Zdrowe Dzieci

O odżywianiu dzieci, utrzymaniu ich w zdrowiu i wyprowadzaniu z choroby bez leków, bez suplementów.

Odżywianie dzieci

  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • MLEKO – CZ. II

       

      MLEKO W KARTONACH

      Wady mleka przemysłowego nie kończą się na jego niekorzystnie zmienionych cechach biologicznych i chemicznych (zob.: http://zdrowedzieci.blox.pl/2014/03/MLEKO-1.html ). Wadą może też być przemysłowe opakowanie mleka.

      Obok nowych technik i technologii stosowanych w pakowaniu mleka zmieniły się materiały oraz formy konstrukcyjne opakowań mleka spożywczego. Zarówno w Europie, jak i w naszym kraju zdecydowanie zmniejszyła się ilość mleka pakowanego w tradycyjne opakowania szklane (butelki) na korzyść opakowań wielowarstwowych z różnych tworzyw (tworzywa sztuczne, karton, aluminium) oraz opakowań wyłącznie z tworzyw sztucznych” (źródło: http://www.pttz.org/zyw/wyd/czas/2009,%202(63)/01_Panfil.pdf ).

      Czy aluminium i tworzywa sztuczne są całkowicie bezpieczne jako materiał na opakowanie na mleko?

      Jak wiadomo, aluminium (glin, symbol „Al”) jest pierwiastkiem neurotoksycznym. „Neurotoksyczność glinu została udowodniona eksperymentalnie, znalazła też potwierdzenie w encefalopatii dializowanych [osób z niewydolnością nerek, które dializowano płynem dializacyjnym zawierającym glin] jak również u chorych z niewydolnością nerek przyjmujących preparaty glinu w celach terapeutycznych. Ze względu na podobieństwo zmian histopatologicznych w zatruciach doświadczalnych do obrazu morfologicznego w chorobie Alzheimera, zaczęto poszukiwać związku między rosnącym trendem występowania tej choroby oraz innych chorób zwyrodnieniowych układu nerwowego, a środowiskowym wpływem glinu” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Neurotoksyczność glinu może objawiać się również w postaci neurologicznych powikłań poszczepiennych: powszechnym adiuwantem stosowanym w szczepionkach jest wodorotlenek glinu. Wg wypowiedzi lekarza, dr Jerzego Jaśkowskiego aluminium to „metal powodujący śmierć komórek nerwowych - neuronów. Jest to niezwykle toksyczny metal, szczególnie w połączeniu z rtęcią. Udowodniono jego rolę w chorobie Alzheimera, autyzmie, drgawkach, śpiączce i chorobach kości”.

      Ponadto, „nadmiar glinu nadmiernie obciąża wątrobę, a przyjmowanie dużych dawek tego pierwiastka, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, skutkuje upośledzeniem funkcji i mniejszą wydajnością tego organu w późniejszych latach. [...] Glin łatwo asymiluje się ze związkami wapnia łatwo przyswajalnego do związków trudno przyswajalnych. Dlatego też należy ograniczać jego spożycie w okresie wzrostu i rozwoju układu kostnego” (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Glin )

      Al znajduje się w piwie oraz sokach owocowych przechowywanych w opakowaniach aluminiowych. Jego stężenie rośnie w miarę okresu przechowywania. Po dwunastu miesiącach przechowywania stężenie Al w piwie osiąga wartość 10-20 mg/l” (źródło: http://www.medycynasrodowiskowa.pl/Downloads/File/ms/2005v8n1.pdf ). Czy zwiększa się stężenie aluminium w mleku przechowywanym w kartonach z warstwą aluminiową? Myślę, że można mieć co najmniej obawy.

      Mam też obawy co do tworzyw sztucznych, z których wykonywane są opakowania na mleko. Z materiałów syntetycznych uwalniają się małe ilości chemicznych substancji lotnych, należy zatem unikać stosowania sztucznych opakowań do przechowywania żywności oraz nie spożywać wody z plastikowych butelek (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 231). Mleko bardzo łatwo pochłania zapachy, co można zauważyć, wstawiając je w otwartym naczyniu do lodówki, w której znajdują się też inne produkty spożywcze. Przypuszczam więc, że mleko łatwiej niż np. woda reaguje z materiałem, z którego wykonano opakowanie.

