietolerancji pokarmowej, a raczej będą mu służyć pod względem odżywczym.

      Zgodzę się, że dzieci to nie cielęta: nie muszą, wręcz nie powinny pić mleka krowiego... codziennie. Na tym koniec porównywania się z cielętami.

      Każdy pokarm spożywany w nadmiarze szkodzi, a więc truje: powoduje pewne zaburzenia w organizmie, a w konsekwencji - dolegliwości. Ignorowane zaburzenia w długim okresie prowadzą do chorób, często chronicznych, a te skracają życie. Nadmiar to zbyt duża dawka w ciągu doby lub zbyt duża częstotliwość spożywania, nawet, jeśli pojedyncze porcje są małe. Dobrym przykładem tego drugiego jest kawa lub herbata z dodatkiem małej ilości mleka pita codziennie.

      Dawkę i częstotliwość ustalamy dla każdego dziecka indywidualnie, na podstawie obserwacji reakcji jego organizmu. Moim Dzieciom nie szkodzi surowe mleko z gospodarstwa wiejskiego, pite raz w tygodniu do syta. Pijają od jednej szklanki do jednego litra na głowę, w zależności od ochoty. Czasami robimy kilkutygodniowe lub sezonowe przerwy od mleka w ogóle. Sery i inne produkty mleczne jadają bardzo rzadko. Chłopczyk lubi od czasu do czasu kwaśną tłustą śmietanę (z niepasteryzowanego mleka wiejskiego), ale w małych ilościach, głównie jako dodatek do placków ziemniaczanych. A więc ta dawka i ta częstotliwość mleka i jego przetworów jest w porządku w przypadku moich Dzieci.

      Chcę przy tym zaznaczyć, że moje Dzieci doświadczały w przeszłości reakcji alergicznych i nietolerancji m.in. na mleko (objawiających się w drogach oddechowych, w jelitach, na skórze, w układzie nerwowym). Jednak nie wyeliminowałam im mleka z diety, jedynie wprowadziłam jego rotację (czyli podawanie raz na kilka dni, naprzemiennie z innymi pokarmami) i postarałam się o mleko prawdziwe (dojone na moich oczach), całkowicie rezygnując z przemysłowych produktów mlecznych. To wystarczyło, Dzieci są zdrowe!

      Ja sama jestem typowym przykładem „nadwrażliwca” mlecznego: po wypiciu herbaty ze słodką śmietanką, niemal natychmiast odczuwam pewien dyskomfort (namiastkę bólu) w głowie i w jednym uchu; po spożyciu jednorazowej porcji mleka czy sera żółtego odczuwam na drugi dzień ćmienie migrenowe, a po spożywaniu mlecznych produktów przez dwa kolejne dni mam niemal gwarantowaną pełną migrenę. Prawdopodobnie jest to wynik spożywania pokarmów mlecznych dzień w dzień, od niemowlęctwa do wieku... 36 lat! Mówię tu o typowo mlecznych posiłkach (np. kaszy mannie na mleku) i „szklance mleka na zdrowie” spożywanych na co dzień w dzieciństwie oraz o ulubionej niegdyś codziennej kawie i herbacie z mlekiem oraz serze żółtym i twarogu jadanych kilka razy w tygodniu w życiu dorosłym. Do tego dochodzi kwestia jakości mleka i jego przetworów, która przez lata, wraz z rozwojem „cywilizacji spożywczej” pogarszała się. Teraz nie odrzucam całkowicie pokarmów mlecznych; od czasu do czasu spożywam kwaśną tłustą śmietanę w małych ilościach i prawie codziennie – surowe wiejskie masło. To mi nie szkodzi, czuję się dobrze i jestem zdrowa, pozbyłam się praktycznie moich wszystkich dawnych dolegliwości.

       

      Reasumując aspekt szkodliwości mleka, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście szkodliwe jest mleko w rozumieniu jego definicji przytoczonej na początku tego wpisu, czy raczej jego przemysłowe pochodzenie i przetworzenie oraz powszechne nadużywanie w diecie, w wyniku których to czynników dzieci nabywają alergii lub nietolerancji pokarmowej. Należy pomyśleć o pierwotnej przyczynie szkodliwości.

      Cdn.

       

      Literatura:

      1) dr Ewa Bednarczyk-Witoszek: Dieta dobrych produktów”, Wydawnictwo KOS, 2013 r.;

      2) prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r.;

      3) dr Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r.;

      4) Józef Słonecki: „Zdrowie na własne życzenie”, tom 2, Wydawnictwo Biosłone 2011 r.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO - CZ. I ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 01 marca 2014 23:48
  • sobota, 22 lutego 2014
    • DR SIENKIEWICZ O SZCZEPIENIACH: ARMATA W UKŁAD IMMUNOLOGICZNY DZIECKA

       

      Cieszę się, że dziennikarze TVN kontynuują temat powikłań poszczepiennych, nareszcie w pełni dopuszczając do głosu rodziców, których dzieci ucierpiały wskutek szczepień, jak również lekarzy, którzy otwarcie mówią o zagrożeniach związanych ze szczepieniami.

      Tym razem do studia TVN zaproszono lekarza pediatrę i specjalistę rehabilitacji dziecięcej, dr Dorotę Sienkiewicz (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/O-SZCZEPIENIACH-WYWIAD-Z-DR-SIENKIEWICZ-I-DR.html ), jak również matkę dwóch dziewczynek, u których wystąpiły powikłania poszczepienne. Cytuję fragmenty wypowiedzi pani doktor:

       

      „[...] jeżeli dziecko jest chore, jeżeli dziecko ma zaburzenia immunologiczne czy inne choroby przewlekłe, powinno się jednak ten kalendarz szczepień ustalać indywidualnie”.

      „[...] Minister Zdrowia w swoim rozporządzeniu z 2010 roku [...] wymienia cały szereg odczynów niepożądanych. To są różne kategorie. To są odczyny miejscowe, które nie są takie groźne, ponieważ one ustępują, np. obrzęk, opuchnięcie, to ustępuje. Natomiast są też poważne odczyny poszczepienne ze strony ośrodkowego układu nerwowego i wymieniony jest cały szereg. Są też inne odczyny poszczepienne, wymienione w tymże rozporządzeniu, np. ze strony stawów... aż do tak poważnych powikłań, jak wstrząs poszczepienny”.

      W krajach europejskich, gdzie zmodyfikowano kalendarze szczepień, opierając się na obserwacjach, opierając się na doświadczeniach rodziców, na badaniach prowadzonych, jest bardzo wiele artykułów na temat powikłań poszczepiennych w literaturze anglojęzycznej, zmodyfikowano kalendarze szczepień. Na przykład, nie szczepi się noworodków w pierwszej dobie życia. W Polsce się szczepi. Szczepi się tylko w trzech krajach w Europie: w Polsce, w Rumunii i w Bułgarii. Wszystkie inne kraje odstąpiły od tego typu szczepień w pierwszej dobie życia. Dziecko się rodzi z pewną równowagą, homeostazą organizmu. I teraz, w momencie gdy od razu w pierwszej dobie życia dajemy mu szczepienie, potem w szóstym tygodniu życia, potem po sześciu tygodniach, to jest około 26 szczepień w ciągu pierwszych dwóch lat życia. Więc to jest taka armata w układ immunologiczny dziecka. Odporność się stopniowo rozwija, buduje się w ciągu pierwszych dwóch lat życia. W innych krajach [...], zmodyfikowano, nie ma szczepionek, które zawierają rtęć. W Polsce dzieci nadal dostają szczepionki zawierające rtęć. Są różne opinie na temat rtęci. Niewątpliwie jest ona toksyczna. Nie bez kozery wycofuje się termometry rtęciowe, żarówki rtęciowe, a tutaj podajemy rtęć bezpośrednio do organizmu”.

      Ja przez wiele lat pracowałam jako lekarz pediatra. Ja mam wykształcenie – jestem pediatrą i nie widziałam problemu szczepień. Jestem wykształcona i studenci w tej chwili także są kształceni w ten sposób, że szczepienia to rzeczywiście jest duże osiągnięcie medycyny i mają działać jako profilaktyka i [...] są niewielkie działania [skutki uboczne], które są mniejsze niż korzyści wynikające ze szczepień. Po czym zajęłam się dziećmi niepełnosprawnymi (pracuję na rehabilitacji dziecięcej) i widziałam coraz więcej powikłań poszczepiennych, powikłań neurologicznych. Ja po prostu z tymi dziećmi mam do czynienia. Rodzice mi opowiadają, że rodzi się dziecko zdrowe i w którymś momencie: trzeci, czwarty, piąty miesiąc, zaczyna się cofać. Zaczynają się przeróżne objawy. I to mnie zastanowiło. Dlatego zaczęłam szukać. I rzeczywiście, bardzo wiele się pisze na temat powikłań poszczepiennych”.

      Od 25 listopada zeszłego roku weszła zmiana, dzięki której sami rodzice mogą zgłaszać działania niepożądane, do Urzędu Rejestracji Leków. Jest to dostosowanie do unijnych standardów”.

       

      Link źródłowy i pełna treść wywiadu (w drugim filmie):

      www.dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/wiecej-corek-juz-nie-zaszczepie,114282.html


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 22 lutego 2014 23:20
  • niedziela, 09 lutego 2014
    • GDY DZIECKO KASZLE

       

      Co zrobić, aby nie dopuścić do pojawienia się długotrwałego kaszlu (lub kataru) u naszego dziecka? Odpowiedź jest pozornie prosta: przestrzegać zasad profilaktyki (piszę o tym w zakładce pt.: „Czynniki zdrowia dzieci”), w tym – zasad zdrowego odżywiania. Nie jest to jednak łatwe zadanie w przypadku dzieci z długotrwale osłabionym, nadwrażliwym układem immunologicznym, u których w pierwszych latach życia nie przestrzegano tych zasad, bo leki i szczepionki miały wszystko „załatwić”.

      Co zrobić, jeśli już nasze dziecko kaszle, przy założeniu, że unikamy środków farmakologicznych? Co zrobić, jeśli u dziecka występuje nadwrażliwość na miód? Często taka nadwrażliwość objawia się wzmożonym wydzielaniem śluzu w górnych drogach oddechowych, a więc wzmożonym katarem lub / i kaszlem. A przecież większość przepisów na domowe „miksturki” mające dać ulgę w uciążliwym kaszlu bazuje na miodzie. Są nimi np. syrop z cebuli i miodu, gorące mleko z czosnkiem, masłem i miodem czy herbata z cytryną, miodem i imbirem. Czasami te zestawienia świetnie działają, ale czasami dają odwrotny efekt.

       

      Przede wszystkim, dziecku w chorobie, które wykazuje zainteresowanie jedzeniem, należy oferować do wyboru (nie: podawać) jak najszerszą gamę pokarmów nieobciążających organizm, sprzyjających wzmacnianiu śluzówek i niepowodujących stanów zapalnych w organizmie (np. w postaci reakcji alergicznej na miód). Należą do nich pokarmy czyste, naturalne, nieprzetworzone przemysłowo i, co ważne, te, które dziecko lubi oraz po których zawsze dobrze się czuje (tj. dziecko nie wykazuje jakichkolwiek niepokojących objawów skórnych, oddechowych, jelitowych, neurologicznych, psychicznych itp.). Ten drugi warunek wiąże się z koniecznością indywidualnego podejścia do każdego dziecka; nie ma uniwersalnej dobrej diety dla wszystkich dzieci.

      Nie zaliczam zbóż glutenowych (pszenicy, żyta, jęczmienia) oraz zbóż zanieczyszczonych glutenem (owsa) do pokarmów nieobciążających organizm i sprzyjających zdrowieniu. Lżejsze przypadki nietolerancji glutenu, choć najwyraźniej wszechobecne, są niedostrzegane. Jeśli po posiłku składającym się z pieczywa, makaronu, kaszy jęczmiennej lub innej postaci pokarmu glutenowego dziecko ma wzdęcia lub rozwolnienie, mamy pierwszy sygnał o potencjalnej nietolerancji glutenu. Nie podawajmy takiemu dziecku glutenu przynajmniej w czasie choroby.

      Nie zaliczam do pokarmów czystych, naturalnych i nieprzetworzonych przemysłowego mleka i przetworów z takiego mleka, współczesnej pszenicy, olejów rafinowanych, cukru i słodkich przemysłowych syropów, jakiejkolwiek żywności sztucznie konserwowanej, barwionej i aromatyzowanej ani jakiejkolwiek żywności uprawianej na chemii i chemią chronionej (w tym – warzyw i owoców).

       

      Obok właściwej diety, aby dać szybką ulgę dziecku, które zanosi się kaszlem i które nie może przez kaszel zasnąć, polecam wypróbowaną przeze mnie, bardzo skuteczną kurację... antybiotykową, przeciwzapalną oraz rozgrzewającą:

      1. Małą cebulę kroimy na jak najdrobniejszą kostkę, pod koniec siekając i rozprowadzając równomiernie na desce, tak, aby jej ostry zapach unosił się jak najintensywniej.
      2. Podajemy dziecku deskę z cebulą do kilkakrotnego „powąchania”, najlepiej – głębokiego wciągnięcia oparu nosem i buzią, z zamkniętymi oczami.
      3. Następnie cebulę przekładamy do małego garnka, zalewamy małą ilością wrzątku i gotujemy przez około 15 minut. Przecedzamy, uzyskując „cebulowy kompocik” o słodkawym posmaku. Podajemy go dziecku do wypicia na ciepło.

      Powyższe zabiegi wykonujemy rano, w środku dnia i wieczorem, przez pięć kolejnych dni, nawet wtedy, gdy kaszel (katar) zacznie ustępować już po pierwszych dwóch - czterech zabiegach. Ważna jest ciągłość i odpowiednia długość kuracji, tak, jak w przypadku farmakologicznej kuracji antybiotykowej.

      Ważna uwaga: zarówno inhalacje, jak i picie wywaru z cebuli można stosować tylko wtedy, gdy dziecko w pełni akceptuje te zabiegi. Inhalacje nie mogą być stosowane u bardzo małych dzieci, a „kompot z cebuli” musi choć trochę smakować... Warto jednak pamiętać, że starsze dzieci, umęczone przez kaszel (lub uciążliwy katar) chętnie współpracują (zarówno w przypadku tego typu zabiegów, jak i wyboru zdrowych pokarmów), jeśli pomagamy im zrozumieć istotę choroby i leczenia organizmu.

       

      P.S. Dobrym pokarmem na chore gardło są utłuczone ziemniaki z dodatkiem sporej ilości surowego masła z niepasteryzowanego mleka oraz odrobiny mielonej ostrej papryki, kurkumy, soli, mielonego kminku, drobno posiekanego koperku i rozgniecionego czosnku. Oczywiście, jeśli takie smakują.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lutego 2014 17:36
  • wtorek, 04 lutego 2014
    • DR RYCZKOWSKA O SZCZEPIENIACH I HISTORIA MAŁEGO MAKSIA

       

      Poniżej umieszczam link do dwóch filmików: wywiadu z lekarzem pediatrą, dr Bożeną Ryczkowską oraz krótkiego reportażu o chłopcu, który zapadł w śpiączkę po szczepionce, jaką zaaplikowano mu w wieku 3 miesięcy.

      http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/porazenie-mozgowe-po-szczepionce,112340.html

       

      A oto fragmenty wypowiedzi pani dr Ryczkowskiej, na które zwróciłam szczególną uwagę, ze względu na własne doświadczenia ze szczepieniem mojego Chłopczyka:

      Odczyny poszczepienne w okresie niemowlęcym najczęściej dotyczą centralnego układu nerwowego. Tak wynika z moich obserwacji. [...] Mamy np. taką sytuację, że dziecko bardzo szybko unosiło główkę, było ogromnie kontaktowe, miało wielki potencjał intelektualny i nagle, po trzeciej dawce szczepionki, powiedzmy, jakby tak... zatrzymało się trochę, nie zaczęło raczkować, albo wydłużyło okres raczkowania do czterech, pięciu, a nawet sześciu miesięcy. Potem wszystko to się cofa i wydaje się, że wszystko jest OK. Nie każdy odczyn poszczepienny musi wiązać się z trwałym uszkodzeniem dziecka”.

      O tym, że szczepienie nie jest obojętnym zabiegiem wiemy wszyscy, lekarze przynajmniej. Jest to ingerencja w immunologię dziecka”.

       

      Oby więcej tak odważnych lekarzy i... dziennikarzy oraz stacji telewizyjnych!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 lutego 2014 16:18
  • wtorek, 21 stycznia 2014
    • CIEKAWE KSIĄŻKI: DIETA DOBRYCH PRODUKTÓW

       

      Dzisiaj przedstawię książkę, której treść mogę poprzeć moimi osobistymi doświadczeniami. Wspomnę więc również o moich doświadczeniach i jak zwykle, podzielę się własnymi przemyśleniami.

      Dieta dobrych produktów” to kolejna książka napisana przez Panią dr Ewę Bednarczyk-Witoszek (Wydawnictwo KOS, 2013 r.). Pani dr Witoszek jest lekarką, specjalistką laryngologii drugiego stopnia, która od 25 lat zajmuje się tematem wpływu diety na organizm ludzki i rolę diety w leczeniu. Po raz pierwszy spotkałam się z Panią Doktor wirtualnie, w formie korespondencji e-mailowej, jesienią 2009 r. Wtedy to sięgnęłam po jej pierwszą książkę: „Dieta optymalna” (Wydawnictwo Amerigo, 2005 r.), która uświadomiła mi, że dla mojego Chłopczyka, wówczas bardzo chorego, istnieje bezpieczny i skuteczny sposób odzyskania zdrowia.

      Dieta optymalna” dawała mnóstwo cennych wskazówek, ale też mnożyła pytania w mojej głowie. Była świetnym punktem startu do samodzielnego myślenia i uczenia się obserwacji organizmu własnego dziecka, jak również uczenia się na sobie. W tym wielomiesięcznym procesie regularnie wspomagała mnie Autorka, cierpliwie odpowiadając na każde z moich licznych pytań.  Potem wypłynęłam na głęboką wodę już samodzielnie, wyposażona w niezbędne narzędzia – wiedzę i umiejętność obserwacji. Teraz sama szukam i znajduję odpowiedzi na moje kolejne pytania.

      Druga książka, „Dieta dobrych produktów” przedstawia wyniki dalszych poszukiwań samej Pani Doktor. Myślę, że ona też zadawała i wciąż zadaje sobie pytania, a jej cenna wiedza i porady ewoluują.

      Autorka zaleca ograniczenie węglowodanów, ze szczególnym zwróceniem uwagi na szkodliwość zbóż. Wprawdzie nie ograniczam węglowodanów w mojej diecie i diecie moich Dzieci ściśle wg zaleceń Pani dr Witoszek, ale słuchamy naszych smaków... właśnie wg zaleceń Pani Doktor. Zaczęłam preferować warzywa, prawie zupełnie odchodząc od zbóż. Moje Dzieci pozostały przy zbożach głównie bezglutenowych i to szanuję. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że zjadamy mniej węglowodanów, niż przeciętny człowiek, bo... tak nam smakuje!

      W „Diecie dobrych produktów” czytamy o obciążeniu dla organizmu, jakie stanowi nadmiar białek lub ich mieszanie (pokarmy wysokobiałkowe to mięso, jajka, mleko i jego przetwory, ryby, orzechy i rośliny strączkowe). Moje Dzieci intuicyjnie czują, co im służy: rzadko wybierają białka zwierzęce lub jadają je w małych ilościach (np. mojej Dziewczynce zdarza się raz na dwa – trzy tygodnie, że zje z dużą ochotą... pół jajka!), choć raz na kilka tygodni lub miesięcy potrafią spożywać np. indyka przez kilka dni z rzędu, zdarzają się też dni, w których dobierają sobie różne rodzaje białek i siłą rzeczy zjadają wtedy mniej węglowodanów. Myślę, że dzięki temu, że nie zmuszam ich „w imię zdrowia” do jedzenia białka (ani czegokolwiek innego), są w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej.

      Dla mnie najcenniejszą i najbardziej uniwersalną wskazówką Pani dr Witoszek jest zalecenie, aby obserwować swój organizm, tj. zwracać uwagę na korelację między tym, co się zjadło, a przeróżnymi, mniej lub bardziej wyraźnymi sygnałami, jakie wysyła ciało (w tym – mózg). Sygnały te mogą wystąpić do 72 godzin od spożycia określonego pokarmu, z tym, że najwięcej informacji niesie tzw. objaw poranny, czyli wszelkie nieprzyjemne symptomy występujące po przebudzeniu się rano. Może to być tylko „zwykły” brak ochoty na wstanie z łóżka, nieprzyjemny zapach z ust lub ćmienie w głowie, drapanie w gardle, przytkane ucho, niedrożny nos lub też poważniejsze stany, takie jak nieprawidłowy poziom glukozy we krwi, ból w stawach itd. Ponadto, Autorka książki zauważa, że w objawy te mogą występować w pewnych przewidywalnych odstępach od momentu spożycia danego pokarmu (wg zasady ciągu liczb Fibonacciego).

      Podpowiedzią do obserwacji jest umowny podział pokarmów na „produkty dobre” i „produkty złe. Podział ten wskazuje na pokarmy, które nie powinny sprawiać problemów zdrowotnych lub które szkodzą rzadziej i na pokarmy nawykowo nadużywane, a co za tym idzie – często szkodliwe.

      Ja sama próbuję na sobie różne wersje pokarmowe. Migrena, przytkane ucho, lekko przytkana dziurka w nosie po przebudzeniu, intensywne swędzenie skóry, poranny biały nalot na języku, zły nastrój czy roztargnienie „bez powodu” to najczęstsze sygnały ostrzegawcze wysyłane przez mój organizm. Migrena u mnie to ewidentne następstwo spożycia zbyt dużej ilości białka mlecznego lub czerwonego wina, a przytkane ucho i nos oraz biały nalot na języku wynika z nadmiaru produktów zbożowych lub cukrów prostych (owoców suszonych, miodu itp.) zjedzonych poprzedniego dnia, natomiast świąd skóry pojawia się do godziny po zjedzeniu siarkowanych owoców suszonych, nawet w małych ilościach. Mam też wiele „podejrzanych” pokarmów, co do których oddziaływania nie jestem pewna. Wiem jednak, jaki pokarm niemal gwarantuje mi dobre samopoczucie i daje dużo energii: są to warzywa, w tym – ziemniaki, w przeróżnej postaci, w przemyślanych kompozycjach smakowych, z dodatkiem różnorodnych przypraw, nasion i naturalnych tłuszczów (masła, smalcu, oliwy z oliwek), na ciepło i w formie surówek. Lubię też surowy orzech kokosowy spożyty od czasu do czasu jako samodzielny posiłek z czarną kawą lub z zieloną herbatą z dodatkiem imbiru, bo po takim zestawie czuję się najedzona, lekka i pełna energii przez długi czas.