       

      WPŁYW MLEKA NA MÓZG

      Czasami dochodzi do przedostania się niestrawionej w pełni kazeiny do krwiobiegu. W jelicie kazeina (dłuższe łańcuchy aminokwasowe) rozpada się do formy prostszej, peptydów (krótszych łańcuchów aminokwasowych), a te z kolei do formy najprostszej – pojedynczych aminokwasów. Białka w formie peptydów, działają jak endorfiny („wewnętrzna morfina”), czyli substancje wywołujące stany euforii, a w dłuższym okresie – apatię, zmiany nastroju i uzależnienie oraz efekt z odstawienia substancji uzależniającej przejawiający się np. rozdrażnieniem (niektóre dzieci codziennie spożywające mleko lub jego przetwory nie potrafią z tych pokarmów zrezygnować). Mleko, a właściwie kazeina może więc mieć działanie narkotyczne (podobnie jak gluten). To zagrożenie zwiększa się w przypadku mleka przemysłowego, przy nadużywaniu jakiegokolwiek mleka oraz przy zaburzeniach w trawieniu kazeiny (np. wskutek zatrucia metalami ciężkimi, które prowadzi do upośledzenia wytwarzania enzymów rozkładających peptydy), jak i w przypadku nieszczelnej ściany jelita (i nie są te czynniki niezależne od siebie; często współwystępują).

      Nie jest tajemnicą, że dzieci ze spektrum autyzmu zaczynają lepiej funkcjonować na diecie z eliminacją lub rotacją kazeiny (oraz glutenu).

       

      MLEKO KOZIE I OWCZE

      Jeśli chodzi o mleko kozie czy owcze, należy postępować tak samo, jak w przypadku mleka krowiego, tj. oferować dziecku mleko i jego przetwory pozyskiwane w sposób tradycyjny, naturalny, całkowicie rezygnując z produktów mlecznych przemysłowych; kierować się smakiem dziecka (nie podawać, gdy nie smakuje); robić kilkudniowe lub dłuższe, całkowite przerwy od oferowania pokarmów mlecznych, a w przypadku reakcji alergicznych lub objawów nietolerancji pokarmowej zmniejszać częstotliwość i dawkę do takiego poziomu, przy którym nie będzie żadnych reakcji; w przypadku ciężkich objawów zrobić kilkumiesięczną lub dłuższą przerwę, w skrajanych przypadkach – całkowicie zrezygnować z mleka i jego przetworów.

      Moja Dziewczynka źle reaguje na mleko kozie (zmiany skórne wokół ust), podczas gdy nie widać u niej w ogóle reakcji na mleko krowie spożywane raz w tygodniu w dość dużych ilościach (najczęściej około litra w ciągu dnia). Oczywiście oba rodzaje mleka pochodzą prosto z gospodarstwa wiejskiego.

      Reakcja alergiczna lub nietolerancja pokarmowa na mleko kozie lub owcze może wystąpić dopiero w dłuższym okresie (kilka dni / tygodni / miesięcy, rok, dwa lata), gdy takie mleko spożywane jest non-stop, bez odpowiednio długich przerw. Dotyczy to szczególnie tych dzieci, u których już stwierdzono nadwrażliwość (alergię lub nietolerancję) na mleko krowie. Dzieje się tak ze względu na reakcje krzyżowe, które są charakterystyczne dla pokarmów z danej grupy, w tym wypadku – grupy pokarmów mlecznych pochodzących od różnych zwierząt.

      Każdy rodzaj mleka, niezależnie od jakiego zwierzęcia pochodzi, zawiera białka mleczne. Jednym z tych białek (występującym w największej ilości) jest kazeina. Mleko kozie zawiera około 68% kazeiny w stosunku do ogólnej ilości białek, podczas gdy mleko krowie – 75%. Kazeina w mleku kozim ma nieco inną strukturę niż kazeina w mleku krowim. Inne są też proporcje pozostałych białek oraz składników mleka (witamin, minerałów, tłuszczu, węglowodanów), przez co oba rodzaje mleka mają nieco inne właściwości (zob.: www.kozy.edu.pl/?sklad-i-wartosc-odzywcza-mleka-koziego-w-porownaniu-z-mlekiem-krowim-owczym-i-kobiecym.,78 ). W przypadku mleka owczego, zawartość kazeiny jest większa, niż w przypadku mleka koziego i krowiego. Ale tu też należy mieć na uwadze to, że o właściwościach pokarmu decydują wszystkie jego składniki, ich struktura, proporcje w całościowym składzie oraz synergia (interakcja) tych składników. W ocenie oddziaływania danego rodzaju mleka zawsze należy przede wszystkim obserwować indywidualną reakcję organizmu naszego dziecka, a dopiero potem kierować się teorią czy powszechnymi opiniami (np. przekonaniem, że mleko kozie można podawać bez ograniczeń dzieciom uczulonym na mleko krowie).

       

      MLEKO MODYFIKOWANE

      Mleko modyfikowane kojarzy mi się z suchą karmą dla psów (nie chcę urażać mam, które karmią takim mlekiem swoje dzieci, chcę je tylko przestrzec; sama kiedyś do nich należałam, czego do dzisiaj bardzo żałuję): oba produkty są bardzo wygodne w użyciu i rzekomo „pełne wartości odżywczych” (według zapewnień producentów). Co więcej, produkty te są pięknie opakowane... w tworzywa sztuczne, czasami z dodatkiem aluminium. W rzeczywistości, suche, sproszkowane mleko, tak samo jak pokarm dla psów w postaci przemysłowych kuleczek czy kwadracików, to martwy, niedodający energii pokarm, czasami sztucznie uzależniający i naruszający naturalne mechanizmy metabolizmu na poziomie mózgu. W dłuższym okresie czasu regularne spożywanie tego rodzaju produktu może skutkować osłabieniem organizmu, różnymi zaburzeniami (np. łaknienia), a w rezultacie - poważniejszymi chorobami.

      Mleko modyfikowane to bomba z opóźnionym zapłonem”, jak pisze autorka bloga „Zielony Zagonek”. Warto poczytać: http://zielonyzagonek.pl/mleko-modyfikowane/ .

      I jeszcze parę słów od autorów książki „Food Allergies and Food Intolerance”: Jeśli chcemy zapobiegać powstaniu kolki jelitowej i alergii u niemowlęcia, musimy dopilnować, aby na oddziale noworodkowym nie podano naszemu nowo narodzonemu dziecku ani jednej dawki sztucznego pokarmu. Ważne jest też, aby później, w domu, przy naturalnym karmieniu piersią nie dokarmiać i nie poić niemowlęcia innymi pokarmami niż mleko matki. Należy tak postępować dlatego, że jelito malutkiego dziecka jest bardzo przepuszczalne (po to, aby móc „wpuścić” do krwiobiegu naturalne białkowe przeciwciała z mleka matki), przez co niestrawione cząstki obcych białek (znajdujących się m.in. w mleku modyfikowanym) łatwo przedostają się do krwiobiegu, dochodzi do szkodliwych reakcji immunologicznych z produkcją przeciwciał IgE, których niedojrzały organizm niemowlęcia nie jest w stanie opanować. W ten sposób utrwala się alergiczna reakcja na obce białka, co zostało potwierdzone w badaniach. Mleko matki ma tak wielką przewagę nad innymi pokarmami, że zalecane jest nieprzerywanie karmienia nawet wtedy, gdy dziecko ma alergię na jedzenie spożywane przez matkę i matka nie wytrzymuje rygorów diety zalecanej dla niej w okresie karmienia piersią: lepiej zaniechać diety niż karmienia piersią  (prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r., str. 261-262, 310-312).

      Ja sama mogę potwierdzić powyższe na przykładzie moich Dzieci. Choć miałam nikłą wiedzę o zdrowym odżywianiu dziecka, gdy rodziłam mojego Chłopczyka, zakazałam dokarmiania Go czymkolwiek na oddziale noworodkowym. Długo nie miałam pokarmu (nie licząc paru kropelek), być może wskutek cesarskiego cięcia. Długo, bo kilka dni. Dziecko przystawiałam jednak do piersi non-stop od dnia narodzin i miałam niesamowitą, intuicyjną pewność siebie, że wszystko będzie w porządku, mimo, że pokarm nie pojawiał się, a Chłopczyk z dnia na dzień tracił na wadze (ponad normę dla fizjologicznego spadku wagi). Krzyczała na mnie pielęgniarka, grożąc, że nie bierze odpowiedzialności za to, do czego to doprowadzi. Nie ugięłam się jednak, czując, że tak jest właściwie. Pokarm przyszedł nagle, w olbrzymich ilościach. I tak pozostało przez pierwsze sześć miesięcy życia Chłopczyka: zero jakiegokolwiek obcego pokarmu, w tym - ani kropli wody. W pierwszym roku życia mojego Chłopczyka, który cały czas pięknie przybierał na wadze, nie zauważyłam objawów alergii na mleko.