      Dochodzę do wniosku, że każdy człowiek powinien sam stworzyć sobie swoją indywidualną listę dobrych i złych produktów. Dobrze jest, aby umożliwić to też dzieciom. W przypadku dzieci, taka lista będzie dynamiczna, bo, jak zaobserwowałam, z dłuższym okresie czasu ich smaki i reakcje na różne pokarmy zmieniają się, i to bardzo. Przytoczę fragment wypowiedzi Pani dr Witoszek na temat smaków dzieci:

      Zazwyczaj dziecko jest podporządkowane oczekiwaniom dietetycznym rodziców, jego smaki są drugorzędne lub w ogóle pomijane. Niesamowite. We wszystkich chorobach zobowiązani jesteśmy do powrotu do źródeł; do uczenia się zachowań dziecięcych, tak chętnie tłumionych przez dorosłych: nie chcę tego zjeść! Pozwól mi nie zjeść tej resztki na talerzu! Nie mam już na to ochoty! Ukryty, podświadomy sens tych próśb można wyrazić innymi sowami: pozwól mi być zdrowym! Pozwól mi nie chorować!” („Dieta dobrych produktów”, str. 342 – 343).

      Pani dr Witoszek obala mit o konieczności unikania zarazków. Aby być zdrowym, nie musimy przed nimi uciekać, zresztą w praktyce jest to niemożliwe. Aby być zdrowym, należy dbać o wzmacnianie swojego organizmu, każdej jego komórki, głównie poprzez właściwe odżywianie. Mocne tkanki, sprawne śluzówki są wystarczającą barierą dla kłopotliwych gości. Trzeba wziąć odpowiedzialność na siebie, a nie przenosić winę na wirusy, bakterie, grzyby, pasożyty czy zimną pogodę. Świadomość tego daje siłę i wolę dbania o własny organizm w codziennej profilaktyce, a w przypadkach poważnych chorób – wolę uratowania siebie.

      Czytając książkę, zastanawiałam się, na ile wpływa na nasze zdrowie sama tylko obecność danego składnika pokarmowego (np. białka mlecznego – kazeiny) w naszym menu, a na ile – odpowiednia lub nieodpowiednia kompozycja kulinarna zawierająca ten składnik. Istnieje przecież coś takiego, jak synergia. Wikipedia podaje następującą definicję synergii: „Synergia - współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań”, oraz definicję synergii w rozumieniu farmakologicznym: „Dwa, lub więcej słabo oddziaływujących na pacjenta leków, po zaaplikowaniu ich razem, przynoszą bardzo silne efekty. Synergia w tym przypadku może polegać zarówno na interakcji substancji czynnych poszczególnych leków na poziomie biochemicznym, jak też na synergicznej odpowiedzi organizmu na leczenie (na poziomie fizjologicznym)". Według medycyny chińskiej z kolei ważne jest właściwe zestawienie różnych składników, istotna jest obecność wszystkich pięciu smaków (kwaśnego, słodkiego, gorzkiego, ostrego i słonego) lub ich części w potrawie, proporcje między nimi oraz ewentualna obróbka termiczna. Lekarz medycyny chińskiej być może odradziłby podanie choremu dziecku szklanki chłodnego mleka, ale zaleciłby szklankę ciepłego mleka z dodatkiem masła, czosnku i miodu. Zauważam u swoich Dzieci i u siebie samej, że czasami dany pokarm szkodzi, jeśli jest podany bez dodatków, ale wpływa korzystnie w odpowiedniej kompozycji, w towarzystwie innych składników. Nie mam wątpliwości, że dużą rolę odgrywają tu przyprawy i surowe warzywa jako „towarzysze” głównego pokarmu. Pozostaje jeszcze kwestia wpływu na zdrowie szkodliwych dodatków, jakie powszechnie współwystępują z tym, co można nabyć w sklepie spożywczym: konserwantów, sztucznych barwników, aromatów, środków ochrony warzyw i owoców, pozostałości po sztucznych nawozach, pozostałości po antybiotykach i hormonach podawanych zwierzętom, zanieczyszczenia z powietrza, wody i gleby. Jeśli ktoś zauważa, że po zjedzeniu cytrusów swędzi go skóra, z jaką pewnością może stwierdzić, że to właśnie cytrusy mu szkodzą, a nie środki chemiczne, którymi pryska się te owoce? Czy mamy szansę zjeść niepryskaną, w pełni dojrzałą pomarańczę prosto z drzewa tu, w Polsce, aby to sprawdzić? Można wysnuć przypuszczenie, że odpowiedź dają rozmaite testy alergologiczne. Mam jednak wątpliwości co do pełnej wiarygodności takich testów, ale o tym – kiedy indziej. Wreszcie, pozostaje pytanie na temat wpływu przemysłowego przetwarzenia pokarmu. Czy surowe, pełnotłuste mleko spożyte tuż po wydojeniu krowy jest tym samym pokarmem, co sklepowe mleko z kartonu? Oba płyny zawierają kazeinę (białko) i laktozę (cukier), czyli substancje, które mogą powodować problemy w osłabionym organizmie. Ale są też pewne różnice: mleko nieprzetworzone zwiera naturalne enzymy i tłuszcze w swej naturalnej postaci, które stymulują dobre trawienie i przyswajanie, natomiast mleko przemysłowe pozbawione jest enzymów, a obecne w nim cząsteczki tłuszczu są rozdrobnione do nienaturalnych dla organizmu ludzkiego, szkodliwych rozmiarów. Myślę, że kwestia kompozycji smakowych, wpływu szkodliwych dodatków i przemysłowych procesów przetwarzania na właściwości pokarmu, a co za tym idzie – na nasze zdrowie to bardzo szeroki temat, nadający się na odrębną książkę...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 stycznia 2014 19:38
  • czwartek, 16 stycznia 2014
    • JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ NA CIEBIE KRZYCZEĆ

       

      Jakiś czas temu, gdy ułożyłam moją sześcioletnią Dziewczynkę do snu, usłyszałam jej kochany głosik dochodzący z łóżka: „Mamusiu, już nigdy nie będę na ciebie krzyczeć”. Zdumiona, zapytałam ją, dlaczego mi to mówi. Jest spokojnym, wesołym dzieckiem, które owszem, kilka razy dziennie z różnych powodów krzyczy do mnie lub innych osób, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie ją jako osobę krzyczącą na mnie. Odpowiedziała: „Bo cię kocham, dlatego nie będę już więcej na ciebie krzyczeć”. I wtedy skojarzyłam jej wypowiedź z sytuacją z tego samego dnia, w której, będąc z jakiegoś powodu podenerwowaną, „wydarłam się” na moje Dziecko. Jeśli krzyknę na moje Dzieci z powodu własnego zdenerwowania (na szczęście zdarza mi się to już coraz rzadziej), zawsze staram się przeprosić je za to i wyjaśnić, że one nie są niczemu winne. I tak też zrobiłam tego dnia: przeprosiłam moją Dziewczynkę za krzyk, mówiąc, że w przyszłości zrobię wszystko, aby rozmawiać z nią spokojnie, niezależnie od tego, co się stanie i że czasami trudno mi opanować zdenerwowanie. Dodałam, że nie chcę na nią krzyczeć, bo ją bardzo kocham i będę zawsze starać się rozwiązywać nasze sprawy „spokojnym głosem”. Wracając do wieczornego pożegnania przed snem, nie mogłam jednak odtworzyć sobie sytuacji, w której Dziewczynka „krzyczała na mnie”. A ona przypomniała mi, że w łazience, gdy ją myłam, krzyknęła donośnie kilka razy, żebym nie mówiła czegoś, co ją denerwowało. Rzeczywiście tak było...

       

      Ważną rzeczą jest, aby rodzic odróżnił sytuację, w której mówi podniesionym głosem ze zdenerwowania od sytuacji, w której celowo podnosi głos, aby wpłynąć na dziecko, ale robi to świadomie i nie pod wpływem złości lub złego nawyku. Krzyk, który boli niekoniecznie musi być głośny. Są osoby, które krzyczą milczeniem, i na odwrót: niektórzy używają donośnego czy kategorycznego głosu wobec dzieci, obdarzając ich jednocześnie ciepłym, autentycznie serdecznym spojrzeniem. Ci drudzy, wbrew pozorom, są spokojni. Są to osoby lubiane przez dzieci, niewzbudzające w nich strachu, a zarazem potrafiące nimi pokierować i dające im oparcie. Natomiast krzyk przepełniony złością budzi strach. Bywa, że jest nieprzewidywalny, wprowadza dziecko w dezorientację.

      Złość bezpośrednio może wynikać z nieprzemyślanego braku akceptacji dla niedoskonałości dziecka (np. jego „powolnego” ubierania się w chwili pośpiechu) lub z własnych problemów, niezwiązanych z dzieckiem (np. z nieprzyjemnej sytuacji czy przykrej rozmowy z innym człowiekiem). Może też mieć podłoże biochemiczne, związane z dietą, nałogami, zaburzeniami hormonalnymi, neurologicznymi itp. Natomiast prawdziwe, tj. głębsze przyczyny reagowania złością wynikają z wyrytych w dzieciństwie wzorców, a także ciągłego napięcia, konfliktów czy emocjonalnych niedostatków, jakich doświadczyliśmy jako dzieci. Tak myślę. Te wyryte schematy można i należy przezwyciężać, choć wymaga to ogromnego wysiłku, stałej czujności, świadomości siebie. Warto podjąć wysiłek, aby nie przenosić dalej, na własne dziecko negatywnych reakcji, tylko utrwalać w nim te dobre zachowania. W podanym przeze mnie przykładzie zachowania mojej Dziewczynki widać bezwiedne przejęcie przez nią złych i dobrych zachowań... ode mnie: krzyku w łazience oraz nieskrępowanego wyrażenia uczucia i autentycznej woli poprawy, jako wyrazu miłości do bliskiego człowieka.

      Rozmawianie z dzieckiem o własnych słabościach jest pierwszym krokiem ku motywacji do pracy nad sobą, a zarazem uczy nas, rodziców, tolerancji wobec siebie samego. Nie musimy być doskonali. Starajmy się tylko służyć naszym dzieciom coraz lepiej, a nauczymy ich tego samego względem innych ludzi. Dzieci mają niezwykłą inteligencję emocjonalną, one w mig wyczuwają naszą przyjazną postawę, nawet, jeśli jesteśmy „neurotykami”. Jeśli czują, że jesteśmy po ich stronie, współpracują z nami. Warto stworzyć w domu warunki demokracji: każdy może każdego poprosić, aby nie krzyczał. „Mamo / Tato, nie krzycz na mnie” to ozdrawiające wiadro zimnej wody. Nie bójmy się usłyszeć tych słów i dajmy naszym dzieciom prawo do otwartego wyrażania swoich oczekiwań. Jeśli dziecko wie, że może tak powiedzieć zdenerwowanemu rodzicowi, to nie czuje strachu; czuje, że może współuczestniczyć w budowaniu dobrej atmosfery w domu. A rodzic ma wówczas większy wpływ na „rozwrzeszczane” dziecko, jeśli to on je uspokaja i próbuje pomóc mu w znalezieniu przyczyny i rozwiązania dla jego emocjonalnego problemu.

       

      Uczciwe, przyjazne i czułe relacje z własnym dzieckiem są jednym z podstawowych czynników jego zdrowia i dobrego wyposażenia go na całe życie...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ NA CIEBIE KRZYCZEĆ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 stycznia 2014 11:23
  • niedziela, 05 stycznia 2014
    • MASŁO

       

      Temat masła również miałam pominąć, bo zakładałam, że współcześnie nie ma już raczej wątpliwości, że to dobry, zdrowy pokarm i nie ma co dłużej zastanawiać się: masło należy dawać dzieciom do woli, w granicach wyznaczonych przez ich ochotę. Jednak kilka dni temu ktoś napisał do mnie: W maśle są tłuszcze trans”. Więc temat poruszam.

       

      CZY BOJĘ SIĘ NATURALNEGO MASŁA?

      Niedawno czytałam wywiad z dr. nauk biochemicznych Włodzimierzem Ponomarenko, który bez kompleksów bardzo dobrze ujął pewną kwestię: „W biochemii znam świetnie przemiany w komórce, ale nie wiem, jak z tego powstaje myśl”. Organizm człowieka nie jest do końca poznany przez naukowców, nie mają oni w tym względzie odpowiedzi na wszystko, podobnie jak wszechświat pozostaje dla nich tajemnicą. Dlatego przynajmniej tam, gdzie nie sięga nauka, zdajmy się na naszą intuicję, myślmy samodzielnie i kierujmy się logiką, a przede wszystkim -  zaufajmy Naturze. I nawet tam, gdzie naukowcy (nie zawsze przecież nieomylni) są przekonani o słuszności swych racji, nie ignorujmy własnego intelektu i instynktu oraz doceniajmy rozwiązania fascynującej w swej mądrości Natury.

      Znam kota, który nie tknie mleka z kartonu, za to chętnie pija mleko mniej przetworzone. Mleka z kartonu nie lubią nawet bakterie (bo czyż takie mleko zakwasi się tak jak mleko prosto od krowy?). Mądre stworzenia... Wracając do masła, dajmy dziecku na talerzyku świeże i czyste masło robione z niepasteryzowanego mleka w domu czy w gospodarstwie wiejskim, a na drugim – margarynę. Ciekawe, co wybierze dziecko?

      Nie boję się tłuszczów trans w naturalnym, nieprzemysłowym maśle. Ufam Naturze, ufam smakom moich Dzieci, w które wyposażyła ich Natura. Boję się tłuszczów trans powstałych w procesach chemiczno-przemysłowych, znajdujących się m.in. w margarynie. Naturalne tłuszcze trans występują w tłuszczach zwierząt przeżuwających, m.in. w tłuszczu krowy, owcy czy kozy. Ale są to ilości znikome w porównaniu do ilości znajdujących się w tłuszczach przemysłowo uwodornionych. Tak wymyśliła Natura i zapewne miała w tym swój cel... Małe, minimalne lub śladowe ilości pewnych związków chemicznych występujących w przyrodzie (poza tłuszczami trans są nimi np. kwas masłowy powstający w procesie jełczenia, zob. http://rozanski.li/?p=1140 czy związki cyjanogenne, zob. http://rozanski.li/?p=573 ) mogą mieć dobroczynny wpływ na organizm ludzki, podczas gdy ich większe ilości są trucizną. Poza tym, istnieje pewna chemiczna różnica w budowie naturalnych kwasów tłuszczowych trans i w budowie kwasów trans sztucznie powstałych, a co za tym idzie, te pierwsze uważane są za zdrowe, w odróżnieniu od uwodornionych tłuszczów roślinnych. Pamiętajmy też, że tłuszcze trans w naturalnych produktach występują w naturalnym otoczeniu innych związków chemicznych, i takie oddziałują inaczej, zapewne bezpieczniej, niż z osobna lub w sztucznie zmienionych proporcjach, bowiem oddziałują w naturalnej synergii. Wiele wskazuje na to, że naturalna kompozycja tłuszczów, węglowodanów, białek i innych związków (czyli pokarmy w swej naturalnej, nieprzetworzonej przemysłowo postaci) jest najbardziej kompatybilna, pasująca do organizmu ludzkiego. Ponadto, naturalnej postaci pokarmu często towarzyszą naturalne enzymy i mikroorganizmy, które są warunkiem łatwego zmetabolizowania i przyswojenia poszczególnych substancji pokarmowych przez organizm. Sztuczne substancje, np. margaryna, mogą powodować tylko kłopoty, tak jak sok jabłkowy wlany do baku samochodu zamiast benzyny.

       

      TŁUSZCZE TRANS NATURALNE KONTRA TŁUSZTE TRANS SZTUCZNIE WYTWORZONE

      Na poparcie mojej wyżej przedstawionej nieeksperckiej, intuicyjnej teorii przytoczę fragment fachowej pracy autorstwa Grażyny Cichosz i Hanny Czeczot z Katedry i Zakładu Biochemii I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (podkreślenia moje):

      Naturalnym źródłem kwasów tłuszczowych (KT) izomerii trans (TFA) są produkty mleczarskie i mięsne. Obecny w tłuszczu mlekowym oraz w mięsie przeżuwaczy kwas wakcenowy, a także skoniugowany kwas linolowy (CLA) wykazuje wszechstronne prozdrowotne działanie: immunostymulujące, antyoksydacyjne, przeciwmiażdżycowe i antynowotworowe.

      Głównym źródłem TFA w diecie człowieka są jednak produkty spożywcze zawierające uwodornione oleje roślinne (margaryny, produkty cukiernicze, tłuszcze smażalnicze, tzw. fast foods). Wyniki obserwacji epidemiologicznych, badań doświadczalnych i klinicznych wykazały, że sztuczne izomery trans są odpowiedzialne za wzrost ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego oraz niektórych typów nowotworów. Ponadto, sprzyjają powstawaniu zespołu metabolicznego, któremu towarzyszy otyłość, oporność na insulinę oraz cukrzyca typu 2. Niekorzystne działanie sztucznych TFA na procesy biochemiczne i fizjologiczne zachodzące w organizmie człowieka wskazuje na konieczność ograniczania ich spożycia.

      Mimo to, proponowany jest przez Parlament Europejski i Radę sposób znakowania żywności sumą zawartości KT nasyconych oraz TFA, bez rozróżniania sztucznych i naturalnych izomerów trans. Utożsamianie kwasów tłuszczowych nasyconych oraz TFA a tym bardziej utożsamianie naturalnych i sztucznych TFA, wprowadza konsumentów w błąd i uniemożliwia dokonywanie świadomego wyboru bezpiecznych dla zdrowia produktów spożywczych”.

      Polecam do przeczytania tę niezwykle ciekawą pracę w całości, ze szczególnym zwróceniem uwagi na rozdziały pt. „Naturalne izomery trans – wpływ na zdrowie” i „Sztuczne izomery trans – zagrożenia zdrowotne”. Link źródłowy podaję poniżej: http://www.ptfarm.pl/pub/File/Bromatologia/2012/2/BR%202-2012%20s.%20181-190.pdf

       

      MASŁO: KRÓTKOŁAŃCUCHOWE I ŚREDNIOŁAŃCUCHOWE KWASY TŁUSZCZOWE

      Masło, czyli tłuszcz mleczny zwiera bardzo korzystne dla zdrowia, rzadko występujące w przyrodzie krótkołańcuchowe i średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, w tym – średniołańcuchowy kwas laurynowy, który ma właściwości lecznicze (średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe w największej ilości występują w olejach tropikalnych, a w szczególności – w oleju kokosowym, zob. http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html ).

      Kwasy tłuszczowe krótkołańcuchowe, znajdujące się głównie w tłuszczu mleka, mają właściwości antybakteryjne i zabezpieczają nas przed infekcjami jelitowymi, wywołanymi przez wirusy, drożdże i bakterie patogenne. Nie wymagają udziału kwasów żółciowych w trawieniu: są absorbowane bezpośrednio z jelita i są źródłem szybkiej energii (tj. są szybko metabolizowane). Są łatwo strawne i wspomagają nasz system immunologiczny. Krótkołańcuchowy kwas masłowy przeciwdziała nowotworom, pobudza wzrost kosmków jelitowych, przeciwdziała stanom zapalnym  w jelicie, wspomaga wchłanianie składników pokarmowych (więcej informacji: http://www.nowinylekarskie.ump.edu.pl/uploads/2011/4/299_4_80_2011.pdf ).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe również absorbowane są bezpośrednio z jelita, bez udziału kwasów żółciowych, stanowią źródło energii do natychmiastowego wykorzystania i nie są magazynowane. Wspomagają system immunologiczny. Kwas laurynowy ma wyjątkowe właściwości  antybakteryjne i przeciwpasożytnicze (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 13).

       

      DR JADWIGA KEMPISTY O MAŚLE

      Dla zilustrowania tematu, ponownie załączam wywiad z dr Jawdwigą Kempisty, lekarką-pediatrą, która leczy dietą. Pani doktor wypowiada się o zaletach masła surowego, nieprzemysłowego. Masło przemysłowe powstaje ze śmietany przemysłowo odwirowanej. Przemysłowe wirówki powodują niekorzystne zmiany w strukturze cząsteczek tłuszczowych, co przekłada się na mniej korzystne oddziaływanie masła przemysłowego na organizm ludzki. Natomiast masło z niepasteryzowanej, a więc surowej śmietany, delikatnie odwirowywanej lub takiej, która sama „odstała się” na powierzchni mleka, jest pokarmem o właściwościach leczniczych. Pani doktor mówi o obecności lizyny, lecytyny, witaminie E i występowaniu pożytecznego cholesterolu w takim maśle.

      Lizyna ginie w temperaturze 92 st. C, dlatego masło, w postaci surowej, należy dodawać do posiłków, gdy nieco przestygną, a nie w czasie gotowania. Lizyna to aminokwas niezbędny, który nie może być syntetyzowany w organizmie człowieka, a więc musi być dostarczony w pokarmie. Lizyna jest niezbędna do budowy białek, zwłaszcza w okresie rozwoju, uczestniczy w wytwarzaniu przeciwciał, enzymów i hormonów, korzystnie wpływa na mózg, stymuluje wzrost i naprawę tkanek. Pomaga wchłaniać wapń, jest potrzebna do budowy kości u dzieci.

      Lecytyna pełni ważną rolę w układzie nerwowym, w tym – w mózgu: stanowi składową tkanki nerwowej i mózgu. Lecytyna wzmacnia osłonkę mielinową (osłonkę włókien nerwowych), stanowiąc jeden z ważnych składników budulcowych błon neuronowych, obszaru komórek mózgu, gdzie odbywa się komunikacja międzykomórkowa. Degeneracja osłonki mielinowej, zachodzi przy autoimmunologicznym procesie zapalnym ośrodkowego układu nerwowego. Jest to ważna informacja w przypadku neurologicznej choroby dziecka, która może być wynikiem poszczepiennej reakcji autoimmunologicznej. Mojemu Chłopczykowi, u którego nasiliły się nadmierne wyładowania bioelektryczne w mózgu po serii szczepień na przełomie piątego i szóstego roku życia (podejrzewam, że właśnie mogło dojść do osłabienia osłonek mielinowych, które pełnią rolę izolatora i biorą czynny udział w przewodnictwie nerwowym), neurolog zalecił lecytynę. Nie podawałam mu jednak tej sproszkowanej, przemysłowo wyekstrahowanej, pozbawionej naturalnie towarzyszących jej enzymów, ale zadbałam o większy udział masła (i innych tłuszczów) oraz żółtek (również zawierających lecytynę) w jego diecie. Efekty takiej diety, pod względem wychodzenia z choroby neurologicznej mojego Dziecka były imponujące.