      Inaczej było z Dziewczynką. Pozwoliłam tylko raz dokarmić ją z butelki na oddziale noworodkowym. Nie mam też pewności, czy to rzeczywiście był tylko jeden raz. Dziecko od początku miało problemy z odruchem ssania. Autorzy wspomnianej wyżej książki przestrzegają przed sztucznym dokarmianiem również dlatego, że takie dokarmianie łatwo narusza delikatną naturalną równowagę „podażowo-popytową”, jaka wykształca się między organizmem matki i dziecka, co skutkuje problemami ze ssaniem. Tuż po powrocie do domu ze szpitala zaobserwowałam u Dziewczynki niepokojące objawy, które pediatra przypisał prawdopodobnej alergii Dziecka na mleko spożywane przeze mnie. Gdy wyeliminowałam mleczne pokarmy z mojej diety, niepokojące objawy u Dziewczynki znikły.

      Nie twierdzę, że historie moich Dzieci związane są jedynie z czynnikiem naturalnego karmienia i dokarmiania lub niedokarmiania ich butelką. Biorę jedynie ten czynnik pod uwagę w swoich rozważaniach.

       

      MLEKO W KOMPOZYCJACH POKARMOWYCH

      Obserwuję, że czasami potencjalnie szkodliwy pokarm mleczny, spożyty w smakowitej kompozycji smakowej nie powoduje jakichkolwiek dolegliwości. Myślę, że odpowiedzi można szukać w zasadach komponowania posiłków wg pięciu smaków (kwaśnego, gorzkiego, słodkiego, ostrego, słonego), z uwzględnieniem natury pokarmów (zimnej, chłodnej, neutralnej, ciepłej, gorącej), o czym mówi medycyna chińska. Poza tym, im tłustsza forma pokarmu mlecznego, tym mniej szkodliwa: z reguły nie szkodzi surowe masło, a tłusta śmietana wydaje się być bezpieczniejsza od samego mleka (zob. publikacje dr Ewy Bednarczyk-Witoszek). Nie ma niepodważalnej reguły, choć z pewnością inaczej jest w przypadku nietolerancji pokarmowej, a inaczej w przypadku klasycznej alergii IgE-zależnej, ale o tym – kiedy indziej. Pozostaje obserwacja i wiedza, że dla każdego rodzaju pokarmu i jego potencjalnej szkodliwości lub dobroczynności ma znaczenie towarzystwo innych pokarmów, dodatków (np. przypraw, ziół), obecność żywych enzymów, pożytecznych drobnoustrojów, sposób przygotowania posiłku, jak również inne posiłki w dobie.

       

      PODSUMOWANIE

      Prawdziwe mleko i jego przetwory należy traktować neutralnie, stosując się do poniższych zasad: 

      1. Nigdy nie podawaj dziecku przemysłowego mleka i przemysłowych produktów mlecznych (jogurtów, kefirów, jakichkolwiek serów, śmietany), w tym – modyfikowanego mleka w proszku.
      2. Postaraj się o surowe mleko, masło, śmietanę i biały ser wytwarzane w wiejskim gospodarstwie, w higienicznych warunkach.
      3. Po etapie karmienia piersią (dobrze, aby ten etap trwał jak najdłużej) zaproponuj dziecku całą gamę naturalnych produktów mlecznych; zobacz, co wybierze. Niech naje się do syta. W przypadku występowania wyraźnych zaburzeń zdrowotnych, ogranicz mleczną ofertę do jednego dnia w tygodniu, a przy silnej wrażliwości pokarmowej (np. wyraźnej alergii typu IgE) – do jednego małego posiłku mlecznego w tygodniu (jest to rodzaj „szczepionki”, sposób na ostrożne oswajanie organizmu z białkami mlecznymi), oczywiście tylko wtedy, jeśli dziecko lubi posiłki mleczne. Jeśli dziecko jest zdrowe, w ramach profilaktyki dbaj o regularne, co najmniej trzydniowe całkowite przerwy w podawaniu pokarmów mlecznych na przestrzeni około tygodnia.
      4. Zwróć uwagę na ewentualne reakcje organizmu do trzech dni (72 godzin) po spożyciu mlecznego pokarmu, a w szczególności reakcje: układu pokarmowego (np. rozwolnienie, zatwardzenie, wzdęcia, ból brzucha), skóry (np. wysypka, świąd, nienaturalnie czerwone policzki, bolesne zaczerwienienie wokół ust), układu oddechowego (np. nagły wodnisty katar, chroniczny katar, zatkany nosek, kaszel, ból gardła, chrapanie w nocy), układu nerwowego (np. rozdrażnienie „bez powodu”, tiki, apatia, niewyraźna mowa, słaby kontakt z rozmówcą, nadwrażliwość na światło, dźwięk lub dotyk, ból głowy, nietypowa senność, agresja, drgawki lub wyłączenia świadomości w epilepsji), jakiekolwiek inne reakcje (np. ból ucha, podrażnione dziąsła, ból w kolankach, ból kości nóg). Trzy dni to (wg alergologii) czas, w którym organizm oczyszcza się z potencjalnych szkodliwych cząstek pokarmowych krążących w krwiobiegu i powodujących różne dolegliwości.
      5. Nigdy nie nakłaniaj dziecka do zjedzenia pokarmu mlecznego, jeśli nie ma na niego ochoty. Zadbaj, aby zawsze było dostępne inne, alternatywne i akceptowane przez dziecko jedzenie, najlepiej w postaci dwóch – trzech innych propozycji (np. jajko na miękko, zupa jarzynowa, jabłko duszone z cynamonem i oliwą z oliwek, kokos), do wyboru dziecka.
      6. Matko, karm dziecko jedynie swoim mlekiem (a nie mlekiem zwierząt) tak długo, jak długo ono będzie sięgać do Twojej piersi, nie planuj czasu „odstawienia od piersi”; pozwól Naturze zadecydować o tym za Ciebie, jeśli tylko pozwalają Ci na to warunki (postaraj się stworzyć sobie te warunki). Nie słuchaj „dobrych rad” z otoczenia, wsłuchuj się w Twoje Dziecko i w siebie samą. Tej inwestycji w długoterminowe zdrowie Twojego Dziecka, jak również w Wasze relacje na całe życie nie można przecenić.

      Przed całkowitą eliminacją mleka przestrzegałabym szczególnie wtedy, gdy dziecko jest bardzo „wybredne” w jedzeniu, ale gdy akceptuje mleko i jego przetwory. Do takich dzieci należą moje: relatywnie rzadko sięgają po mięso i jajka, a orzechy jadają głównie w sezonie, za to lubią mleko. Prawie odpadają w naszym przypadku ryby, z przyczyn obiektywnych (tj. z braku stałego dostępu do nieskażonych i świeżych ryb). Moje Dzieci ledwo co akceptują warzywa. Podając im raz w tygodniu świeże, pełnotłuste i surowe mleko prosto od krowy, a w sezonie -  żywionej świeżą zieloną trawą, wiem, że mają w ten sposób zapewnione dodatkowe witaminy (A, E, D, z grupy B), cenny sprzężony kwas linolowy (zob.: http://www.izz.waw.pl/pl/eufic?id=125 ), enzymy, wapń (łatwo przyswajalny w takim mleku) i inne minerały (fosfor, potas, magnez) oraz cenny tłuszcz mleczny, w tym - kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych. Tłuszcz i witamina D są jednym z kluczowych czynników powrotu do zdrowia dzieci z chorobami neurologicznymi, jak również czynnikiem prawidłowego rozwoju mózgu i całego układu nerwowego u wszystkich dzieci.