      Witamina E to bardzo dobry antyutleniacz. Chroni nas przed co najmniej 80 chorobami (dr Perugini Billi). Należy dodać, że masło jest też najbogatszym źródłem witaminy A, potrzebnej do wzrostu i regeneracji tkanek, wzmocnienia śluzówek, poprawy trawienia i właściwego wykorzystania białka, niezbędnej dla wzroku i stymulującej układ immunologiczny.

      Cholesterol ma również dobroczynne działanie, wbrew powszechnym opiniom. Uczestniczy w syntezie najważniejszego hormonu stresu – kortyzolu (który m.in. jest skutecznym środkiem antyalergicznym), w syntezie hormonów płciowych żeńskich i męskich oraz aldosteronu (hormonu regulującego przemianę elektrolitów w organizmie). Aktywizuje glukozę i potas, które sterują wszelką aktywnością umysłową oraz fizyczną. Podnosi krzepliwość krwi. Stabilizuje czynność serca i krążenie, podnosi ciśnienie krwi i hamuje zwyrodnienia nowotworowe. Odgrywa kluczową rolę w syntezie witaminy D, odpowiedzialnej za budowę kości i stawów. Cholesterol jest podstawowym składnikiem komórek (mitochondriów i błon), co warunkuje właściwe funkcjonowanie wszystkich narządów (na podstawie: prof. dr hab. med. Walter Hartenbach: „Mity o cholesterolu”, Oficyna Wydawnicza Interspar, 2007 r., str. 22-23).

      A teraz oddaję głos pani dr Jadwidze Kempisty:



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MASŁO”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 stycznia 2014 22:47
  • czwartek, 02 stycznia 2014
    • MARGARYNA

       

      Temat margaryny miałam opuścić, ale zmieniłam zdanie. Do niedawna wydawało mi się, że we współczesnych czasach dla większości ludzi, którzy choć trochę zastanawiają się nad tym, czym karmią swoje dzieci, oczywiste jest, że margaryna to produkt niejadalny. Okazuje się jednak, że tak nie jest...

       

      TŁUSZCZE UWODORNIONE

      Uwodornienie to proces chemiczny, jakiemu częściowo zostają poddane rafinowane nienasycone oleje roślinne (o produkcji olejów rafinowanych: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/11/OLEJE-ROSLINNE-RAFINOWANE.html ) w celu nadania im konsystencji stałej, takiej, jaką ma masło czy smalec, jak również uczynienia ich bardziej odpornymi na zepsucie. Uwodorniony tłuszcz jest bardziej nasycony, nasycony sztucznie dodanymi atomami wodoru. Najpopularniejszym tłuszczem uwodornionym jest margaryna (nazwana przez dr Perugini Billi „prawdziwym klejnotem mistyfikacji spożywczej”), która, jak wiemy, ma konsystencję twardą. Oleje w procesie uwodornienia podgrzewane są do wysokich temperatur i w warunkach wysokiego ciśnienia zostają poddane reakcji z wodorem gazowym. Używane są katalizatory, po których śladowe resztki (niklu i aluminium) mogą pozostać w produkcie finalnym (margarynie).

       

      TŁUSZCZE TRANS

      Uwodornienie zmienia ułożenie atomów w cząsteczkach tłuszczowych: prowadzi do powstania sztucznej i szkodliwej dla zdrowia konfiguracji „trans” (chodzi o zmianę położenia atomów wodoru względem atomów węgla z podwójnym wiązaniem). Konfiguracja pierwotna, nieszkodliwa, występująca w naturze to konfiguracja „cis”.

      Kwasy tłuszczowe trans powstają za sprawą współczesnej technologii i są obce ludzkiemu ciału. Ponieważ te tłuszcze nie przypominają naturalnych kwasów tłuszczowych potrzebnych do zachowania dobrego zdrowia, nasze ciała nie są w stanie spożytkować ich w sposób produktywny. To jak wlewanie soku jabłkowego do zbiornika paliwa w samochodzie – wychodzi z tego niezły bigos. Samochody są zaprojektowane w taki sposób, by jeździć na benzynie, a nie na jabłeczniku. Zawarte w soku jabłkowym cukry sprawiłyby, że silnik przestałby pracować. W podobny sposób kwasy tłuszczowe trans  sprawiają, ze nasze komórki niejako marzną i mają zaburzenia. Im więcej spożywa się kwasów tłuszczowych trans, tym większe zniszczenie komórkowe. W końcu całe tkanki i organy zostają poważnie dotknięte, co skutkuje chorobą” (Bruce Fife: „Cud oleju kokosowego”, Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, str. 45-46, podkreślenie moje).

       

      WSPÓŁCZESNE MARGARYNY

      Margaryny obecne na rynku mają zróżnicowaną ilość tłuszczów uwodornionych; średnio 15%, ale może być również i 45%. Ostatnio pojawiły się w handlu margaryny, które rzekomo nie zawierają lub zawierają tylko w minimalnych ilościach te niebezpieczne kwasy tłuszczowe. Tego typu margaryny są otrzymywane przez frakcjonowanie (rozdzielenie) różnych typów kwasów tłuszczowych i przez modyfikację struktury chemicznej kwasów tłuszczowych bez uwodornienia ich, która minimalizuje lub wyklucza powstawanie form trans. Niemniej jednak ciągle mówimy o produktach wysoce przetworzonych, nienaturalnych, a ponadto, zawsze pochodzących z olejów roślinnych, przemysłowo rafinowanych”. (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 107).

       

      ZASTOSOWANIE MARGARYNY I INNYCH TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Obecnie margaryna i inne tłuszcze uwodornione są powszechnie stosowane w przemyśle spożywczym. Pojawiają się w rozmaitych produktach spożywczych, ale nie zawsze wiadomo, w jakich produktach i w jakich ilościach. Tłuszcze uwodornione stosowane są w produktach smażonych, mrożonych, pieczonych i innych. Znajdziemy je w przemysłowych frytkach, ciastkach, czipsach, mrożonych pierogach, pizzy, maśle orzechowym, cukierkach, paluszkach, chrupkach, lodach czy w mrożonych deserach. Tłuszcze uwodornione prawie całkowicie zastąpiły stosowanie masła i smalcu w cukiernictwie.

       

      TOKSYCZNE WŁAŚCIWOŚCI TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Margaryna i inne tłuszcze uwodornione mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu komórek (zmieniają własciowsci fizjologiczne błon komórkowych). Wpływają na funkcjonowanie wielu enzymów. Mają działanie promiażdżycowe. Redukują ilość tłuszczu w mleku matki, ze szkodą dla rozwijającego się układu nerwowego u niemowląt. Przekraczają barierę łożyska, docierając do płodu i hamując jego wzrost. Są jednym z czynników wystąpienia cukrzycy. Negatywnie wpływają na reakcję immunologiczną (odporność) organizmu. Powodują wzrost testosteronu, prowadząc do zaburzeń na tle hormonalnym. Wpływają na metabolizowanie substancji rakotwórczych i farmakologicznych. Zmieniają gospodarkę tłuszczową w organizmie. Mogą mieć związek z astmą u dzieci. Sprzyjają powstawaniu wolnych rodników. Spożywanie tłuszczów uwodornionych koreluje z występowaniem takich chorób jak nowotwory, stwardnienie rozsiane, zapalenie uchyłków jelita grubego i powikłania cukrzycowe (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 109 - 111).

       

      WNIOSKI

      Margaryna, obok cukru rafinowanego, olejów rafinowanych, współczesnej pszenicy i mleka przemysłowego to cichy zabójca. Niebezpieczny, bo działa powoli, podstępnie, niezauważalnie, wprowadzając dziecko w choroby i skracając jego przyszłe, dorosłe życie. Skutki spożywania tłuszczu uwodornionego są niezauważalne w krótkim okresie. Powiedziałabym, że alkohol jest bezpieczniejszy, bo wzbudza natychmiastową reakcję organizmu. Nudności, ból głowy, chwiejny chód czy bełkot to wyraźne ostrzeżenie, które zmusza nas do myślenia, a co za tym idzie - ograniczenia spożycia alkoholu lub całkowitego wykluczenia go z diety. Dzieciom nie podajemy alkoholu nawet w najmniejszych ilościach, dla zasady, która jest powszechnie akceptowana. Niestety, taka zasada nie istnieje w odniesieniu do margaryny.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 stycznia 2014 13:49
  • niedziela, 22 grudnia 2013
    • OLEJE TROPIKALNE – cz. II

       

      OLEJ KOKOSOWY I MLEKO MATKI

      „Kwasy tłuszczowe, które sprawiają, że olej kokosowy jest tak skuteczny w walce z drobnoustrojami, to te same, które natura ulokowała w mleku matki, by chronić dzieci [głównie – kwas laurynowy; stosunek kwasu laurynowego do innych średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych w oleju kokosowym jest podobny do tego w mleku ludzkim]. Ludzkie mleko oraz mleko innych ssaków zawierają małe ilości średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Dlatego również znajdują się one również w maśle, które jest skoncentrowanym tłuszczem mlekowym. Mleko ze swoimi średniołańcuchowymi kwasami tłuszczowymi chroni nowo narodzone niemowlę przed szkodliwymi drobnoustrojami w najbardziej narażonym na niebezpieczeństwo czasie w życiu, podczas gdy jego układ immunologiczny wciąż się rozwija. To jeden z powodów, dla których do mieszanek dla niemowląt dodaje się olej kokosowy lub średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Matka, która spożywa olej kokosowy, będzie miała w swoim mleku więcej średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, by pomóc chronić i odżywiać jej dziecko. Jeśli jest dostatecznie bezpieczny dla nowo narodzonego dziecka, to jest wystarczająco bezpieczny dla nas. Natura stworzyła średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, by żywić nas i chronić przed chorobami zakaźnymi” (str. 91).

      Cytat ten daje wiele do myślenia. Warto zastanowić się nad pochopnym użyciem modnego powiedzenia: „Mleko krowie jest tylko dla cieląt”, w przypadku, gdy nie możemy zapewnić naszemu dziecku mleka ludzkiego i zanim całkowicie wyeliminujemy z jego diety mleko krowie (lub kozie) i jego przetwory. Mam na myśli prawdziwe mleko (tj. te prosto od krowy, pełnotłuste i nieprzetworzone w jakikolwiek sposób w zakładzie przemysłowym) i domowe przetwory z takiego mleka, a nie biały płyn, zwany mlekiem, sprzedawany w sklepach czy jakiekolwiek przemysłowe produkty pochodzące od mleka (sklepowe sery, śmietana, jogurt itp.). Ale więcej o mleku w ogóle – w oddzielnym wpisie.

       

      NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ PRZY ZAKUPIE OLEJU KOKOSOWEGO

      Tak jak w przypadku oliwy z oliwek, wybieramy olej kokosowy:

      • tłoczony na zimno;
      • nierafinowany;
      • bez jakichkolwiek dodatków.

      Ponieważ nie stosuje się wysokich temperatur i chemicznych rozpuszczalników, [taki] olej zachowuje swoje naturalne substancje fitochemiczne (substancje chemiczne pochodzenia roślinnego), które dają charakterystyczny kokosowy smak i zapach” (str. 201).

      Ponadto, warto zwrócić uwagę, czy olej kokosowy został wytłoczony z kopry, czyli z zasuszonego miąższu kokosa (wiórków kokosowych), czy ze świeżego orzecha kokosowego. Ten drugi jest zdecydowanie lepszy w smaku i, jak przypuszczam, lepszy pod względem jakości.

      Olej rafinowany, bielony i dezodoryzowany nie ma smaku i zapachu. Ze względu na szkodliwość procesów przemysłowych, jakim taki olej zostaje poddany, wykluczam go z listy produktów jadalnych.

       

      MOJE PRZEMYŚLENIA

      Pomimo długiej listy pozytywnych cech oleju kokosowego, jestem daleka od faworyzowania go, natomiast w pełni doceniam ten produkt w diecie. Jak zawsze, kieruję się moimi podstawowymi zasadami – aksjomatami żywieniowymi:

      • respektuję smaki moich Dzieci oraz ich ochotę na jedzenie lub niejedzenie danego pokarmu (np. niedawno zrezygnowałam ze smażenia naleśników na oleju kokosowym, bo Dzieci wolą naleśniki robione na smalcu lub na maśle klarowanym);
      • stosuję rotację i różnorodność (tj. włączam do jadłospisu dany pokarm naprzemiennie z innymi pokarmami; olej kokosowy stosuję naprzemiennie z oliwą z oliwek, masłem i smalcem, z okresowymi przerwami od każdego z nich);
      • preferuję pokarm w jego postaci pierwotnej, pełnej, a więc: lepiej jeść tłuszcz kokosowy, spożywając cały orzech kokosowy, niż tylko jego składową – wyciśnięty olej. Analogicznie do cukru i trzciny cukrowej, mąki ziemniaczanej i ziemniaków, łatwo utleniających się soków owocowych i bardziej zabezpieczonych przed tlenem świeżych owoców w całości, wraz z łupinami, a nawet pestkami, zdrowsze są pokarmy w swojej pierwotnej postaci, w ich biochemicznej kompozycji zaplanowanej przez Naturę, uwzględniającej najczęściej wszystkie składniki pokarmowe (białka, tłuszcze, węglowodany, sole mineralne i witaminy) w przeróżnych, niepowtarzalnych, ale naturalnych, czyli jadalnych proporcjach. Warzywa, owoce, nasiona i orzechy jadane w całości lub tuż po pokrojeniu, poszatkowaniu czy zmieleniu, prawdopodobnie są bardziej przyjazne dla organizmu człowieka, bardziej „znajome”, a tym samym łatwiej trawione i przyswajane, niż ich części, chemiczne elementy, pozyskiwane w skomplikowanych procesach produkcyjnych. Myślę, że jadane w całości pokarmy trudno przedawkować, w przeciwieństwie do substancji ekstrahowanych, np. sacharozy. A pamiętajmy, że pokarm jest zdrowy, jeśli nie jest zjedzony w nadmiarze, dotyczy to zapewne również oleju kokosowego.

      W jaki sposób można podawać dzieciom kokos w postaci naturalnej, ewentualnie – świeży kokos po obróbce domowej? Oto lista moich propozycji:

      1. Sok ze świeżego kokosa – woda znajdująca się wewnątrz orzecha kokosowego (pita przy pomocy słomki, bezpośrednio z orzecha);
      2. Miąższ ze świeżego kokosa, pokrojony w paseczki, wraz z cienką brązową skórką;
      3. Czipsy kokosowe z takiego miąższu robione w domu (kawałki świeżego miąższu szatkujemy na cienkie plasterki w robocie kuchennym i suszymy w piekarniku na dwóch blachach, w temperaturze 110 st. C, z włączonym termoobiegiem);
      4. Pełnotłuste wiórki kokosowe suszone, robione ze świeżego kokosa w domu (miąższ trzemy na dużych, średnich lub małych oczkach, używając robota kuchennego, następnie podsuszamy w piekarniku w sposób wyżej podany);
      5. Pełnotłuste wiórki kokosowe niesuszone: możemy przechowywać je w szczelnie zamkniętym słoiku w lodówce przez kilka dni, aby od czasu do czasu dodawać je do różnych potraw;
      6. Mleko kokosowe: niesuszone wiórki, te w formie najdrobniejszej, zalewamy dość ciepłą wodą i miksujemy w blenderze, następnie przecedzamy przez gęste sito lub gazę. Uzyskujemy bielutką, tłustą ciecz, do złudzenia przypominającą pełnotłuste mleko.
      7. Koktajl bananowo-owocowo-kokosowy: do blendera wlewamy mleko kokosowe, dodajemy banany i dowolne owoce, najlepiej jagodowe (latem świeże, a zimą mrożone lub pasteryzowane), w proporcjach według gustu, miksujemy.

       

      Moje Dzieci preferują sok i koktajl, poza tym od czasu do czasu dodaję im sam olej kokosowy do potraw typu ryż z bakaliami czy szarlotka z mąki jaglanej. W koktajlach mleko kokosowe można zastąpić łyżką oleju i większą ilością wody, jeśli nie mamy pod ręką świeżego kokosa. Czasami, gdy nie mam świeżych kokosów, robię mieszankę z suszonych owoców (mogą być rodzynki) i z płatków migdałowych, z dodatkiem przypraw korzennych i łyżki oleju kokosowego. To wszystko delikatnie podgrzewam na małej patelni, do wchłonięcia oleju. Taką mieszankę podaję mojemu Chłopczykowi mniej więcej raz na tydzień, na drugie śniadanie do szkoły.

      Ja za to uwielbiam kawałki świeżego kokosa, które w pełni wystarczają mi jako samodzielny posiłek: są sycące, ale lekkie i dają naprawdę dużo energii. Są idealne zamiast kanapki i świetnie smakują z kawą. Są szybkie w przygotowaniu, więc jadam je w trakcie częstej jazdy samochodem lub długotrwałych zakupów, gdy nie mam czasu na gotowanie.

      Moi znajomi natomiast zajadają się czipsami kokosowymi, dopytując się o przepis...

      Włączenie świeżych orzechów kokosowych obok lub zamiast oleju kokosowego do diety dziecka ma dodatkową korzyść: finansową; olej kokosowy jest stosunkowo drogi i nie każdy może pozwolić sobie na regularne kupowanie tego produktu, podczas gdy jeden orzech kokosowy kosztuje od 2 do 3 zł.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE TROPIKALNE – cz. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:10
    • OLEJE TROPIKALNE - cz. I

       

      Jako główne źródło informacji do dzisiejszego wpisu wybrałam książkę napisaną przez dr. Bruce’a Fife’a pt.: „Cud oleju kokosowego” (Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, za cytatami poniżej będę podawać stronę książki). Bruce Fife jest dyplomowanym dietetykiem i lekarzem naturopatą, prezesem „Ośrodka Badań nad Kokosem”. Jako pierwszy usystematyzował wyniki badań nad właściwościami leczniczymi oleju kokosowego.

       

      OLEJE TROPIKALNE

      Do olejów tropikalnych zaliczamy:

      • olej palmowy;
      • olej z nasion palmy;
      • olej kokosowy.

      Olej palmowy pochodzi z miąższu olejowca gwinejskiego (tj. z łupiny otaczającej nasiona). Ma intensywny pomarańczowoczerwony kolor.

      Olej z nasion palmy uzyskiwany jest z nasion olejowca gwinejskiego. Ma czystą białą barwę.

      Olej kokosowy wytwarzany jest z nasion palmy kokosowej (tj. z orzechów kokosowych). Czysty olej kokosowy, wytworzony ze świeżych kokosów ma biały kolor, kiedy twardnieje (w temperaturach niższych niż 24 st. C) i jest całkowicie przeźroczysty w stanie płynnym (w temperaturze 24 st. C lub wyższej). Czysty olej ze świeżych kokosów ma łagodny smak i zapach kokosa (w odróżnieniu od oleju kokosowego rafinowanego, który nie ma ani smaku, ani zapachu).

      Wszystkie oleje tropikalne składają się głównie z nasyconych kwasów tłuszczowych (co jest unikatową cechą wśród olejów roślinnych). Wbrew powszechnym opiniom, takie nasycone oleje sprzyjają zdrowiu człowieka, przy założeniu, że są tłoczone na zimno, bez dodatków chemicznych i że nie są rafinowane. Należy przy tym pamiętać, że istnieje wiele różnych typów tłuszczów nasyconych oraz że poszczególne rodzaje różnie wpływają na organizm.

       

      SPORY NA TEMAT OLEJÓW TROPIKALNYCH

      Spory na temat tłuszczów nasyconych, a  w szczególności – na temat olejów tropikalnych wiążą się z dezinformacją, o której wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów o tłuszczach. Dla wielu odbiorców informacji medialnych wyrażenie „tłuszcz nasycony” wiąże się z tematem chorób układu krążenia, zawsze kojarząc się z miażdżycą i zawałem serca. „Do tego bardzo przysłużyło się Amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Soi (ASA). Cała sytuacja ma swój początek w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wówczas media wrzały, ostrzegając ludzi przed nowo odkrytym zagrożeniem zdrowia – olejami tropikalnymi. Wszędzie było głośno o tym, że olej kokosowy to tłuszcz nasycony i że powoduje zawał serca. Gdziekolwiek się odwróciłeś, każdy produkt, który zwierał olej kokosowy lub palmowy, był krytykowany jako >>niezdrowy<<” (str. 20). W rezultacie, w miejsce powszechnie stosowanych olejów tropikalnych (w przemyśle spożywczym, w restauracjach itp.) wprowadzono rafinowany olej sojowy i inne chemicznie przetworzone oleje roślinne, często w postaci najgorszej dla zdrowia – uwodornionej (sztucznie, chemicznie utwardzonej).

       

      WYJĄTKOWŚĆ OLEJU KOKOSOWEGO - BUDOWA CHEMICZNA

      Tłuszcze zbudowane są z cząsteczek zwanych kwasami tłuszczowymi. Powszechnie wiadomo, że kwasy tłuszczowe dzielimy na:

      • nasycone (najbardziej trwałe; tłuszcze z przewagą cząsteczek nasyconych kwasów tłuszczowych mają postać twardą, np. smalec);
      • jednonienasycone (raczej trwałe; w niższych temperaturach tracą postać płynną, np. oliwa z oliwek);
      • wielonienasycone (nietrwałe; zawsze mają postać płynną, np. olej kukurydziany).

      Wszystkie naturalne tłuszcze zawierają mieszankę w/w trzech klas kwasów tłuszczowych, z tym, że w danym tłuszczu przeważa jedna z klas i w konsekwencji dany tłuszcz przybiera nazwę tej klasy. Na przykład w oliwie z oliwek przeważają kwasy tłuszczowe jednonienasycone, stąd jej klasyfikacja jako „tłuszczu jednonienasyconego”, ale należy pamiętać, że oliwa z oliwek zawiera również kwasy tłuszczowe wielonienasycone i nasycone.

      Olej kokosowy zawiera 92% tłuszczów (kwasów tłuszczowych) nasyconych, 6% tłuszczów jednonienasyconych i 2% tłuszczów wielonienasyconych. Jest więc bardzo trwały, odporny na szybkie jełczenie. Oprócz tej cechy ma jeszcze jedną, równie wyjątkową: cząsteczki (kwasy tłuszczowe), które go tworzą mają średnią długość łańcucha węglowego.

      Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze jedno kryterium podziału kwasów tłuszczowych, uwzględniające długość łańcuchów węglowych pojedynczych cząsteczek (każda cząsteczka tłuszczowa składa się z łańcucha atomów węgla z „podpiętymi” do niego atomami wodoru i tlenu). Według tego kryterium wyróżniamy kwasy tłuszczowe (cząsteczki):

      • długołańcuchowe (najczęściej występujące w przyrodzie);
      • średniołańcuchowe (występujące stosunkowo rzadko, np. w oleju kokosowym, w mleku matki, w maśle);
      • krótkołańcuchowe (rzadko występujące w przyrodzie).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe metabolizowane są (tj. trawione i wchłaniane) szybko i energooszczędnie: organizm nie zużywa tylu enzymów, co w trawieniu i przyswojeniu powszechnie używanych tłuszczów – długołańcuchowych. Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe usprawniają metabolizm białka i tłuszczu oraz wchłanianie minerałów i innych substancji odżywczych (zob.: http://www.izoo.krakow.pl/czasopisma/wiadzoot/2010/1/4Szewczyk.pdf ). „Krótsze” tłuszcze, szybko metabolizowane, działają bardziej jak węglowodany niż jak większość tłuszczów (kwasów tłuszczowych długołańcuchowych): są źródłem szybko pozyskiwanej energii. Na jakość tłuszczu i jego wpływ na nasze zdrowie składa się więc nie tylko nasycenie, ale również długość łańcuchów kwasów tłuszczowych, które ten tłuszcz budują. Długość łańcucha węglowego to kluczowy czynnik w sposobie trawienia i metabolizmu oraz wpływu na ciało tłuszczu spożywczego (str. 35).

      Olej kokosowy i olej z nasion palmy to najbogatsze źródła średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Olej kokosowy zawiera ich 64%, a olej z nasion palmy – 58%.

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które mają wyjątkowe właściwości antydrobnoustrojowe (tj. zwalczają bakterie, wirusy i grzyby) i które wchodzą w skład oleju kokosowego, to:

      • kwas laurynowy – 48% oleju kokosowego (ten kwas wykazuje największą aktywność antywirusową);
      • kwas kaprylowy – 8% (ten kwas jest jedną z najsilniej działających naturalnych substancji zwalczających drożdżaki);
      • kwas kaprynowy – 7%;
      • kwas kapronowy – 0,5%.

      Przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe właściwości oleju kokosowego ujawniają się dopiero po jego spożyciu i biochemicznym przekształceniu przez organizm. Kokos niespożyty, jak czasami można zauważyć po jego rozłupaniu, a nawet jeszcze w sklepie, może zostać zaatakowany przez grzyby i bakterie.

      Wyłączając oleje tropikalne, popularne oleje roślinne nie zawierają średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, a więc nie posiadają w/w właściwości.

       

      ZASTOSOWANIE OLEJU KOKOSOWEGO W MEDYCYNIE

      Olej kokosowy może być zastosowany w leczeniu wielu schorzeń, jak również w profilaktyce zdrowotnej. Ja sama, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tym produktem, zwróciłam uwagę na jego zastosowanie w chorobach mózgu (  http://pracownia4.wordpress.com/2011/03/08/cztery-lyzki-tego-pokarmu-dla-mozgu-moga-zapobiec-chorobie-alzheimera/ ). Jednym z objawów neurologicznej choroby mojego Chłopczyka były poważne zaburzenia mowy, które odzwierciedlały zaburzenia wykazane w nieprawidłowym zapisie EEG. Olej kokosowy wprowadziłam do jego diety z marszu. Leczniczo podawałam mu go codziennie, w pokarmach lub na łyżeczce, przez około miesiąc. Nie jestem zwolenniczką suplementów, uważam, że długookresowe zdrowe odżywianie wystarczy. Jednak tutaj chciałam poeksperymentować.  Po miesiącu codziennej suplementacji olejem kokosowym stan neurologiczny mojego Dziecka wyraźnie poprawił się, co zauważył również neurolog w kolejnym, kontrolnym badaniu EEG (mówię jedynie o spostrzeżeniu zależności czasowej). Zalecałabym taki miesięczny „eksperyment” w przypadku każdego dziecka jakkolwiek dotkniętego zaburzeniami neurologicznymi. Jeśli po miesiącu widać ustępowanie objawów, warto pozostawić kokos (olej kokosowy) w diecie dziecka, ale już niekoniecznie jako codzienny suplement, tylko w rotacji i ilości dyktowanych jego smakami, robiąc stosowne przerwy.

      Jak wspomniałam, olej kokosowy ma właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe. „Kwasy tłuszczowe, które znajdują się w kokosie, to silne antybiotyki” (str. 93), jednak nie niszczą przyjaznych bakterii jelitowych. Autor wspomnianej na początku tego wpisu książki, jako dietetyk i lekarz, przytacza cały katalog schorzeń, w których leczeniu stosowanie oleju kokosowego może pomóc. Są to: przewlekła łuszczyca, łupież, przedrakowe zmiany skórne, grypa, infekcje gardła, zapalenie płuc, zapalenie zatok, ból ucha, zatrucie pokarmowe, zakażenie pęcherza moczowego, cukrzyca (tłuszcz kokosowy zapewnia komórkom dostarczenie energii bez udziału insuliny i reguluje stężenie glukozy we krwi), przewlekłe zmęczenie, hemoroidy, próchnica zębów, wrzody żołądka, powiększona prostata, epilepsja (zaobserwowano zmniejszanie się częstotliwości napadów padaczkowych u dzieci, którym dodano do pożywienia średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe), opryszczka narządów płciowych, grzybice (w tym – kandyzdoza), choroby pasożytnicze (np. stwierdzono, że zwierzęta domowe karmione mielonym kokosem wydalają pasożyty jelitowe), zapalenie wątroby typu C, a nawet AIDS. Mówi też o zastosowaniu oleju kokosowego w profilaktyce chorób serca (wbrew utartym opiniom). Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe nie tylko nie zwiększają poziomu cholesterolu we krwi, ale też mogą pośrednio przyczyniać się do obniżenia lipoprotein LDL i zwiększenia lipoprotein HDL (poprzez pobudzenie metabolizmu). Przeciwdziałają lepkości płytek krwi, a tym samym – tworzeniu się skrzepów.

      Olej kokosowy stanowi również idealną maść na suchą, szorstką i pomarszczoną skórę i przynosi ulgę takiej skórze. Sprawdziłam tę właściwość na chorej skórze mojej ponad dziewięćdziesięcioletniej Babci i Babcia potwierdza: skóra zdrowieje przy regularnym stosowaniu oleju kokosowego. Moim zdaniem nierafinowany, czysty, naturalny olej kokosowy jest najlepszym kremem dla niemowląt i dzieci (a nie przemysłowe oliwki czy specjalistyczne kremy dla dzieci, zawierające szereg sztucznie dodanych substancji chemicznych, chociażby takich jak dwutlenek tytanu). Taki olej, ze swoimi właściwościami przeciwgrzybiczymi, przeciwwirusowymi i przeciwbakteryjnymi, leczy, regeneruje i chroni skórę. Chętnie wypróbowałabym go w leczeniu ciemieniuchy u niemowlęcia czy łupieżu u człowieka dorosłego. Olej kokosowy jest bardzo dobry jako baza do ziołowych balsamów robionych w domu. Latem zrobiłam balsam z oleju, ze świeżego, przeciśniętego przez wyciskarkę do czosnku listka babki lancetowatej oraz z ususzonego i zmielonego w młynku do kawy skrzypu polnego. Balsam zastosowałam u mojego Chłopczyka do smarowania wewnętrznych ścianek nosa, ze względu na osłabienie śluzówki (stwierdzone przez laryngologa), objawiające się częstymi krwawieniami z nosa. Balsam nie zepsuł się do dzisiaj, pomimo przechowywania go w temperaturze pokojowej i pomimo użycia świeżego, surowego liścia. A krwawienia z nosa wyraźnie ustąpiły. Autor książki proponuje natomiast sporządzenie balsamu z oleju kokosowego i świeżego, rozgniecionego czosnku i stosowania takiego balsamu w przypadku infekcji skórnych.

      Olej kokosowy używany jest w wielu tradycyjnych systemach medycyny, np. w Indiach stanowi istotny składnik niektórych ajurwedyjskich recept, stosowany jest do usuwania tasiemców czy wcierany jest w skórę głowy, w celu pozbycia się gnid. Poza tym, olej kokosowy stosowany jest w szpitalach w przypadku pacjentów, którzy mają problemy z trawieniem i przyswajaniem pokarmu. Podaje się go niemowlętom i małym dzieciom, które nie są w stanie trawić innych tłuszczów. Jest składnikiem mieszanek dla niemowląt.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:05
  • niedziela, 24 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE

       

      Jeśli wykluczymy z diety rafinowane oleje roślinne, z dostępnych tłuszczów roślinnych pozostają nam do wyboru:

      • stosunkowo trwałe tłuszcze - nierafinowana oliwa z oliwek (tłuszcz roślinny, w którym przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych jednonienasyconych) oraz nierafinowany olej kokosowy (ewentualnie olej palmowy) i dostępny w Polsce orzech kokosowy (w tych tłuszczach przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych nasyconych); im bardziej trwały tłuszcz, tym twardszą ma postać w niższych temperaturach (co wyraźnie widać w przypadku trwałych tłuszczów zwierzęcych, takich jak czysty tłuszcz mleczny – masło klarowane oraz smalec, pozostawionych w lodówce, a także w przypadku oleju kokosowego, natomiast nieco mniej trwała oliwa z oliwek w warunkach chłodniczych gęstnieje i matowieje);
      • nietrwałe tłuszcze (tj. te z przewagą cząsteczek kwasów tłuszczowych wielonienasyconych) – pozostałe oleje nierafinowane tłoczone na zimno (np. olej lniany, sezamowy, słonecznikowy, rzepakowy, olej z pestek dyni, olej z nasion wiesiołka, czarnuszki, ostropestu itp.)  oraz rozmaite orzechy i nasiona oleiste; tłuszcze nietrwałe (tzw. wielonienasycone) pozostają płynne nawet w niskich temperaturach.

      Trwałość tłuszczu wiąże się z jego odpornością na jełczenie (utlenianie); jełczeniu sprzyja światło, ciepłe i wysokie temperatury oraz dostęp powietrza.

      O oliwie z oliwek już pisałam ( http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/10/TLUSZCZ.html ), o oleju kokosowym napiszę w przyszłości. Dzisiaj – o nierafinowanych wielonienasyconych tłuszczach roślinnych, należących do tłuszczów nietrwałych.

      Czy wielonienasycone kwasy tłuszczowe są zdrowe? Tak, co więcej, niektóre z nich (prawdopodobnie...) są niezbędne. Tłuszcze niezbędne, czyli takie, które muszą być dostarczone z pożywieniem, gdyż nie mogą być syntetyzowane w komórkach organizmu ludzkiego, pełnią wiele ważnych ról: „Biorą udział w mechanizmach produkcji energii życiowej z pokarmu i jej dystrybucji w organizmie. Wiążą tlen i transportują elektrony w procesie utleniania. [...] Mają wpływ na wzrost i podział komórek, procesy naprawy w tkankach, procesy zapalne, koagulację krwi i rozwój mózgu”. Ale: „Prawdą jest, że niektórzy autorzy badań mają wątpliwości co do występowania niedoborów kwasów tłuszczowych w organizmie, takich, które usprawiedliwiałyby suplementację diety tymi właśnie kwasami” (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 17).

      Moim zdaniem, muszą być spełnione „tylko” dwa warunki, aby odnieść korzyść zdrowotną z wielonienasyconego tłuszczu roślinnego. Są nimi:

      1. absolutna świeżość;
      2. odpowiednia (nienadmierna) dawka.

      Pierwszy warunek jest powszechnie nieprzestrzegany, co widać w zwykłym hipermarkecie czy nawet w sklepie ze zdrową żywnością: nierafinowane oleje roślinne tłoczone na zimno oferowane są na niechłodzonych, oświetlonych półkach, a daty przydatności do spożycia tych tłuszczów, określone przez producentów, z pewnością nie oznaczają, że szkodliwy dla zdrowia proces jełczenia nie rozpoczął się przed upływem tych dat.

      Do drugiego warunku odniosę się poniżej.

      Olej wytłoczony z orzechów czy nasion, nawet ten tłoczony na zimno i z pominięciem procesu rafinacji, ma według mnie nieco... sztuczną formę. Analogicznie do przemysłowo uzyskiwanej sacharozy („wydobywanej” z trzciny cukrowej lub buraków cukrowych), jest oddzielony od rośliny, z której pochodzi i spożywany już w nienaturalnej postaci, a przynajmniej, potencjalnie - w nienaturalnie dużych ilościach. Pomyślmy, jaką ilość mielonych nasion lnu jesteśmy w stanie spożyć jednorazowo, a jaką - oleju wytłoczonego z tych nasion, oraz ile mililitrów oleju uzyskujemy np. z dwóch łyżek nasion lnu. Podobnej analizy można dokonać na przykładzie mąki ziemniaczanej i ziemniaków. Dochodzę do wniosku, że spożywanie pokarmów w jak najbardziej naturalnej formie chroni nas przed nadmiarem ich pojedynczych składników. A nadmiar, z definicji, nie jest pożądany, szkodzi.

      Wróćmy do dr. Billi i jego książki. „Według ekspertów spożycie tłuszczów wielonienasyconych nie powinno przekroczyć 4% całkowitej ilości potrzebnych człowiekowi kalorii(str. 98). I jeszcze o zasadności spożywania oleju lnianego i oleju sojowego, które zawierają odpowiednio prawie 60% i 7-10% kwasu alfa-linolenowego (kwas ten jest niezbędnym kwasem tłuszczowym Omega 3): „Oleje te nigdy nie należały do naszej tradycji kulinarnej. Aż do kilkudziesięciu lat wstecz byliśmy w stanie żyć w zdrowiu bez nich (wielu z nas jest w stanie żyć tak aż do dzisiaj). Przez całe wieki, jeśli nie powiedzieć tysiące lat, otrzymywaliśmy te niewielkie, potrzebne ilości kwasu alfa-linolenowego z różnych naturalnych produktów spożywczych, np. z orzechów. Cztery łyżeczki zmielonych orzechów odpowiadają 2 g tego cennego kwasu tłuszczowego. Jeśli zapotrzebowanie dzienne na ten kwas wynosi 0.5 – 1.5% całkowitej ilości spożytych kalorii i jeśli nasza dieta przewiduje 2000 kalorii, to powinniśmy spożyć 2.2 – 3.3 g kwasu alfa-linolenowego. Jak widać, kilka orzechów jest już w stanie pokryć całe nasze dzienne zapotrzebowanie na ten kwas. Ponadto, mniejsze ilości tego kwasu znajdują się w warzywach i produktach pochodzenia zwierzęcego, takich jak masło, mleko, jajka i mięso, pod warunkiem, że zwierzęta te są odpowiednio hodowane. Kończąc rozważania na temat kwasu alfa-linolenowego trzeba dodać, iż prawdziwych jego niedoborów u człowieka do tej pory nie zaobserwowano” (str. 118 – 119, pogrubienia moje).

      Jak widać, można znaleźć w literaturze opinie w zakresie prawidłowego odżywiania, które przeczą najbardziej, wydawałoby się, oczywistym i powszechnym tezom. Ja osobiście staję się tym bardziej nieufna, im bardziej „oczywisty” jest jakiś pogląd. Staram się używać logiki i intuicji tam, gdzie nie jestem ekspertem i mam do czynienia z takim poglądem oraz szukam wiedzy na tematy, które mnie niepokoją. Trzeba uświadomić sobie, jak powstają tezy w świecie nauki. Wyobrażam sobie, że najpierw tezy powstają jako wyniki badań empirycznych, a potem są wielokrotnie powtarzane, ale już bez weryfikacji tych badań. Kto pamięta zabawę w głuchy telefon? Jako przykład tej „zabawy” w świecie nauki, podam cytat z książki profesora dr. hab. med. Waltera Hartenbacha pt.: „Mity o cholesterolu” (Oficyna Wydawnicza „Interspar”, 2007 r.): „[...] co stwierdziłem wspólnie z zaprzyjaźnionym  biochemikiem światowej sławy, profesorem dr. H. Krautem, banany zwierają znacznie mniej potasu, niż podaje się w podręcznikach. Ponad 40 lat temu bananowi, owocowi względnie ubogiemu w potas, na skutek błędu w druku w pewnym podręczniku, przypisano właściwości wyjątkowo cennego źródła potasu. Od tamtej pory najwidoczniej powszechnie przyjęto do wiadomości ten błąd. Razem z profesorem Krautem przeprowadziliśmy przez lata rozległe badania nad stężeniem elektrolitów w organizmie pacjentów i sportowców. Naszą uwagę przykuł fakt, ze wyniki badań krwi, które uzyskaliśmy odnośnie do zawartości substancji w pożywieniu, a zwłaszcza elektrolitów, częściowo znacznie odbiegały od danych, przekazywanych do powszechnej wiadomości przez laboratoria przemysłu spożywczego” (str. 78).

      Wracając do nierafinowanych olejów roślinnych, obawiałabym się ich nadużywania, jeśli już nie procesu jełczenia (przy trudnym do spełnienia założeniu, że kupujemy olej zaraz po wytłoczeniu, przez cały czas przechowujemy w niskiej temperaturze, w ciemności i w szczelnie zamkniętej butelce oraz spożywamy w pierwszych dwóch – czterech tygodniach? – nie wiem, po wytłoczeniu). Myślę, że są sytuacje, w których nienaturalnie duże dawki oleju np. lnianego mają działanie lecznicze i takie powinny być stosowane. Ale w tych sytuacjach olej traktujemy jak lek, a więc spożywamy go w konkretnie ustalonych dawkach, w ograniczonym okresie i pod fachową kontrolą lekarza – dietetyka, jako remedium być może, np. na chorobę nowotworową czy chorą śluzówkę jelita. Natomiast w przypadku codziennego odżywiania dzieci, stanowiącego profilaktykę lub łagodną stymulację powrotu do zdrowia, raczej nie polecałabym suplementowania diety nierafinowanymi olejami roślinnymi na zasadzie codziennych dawek. Chyba, że... dziecko ma wyraźnie ochotę na określony olej. Wówczas ono samo dobiera sobie dawkę i częstotliwość, a kontrolę sprawuje fachowiec – Natura. Mój Chłopczyk, cztery lata temu domagał się codziennie tranu (zawierającego wielonienasycone kwasy tłuszczowe pochodzenia zwierzęcego), i to tego bardziej „śmierdzącego”. Popijał tran z własnej woli przez dwa tygodnie, a może dłużej, a potem odstawił go całkowicie.

      W jaki więc sposób zapewnić dzieciom niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe w posiłkach? Pamiętajmy, gdzie Natura umieszcza te tłuszcze... Naturalna forma pokarmu zapewnia świeżośćodpowiednią dawkę i najbardziej optymalne warunki przyswajania wartości odżywczych, jakie ten pokarm zawiera. U nas w domu, od początku września do końca zimy, w kilku łatwo dostępnych miejscach, porozstawiane są talerze z różnymi orzechami: włoskimi, ziemnymi czy laskowymi oraz dwa dziadki do orzechów (konfliktom należy z góry zapobiegać...). Dzieci spontanicznie same wybierają sobie te orzechy, na które mają ochotę, rozłupują łupiny i jedzą. Do posiłków natomiast dodaję im w niewielkich ilościach, ale raczej codziennie i w rotacji przeróżne nasiona: lnu, maku, słonecznika, dyni, ostropestu, kakaowca, sezamu, owoce goi. Nasiona te mielę bezpośrednio przed użyciem, dzięki czemu olej w nich zawarty nie zdąża zjełczeć. Ulubioną przekąską mojego Chłopczyka są płatki migdałowe z rodzynkami, z dodatkiem przypraw korzennych lub duszone jabłka lub gruszki z dodatkiem tychże płatków i przypraw. Ponadto, wielonienasycone kwasy tłuszczowe występują w małych ilościach w innych pokarmach, które spożywają moje Dzieciaki. I to myślę wystarczy, jeśli chodzi o zapewnienie w diecie dziecka świeżego wielonienasyconego tłuszczu roślinnego.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 listopada 2013 16:28
  • niedziela, 17 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE

       

      Oleje roślinne rafinowane, należące do tłuszczów wielonienasyconych, to tłuszcze najczęściej dzisiaj używane, np. popularny olej kukurydziany, słonecznikowy, rzepakowy czy olej z pestek winogron. Za sprawą trzech czynników: mitu o prozdrowotności, szerokiego zastosowania (smażenie, pieczenie, gotowanie i robienie sałatek) oraz stosunkowo niskiej ceny, oleje roślinne rafinowane zdominowały restauracje, stołówki, przemysł spożywczy i prywatne kuchnie, wypierając częściowo lub całkowicie rzekomo szkodliwe naturalne tłuszcze nasycone (masło, smalec, olej kokosowy i palmowy). Natomiast oleje roślinne tłoczone na zimno i nierafinowane, ze względu na wysoką cenę i ograniczone zastosowanie (nie mogą  być używane do smażenia) nie mają szans na powszechne zainteresowanie (nad tym jednak nie ubolewam, ze względu na nietrwałość, a więc potencjalną szkodliwość takich olejów).

      Chciałabym dzisiaj przedstawić proces produkcji oleju, głównie na podstawie wspomnianej już kiedyś książki: „Jedz tłusto i bądź zdrowy” (Wydawnictwo WGP, 2011 r.). Autor książki, Francesco Perugini Billi jest lekarzem i biotechnologiem. Ta książka, napisana przez niezależnie myślącego specjalistę, do tego napisana w sposób rzeczowy, naukowy, a zarazem przystępny oraz poparta szeroką literaturą, zrewolucjonizowała moje poglądy na temat olejów roślinnych; sprawiła, że w jednym dniu wszystkie oleje, jakie miałam w swojej kuchni, ku lekkiemu przerażeniu mojego Męża, wylądowały w koszu na śmieci. To nie było wyrzucanie pieniędzy. To było przemyślane i świadome działanie na rzecz zdrowia mojej Rodziny.