      Zanim pochopnie wyeliminujemy dziecku z diety mleko i wszelkie jego postaci, zastanówmy się, dlaczego chcemy to zrobić. Jeśli jedynie dlatego, że kierujemy się hasłem: „Mleko jest tylko dla cieląt”, to być może zwalniamy się z wysiłku poszukiwania pełnej wiedzy i dokonywania indywidualnej obserwacji, podejmowania prób i wyciągania niezależnych wniosków, podążając za ogólnym trendem, żeby nie powiedzieć - modą. Wszak każdą, nawet „najmądrzejszą” teorię trzeba sprawdzać, w miarę możliwości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO – CZ. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:35
  • sobota, 01 marca 2014
    • MLEKO - CZ. I

       

      Oficjalna definicja mleka [krowiego] brzmi: mleko jest to produkt wymienia krowy, do którego nic nie dodano ani nic od niego nie ujęto. Takiego mleka właściwie na rynku nie ma” (spis literatury: pkt. 3, str. 145-146).

      Mleko to dar Natury. Nie tylko dla cieląt... Tak samo, jak żółtko jajka, z którego bez wahania korzystamy, nie myśląc o tym, że jego pierwotne przeznaczenie to wyżywienie niewyklutego kurczaczka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy ma wspaniały smak, który dzieci z reguły uwielbiają. A dobry smak to naturalny sygnał, że takie mleko może służyć zdrowiu, przynajmniej u w pełni zdrowego dziecka. Pełnotłuste, surowe mleko prosto od szczęśliwej krowy jest naturalnym środowiskiem występowania jednego z najzdrowszych tłuszczów dla człowieka, a zwłaszcza dla dziecka: tłuszczu mlecznego (masła). Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że tłuszcz mleczny spożyty w postaci świeżego surowego mleka być może jest lepiej metabolizowany (przyswajany, wykorzystywany przez organizm), niż jego postać „wydobyta” z mleka, czyli masło.

      Z drugiej strony, nie dziwię się coraz powszechniejszej opinii, że mleko to trucizna. A nawet zgodzę się z tą opinią, po wyjaśnieniu i uporządkowaniu pewnych kwestii.

       

      CO NAZYWAMY MLEKIEM?

      Czy prawdziwe mleko można kupić w zwykłym sklepie? Nie. Współcześnie, to, co kupujemy w sklepie, to biała ciecz, zwana mlekiem, o mlekopodobnym smaku. Nie zbiera się na powierzchni tego płynu śmietanka, tak jak to się dzieje w przypadku prawdziwego mleka. Mlekopodobny produkt nie kwaśnieje w ciągu doby - dwóch, przemieniając się w pyszne zsiadłe mleko. Ten produkt to trucizna. Pierwsze więc nieporozumienie w dyskusji na temat mleka związane jest z nierozróżnianiem mleka przemysłowego (i przetworów mlecznych przemysłowych) od mleka prawdziwego (i przetworów mlecznych naturalnych). A to rozróżnienie jest niezbędne dla właściwej oceny ewentualnej szkodliwości mleka (i jego przetworów) w przypadku konkretnego dziecka.

      Kolejne nieporozumienie dotyczy eliminacji czystego mleka z diety ze względów zdrowotnych, przy jednoczesnym spożywaniu produktów wytwarzanych z mleka lub zawierających mleko (np. czekolady mlecznej). Z punktu widzenia alergologii, mleko i wszelkie jego przetwory to to samo. Jeśli mówimy o eliminacji lub rotacji mleka w diecie, eliminujemy lub rotujemy zarówno mleko, jak i każdą jego postać: kefir, jogurt, wszelkie sery, śmietanę słodką i kwaśną, sernik, kakao na mleku, lody, przemysłowe produkty spożywcze z dodatkiem mleka w proszku (np. chrzan, ... parówki!), najmniejsze ilości mleka lub śmietany dodawane do kawy, zupy itp.

       

      CO TAK NAPRAWDĘ SZKODZI?

      Gdy mówimy o szkodliwości mleka, zazwyczaj myślimy o jego dwóch składnikach: kazeinie (głównym białku mleka krowiego) i laktozie (naturalnym cukrze mlecznym), ale nie bierzemy już pod uwagę takich czynników, jak postać i ilość tłuszczu, rodzaj wapnia, brak żywych enzymów, obecność szkodliwych substancji i leków w organizmie krowy, cukrogenność mleka i jego przetworów czy nadużywanie tych produktów w diecie.

      Białko mleczne w mleku przemysłowym

      Białko mleczne (głównie: kazeina, ale też laktoglobulina i laktoalbumina) może powodować zarówno alergię (relatywnie szybką negatywną reakcję organizmu, której towarzyszy pojawienie się przeciwciał IgE), jak i nietolerancję pokarmową (odroczoną negatywną reakcję organizmu, bez wyraźnego zaangażowania układu immunologicznego), szczególnie, gdy mamy do czynienia z zaburzeniami jelitowymi.

      Objawy alergii na białko mleczne mogą być następujące: trudności w oddychaniu, wymioty, pokrzywka (nagła zmian skórna z towarzyszącym świądem, która po jakimś czasie znika bez śladu), wodnisty katar, podrażnione oczy, wstrząs anafilaktyczny (bardzo rzadko) i inne. Natomiast objawy nietolerancji białka mlecznego mogą pojawić się m.in. w układzie trawiennym, w systemie hormonalnym, w stawach, kościach (np. osteoporoza) czy w układzie nerwowym (np. chroniczne zmęczenie, migrena, rozdrażnienie, nasilenie objawów padaczki, zaburzenia w zachowaniu).

      Białko mleczne w mleku przemysłowym jest zawsze niebezpieczne, gdyż w wyniku homogenizacji zostaje rozdrobnione do małych molekuł, które w postaci niestrawionej przenikają niedojrzałe i przepuszczalne jelito dziecka. W ten sposób dostają się do krwiobiegu, w postaci szkodliwej (tak samo dzieje się z nienaturalnie małymi drobinami tłuszczu, o czym poniżej), która może prowadzić do rozwoju alergii i nietolerancji pokarmowej.

      Cukier mleczny – laktoza

      Laktoza występuje w mleku ssaków, w tym – w mleku kobiecym. Jest to dwucukier, który może powodować nietolerancję pokarmową w przypadku, gdy organizm nie wytwarza laktazy - enzymu potrzebnego do strawienia laktozy. Prawie wszystkie niemowlęta i małe dzieci wydzielają laktazę. U dorosłych wydzielanie laktazy zanika, jeśli nie spożywają oni produktów mlecznych, mogą jednak odtworzyć produkcję tego enzymu, gdy powrócą do spożywania mleka lub / i jego przetworów.

      Jeśli dziecko nie wytwarza laktazy, niestrawiona laktoza w jelicie staje się pożywką dla bakterii jelitowych. Bakterie rozmnażają się, wydzielając gaz i toksyczne substancje, które z kolei powodują ból i biegunkę. Taki stan może być przyczyną kolki u niemowląt.

      Tłuszcz w mleku przemysłowym

      Tłuszcz w mleku naturalnym (tj. nieprzetworzonym, prosto od krowy) ma postać stosunkowo dużych cząstek o różnych wielkościach, które naturalnie zbierają się na powierzchni mleka, w postaci śmietany. Natomiast tłuszcz w mleku przemysłowym, po obróbce jaką jest homogenizacja, zostaje rozbity do nienaturalnie małych, jednorodnych drobin, które wraz z mlekiem tworzą jednolitą ciecz; dlatego śmietana, nawet w tzw. „mleku tłustym” nie zbiera się na powierzchni. Homogenizacja to „gwałt zadany naturze” (Józef Słonecki): te nienaturalnie drobne cząsteczki tłuszczu, w postaci niestrawionej przenikają przez nabłonek jelita do krwi i zaczynają w niej krążyć jako toksyna. Picie takiego mleka na co dzień z pewnością prowadzi do chorób, czasami o odroczonych objawach, które trudno kojarzyć z ich prawdziwą przyczyną.

      Wapń w mleku przemysłowym

      Wapń w mleku przemysłowym ma postać nieorganiczną, a więc nieprzyswajalną. Taki wapń powoduje zmiany zwyrodnieniowe, np. zwapnienia w stawach, w kręgosłupie, zmiany miażdżycowe.

      Przemysłowa pasteryzacja lub sterylizacja błyskawiczna (UHT) mleka powoduje, że zostają w nim zniszczone organiczne sole wapnia. Wapń, który znajduje się w mleku przemysłowym jest nieorganicznym wolnym pierwiastkiem, który łatwo łączy się z kazeiną, zwłaszcza w wysokiej temperaturze. „Jest to bezużyteczny dla organizmu nieorganiczny pierwiastek, taki sam jak w kamieniu wapiennym czy wapnie budowlanym” (pkt. 4, str. 209).