       

      Historia

      Oleje, które do lat 50-tych były zwykłymi produktami spożywczymi, i to nienajlepszymi, nagle uzyskały status produktów leczniczych. Nie było to bez znaczenia dla producentów olejów chcących zrobić wielkie pieniądze. Ciąg dalszy historii znamy już wszyscy. Reklamodawcy, lekarze i dietetycy, wszyscy jednym głosem zaczęli przekonywać nas o dobroczynnym wpływie olejów wielonienasyconych na nasz organizm i zachęcać do spożywania ich na co dzień, zamiast tradycyjnych tłuszczów zwierzęcych” („Jedz tłusto i bądź zdrowy”, str. 92, podkreślenie moje).

       

      Produkcja

      Produkcja olejów rafinowanych składa się z wielu etapów i związana jest z wielokrotnym zastosowaniem wysokich temperatur oraz użyciem substancji chemicznych. W moim odbiorze jest przerażająca. Poniżej przedstawiam etapy produkcji w uproszczonym opisie.

      Etap 1:

      Nasiona, orzechy lub owoce roślin motylkowych są czyszczone, łuskane, rozdrabniane, mielone, a potem – wstępnie tłoczone na gorąco. Następnie, wytłoki zostają poddane ekstrakcji (wypłukiwaniu) przy pomocy rozpuszczalnika (heksanu - węglowodoru otrzymywanego w trakcie destylacji ropy naftowej lub benzyny ekstrakcyjnej). Na tym etapie zostają utracone: białko, błonnik, witaminy i minerały.

      Etap 2:

      Uzyskany ekstrakt zostaje poddany destylacji (w celu usunięcia rozpuszczalnika) w temperaturze 150 st. C. Resztki rozpuszczalnika usuwa się przez przepuszczenie przez olej pary wodnej o bardzo wysokiej temperaturze (niewielkie jego ilości i tak pozostają w oleju).

      Etap 3:

      Na tym etapie zostają usunięte substancje śluzowe, w procesie podgrzewania oleju do temperatury 60 – 90 st. C gorącą wodą z kwasem fosforowym oraz poprzez wirowanie. Dochodzi do utraty fosfolipidów (np. cennej dla zdrowia lecytyny), składników białkowych, cząstek wielocukrów, chlorofilu, wapnia, magnezu, żelaza i miedzi.

      Etap 4:

      Jest to etap rafinacji, czyli oczyszczania. Do rafinacji używany jest wodorotlenek sodu lub jego mieszanina z węglanem sodu, z którymi zostaje wymieszany olej. Dochodzi do reakcji chemicznej, w wyniku której powstaje... mydło. Ten etap eliminuje wolne kwasy tłuszczowe (w formie mydła), pozostałości fosfolipidów, substancje białkowe, pigmenty, wapń, magnez i mikroelementy.

      Etap 5:

      Jest to etap odbarwiania. I w tym etapie ponownie używa się wysokich temperatur oraz substancji chemicznych. Dochodzi do szkodliwych dla zdrowia zmian w strukturze kwasów tłuszczowych nienasyconych  oraz do utraty chlorofilu i beta-karotenu.

      Etap 6:

      To etap dezodoryzacji, czyli eliminacji z oleju substancji odpowiedzialnych za smak i zapach, przy pomocy wysokich temperatur. Utracone zostają wolne kwasy tłuszczowe, fitosterole i witamina E.


      Źródła:

       

      Wnioski

      Oleje roślinne poddane wysokim temperaturom i przechodzące przez szereg reakcji chemicznych zostają pozbawione wielu cennych substancji odżywczych. Ponadto struktura chemiczna kwasów tłuszczowych zawartych w tych olejach zostaje niebezpiecznie zmieniona. Reasumując, olej roślinny rafinowany to produkt pozbawiony naturalnych wartości odżywczych (o czym świadczy chociażby jego nijaki smak i zapach), ponadto – produkt sztuczny, niewystępujący w naturze, a na dodatek – produkt szkodliwy. Taki produkt „spożywczy” nie tylko nie jest wartością dla organizmu naszych dzieci, ale stanowi zagrożenie dla ich zdrowia. Pamiętajmy też, że oprócz postaci czystej, w butelkach, występuje on w większości przetworzonych produktów spożywczych, począwszy od przemysłowych pokarmów dla niemowląt i małych dzieci, poprzez pieczywo, przemysłowe ciastka i inne słodycze, przemysłowe zupy, kremy, frytki, dania gotowe itp., skończywszy na daniach w stołówkach i restauracyjnych. Czytajmy etykiety na produktach spożywczych. Już samo hasło: „olej roślinny” lub „tłuszcz roślinny” powinno dyskwalifikować produkt w zdrowej kuchni dla dzieci. Najczęściej takie hasło oznacza olej (tłuszcz) przemysłowy, rafinowany, a nawet, gdyby był to olej roślinny nierafinowany, to z pewnością byłby już mniej lub bardziej zjełczały. Ja zwracam uwagę na etykiety nawet w przypadku produktów ze sklepów ze zdrową żywnością, np. nie kupuję ekologicznych rodzynek niesiarkowanych, jeśli w ich składzie jest olej roślinny.

      Obok przemysłowo uzyskanego cukru (najczęściej sacharozy, ale nie tylko), odrzucamy więc oleje roślinne. Na co jeszcze zwracać uwagę, czytając etykiety? O tym napiszę w przyszłości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 listopada 2013 00:23
  • sobota, 02 listopada 2013
  • czwartek, 31 października 2013
    • PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ

       

      Ponieważ smaki mojego Chłopczyka bardzo się ostatnio zmieniają, postanowiłam jeszcze raz spisać jego wybory kulinarne, z ostatnich dni, aby pokazać, jak to moje „słuchanie dziecka” wygląda w praktyce. Poniższe zestawienie można porównać z jadłospisem sprzed kilku miesięcy: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/CO-WYBRALY-MOJE-DZIECI.html

       

      DZIEŃ

      JADŁOSPIS

      SKŁADNIKI

      UWAGI

      poniedziałek

      kotlet schabowy panierowany, zielona pietruszka, herbata rumiankowa

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, cytryna, czosnek, majeranek, sól, gorczyca, pieprz), panierka (jajko, mąka kukurydziana), smalec gęsi, pietruszka, rumianek

      wieprzowina, pietruszka, czosnek – z gospodarstwa wiejskiego, panierka – bezglutenowa, smalec gęsi – wytapiany w domu, sól - kamienna, niejodowana, bez antyzbrylacza

      2 gruszki

       

      z gospodarstwa wiejskiego

      szarlotka jaglana

      mąka jaglana, sól, żółtka, jajko, masło, olej kokosowy, jabłka, przyprawy korzenne, nasiona / orzechy

      mąka jaglana – mielona w domu, jajka, masło, jabłka – z gospodarstwa wiejskiego, olej kokosowy – na zimno tłoczony, nierafinowany, przyprawy korzenne rotowane (używane naprzemiennie w ciągu około dwóch – trzech tygodni), nasiona / orzechy – rotowane (naprzemiennie: mak, słonecznik, pestki dyni, ziarno kakaowca, sezam, rozmaite orzechy itd.)

      placki ziemniaczane z zieloną pietruszką, kwaśna śmietana

      ziemniaki, cebula, czosnek, mąka gryczana, pieprz czerwony, kminek mielony, kurkuma, sól, jajka, smalec gęsi, pietruszka, kwaśna śmietana

      ziemniaki, jajka, śmietana niepasteryzowana – z gospodarstwa wiejskiego, mąka gryczana – mielona w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

      jedzone przypadkowo, o dowolnej porze dnia, orzechy włoskie prosto spod orzecha (woli takie od tych, które  przeleżały w domu)

      Wtorek

      parówki wieprzowe z zieloną pietruszką i musztardą, herbata rumiankowa

      wieprzowina, sól, minimalna ilość peklosoli, gałka muszkatołowa, pieprz, wywar z lubczyku, ziela angielskiego i liścia bobkowego, słodka papryka, tłuszcz wieprzowy, pietruszka, gorczyca, ocet jabłkowy, sól, miód, pietruszka, rumianek

      parówki i musztarda – robione w domu

      2 gruszki

       

       

      ryż z solą, olejem kokosowym i masłem

       

      ryż moczony z octem jabłkowym na dobę przed ugotowaniem (w celu neutralizacji kwasu fitynowego), masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy

      schab w plasterkach

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, czosnek, sól, kminek, bazylia, majeranek, kurkuma, imbir, chili, czarny pieprz, cytryna)

       

      duszone jabłka z gruszkami i cynamonem, posypane płatkami migdałowymi

      jabłka, gruszki, wywar z korzenia imbiru, cynamon, oliwa z oliwek, przyprawy korzenne,migdały

      owoce – z gospodarstwa wiejskiego, migdały ekologiczne

      mielone mięso z rosołu

      wołowina i kaczka z rosołu, sól, pieprz czarny, zielona pietruszka, oliwa z oliwek

       

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Środa

      rosół z makaronem kukurydzianym i zieloną pietruszką

      wywar (wołowina, kaczka, majeranek, kozieradka, len, listek bobkowy, rozmaryn, pietruszka korzenna, lukrecja, korzeń imbiru, pieprz czarny, sól, por, kalarepa z liśćmi, zielona pietruszka), kukurydza, pietruszka

      mięso – z gospodarstwa wiejskiego, makaron bezglutenowy – kukurydziany, z kukurydzy niemodyfikowanej genetycznie, bez jajek

      2 jabłka

       

       

      ryż z jabłkami z dodatkiem gruszki i sezamu

      ryż, olej kokosowy, masło, jabłka, gruszki, przyprawy korzenne, sezam, wywar z korzenia imbiru

      masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy, sezam niełuskany ekologiczny

      mielone mięso z rosołu

       

       

      wywar z siemienia lnianego z dodatkiem soku z wiśni

       

      sok z wiśni bez dodatku cukru, robiony w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Czwartek

      zupa pomidorowa z ryżem

      wywar (= rosół – jak wyżej), zmiksowane warzywa z rosołu, zmiksowane pomidory ze skórką, ryż, masło

      pomidory – z gospodarstwa wiejskiego, masło niepasteryzowane dodawane na talerzu

      kwaśna śmietana

       

      z gospodarstwa wiejskiego, z mleka niepasteryzowanego

      schab w plasterkach, zielona pietruszka, musztarda

       

       

      naleśniki owsiane z dżemem, syropem klonowym i miodem spadziowym, herbata z rozmarynu

      owies, sól, przyprawy korzenne, mielone nasiona, jajka, masło klarowane, dżem morelowy, syrop klonowy, miód spadziowy, rozmaryn

      mąka owsiana mielona w domu, masło klarowane w domu, dżem bez cukru robiony w domu, gluten wprowadzony po raz pierwszy od sześciu dni

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

       

      Powyższy jadłospis podyktowany był wyborami Chłopczyka, ale w pewnych ograniczeniach, takich jak:

      • dostępność produktów w domu;
      • jadanie w szkole (nie każdy rodzaj jedzenia można podać dziecku do szkoły);
      • nadwrażliwość na pomidory i gluten (zupę pomidorową i produkty glutenowe, a w szczególności pszenne, chętnie jadałby częściej);
      • moje ograniczenia czasowe (np. Chłopczyk uwielbia kopytka ziemniaczane, ale nie zawsze mam czas, aby je ugotować).

      Ten jadłospis ukazuje, jak zmieniają się smaki u dziecka (w porównaniu do jego wyboru sprzed kilku miesięcy): jeszcze jakiś czas temu Chłopczyk nie akceptował mięsa, a teraz coraz częściej zaczyna wybierać je, zamiast produktów zbożowych. Jak zawsze, nie akceptuje surówek. Jedyne dopuszczalne surowe warzywo to natka pietruszki. Muszę przyznać, że pietruszka zielona i tak nie jest jego pierwszym wyborem, ale nie protestuje, gdy w małej ilości dodam mu ją do potrawy. Kotlety schabowe smakują mu, jeśli spożywa je raz w tygodniu. Jeśli dostanie je dwa razy z rzędu, to za drugim razem je mniej chętnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 23:34
  • sobota, 26 października 2013
    • TŁUSZCZ

       

      DEZINFORMACJA I MITY

      To niesamowite, co potrafi zdziałać w umysłach ludzkich wieloletnia i systematyczna polityka (dez)informacyjna, gdzieś pierwotnie dyktowana interesami różnych grup, a wtórnie wzmacniana mocno ugruntowanymi już, błędnymi przekonaniami - mitami.

      Z czym kojarzy się słowo „tłuszcz”, a nie daj Boże „smalec” przeciętnemu odbiorcy informacji medialnych i czytelnikowi powszechnych podręczników? Oczywiście z czymś złym, obrzydliwym, z niechcianymi wałeczkami tłuszczu wokół talii, z miażdżycą i innymi strasznymi chorobami. „Beztłuszczowe” to określenie chętnie używane w handlu, widniejące na etykietkach wielu, wielu produktów. Wszak „beztłuszczowe” zwiększa sprzedaż. Trudno w dzisiejszych czasach dostać pełnotłuste, dwudziestoprocentowe kakao, nawet w sklepach ze zdrową żywnością. Sprzedawca patelni, chcąc zachęcić mnie do zakupu, mówi, że jego patelnie nie wymagają użycia tłuszczu. Biedak, nie zdaje sobie sprawy, że mówi do miłośniczki tłustych potraw... Przecież stoi przed nim szczupła kobieta! Sprzedawca mięsa natomiast wykrawa na moich oczach tłustsze kawałki z porcji mięsa, którą ma mi zaraz sprzedać. Jest zdumiony, kiedy proszę, aby tego nie robił. Kiedy słyszę, jak moja koleżanka wspomina coś o walorach niskotłuszczowego jedzenia, mówię jej: „Nie bój się tłuszczu, zobacz, ja go nie ograniczam i nie mam problemu z figurą”. Na to ona, że to sprawa metabolizmu. Nie dociera do niej już to, co mówię dalej: że ja sama kiedyś, mając mgliste pojęcie o zdrowym odżywianiu, ograniczałam tłuszcz w mojej diecie do minimum, a mimo to ważyłam kilkanaście kilogramów więcej niż teraz i nijak nie mogłam się ich pozbyć. Mój Chłopczyk przynosi do domu informacje (Ze szkoły? Z podwórka?), że tłuszcz jest szkodliwy i że z tłuszczu ludzie grubieją. „Bo przecież, mamusiu, tłuszcz, gdy połykamy, on idzie pod skórę i stąd bierze się nadwaga”. Nie za bardzo przekonuje go fakt, że w naszej rodzinie zjadamy tygodniowo około kilograma masła oraz sporą ilość smalcu, oliwy z oliwek, oleju kokosowego i tłustej wiejskiej śmietany, a mimo to wszyscy jesteśmy szczupli. I tu zapala się we mnie czerwone światełko. I aktywnie przystępuję do wyrzucania śmieci z głowy mojego Dziecka. Dzięki ponadprzeciętnej inteligencji Chłopczyka i jego niezwykłego zainteresowania chemią, udaje mi się do pewnego stopnia wyprowadzić go z błędu: tłumaczę termin „biochemia” i to, że tłuszcz, który połykamy, przechodzi szereg reakcji (bio)chemicznych, a więc nie wędruje z ust prosto pod skórę... Chłopczyk przytakuje, ale nie zgadza mu się to z tym, co słyszy poza domem, w radiu czy w telewizji, a nawet z tym, co czyta w popularnonaukowych książkach dla dzieci.

      Jak powiedział pewien włoski lekarz i biotechnolog, Francesco Perugini Billi, „nie jest prawdą, że cholesterol i tłuszcze nasycone są przyczyną zawału serca. Tłuszcze leżą u podstaw dobrego zdrowia i samopoczucia. Dieta uboga w tłuszcze jest niezdrowa i nie pozwala na długie życie” (fragment motta książki tego lekarza, pt.: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., podkreślenie moje).

       

      TŁUSTE KORZYŚCI

      Najpewniej wyrażenie „tłuste lata” powstało bardzo dawno temu, kiedy jeszcze słowo „tłusty” miało pozytywną konotację. Szkoda, że już jej nie ma, szczególnie w umysłach rodziców małych dzieci, bo tłuszcz w diecie małego dziecka pełni bardzo ważną rolę w jego prawidłowym rozwoju. Gdyby nie robiono problemu z tłuszczu (i z promieni słonecznych), nie sądzę, aby była potrzebna powszechna suplementacja diety niemowląt sztuczną witaminą D. Witamina D jest niezbędna do tego, aby organizm przyswajał wapń, pierwiastek konieczny dla prawidłowego rozwoju kości i zębów. Witamina D ważna jest również dla rozwoju mózgu. Bez obecności tłuszczu organizm nie jest w stanie przyswoić nie tylko witaminy D, ale też innych witamin rozpuszczalnych w tłuszczach: A, E, K. Poza tym, tłuszcz jest niezbędny do prawidłowego rozwoju błon komórkowych. O niezmiernie ważnej roli wymienionych witamin napiszę w przyszłości, a teraz chciałabym jedynie podkreślić, że na nic nie zda się spożywanie bogatych w witaminy surówek, sałatek czy duszonych bądź gotowanych warzyw, jeśli nie będą one spożywane wraz z tłuszczem.

      Dieta zawierająca duży udział tłuszczów jest niezbędna dla właściwego wykorzystania wielu substancji odżywczych, takich jak witaminy rozpuszczalne w tłuszczach, minerały (np. wapń) i antyoksydanty (likopen, koenzym Q10 itd.). Przestrzeganie diety nadmiernie odtłuszczonej jest poważnym błędem żywieniowym, ponieważ wymienione składniki odżywcze są nieodzowne, aby zwolnić procesy degeneracyjne w naszym organizmie, bronić się efektywniej przed licznymi chorobami i zestarzeć się z godnością. Tłuszcz odgrywa ogromną rolę, szczególnie w absorpcji jelitowej witamin rozpuszczalnych w tłuszczach” (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 132).

       

      KIEDY TŁUSZCZ JEST ZDROWY

      Istnieją trzy warunki, które muszą być spełnione, aby tłuszcz w diecie dziecka miał dobroczynny wpływ na jego organizm, mianowicie:

      1.       Podajemy tłuszcze naturalne.

      2.     Podajemy tłuszcze świeże.

      3.     Podajemy tłuszcze takie, które smakują dziecku i w ilościach, na jakie ma ochotę.

       

      Ad. 1 - NATURALNOŚĆ

      Przez tłuszcz naturalny rozumiem tłuszcz pozyskiwany w sposób tradycyjny, bez stosowania środków chemicznych, mikrofal lub innych typowo przemysłowych metod, a więc:

      • tłuszcz pochodzenia zwierzęcego: masło niepasteryzowane wytwarzane w gospodarstwie wiejskim (lub we własnym domu), smalec (wytapiany ze słoniny lub tłuszczu gęsiego, najlepiej w domu), masło klarowane robione w domu;
      • tłuszcz pochodzenia roślinnego: nierafinowana oliwa z oliwek tłoczona na zimno, nierafinowany olej kokosowy tłoczony na zimno, na zimno tłoczone (najlepiej własnymi zębami...) oleje zawarte w nasionach i orzechach, spożywane tuż po tłoczeniu.

      Tłuszcz naturalny to również tłuszcz zawarty w pierwotnie pozyskiwanych, nieprzetworzonych przemysłowo pokarmach, takich, jak:

      • tłuste pokarmy zwierzęce: pełnotłuste mleko prosto od krowy, śmietana, zsiadłe mleko oraz twaróg z takiego mleka wytwarzane w gospodarstwie wiejskim lub w domu, tłuste mięsa ze zwierząt hodowanych w naturalnych warunkach (w szczególności tłuste części kaczki, boczek, tłuste części wołowiny i wieprzowiny), żółtka jaj, tłuste ryby (naturalnie odżywiające się i z nieskażonych wód; niestety takie ryby są raczej niedostępne lub trudno dostępne w Polsce);
      • tłuste pokarmy roślinne: sezonowe orzechy (obierane z łupin bezpośrednio przed spożyciem) i świeże nasiona (mak, sezam, siemię lniane, pestki dyni, pestki słonecznika i inne).

      Kiedyś porównałam smak i zapach świeżego masła klarowanego, jakie robię sama w domu (z masła niepasteryzowanego kupowanego w gospodarstwie wiejskim) z ze smakiem i zapachem świeżego (wg etykiety) masła klarowanego z hipermarketu. Nie ma porównania: to pierwsze było aromatyczne i smaczne, to drugie - bez zapachu i bez wyrazistego smaku. Podobny wynik uzyskałam w przypadku smalcu: smalec wytapiany w domu był pyszny i pachnący, a smalec w kostkach ze sklepu, nawet ten z najświeższej partii... śmierdział mi przy smażeniu. Nie muszę być naukowcem, dietetykiem czy technologiem żywności, aby ocenić, co mi smakuje i co mi pachnie. I wiem, że to, co smakuje i pachnie, bardziej służy zdrowiu.

      Świeże, nieprzemysłowe masło surowe, a więc takie, które wytworzono ze śmietany niepasteryzowanej i jakiego nie można dostać w sklepach jest najzdrowsze. Masło wytwarzane tradycyjnymi metodami i niepoddane obróbce termicznej zawiera m.in. ważną dla funkcjonowania mózgu lecytynę i naturalne enzymy, które wspomagają przyswajanie lecytyny przez organizm, oraz lizynę i witaminę E. Do smaku takiego masła trzeba się jednak przyzwyczaić, bo jego smak może być lekko kwaśny. Przy zakupie surowego masła należy zwrócić uwagę na jego czystość; jeśli ma nieprzyjemny zapach lub smak pomimo świeżości, oznacza to, że nie jest czyste i z takiego należy zrezygnować. Masło niepasteryzowane można dostać na targu od sprzedawców – wiejskich gospodarzy, ale prawdę mówiąc, trudno jest znaleźć fachowo zrobione, czyste masło. Pamiętajmy też o tym, że surowe masło nie jest zbyt trwałe, dość szybko jełczeje, a więc należy je chronić od światła i powietrza, przechowywać w lodówce i spożyć w ciągu 7 – 10 dni od wytworzenia. O zaletach masła surowego, nieprzemysłowego opowiada pani dr Jadwiga Kempisty: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html (drugi film).

      Tłuszcze nienaturalne (choć naturalnego pochodzenia) to powszechnie stosowane rafinowane tłuszcze roślinne: olej słonecznikowy, rzepakowy, kukurydziany, olej z pestek winogron itp. oraz margaryna. Są to tłuszcze trwałe (nieulegające szybkiemu jełczeniu) i stosunkowo tanie, stosowane powszechnie w potrawach stołówkowych i restauracyjnych (np. do smażenia popularnych frytek) oraz jako dodatek do wielu produktów spożywczych, np. ciastek, kremów czekoladowych typu Nutella, rodzynek, mleka w proszku dla niemowląt, „zdrowotnych” batoników zbożowych, przemysłowych „zupek” w słoiczkach dla niemowląt i małych dzieci itp. Trzeba być bardzo czujnym, aby skutecznie je omijać, nie wystarczy samo pozbycie się ich z domu. Jednym z głównych powodów, dla których nie chodzę z Dziećmi do restauracji, nie zamawiam im obiadów stołówkowych czy kateringowych w szkole i przedszkolu oraz nie kupuję przemysłowych produktów spożywczych jest właśnie wszechobecność tłuszczów rafinowanych.

      Na co zwracamy uwagę przy zakupie oliwy z oliwek? Czy, gdy na etykiecie widzimy napis „extra virgin” (lub „extra vergine”), to mamy pewność co do najwyższej jakości produktu? Słowo „virgin” w dosłownym tłumaczeniu oznacza „pierwotny”, „dziewiczy”, „nieskalany”. Według handlowych definicji jako „extra virgin” określana jest oliwa z oliwek najwyższej jakości, a w Wikipedii czytamy: „Jest to oliwa najwartościowsza pod względem zdrowotnym i odżywczym. Według znawców ten gatunek oliwy ma także najlepszy smak. Otrzymuje się ją z pierwszego tłoczenia na zimno (w temperaturze pokojowej). Nie powinna zawierać żadnych konserwantów ani żadnych chemikaliów stosowanych dla polepszenia wydajności ekstrakcji. Dla tego typu oliwy liczba kwasowa nie powinna przekraczać 0,8. Oliwa najwyższej klasy ma liczbę kwasową 0,2”. Wg tej definicji oliwa „extra virgin” nie powinna zawierać konserwantów ani środków chemicznych. Wolałabym gwarancję, że nie zawiera tego rodzaju substancji. Poza tym, ceny poszczególnych marek, podobnie opisanych i zawierających teoretycznie identyczny produkt – oliwę „extra virgin”, czasami znacząco różnią się, a wiem, że produkcja oliwy rzeczywiście najwyższej jakości nie jest tania. Należy pamiętać również o tym, że zdarzają się nieuczciwi producenci oliwy z oliwek, którzy po prostu oszukują. „Nawet oliwa extra vergine nie jest wolna od fałszerstw. Może zawierać dodatek oleju z orzecha laskowego, a jego skład chemiczny podobny do oliwy z oliwek utrudnia wykrycie tego oszustwa (52)” (Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, str. 173). Nie mam więc pewności co do jakości oliwy z oliwek z etykietką „extra virgin” z hipermarketu czy innego sklepu, jeśli na tej etykiecie nie ma wyczerpującego opisu w języku polskim i gdy cena oliwy jest szczególnie niska. W Polsce, oprócz hasła „extra virgin”, na etykiecie najczęściej znajdujemy polski opis: „pierwsze tłoczenie”. Ten opis wprowadza w błąd, gdyż współcześnie każda oliwa tłoczona jest tylko raz. Formalnie więc, sformułowanie „pierwsze tłoczenie” niczego nam nie wyjaśnia, niczego nie gwarantuje. To, czego zawsze szukam na polskich etykietach, to polskie opisy: „tłoczona na zimno” oraz „nierafinowana”. Jeśli nie jest wyraźnie zaznaczone, że oliwa jest nierafinowana, to istnieje prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z oliwą rafinowaną, a więc postacią tłuszczu niewystępującą w naturze, nawet jeśli ten tłuszcz był tłoczony na zimno. Jeśli natomiast na etykiecie nie ma wzmianki o tłoczeniu na zimno, możemy mieć do czynienia z oliwą tłoczoną w wysokiej temperaturze. W Polsce znalazłam tylko jedną markę, do której mam choć trochę zaufania, ze względu na wyższą cenę i dokładny opis na etykiecie: „Extra vergine”, „Nie zostaje poddana żadnej rafinacji i pozostaje produktem całkowicie naturalnym” oraz „pierwsze tłoczenie na zimno”. Mam za to niemal absolutną pewność co do oliwy, w którą co roku zaopatruję się na pewnej chorwackiej wyspie. Tam oliwa produkowana jest na miejscu, z oliwek z miejscowej plantacji i sprzedawana jest przez właścicieli tej plantacji jako produkt ekologiczny z europejskim certyfikatem.

       

      Ad. 2 – ŚWIEŻOŚĆ

      Generalna zasada dotycząca wszystkich tłuszczów: przechowujemy je w lodówce (za wyjątkiem oliwy z oliwek i oleju koksowego) oraz chronimy przed światłem i wolnym powietrzem. Światło, duży dostęp powietrza i pokojowa lub wyższa temperatura sprzyjają jełczeniu (utlenianiu). W momencie stosowania tłuszcze mają pachnieć świeżością.

      Tłuszcze zwierzęce (masło, smalec) oraz olej kokosowy i oliwa z oliwek są trwałe w porównaniu do innych nierafinowanych tłuszczów roślinnych, a więc dłużej zachowują świeżość. Masło klarowane jest trwalsze od naturalnego masła nieklarowanego (nieprzemysłowego). To pierwsze można przechowywać w lodówce przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, to drugie – najlepiej zjeść w ciągu jednego tygodnia od daty wytworzenia.

      Nierafinowane oleje roślinne tłoczone na zimno (oprócz oleju kokosowego i oliwy z oliwek) są nietrwałe, szybko ulegają jełczeniu. Zjełczałe tłuszcze są szkodliwe dla zdrowia, choć jest pewien wyjątek: w procesie jełczenia masła powstaje kwas masłowy, który w dyskretnych, niewyczuwalnych ilościach ma korzystny wpływ na organizm – regeneruje jelita (więcej o tym u dr Różańskiego: http://rozanski.li/?p=1140 ). Jeśli mamy do dyspozycji np. nierafinowany olej z nasion lnu tłoczony na zimno, nawet z trzymiesięcznym okresem ważności podanym przez producenta, najczęściej nie wiemy, w którym dokładnie momencie rozpoczął się lub rozpocznie proces jełczenia. Na początku nie da się rozpoznać tego procesu smakowo lub węchowo. Nie mamy też pewności, czy olej od momentu tłoczenia do momentu pojawienia się w naszej lodówce był cały czas przechowywany w ciemności i w niskiej temperaturze. A należy pamiętać, że nawet lekko zjełczały tłuszcz może szkodzić. Tak więc z całą pewnością nie są zdrowe te nierafinowane oleje tłoczone na zimno, które oferowane są na oświetlonych, niechłodzonych półkach w sklepach (nawet w tych ze zdrową żywnością).

      Tłuszcz zawarty w olejach roślinnych warto więc czerpać prosto ze świeżych orzechów obieranych z łupin bezpośrednio przed spożyciem oraz z niełuskanych nasion sezamu, ze świeżo wyłuskanych nasion słonecznika, dyni, maku itp. Łupiny orzechów i naturalne osłonki nasion dobrze zabezpieczają przed jełczeniem. Nasiona, tuż przed spożyciem (dodaniem do potrawy) mielemy w zwykłym młynku do kawy, aby organizm mógł je przyswoić; w przeciwnym razie mogą przejść przez cały układ pokarmowy... nienaruszone. Jesienią, w sezonie świeżych orzechów warto zrobić sobie zapasy w zamrażarce: orzechy wyłuskane z łupin i na świeżo zamrożone, zachowują swój wspaniały smak i soczystość przez wiele miesięcy. Na wiosnę takie smakują lepiej niż te przechowane w podsuszonych łupinach (orzechy niesuszone łatwo pleśnieją). Poza sezonem należy uważać na smak orzechów: jeśli smak jest dziwny, zmieniony, lepiej z nich zrezygnować (ze względu na możliwe jełczenie i pleśń).

      Ci, którzy mają więcej czasu i sporą dawkę cierpliwości mogą zaopatrzyć się w najtańszą z możliwych prasę do nasion, która pozwala samemu tłoczyć oleje roślinne i spożywać je zaraz po tłoczeniu, a więc wtedy, gdy są najbardziej wartościowe. Niestety domowe tłoczenie przy użyciu tańszej prasy jest ciężką, mało efektywną pracą. Ci, którzy nie muszą liczyć pieniędzy, mogą kupić sobie elektryczną prasę za kilka tysięcy euro, która nie wymaga cierpliwości i fizycznej siły... Można też wybrać się w sobotę na Rynek Podgórski w Krakowie, na Targ Pietruszkowy. Przy jednym ze stoisk z ekologiczną żywnością stoi sprzedawca, który na oczach klientów tłoczy przeróżne oleje, prasą elektryczną...

      Nie będę wspominać o świeżości olejów rafinowanych, gdyż nie są one naturalnym pokarmem.

       

      Ad.3 - OCHOTA

      Jedną z najważniejszych zasad, jakich przestrzegam, przygotowując posiłki dla moich Dzieci jest respektowanie ich smaków i woli jedzenia lub niejedzenia. Zasada ta dotyczy również tłuszczów. W praktyce objawia się to tak, że np. pozwalam im jeść samo masło palcem lub łyżeczką do woli lub nie sprzeciwiam się, gdy Chłopczyk zajada się suchymi waflami ryżowymi. Zdarza się, że przestaje im smakować olej kokosowy, na którym smażę naleśniki, wówczas przechodzę na masło klarowane. Dieta bogata w tłuszcze, z zachowaniem w/w zasady nie musi oznaczać dużej ilości tłuszczu w sensie bezwzględnym. Oznacza inne proporcje tłuszczu względem węglowodanów i białek (tłuszcz jedzony do woli automatycznie redukuje ilość spożywanych węglowodanów i białek), oznacza też różnorodność tłuszczów w diecie.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „TŁUSZCZ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 26 października 2013 21:15
  • sobota, 05 października 2013
    • POWIDŁA ŚLIWKOWE

       

      Oczywiście – bez cukru. Śliwki same w sobie zawierają tyle słodyczy, że naprawdę wystarczy. Ważne, aby były to śliwki w pełni dojrzewające na drzewie – w słońcu, niepryskane środkami chemicznymi, ze starych (niezmienionych przez człowieka) gatunków śliw, raczej październikowe, a nie wczesnojesienne, pomimo pierwszych przymrozków i czasami - zmarszczonej skórki. Takie są najsłodsze.

      Sposób przygotowania powideł śliwkowych jest bardzo prosty. Wystarczy tylko duży, dobrej jakości metalowy garnek z jak najgrubszym dnem, słoiki, śliwki i trochę czasu. Usuwamy pestki ze śliwek, krojąc je na pół. Połówki śliwek wrzucamy do garnka i gotujemy pod przykryciem do momentu wypuszczenia przez owoce pierwszego soku i uzyskania temperatury wrzenia. Następnie odkrywamy garnek i dalej gotujemy, na minimalnej temperaturze, przy której masa owocowa delikatnie bulgocze i paruje. Oczywiście, śliwki mieszamy od czasu do czasu, dbając o to, aby nie przywarły do dna (najlepiej drewniana łopatką). Im dłużej gotujemy, tym powidła będą gęściejsze i słodsze. Najlepiej pozostawić gorący garnek bez przykrywki na noc, do ostygnięcia i dalszego odparowania i zgęstnienia masy, przykrywając go jedynie cienką gazą, obwiązaną wokół sznurkiem. Rano ponownie doprowadzamy powidła do wrzenia i napełniamy nimi gorące, wydezynfekowane słoiki. Pasteryzujemy (polecam metodę pasteryzacji w piekarniku na temperaturze 110 st. C, na termoobiegu).

      W tym roku zrobiliśmy powidła z 15 kg  śliwek, gdyż w zeszłym sezonie okazało się, że 10 kg nie wystarcza... dla samego Chłopczyka (Dziewczynka nie jest fanką rozgotowanych śliwek). Powidła robię w małych, 200-mililitrowych słoiczkach, gdyż takie są idealne do podania dziecku do szkoły czy przedszkola na drugie śniadanie. Do słoiczka ze śliwkami dodaję odrobinę dobrej jakości oliwy z oliwek, przyprawy korzenne oraz zmielone nasiona lub orzechy. W ten sposób wzbogacam je kalorycznie i odżywczo. Przyprawy korzenne, które mają działanie rozgrzewające, łagodzą chłodną naturę powideł jedzonych na zimno poza domem (w domu natomiast dobrze jest delikatnie podgrzać je przed podaniem dziecku). Drugie śniadanie może być taką właśnie chłodną przekąską, pod warunkiem, że pierwsze było obfitym i ciepłym posiłkiem, np. w postaci rozgrzewającej zupy jarzynowej na wywarze mięsnym, ze świeżym masłem i kaszą gryczaną.

      I jeszcze o wartościach odżywczych śliwek: „Mają więcej witamin niż jabłka i gruszki. Są też bogatym źródłem wapnia, magnezu, fosforu i żelaza” (Bożena Żak-Cyran: Alchemia pożywienia, wyd. Galaktyka 2008, str. 148). Śliwki regulują pracę jelit. Więcej o właściwościach śliwek można przeczytać na stronie dr Różańskiego:  http://rozanski.li/?p=1142

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 05 października 2013 13:16
  • niedziela, 29 września 2013
    • SZARLOTKA JAGLANA

       

      Od przeszło dwóch lat hitem kulinarnym w naszej rodzinie jest szarlotka jaglana. Co w niej szczególnego?

      Po pierwsze, Dzieci ją lubią (choć robią sobie też dłuższe przerwy w jej spożywaniu, gdy je „odrzuci”).

      Po drugie, nasza szarlotka nie zawiera glutenu (gluten - białko roślinne występujące w pszenicy, życie, jęczmieniu i w owsie powoduje zaburzenia jelitowe, u niektórych dzieci – spożyty nawet w małej ilości).

      Po trzecie, nie zawiera sacharozy (cukru).

      Po czwarte, jest bogata w wartościowy tłuszcz i żółtka, stanowi więc wysokoenergetyczny posiłek.

      Po piąte, można ją przechowywać w lodówce do kilku dni, a w zamrażarce – o wiele dłużej.

      Po szóste, świetnie zastępuje zwykłe kanapki z chleba.

      Po siódme, można ją jeść podgrzaną w piekarniku i na zimno.

       

      A oto przepis, wypracowany metodą prób i błędów:

       

      SKŁADNIKI:

      ciasto

      • 50 dag mąki jaglanej (może być też ryżowa, gryczana lub w wersji glutenowej - owsiana, jęczmienna, orkiszowa);
      • szczypta soli;
      • 15 dag masła naturalnego lub / i nierafinowanego oleju kokosowego;
      • 10 żółtek i jedno jajko.

      masa

      • 1,5 – 2 kg jabłek niepryskanych (lub jabłka w kombinacji z innymi owocami, bezcukrową konfiturą, bezcukrowym dżemem etc);
      • cynamon lub inne przyprawy korzenne;
      • zmielone orzechy włoskie lub inne, nasiona sezamu, lnu, kakaowca, maku itp., w ilości wg uznania.

       

      WYKONANIE:

      1. Masło wraz z olejem kokosowym delikatnie roztopić i nieco schłodzić.
      2. Mąkę wymieszać z solą.
      3. Do mąki dodać tłuszcz i dokładnie wymieszać.
      4. Dodać żółtka i jajko, lekko zagnieść.
      5. Po wyrobieniu ciasto zawinąć w papier do pieczenia i umieścić w chłodnym miejscu na minimum 30 minut (może pozostać w lodówce nawet dobę lub dłużej).
      6. Po schłodzeniu podzielić ciasto na trzy części. Dwie części pokroić w plasterki, potem płasko układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, ugniatając i upiec w dobrze nagrzanym piekarniku na złoty kolor, w 170 st. C – termoobieg, ok. 8 min.
      7. W międzyczasie przygotować nadzienie: usunąć z jabłek gniazda nasienne, jabłka zetrzeć na bardzo drobnej tarce, dodać przyprawy, ewentualnie inne owoce / dżem i orzechy / nasiona, wymieszać.
      8. Wyjąć ciasto z piekarnika, nałożyć masę jabłkową, równo rozsmarować, przykryć plasterkami pozostałego ciasta i piec około 30 minut w w/w temperaturze.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 września 2013 17:05
  • piątek, 27 września 2013
    • ŚLIWKI, ŚLIWKI, CYNAMON I FRYTKI

       

      Już prawie zapomniałam, co to znaczy: „dziecko w chorobie”. Od kilku lat praktycznie nie ma u nas chorób. Chorób – w znaczeniu uciążliwych symptomów nierównowagi w organizmie. Występują natomiast te drobniejsze, czasami bardzo dyskretne objawy osłabienia organizmu, na które kiedyś nie zwróciłabym uwagi. A warto umieć je dostrzegać i... uszanować, niż doczekać się choroby w powszechnym tego słowa znaczeniu.

      Podam przykład „chorowania” mojej Dziewczynki i mojego sposobu postępowania: wsłuchiwania się w dziecko.

      W ostatnią niedzielę Dziewczynka wstała około siódmej rano i jak zwykle zaczęła bawić się. Jak zwykle w weekendowy dzień wstałam trochę później, a potem, również jak zwykle zapytałam ją, co by chciała zjeść. Zazwyczaj dość szybko i bez większego wahania decyduje się na jedną ze swoich ulubionych potraw (z reguły zadaje mi przy tym pytanie: „A co jest do wyboru?”), ale tym razem nie mogła niczego konkretnego wskazać. Odrzuciła też wszystkie moje propozycje. W końcu dostrzegła talerz ze świeżymi śliwkami i zaczęła z ochotą je jeść. Była może dziesiąta rano. W porze obiadowej (u nas około czternastej) również poprosiła o śliwki i zjadła kolejną porcję. W międzyczasie przegryzła trochę cynamonu, który zawsze jest w jej zasięgu. Wieczorem ochoczo przyjęła propozycję zjedzenia domowych frytek na smalcu.

      W ciągu całego dnia Dziewczynka była w dobrym nastroju i wesoło bawiła się. Jedynym sygnałem, że jej organizm musi zregenerować się był osłabiony apetyt: ochota na cukry proste (zawarte w owocach, niewymagające dużej energii w ich trawieniu), rezygnacja z białkowego pokarmu oraz spontaniczne spożycie sporej ilości cynamonu (cynamon ma m.in. właściwości antybakteryjne, antywirusowe i antygrzybicze, więcej o cynamonie można przeczytać tutaj: http://rozanski.li/?p=1152 ). Moją rolą było... słuchanie Dziecka. Usilne zachęcanie jej do zjedzenia czegoś bardziej treściwego niż śliwki mogłoby tylko pogorszyć sprawę: pokarm zjedzony na siłę osłabia organizm. Zjedzenie pod wpływem mojej presji np. skądinąd wartościowego jajka być może doprowadziłoby do rozwoju typowych objawów kilkudniowej choroby: gorączki, bólu brzucha czy kataru. Nie wiem dokładnie, z czym organizm Dziewczynki zmagał się tego dnia, bo nie rozwinął się jakikolwiek konkretny objaw. I na tym dniu skończyła się enigmatyczna „choroba” mojego Dziecka. I tak jest od kilku lat (no może poza majową, krótkotrwałą ospą), że nie wiem, na co dokładnie Dziewczynka „choruje”, wiem natomiast, że zdarzają się pojedyncze dni lub pory dnia, w czasie których mniej je lub nie je w ogóle i czasami więcej śpi, a mniej się bawi. Zdarza się, że ma krótkotrwałą, raczej lekką gorączkę. Mi pozostaje nie ingerować.

      Reasumując, gdy dziecko:

      • odmawia jedzenia, pozwólmy mu pościć;
      • ma „dziwaczne” zachcianki żywieniowe, wychodźmy im naprzeciw;
      • chce spać w środku dnia, stwórzmy mu do tego warunki (wyłączmy telefon, radio, telewizor i dzwonek u drzwi), nie obawiając się, że w nocy nie będzie spać (dziecko może przespać nawet całą dobę z małymi przerwami, gdy jego organizm potrzebuje wzmocnienia);
      • gdy ma lekką lub średnią gorączkę, pozwólmy mu gorączkować (nie używajmy pochopnie przeciwgorączkowych leków farmakologicznych); gorączka to nie choroba, lecz objaw choroby i ważne narzędzie organizmu w samoleczeniu; pamiętajmy o dostatecznym pojeniu dziecka (wg jego zapotrzebowania); gdy ma silną gorączkę, robimy mu dodatkowo chłodne okłady;
      • gdy ma mdłości, przygotujmy je na ewentualne wymiotowanie, podstawiając miseczkę i łagodnie tłumacząc, że oczyszczenie żołądka („brzuszka”) przynosi ulgę;
      • gdy potrzebuje ciągłego przytulania, połóżmy się z nim w łóżku, róbmy mu masaże, głaskajmy, całujmy, poczytajmy bajkę, trzymając je na kolanach, pośpiewajmy kołysanki do uszka itp. (warto wygospodarować sobie na to czas, rezygnując z tych naszych zajęć, które mogą poczekać).

      Gdy moje Dziecko jest osłabione, powierzam leczenie Naturze, która przemawia przez nie i w ten sposób daje mi mnóstwo podpowiedzi...

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 27 września 2013 20:20
  • niedziela, 15 września 2013
    • WRZEŚNIOWY SZLOCH

       

      Zdecydowałam się poruszyć na moim blogu również tematy związane ze sferą psychiczną, bo nie sposób pominąć w rozważaniach na temat zdrowia dzieci tak ważnej kwestii, jak wpływ psychiki na fizyczną kondycję organizmu (naukowy, biochemiczny opis tego zjawiska znajdziemy w książce „Samolubny mózg”, której poświęciłam poprzedni wpis). Postanowiłam napisać od czasu do czasu o tym, jak my, w naszej rodzinie, radzimy sobie z emocjami i jak ja, jako mama, uczę się (tak, wciąż uczę się), obserwuję i wyciągam wnioski na temat mojej roli w kształtowaniu samopoczucia moich dzieci i całej rodziny, a tym samym wpływaniu na zdrowie Moich Najbliższych. Wszak dobre samopoczucie to jeden z filarów zdrowia.

      Mamy wrzesień: jak co roku na początku września, słyszę przejmujący szloch maluszków... Jak co roku o tej porze nie mogę o tym przestać myśleć, przywołując własne macierzyńskie, smutne wspomnienia... Wrzesień to czas początku szkoły lub przedszkola, czas schyłku lata i nastania pięknej, barwnej jesieni. Dla wielu dzieci jest to czas radości związanej ze zmianą, która nie przeszkadza im w kontynuacji radosnego, beztroskiego istnienia. Niestety, nie dla wszystkich dzieci.

      Są małe istotki, dla których początek września to kres beztroskiej i ciągłej bliskości z mamą, tatą czy dziadkami: niezrozumiały koniec błogiego życia i oderwanie od najbliższych, przerwanie poczucia bezpieczeństwa i początek panicznego strachu. Ten strach przed nową rzeczywistością trwa tygodnie, miesiące, a nawet dłużej. Najpierw objawia się fizyczną ucieczką, przeraźliwym krzykiem, płaczem i chowaniem twarzy. Potem może nastąpić wielotygodniowa apatia i milczący smutek, któremu często towarzyszy utrata apetytu, mimowolne moczenie się itp. Czasami dziecko staje się nadpobudliwe. W końcu rozpoczyna się okres chronicznych przeziębień, bólu brzucha i innych symptomów choroby. Mówię o kilkuletnich maluszkach, które po raz pierwszy wysłano do przedszkola (lub żłobka), w szczególności – o dzieciach, które nie dojrzały do przedszkola.

      Żadna teoria, żaden profesor, żaden podręcznik do pedagogiki, a tym bardziej – żaden urzędnik nie powinien wyznaczać wieku, w którym dziecko ma iść do przedszkola. „Gotowość przedszkolną” sygnalizuje samo dziecko. Każde dziecko jest inne i nie można wyliczać dla niego średnich statystycznych. Zdarza się, że trzylatek z radością włączy się w grupę rówieśników i zapomni o mamie. Ale zdarza się, że dziecko w pełni dojrzeje do takiej zmiany dopiero w wieku sześciu lat. Warto na taką dojrzałość poczekać, jeśli tylko mamy na to warunki.

      Ja sama, będąc młodą mamą, miałam warunki na to, aby poczekać na mojego Chłopczyka. Niestety uległam „autorytetom” (tzw. powszechnym opiniom pedagogów), które mówiły, że dziecko w wieku trzech lat powinno „socjalizować się” i że przedszkole dla trzylatka to samo dobro. Tak bardzo zasłuchałam się w te „mądre” opinie, że nie słyszałam krzyku mojego instynktu i krzyku mojego przerażonego Dziecka. W pierwszych dniach jego pobytu w przedszkolu ocierałam tylko własne łzy, bo czułam, że moje Dziecko cierpi. To cierpienie wg pedagogów to „norma”: ponoć podręczniki mówią, że przeciętnie dziecko płacze dwa – trzy tygodnie, a potem... zaczyna „akceptować” przedszkole. Nie wiem natomiast, czy podręczniki analizują, co dzieje się z samym dzieckiem i jakie są długofalowe konsekwencje wielotygodniowego odczuwania strachu graniczącego z paniką. Przecież my – dorośli wiemy lepiej, przecież wiemy, że w przedszkolu nie dzieje się krzywda. Nieważne, że dziecku nie da się tego nijak wytłumaczyć, że ono autentycznie boi się, że rodzice opuszczą go na zawsze. Z punktu widzenia maluszka opuszczenie przez najbliższych oznacza śmiertelne zagrożenie, myślę, że tak zaprogramowała jego umysł Natura, i to nie bez powodu. Co taka trauma powoduje w dziecięcym organizmie? Jak wpływa na hormony, neuroprzekaźniki i cały biochemiczny system? Co dzieje się w mózgu? Z pewnością ten długotrwały, olbrzymi stres wyryje w nim pewne trwałe zmiany... Jak wpłynie na osobowość dziecka w przyszłości?

      Mój Chłopczyk w pierwszych dniach pobytu w przedszkolu, pomimo że pozostawał na sali przedszkolnej zaledwie na godzinę lub dwie, szlochał i zakrywał twarz rękoma do momentu odebrania go przeze mnie lub mojego Męża. W pierwszym dniu, trzęsąc się z płaczu, zaczął rozpaczliwie szukać mojej piersi, gdy tylko pojawiłam się na sali, pomimo, że karmienie piersią zakończyliśmy, gdy miał półtora roku. Po kilku dniach przestał płakać, ale dzień w dzień, tuż po przekroczeniu progu przedszkola wymiotował. Potem „zaakceptował” nowe miejsce: nie płakał, nie wymiotował, ale stał się apatyczny, z chwilowymi przerwami na nadpobudliwe zachowania, stracił apetyt na kilka miesięcy, schudł, zbladł i zaczął chronicznie chorować. Zaczął też regularnie moczyć się w dzień.

      Gdy skończył cztery latka psycholog zalecił przerwę od przedszkola. Dziecko wydobrzało po roku pobytu w domu ze mną (na szczęście nie pracowałam zawodowo).

      W wieku pięciu lat z prawdziwą ochotą poszedł do innego przedszkola. Tak bardzo polubił nowe miejsce, że dzień bez przedszkola był dla niego dniem straconym... Równolegle wprowadziłam zmiany w odżywianiu naszej rodziny i w przedszkolu zaczął jadać tylko posiłki podane przekazane przeze mnie, tj. przygotowane w domu. Chroniczne chorowanie odeszło w przeszłość.

      Nauczona doświadczeniem, z moim trzy lata młodszym Dzieckiem postępowałam już jak z jajkiem. Dziewczynkę zaprowadziłam do przedszkola po raz pierwszy, gdy miała trzy latka i dwa miesiące, ale już po pierwszych godzinach wiedziałam, że to miejsce nie jest dla niej. Takie delikatne próby powtarzaliśmy mniej więcej co pół roku, w różnych przedszkolach, ale, pomimo pewnych zmian w zachowaniu, Dziecko nadal protestowało przed dłuższym rozstaniem. Tym razem ignorowałam „dobre rady” właścicieli przedszkoli, typu: „Im dziecko jest starsze, tym trudniej adaptuje się w nowym środowisku”, lub, o zgrozo: „Dziecko trzeba przymusić”.

      Dziewczynka rozpoczęła przedszkole rok temu, gdy miała pięć lat, ale w ograniczonym, akceptowanym przez nią zakresie: przebywała w przedszkolu od dwóch do czterech godzin dziennie i od czasu do czasu robiliśmy krótkie, jedno- lub dwudniowe przerwy, gdy wyraźnie wolała zostać w domu. Przez pierwsze miesiące była bardzo onieśmielona na sali przedszkolnej; cały czas milczała, nie włączała się do wspólnych zabaw, ale z uwagą obserwowała, co się dzieje wokół niej. Potem relacjonowała nam o tym w domu. Bardzo polubiła jedną z pań, która regularnie robiła jej piękną fryzurę. Z czasem zaczęła też nawiązywać przyjaźnie. Teraz, po wakacjach całkowicie weszła w życie przedszkolne: do przedszkola chodzi z radością, codziennie i to na sześć – siedem godzin. W pełni uczestniczy w zajęciach przedszkolnych, a buzia nie zamyka się jej. Do domu wraca uśmiechnięta, bez jakiegokolwiek uszczerbku energetycznego... W ogóle nie choruje. Nigdy nie było czegoś takiego, jak „odchorowanie przedszkola”. Co ważne, wszystkie te zmiany nastąpiły w niej samoistnie. Dyrektorka przedszkola znakomicie wyczuła sytuację, gdy prosiłam ją, aby dać Dziewczynce czas, nie nakłaniając jej w jakikolwiek sposób do uczestniczenia w zajęciach. Pozwolono jej pomilczeć i posiedzieć na boku. Nie czyniono nam zarzutów z robienia przerw i skracania pobytu w przedszkolu w ciągu dnia, gdy Dziecko bardziej potrzebowało domu. Delikatność, delikatność i jeszcze raz delikatność... czas i cierpliwość... tak trzeba z dziećmi... To czyni je naprawdę mocnymi!

      Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy rodzice mają możliwość „czekania na dziecko” i muszą oddać je pod czyjąś opiekę, gdy jest jeszcze malutkie, aby móc zarobić na życie. Ale ważne jest, aby zdawać sobie sprawę, co czuje nasze dziecko w wieku trzech, czterech, czy sześciu lat, określić swoje priorytety w życiu i dokonywać optymalnych wyborów. Czasami wybór jest możliwy, wbrew pozorom. Dla mnie priorytetem, najważniejszą inwestycją są moje Dzieci, a nie drugi czy trzeci samochód czy nawet własny rozwój zawodowy. Jeśli nie ma pieniędzy na rzeczy podstawowe i obydwoje rodzice muszą pracować, można pomyśleć o pomocy ze strony babci lub dziadka. Warto odpowiednio wcześniej zadbać o to, zanim dziecko własną chorobą zmusi najbliższych do wzięcia urlopu od pracy. Współczuję tym rodzicom i ich dzieciom, którzy rzeczywiście nie mają absolutnie żadnego wyboru.

      Pozostanie jednego z rodziców z dzieckiem w domu tak długo, jak długo dziecko tego potrzebuje powinno być doceniane i promowane przez państwo i pracujących współmałżonków. To sytuacja idealna, jednak nie niemożliwa do osiągnięcia, przynajmniej w częściowym zakresie. To bardzo dobra inwestycja, zarówno dla rodziny, jak i całego społeczeństwa. Pozostanie z dzieckiem w domu to konkretna, ciężka i przynosząca wymierne korzyści praca. Dla mnie i dla mojego Męża te korzyści są jedną z najwyższych wartości, przerastającą to, z czego świadomie zrezygnowaliśmy.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 września 2013 12:03
  • niedziela, 18 sierpnia 2013
    • CIEKAWE KSIĄŻKI: SAMOLUBNY MÓZG

       

      Nieraz zastanawiałam się, co sprawia, że mój Chłopczyk potrafi zjeść naraz pięć dojrzałych, a więc bardzo słodkich bananów. W przeszłości objadał się w ten sposób słodyczami, gdy tylko ktoś częstował go bez ograniczeń. Wspomniałam o tym pani dr Danucie Myłek, która powiedziała mi, że odpowiedź mogę znaleźć w książce „Samolubny mózg”. Książkę napisał profesor Achim Peters, badacz mózgu, internista i diabetolog.

      Książka nie tylko pozwoliła mi poznać prawdopodobną odpowiedź na moje pytanie, ale też okazała się niezwykle ciekawym źródłem wiedzy o tym, jak funkcjonuje mózg człowieka i jak mózg wpływa na cały organizm. A oto niektóre z zagadnień, które książka porusza i które zaznaczyłam sobie w trakcie czytania (cytaty pochodzą z pozycji wydanej w 2012 r. przez Wydawnictwo Naukowe PWN):

       

      BRAIN PULL

      Autor „Samolubnego mózgu” posługuje się terminem „brain pull”, który definiuje jako „siłę, z jaką mózg wyciąga dla siebie z organizmu dostępną energię (glukozę)”. U niektórych osób działanie tej siły jest zaburzone. Jednym z symptomów niekompetencji „brain pull” jest preferencja słodkiego smaku.

      INGERENCJA CZŁOWIEKA W NATURĘ

      „Do dzisiaj w dużej mierze jesteśmy zdani na wpływ sił natury. [...] Już od dawna mocno ingerujemy w przyrodę, nie mogąc jej całkowicie opanować. [...] Każda ingerencja rodzi skutki, których konsekwencje są trudne do oszacowania. [...] Istnieją nie tylko zewnętrzne siły natury, ziemi, powietrza i wody, lecz również siły, które działają w nas, ludziach. Jedną z nich jest >>brain pull<< - siła, która reguluje i zapewnia zaopatrzenie w energię naszego mózgu. [...] Zdarzają się ingerencje czy zakłócenia, które szkodzą naszemu >>brain pull<< jak zapora gospodarce wodnej rzeki”. (str. 87, 88)

      NADWAGA

      U osób z nadwagą występuje niekompetencja „brain pull”. Polega ona na tym, że mózg ma obniżoną zdolność do pobierania energii z organizmu i w związku z tym domaga się energii bezpośrednio z pożywienia. Jednak energia z pożywienia tylko w małej części zaspokaja głód mózgu, bo większa jej część zużywana jest i magazynowana przez organizm. Dlatego mózg prawie bezustannie wysyła sygnały głodu i domaga się kolejnych porcji jedzenia. Wg autora przyczyną takiego rozchwiania samoregulacji organizmu (osłabienia „brain pull”) może być permanentny stres. „Każde nadmierne wydzielenie [...] hormonu stresu [kortyzolu] jest zapamiętywane i może doprowadzić do zmian neuronowych, które trwale pozbawiają >>brain pull<< sił. [...] Wszystkie napady wilczego apetytu, nieokiełzane uczucie rozkoszy, podobne do uzależnienia, myśli krążące wokół jedzenia są tylko skutkami i wyrazem permanentnego kryzysu energetycznego mózgu”. (str. 96 – 103)

      TEORIE NAUKOWE W MEDYCYNIE

      W medycynie stosowane są pewne utarte od lat schematy postępowania w leczeniu konkretnych schorzeń, np. cukrzycy. Wydawałoby się, że takie rutynowe postępowanie opiera się na sprawdzonych, bezpiecznych i najlepszych metodach leczenia. „Niestety, niekoniecznie odpowiada to rzeczywistości. Powody, dlaczego jedna teoria naukowa została uznana, a inna nie, mają wiele warstw. Oprócz ściśle naukowych aspektów istotną rolę odgrywają również duch czasu, układy polityczne czy interesy ekonomiczne”. (str. 105)

      CUKRZYCA

      Cukrzyca typu 1 i cukrzyca typu 2 to dwie różne choroby. Pierwsza jest „chorobą utraty energii” (z powodu niedoborów naturalnej insuliny organizm nie może zatrzymać i zmagazynować energii), podczas gdy druga – „chorobą zalania energią” (występuje podwyższony poziom insuliny, przez co w tkance mięśniowej i tłuszczowej jest magazynowane tyle energii, że stają się przepełnione). „Medycyna leczy pacjentów z cukrzycą typu 2 podobnie jak chorych na typ 1 – syntetyczną insuliną. [...] Jakie skutki ma ta metoda? U osób z cukrzycą typu 1 absolutnie pozytywne. [...] W przypadku cukrzycy typu 2 bilans nie wypada tak dobrze. [...] Prawie wszyscy pacjenci płacą za to wysoką, podwójną cenę. [...] Lekceważy się niedorzeczności przy leczeniu insuliną cukrzycy typu 2, bo od początku nie pasowały do koncepcji”. Autor zwraca uwagę na rolę „brain pull” w powstawaniu cukrzycy typu 2. Przytacza znamienne, udowodnione odkrycie naukowe, że wydzielanie insuliny kontrolowane jest przez mózg i nerwy. Pełne i niezwykle interesujące informacje o cukrzycy, jej przyczynach i mechanizmach można znaleźć w rozdziale „Diabetologia na kontrolowanym” (str. 105 – 123). Polecam!

      WAGA NEUTRALNA

      Waga neutralna” to waga ciała, przy której organizm człowieka osiąga równowagę: mózg jest optymalnie zaopatrzony w energię, „brain pull” działa sprawnie, zachowana jest homeostaza energetyczna i emocjonalna. Każdy człowiek ma swoją indywidualną wagę neutralną, która niekoniecznie oznacza wagę „idealną”, spełniającą wymogi kanonów piękna. Przy wadze neutralnej można mieć małą nadwagę lub niedowagę, ale jednocześnie dobrze się czuć i być zdrowym. Metabolizm mózgu osoby, która osiągnęła wagę neutralną jest nienaruszony.

      BRZUCH PIWNY

      Brzuchem piwnym mogą pochwalić się nie tylko mężczyźni z nadwagą, ale też ci szczupli. Wg autora taki brzuch jest wynikiem permanentnie podwyższonego poziomu hormonu stresu  - kortyzolu w organizmie. Kortyzol wpływa na podwyższenie stężenia glukozy we krwi w reakcji na stres.

      LECZENIE OTYŁOŚCI

      „Programy odchudzające, obojętne czy dietetyczne, etyczne, chirurgiczne czy farmakologiczne, należą do >>terapii<samoregulację ludzkiego organizmu. [...] >>Są choroby, których nie trzeba leczyć, bo właśnie chronią  nas od innych, cięższych<< [Marcel Proust]”. (str. 139, 142)

      Zamiast odchudzać się, należy zastanowić się nad rozregulowanym mechanizmem „brain pull” i spróbować go naprawić, albo przynajmniej – nauczyć się radzić sobie z nim. Autor podkreśla rolę aspektów psychicznych i stresu w życiu człowieka, jak również innych czynników wpływających na mózg. Nawet fizyczne urazy głowy, pomimo braku widocznych powikłań, mogą spowodować trwałe zmiany w metabolizmie mózgu, a te z kolei mogą stać się przyczyną otyłości.

      „BRAIN PULL” U DZIECI

      Metabolizm mózgu u dzieci jest zazwyczaj sprawny: dzieci jedzą, gdy są głodne i tracą całkowicie zainteresowanie jedzeniem, gdy są już syte. Niestety tę idealną, naturalną równowagę dziecięcą można łatwo zakłócić przez złe nawyki żywieniowe i wpływy zewnętrznych bodźców takich, jak rutyna czy reklamy telewizyjne.

      Od siebie dodam, że nie należy w związku z tym łączyć jedzenia z emocjami: dziecko powinno jeść tylko pod wpływem odczuwania ochoty na pokarm, a nie pod wpływem nadmiernych zachęt, obietnic czy gróźb. Dziecko powinno też mieć wystarczającą ilość czasu na spożycie posiłku, aby zjeść go bez pośpiechu i w skupieniu (bez rozpraszania uwagi). Obietnica deseru po posiłku jest moim zdaniem wyjątkowo szkodliwa (nawet, jeśli deser nie zawiera cukru i jest zdrowy). Dlaczego? W rozdziale „Zaprogramowany apetyt” (str. 163) można znaleźć odpowiedź (jest tam opisany pewien dający do myślenia eksperyment przeprowadzony na dzieciach przedszkolnych).

      NEUROPLASTYCZNOŚĆ MÓZGU

      Neuroplastyczność mózgu polega na zdolności mózgu do autoprzebudowy i ponownego tworzenia się. „Neuroplastyczność mózgu pozwala mu w różny sposób układać się na nowo, pokonywać sytuacje kryzysowe, naprawiać szkody, zapewniać wydajność”. (str. 178).

      I moja refleksja: Choć neuroplastyczność nie jest nieograniczoną cechą mózgu (istnieją uszkodzenia mózgu, które są nieodwracalne), należy pamiętać o jej istnieniu przy chorobach mózgu u dziecka. Trzeba zrobić wszystko, aby prawidłowo wesprzeć regenerację układu nerwowego dziecka i nigdy nie tracić nadziei, niezależnie od tego, co mówi lekarz. Moim zdaniem, podstawą terapii jest rodzicielska empatia i wsparcie emocjonalne dla dziecka (i tu polecam rozdział: „Nasza całkowicie osobista biografia stresu”, str. 179) oraz dobrej jakości odżywianie i odstawienie wszechobecnych trucizn. Tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia.

      WPŁYW STRESU W DZIECIŃSTWIE NA MÓZG I METABOLIZM

      Autor przytacza wyniki szeregu badań i eksperymentów, jak również podaje własne konkluzje naukowe na potwierdzenie faktu, że „traumatyczne przeżycia w dzieciństwie [jak również czynniki stresujące w łonie matki] mają konsekwencje na całe życie dla układu stresowego i metabolizmu”. (str. 182)

      I jeszcze parę cennych cytatów: „Kobiety w ciąży powinny podlegać szczególnej ochronie. [...] należy jeszcze bardziej czule obchodzić się z powierzonym nam życiem naszych dzieci. Nietykalność pierwszych miesięcy, a jeszcze lepiej lat jest nie do przecenienia. [...] Rodzice, którzy dotykają i głaszczą swoje dziecko [...] i noszą je na rękach, są symbolem tego, co dla każdego jest niezbędne, aby bezpiecznie wejść w życie – ciepła, pożywienia i fizycznego poczucia, że jest się akceptowanym i kochanym. Tylko wtedy młody mózg może się dobrze rozwijać”.  (str. 184)

      Czule obchodzić się z powierzonym nam życiem naszych dzieci”... Piękne, godne wielokrotnego podkreślenia zdanie!

      I jeszcze, przy okazji parę moich słów do rodziców i wychowawców „nie-grzecznych dzieci”: te dzieci potrzebują szczególnej akceptacji i empatii, pomimo ciężaru ich zaburzeń. Praca nad własnymi emocjami w relacjach z chorym dzieckiem jest kluczem do wyjścia z choroby lub przynajmniej jej złagodzenia.

      WPŁYW GIER INTERNETOWYCH NA DZIECI

      Gry internetowe aktywizują układ stresowy u dziecka. Dziecko przed komputerem siedzi niemalże nieruchomo i tak jest czasami codziennie, nawet po kilka godzin. Wirtualne walki pobudzają mózg, ale nie aktywizują mięśni. Jaki jest tego skutek? Z czasem metabolizm mózgu zmienia się, osłabia się „brain pull”, dochodzi do nierównowagi hormonalnej i spada wydajność fizyczna dziecka. Może też dojść do otyłości (która nie wynika z samej zmniejszonej aktywności fizycznej, tylko z zaburzeń w funkcjonowaniu mózgu). Dokładne i przejrzyste omówienie tych mechanizmów, wraz z przykładami znajdziemy w rozdziale „Konsole do gry i przeprogramowanie naszego metabolizmu mózgu”. (str. 185)

      ŻYWNOŚĆ PRZEMYSŁOWA

      Kolejnym zagrożeniem dla właściwej pracy mózgu i metabolizmu jest jedzenie wyprodukowane przez przemysł. Białka, tłuszcze i inne składniki są poddawane obróbce w celu uzyskania pożądanego smaku, konsystencji czy zapachu. Mleczny napój o smaku bananowym może mieć mało wspólnego z naturalnym bananem czy pełnotłustym mlekiem prosto od krowy. Smak słodki, uzyskany dzięki sztucznym słodzikom oznacza tylko smak, a nie wysokokaloryczne pożywienie. Mózg jest systematycznie wprowadzany w błąd i z czasem zaczyna pracować jak zawirusowany dysk komputerowy. Dzieje się to bez naszej świadomości i wpływa na cały organizm. Może skutkować otyłością. W podobny sposób oddziaływają na nasz organizm leki, narkotyki i alkohol.

      FAŁSZYWE ANTYDEPRESANTY

      Gdy dziecko jest smutne i zaczynamy je pocieszać, przytulając i mówiąc coś do niego, w mózgu wytwarza się serotonina, która działa uspakajająco. Dziecko uspokaja się, czemu towarzyszy adekwatny aspekt psychiczny – bliskość rodzica lub innej osoby. Inaczej dzieje się przy podaniu leku antydepresyjnego – preparatu serotoninowego: uspokojenie jest chwilowe i nie wiąże się z rozwiązaniem problemu, znalezieniem prawdziwej przyczyny smutku. Mózg, jak w przypadku żywności przemysłowej otrzymuje fałszywy bodziec. Lek jest więc niebezpieczną pułapką.

      PODSTAWA LECZENIA OTYŁOŚCI

      Trwały stres psychospołeczny zmienia fizjologię metabolizmu mózgu”. (str. 205). U niektórych osób stały stres prowadzi do utraty wagi, a u innych, poprzez sięganie po jedzenie w celu uspokojenia się – do przyrostu masy ciała. Autor poświęca aspektowi psychicznemu wiele stron swojej książki, wyjaśniając, w jaki sposób można pomóc sobie, odciążając układ stresowy. W skrócie, należy reagować na sygnały własnego organizmu i na własne emocje, zaopiekować się sobą, zarówno w sensie emocjonalnym (traktując własne uczucia jako pewien drogowskaz), jak i fizycznym (np. poprzez zapewnienie sobie odpoczynku).

      EDUKACJA DZIECI

      Tak jak uczymy nasze dzieci języka ojczystego, matematyki i nauk przyrodniczych, tak musimy wyszkolić ich w zakresie odżywiania”. (str. 237) Autor proponuje dwuskładnikową edukację dzieci, mającą uchronić je przed zaburzeniami metabolicznymi:

      • należy je nauczyć, jak żyć i jeść zgodnie z sygnałami wysyłanymi przez własny organizm, odrzucając to, co może zakłócać jego naturalną harmonię (którą posiada większość nowo narodzonych dzieci);
      • należy je nauczyć, jak radzić sobie ze stresem.

      Ważne jest nabywanie świadomości, że odżywianie, przyjmowanie pokarmu i funkcjonowanie układu stresowego są ze sobą powiązane.

      ODŻYWIANIE MAŁYCH DZIECI

      Niestety często już od pierwszych miesięcy życia dzieci otrzymują gotowe pokarmy przemysłowe, będące mieszankami różnych składników (np. kaszki mleczne, przeciery owocowe czy warzywne, herbatki owocowe). Zdarza się, że w produktach tych stosowane są sztuczne słodziki i aromaty, będące „błędnymi sygnałami” dla mózgu. Wg dr Petersa dziecku należy zamiast tego podawać czysty, naturalny i jednorodny pokarm, np. rozgniecionego banana, tarte jabłko czy piure z marchewki. W ten sposób mózg ma możliwość nauczenia się właściwego rozpoznawania smaków i czerpania energii z pokarmu. W przypadku podawania dzieciom produktów przemysłowych ich metabolizm ulega zachwianiu już od najmłodszych lat.

      ZDROWE POCIESZANIE DZIECKA

      Zdarza się, że rodzice pocieszają dziecko, podając mu coś słodkiego. W ten sposób mózg dziecka uczy się radzić sobie ze stresem poprzez spożywanie słodkiego pokarmu, co również prowadzi do rozregulowania metabolizmu mózgu dziecka (osłabienia „brain pull”) i do wyuczenia reakcji „zajadania” smutków (w języku angielskim: „comfort eating”). Tymczasem najwłaściwszym sposobem pocieszania dziecka jest czułość, przytulanie, serdeczne słowa. Dziecko pocieszane przytuleniem i dobrym słowem nabywa ważną umiejętność pocieszania siebie samego, dzięki której, gdy dorośnie, nie będzie sięgać po jedzenie w stresujących sytuacjach.

      ROLA SNU I ODPOCZYNKU

      Podczas snu, i to głównie podczas snu, odbywa się przyrost tkanek, dojrzewanie mózgu i tworzenie się pamięci. Decydujące jest jednak to, że sen przywraca układ stresowy do stanu spoczynkowego”. (str. 251) „Dzieci, u których fazy wysiłku i odpoczynku pozostają w równowadze, również na zewnątrz sprawiają wrażenie spokojnych, nawet w okresie dojrzewania”. (str. 249)

       

      MOJE REFLEKSJE NA TEMAT KSIĄŻKI

      Czytając pierwsze rozdziały książki, zastanawiałam się, jaka będzie „recepta” jej autora. Ponieważ książkę napisał lekarz, badacz mózgu, który analizuje biochemiczne, hormonalne i neurologiczne procesy wpływające na metabolizm mózgu, spodziewałam się jedynie jakichś ścisłych, technicznych wskazówek typu „jedz to i to, unikaj tamtego oraz uprawiaj sport”. Tymczasem autor wyraźnie skupia uwagę na aspektach psychicznych w życiu człowieka, wpływie permanentnego stresu, umiejętności wsłuchiwania się w sygnały wysyłane przez nasz organizm oraz umiejętności rozpoznawania własnych potrzeb i emocji. Dr Peters podkreśla, jak ważne jest umiejętne postępowanie z dzieckiem od samych jego narodzin, a nawet wcześniej – gdy jeszcze jest w łonie matki. Mówi nie tylko o właściwym odżywianiu dziecka, ale przede wszystkim o roli relacji rodzice – dziecko i wpływie tej relacji na późniejsze życie dziecka (zarówno pod względem zdrowia fizycznego, jak i emocjonalnego). Cenne są również uwagi profesora na temat edukacji dzieci w sferze prawidłowego odżywiania i radzenia sobie ze stresem. Takiej edukacji nie ma w polskich szkołach. A szkoda, ponieważ te dwa czynniki: odżywianie i radzenie sobie ze stresem w sposób istotny wpływają na kształtowanie metabolizmu mózgu dziecka, a w konsekwencji - na jego fizyczną i emocjonalną równowagę w życiu dorosłym.

      Być może książka jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego dzieci autystyczne mają tendencję do nałogu cukrowego i dlaczego są tak wybiórcze („zafiksowane”) w jedzeniu. Nie tylko dzieci autystyczne manifestują zaburzenia łaknienia. Często dotyczy to też dzieci z innymi zaburzeniami neurologicznymi. Jak widać z życia i teorii, zachowanie, emocje i łaknienie mają wspólny mianownik: mózg. I to prawdopodobnie zaburzenia metabolizmu mózgu (a w konsekwencji zaburzenia w biochemii całego organizmu, takie jak np. nagłe zmiany w stężeniu glukozy we krwi) prowadzą do nadmiernego łaknienia słodyczy, a nie np. kandydoza. Przerost drożdżaków (zarodników) Candida być może jest tylko skutkiem nadmiernego spożywania cukrów prostych wynikającego z nierównowagi w pracy mózgu, a nie pierwotną przyczyną łaknienia słodyczy. Wprawdzie drożdżaki przy niedostatku podaży cukrów wytwarzają substancję podobną do insuliny, która powoduje spadek stężenia glukozy we krwi, przez co zwiększa się łaknienie słodyczy, ale to traktowałabym jako przyczynę wtórną.

      Ten wpis miał być zwięzłą zachętą dla moich Czytelników do sięgnięcia po „Samolubny mózg”. Mam nadzieję, że zachęciłam, pomimo niezamierzonego wydłużenia tekstu. Wciąż mam wrażenie, że ominęłam wiele ciekawych wątków. Najlepiej więc przeczytać samą książkę w całości!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „CIEKAWE KSIĄŻKI: SAMOLUBNY MÓZG”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 sierpnia 2013 12:06
  • niedziela, 04 sierpnia 2013
    • DOŚWIADCZENIA POSZCZEPIENNE – RELACJE RODZICÓW

       

      Niedawno napisała do mnie pewna mama, która zrelacjonowała rozwój choroby u swojego dziecka. Poniżej zamieszczam jej list, za jej zgodą:

      „Ja i mój obecnie trzyletni synek jesteśmy ofiarami nop-u. Dziecko 2 tygodnie po szczepieniu odra, różyczka  (Priorix) dostało 39 stopni gorączki, gdzie nawet przy zapaleniu oskrzeli nie miał takiej wysokiej i całą buzię aft, które leczone były 2 miesiące, ciągle nawracały. Pani doktor powiedziała, że to wirus i żadnego związku ze szczepieniem nie ma. Ale od tamtego czasu mój synek zaczął się zmieniać, dziwnie zachowywać, przestał mówić, zachowywał się tak, jakby nie słyszał, że do niego mówię, zaczął płakać po nocach, mieć problemy z jelitami i inne. Tak pokrótce. Obecnie mamy zdiagnozowany autyzm dziecięcy. Mały jest na diecie bezmlecznej, bezglutenowej i odrobinę słodzimy ksylitolem. Jest poprawa.

      Feralną szczepionkę mój synek otrzymał gdy miał rok i 8 miesięcy. Wcześniej był szczepiony wg obowiązkowego kalendarza szczepień (5 w 1), gdy miał 3 miesiące zaczęło mu się AZS, często chorował na zapalenie oskrzeli i uszu w pierwszym roku życia, tylko, że ja wówczas nie wiązałam tego ze szczepieniami. Ostatni raz był szczepiony w marcu 2012r. tą właśnie szczepionką, później wcale i przestał chorować. Łapał tylko małe infekcje (katar).

      Pisałam do Sanepidu, ale odpowiedzieli mi, że to nie jest nop i nie ma związku. Nie bardzo wiem, co mam dalej robić”.

       

      W moim prywatnym życiu napotkałam jeszcze paru rodziców, którzy opowiadali swoje smutne lub wręcz tragiczne historie poszczepienne: garstka osób, taka moja mała prywatna statystyka, do której dochodzi też moje własne rodzicielskie doświadczenie.

      Nie chciałabym jednak dokonywać ekstrapolacji na całe społeczeństwo, wolałabym, aby statystyką nop-ów zajęły się uczciwie fachowe instytucje odpowiedzialne za zdrowie publiczne, reagując na sygnały od rodziców. Obecnym oficjalnym statystykom nie wierzę, bo są oderwane od rzeczywistości. Poza tym nie są dla mnie wystarczającą informacją same opinie naukowców i ekspertów, niezależnie, czy starają się oni udowodnić bezpieczeństwo szczepionek czy ich szkodliwość. Ważne jest przecież doświadczenie empiryczne – obserwacja, rzeczywistość.

      Rzeczywistość w przypadku niepożądanych odczynów poszczepiennych to prawdziwe relacje osób pozostających w relatywnie stałym i osobistym kontakcie z dzieckiem, czyli rodziców (lub innych opiekunów). To najczęściej rodzice, doskonale znający swoje dziecko i wyposażeni w naturalny instynkt opiekuńczy są w stanie najwięcej zauważyć, a nie obca osoba, jaką jest lekarz. Relacje rodziców to „dowody w sprawie” (lub przynajmniej poszlaki). Teraz te dowody są ignorowane przez lekarzy i Sanepid, jak również większość mediów, ale może zostaną kiedyś rozpatrzone zbiorowo przez jakiś niezawisły sąd. Oby w niedalekiej przyszłości i oby na korzyść dzieci.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 sierpnia 2013 13:39
  • niedziela, 28 lipca 2013
    • CZY WSPÓŁCZESNA MEDYCYNA OSZALAŁA?

       

      Wczoraj rozmawiałam ze starszym lekarzem weterynarii na temat mojego psa, u którego od kilku lat występuje alergia (kiedyś ostra, a teraz, po dłuższej przerwie w szczepieniu, zalecanej przez innego lekarza weterynarii – słabsza). Długo rozmawialiśmy w całkiem miłej atmosferze, choć nasze poglądy różnią się diametralnie. Przytoczę tylko jeden z wątków naszej dyskusji, tj. temat przyczyn i sposobów leczenia alergii. Zaczęło się od tego, że wysunęłam przypuszczenie, że przyczyną alergii jest niesprawny układ immunologiczny, być może uszkodzony przez coroczne szczepienia psa. Pan doktor próbował mnie przekonać natomiast, że przyczyną choroby alergicznej są... alergeny, np. wieprzowina. Jego zdaniem leczenie polega jedynie na rozpoznaniu i usunięciu alergenu. Bo przecież, gdy to się zrobi, pies (lub człowiek) nie ma objawów! A ja zadaję pytanie: co to za zdrowie, jeśli nie można zjeść wieprzowiny, pogłaskać kota, mieszkać w pobliżu brzóz czy wejść do zakurzonego pomieszczenia? Jaka jest definicja zdrowia współczesnej medycyny czy weterynarii? Komu ta definicja ma służyć? Moja definicja zdrowia w kontekście alergii to długookresowo sprawny, adekwatnie reagujący układ immunologiczny i brak potrzeby eliminowania alergenów. Nie wiem, czy można całkowicie wyleczyć alergię, ale z całą pewnością można wzmocnić układ immunologiczny, a właściwa dbałość o system obronny organizmu powinna być podstawą leczenia.

      Wczoraj też obejrzałam film pt. „Choroby na sprzedaż”. I zapisałam sobie taki oto cytat z tego filmu:

      „Medycyna zupełnie oszalała. Po prostu straciła poczucie tego, co jest rozsądnym ryzykiem możliwym do podjęcia, a co nim nie jest”.

      Dedykuję ten film przede wszystkim tym rodzicom, których dzieci chronicznie chorują, pomimo regularnych wizyt u lekarzy oraz skrupulatnego stosowania leków i szczepionek wg ich zaleceń:

      


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „CZY WSPÓŁCZESNA MEDYCYNA OSZALAŁA?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 lipca 2013 22:15
    • MUS POMIDOROWO-MAŚLANO-CZOSNKOWY

       

      Poniżej podaję nasz improwizowany przepis na sos (lub „mus”; wybieramy słowo, które bardziej przypadnie dziecku do gustu) pomidorowy. Głównym kompozytorem i wykonawcą dzieła był mój Chłopczyk, mi przypadła rola asystentki i doradcy.

      Sos można wykorzystać do polania rozmaitych potraw, które dziecko lubi, np. makaronu, kaszy, ziemniaków, mięsa, plasterków jajka itp., lub można go też podać jako samodzielne danie: coś w rodzaju gęstej zupki.


      SKŁADNIKI (ilości i proporcje dowolne, wg upodobań):

      • dojrzałe pomidory z gospodarstwa wiejskiego;
      • czosnek;
      • sól;
      • pieprz czerwony mielony;
      • naturalne masło z mleka niepasteryzowanego.

       

      WYKONANIE:

      1. Pomidory dokładnie myjemy i kroimy w cząstki, pozostawiając skórkę, a następnie miksujemy w blenderze tak długo, aż uzyskamy jednolity mus.
      2. Do blendera dodajemy sól i pieprz i jeszcze przez chwilę miksujemy.
      3. Masę przelewamy do garnka i podgrzewamy, od czasu do czasu mieszając,  do momentu zagotowania.
      4. Ściągamy garnek z kuchenki i dodajemy zmiażdżony czosnek oraz masło, całość mieszamy.

       

      My dodajemy dość sporo masła (około 1 dużą łyżkę na porcję), wtedy sos jest naprawdę pyszny i wartościowy. Masło, jako tłuszcz umożliwia lepsze przyswojenie przez organizm składników odżywczych zawartych w pomidorze. Tłuszcz polecam zresztą do każdej potrawy jarzynowej, właśnie z tych dwóch względów: dobrego smaku jedzenia i dobrego przyswajania.

      Sos można podać dziecku również na surowo, jeśli tylko smakuje. W wersji surowej taki sos jest odpowiednikiem surówki. Nie wszystkie dzieci lubią typowe surówki, ale surowe warzywa w formie sosu (musu) mogą okazać się bardziej akceptowane. W przypadku sosu na surowo, zamiast masła dodajemy nierafinowaną oliwę z oliwek tłoczoną na zimno.

      W przepisach mówię o jakości składników: najlepiej, aby pochodziły z małych gospodarstw (a nie z hipermarketów), aby były nieskażone chemią itd. Jednak nie zawsze mamy możliwość zdobycia takich. Nie zawsze też możemy mieć pewność co do jakości, niezależnie od deklaracji sprzedawcy czy rolnika. Ważne jednak, aby mieć świadomość, na co należy zwracać uwagę. Ważne też, aby nie przejmować się, jeżeli nie jesteśmy w stanie od razu zapewnić dziecku pokarmów najwyższej jakości. Świadomość sprawia, że prędzej czy później znajdujemy sposoby na organizowanie sobie coraz lepszego pożywienia.

       

      Ps. UWAGA:

      Jeżeli dziecko nie lubi pomidorów, nie należy mu ich podawać. Czekamy, aż w pewnym momencie samo zainteresuje się pomidorami. Może być też tak, że najpierw zasmakuje mu zupa pomidorowa, ale surowych pomidorów nie tknie. Mój Chłopczyk w pierwszych kilku latach swego życia nie jadł pomidorów w ogóle. Zupę pomidorową polubił w wieku około sześciu - siedmiu lat. W tym roku, jako dziewięciolatek zaczyna sięgać po surowe pomidory, ale jeszcze bardzo sporadycznie. Natomiast zupa pomidorowa czy wyżej opisany mus pomidorowy na ciepło to jego przysmaki. Dziewczynka (lat sześć) uwielbia zupy pomidorowe, ale na surowe pomidory nie może patrzeć. A ja w pełni akceptuję jej wybory, wiedząc, że gdybym nakłaniała ją do surowych pomidorów, mogłabym jej zaszkodzić.

      Pomidory zwiększają wydzielanie histaminy w organizmie, a organizm dziecka, szczególnie w pierwszych latach życia, może jej nie tolerować. Histamina jest naturalną substancją produkowaną przez organizm człowieka, jak również obecną w niektórych pokarmach. Nietolerancja histaminy może manifestować się objawami podobnymi do alergii, np. wodnistym katarem. Histamina jest jednym z najsilniejszych mediatorów stanu zapalnego, ale nie powoduje wytwarzania przeciwciał, więc testy na alergię IgE-zależną (czyli taką, w której dochodzi do produkcji przeciwciał zwanych immunoglobulinami E) nie wykażą nietolerancji histaminy.

      Nie znalazłam informacji o tym, czy gotowanie pomidorów wpływa na zmniejszenie wytwarzania się histaminy w organizmie po ich spożyciu. Być może jednak pomidory po obróbce termicznej ogólnie służą lepiej kilkuletnim dzieciom, niż pomidory surowe. Wskazywałyby na to wybory kulinarne moich Dzieci. Nie wiem, jakie doświadczenia w tym względzie mają inni rodzice; komentarze mile widziane...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „MUS POMIDOROWO-MAŚLANO-CZOSNKOWY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 lipca 2013 12:02
  • niedziela, 21 lipca 2013
    • LODY BEZ CUKRU

       

      SKŁADNIKI (na około 0.75 litra lodów):

      Ilości poszczególnych składników nie są ścisłe; można dowolnie zmieniać ich proporcje, wg indywidualnych upodobań. Ważna jest tylko uzyskana, końcowa ilość masy lodowej, jeśli korzystamy z maszynki do lodów (musimy uwzględnić pojemność maszynki).

      • około 1 szklanki chłodnej słodkiej śmietanki (najlepiej zbieranej z niepasteryzowanego mleka prosto od krowy);
      • 2 - 3 surowe żółtka (całe jajka w skorupce dokładnie myjemy, a potem zanurzamy w sporej ilości wrzątku na 1 minutę, następnie wydzielamy żółtka);
      • około 1 szklanki owoców jagodowych (truskawek, poziomek, jagód, malin);
      • 2 – 3 dojrzałe banany;
      • przyprawy (cynamon, kolendra, imbir, mielone goździki, mielony anyż itp.).

       

      WYKONANIE:

      1. Ubijamy żółtka na kogel-mogel (jak najbardziej da się to zrobić bez cukru).
      2. Osobno ubijamy śmietankę. Ja z lenistwa tego nie robię, od razu mieszam żółtka ze śmietanką, przez co nie uzyskuję puszystej masy, ale lody i tak wychodzą.
      3. Banany i pozostałe owoce oraz przyprawy miksujemy na mus.
      4. Wszystkie składniki delikatnie łączymy i wlewamy do maszynki do lodów.
      5. Lody najlepiej podawać zaraz po zrobieniu, gdyż wtedy nie są zbyt twarde. Jeśli po zrobieniu lodów wstawimy je do zamrażarki na dłuższy czas, mogą niekorzystnie stwardnieć.

       

      Maszynka do lodów, z jakiej korzystam jest bardzo prosta i niedroga: składa się z pojemnika na lody, z pojemnika zewnętrznego oraz z pokrywki połączonej z mieszadłem i silnikiem. Pojemnik na lody trzeba schładzać w zamrażarce przez dobę. Pojemnik ma specjalną ściankę wypełnioną płynem, dzięki czemu prze pewien czas utrzymuje on niską temperaturę po wyjęciu z zamrażarki. Schłodzony pojemnik napełniamy przygotowaną masą lodową i wkładamy go do pojemnika zewnętrznego, przykrywamy pokrywą z silnikiem i mieszadłem i podłączamy do prądu. Masa jest mieszana przez 40 minut i po tym czasie przemienia się w pyszne lody. Maksymalna pojemność mojej maszynki to 1 litr, jednak z doświadczenia wiem, że dobrze jest przygotować nieco mniej masy, tj. maksymalnie 0.75 litra, wówczas lody są gęściejsze (odpowiednio schłodzone i twarde).

      Co do samych lodów, mimo, że nie zawierają cukru przemysłowego, należy traktować je jako danie wyjątkowe, podawane sporadycznie, najlepiej przy specjalnych okazjach. Chodzi o to, aby zachować jego atrakcyjność, a tym samym mieć czym uczcić np. urodziny dziecka, jeśli rezygnujemy z tradycyjnych, szkodliwych słodyczy, które zawierają sacharozę, a często też sztuczne barwniki i aromaty. Poza tym, nie należy nadużywać bananów, gdyż są wychładzające i śluzotwórcze (w nadmiarze mogą powodować katar, a nawet kaszel). Podobnie mogą działać inne surowe owoce. Same też lody są daniem zimnym, więc dodatkowo wychładzają organizm. Lody najlepiej więc podawać w sezonie letnim, kiedy schładzanie organizmu jest pożądane. Lodów nie należy podawać, gdy dziecko ma katar lub kaszel.

      A jaki korzyści dają nam nasze lody? Z pewnością – radość dziecka. A oprócz tego – wartości odżywcze z surowych żółtek i z surowej, niepasteryzowanej śmietanki. O dobrodziejstwie surowych żółtek i tłuszczu mlecznego mówi pani dr Jadwiga Kempisty: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „LODY BEZ CUKRU”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 lipca 2013 20:10