      Brak żywych enzymów w mleku przemysłowym

      Przyglądając się bliżej mleku przemysłowemu, warto wziąć jeszcze jedno pod uwagę: w takim mleku nie ma naturalnych enzymów, które występują w mleku prosto od krowy. Enzymy ułatwiają przyswajanie składników pokarmowych, mają wpływ na reakcje biochemiczne towarzyszące trawieniu. Jak wpływają enzymy na trawienie laktozy i kazeiny obecnych w mleku naturalnym, a tym samym, na ich potencjalną szkodliwość / nieszkodliwość? Innymi słowy: czy laktoza i kazeina zawarte w mleku przemysłowym nie są czasami szkodliwe dlatego, że brakuje w nim cennych enzymów?

      Oddaję głos lekarzowi i specjaliście biotechnologii, dr. Perugni Billi: „Mleko znajdujące się w handlu jest z reguły pasteryzowane. [...] Proces ten [pasteryzacji], nakazany prawem, niszczy większość enzymów zawartych w mleku [...], czyniąc go produktem martwym. Te ważne i zdrowe enzymy między innymi ułatwiają trawienie samego mleka. Dlatego wiele osób ma trudności lub wręcz nie może go strawić i po spożyciu mleka ma dolegliwości przewodu pokarmowego. Ponadto, pasteryzacja niszczy od 10 do 50% witaminy C w nim zawartej oraz w mniejszym stopniu wiele innych witamin, wśród których są B6, B12 i A. Są również niszczone żywe kultury bakterii, a białka ulegają denaturacji. Według niektórych autorów zmianie ulega również charakterystyka chemiczna minerałów. Nie wspominamy już o tym, co pozostaje w mleku UHT, traktowanym jeszcze wyższymi temperaturami [niż w przypadku pasteryzacji]” (pkt. 3, str. 146-147).

      Przemysłowe przetwory mleczne

      Śmietany przemysłowe mogą zawierać żelatynę, gumę guar, karagen, mączkę chleba świętojańskiego, skrobię modyfikowaną kukurydzianą i inne dodatki, które sprawiają, że śmietana jest gęsta, nawet jeśli ma niską zawartość tłuszczu. Co więcej, nie zawsze na opakowaniu śmietany podany jest pełny skład produktu, gdyż prawo tego nie wymaga. Budowa molekularna cząsteczek tłuszczu w przemysłowej śmietanie jest sztucznie zmieniona (przez przemysłowe wirowanie), ze szkodą dla organizmu ludzkiego (zob. www.zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html, drugi film od 8 minuty).

      Masło przemysłowe często jest „wzbogacone”, poprzez dodanie do niego szkodliwych dla zdrowia substancji, np. mleka w proszku czy rafinowanych olejów roślinnych. Niestety, podobnie jak w przypadku śmietany, nie zawsze dowiadujemy się o tym z etykiety produktu. Masło przemysłowe jest martwe, pozbawione żywych enzymów. Ponadto, naturalna struktura molekularna cząsteczek tłuszczu w maśle jest zniszczona, tak, jak w przypadku przemysłowej śmietany.

      Maślanka przemysłowajest szczytem bezczelnego oszustwa. [...] Jest to napój mleczny wytworzony z mleka odtłuszczonego albo mleka w proszku, zaś smak i inne cechy maślanki nadają mu zagęszczacze, stabilizatory, utrwalacze, substancje smakowe i zapachowe” (pkt. 4, str. 202).

      Twaróg przemysłowy, w dzisiejszej dobie bezwzględnej pogoni za zyskiem, powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym dodanym przez producenta (kiedyś dodawano bakterie produkujące kwas mlekowy, ale to się już „nie opłaca”, bo wydłuża cykl produkcji o dwa dni...). Natomiast twaróg wytwarzany metodą tradycyjną powstaje z mleka zakwaszonego kwasem mlekowym produkowanym przez naturalne bakterie mlekowe obecne w naturalnym, surowym mleku. Jaka jest więc różnica między twarogiem przemysłowym a twarogiem naturalnym? Twaróg naturalny zawiera małą ilość laktozy (cukru mlecznego), gdyż ta jest konsumowana przez żywe bakterie kwasu mlekowego. Ponadto, w takim twarogu znajdują się naturalne enzymy, ułatwiające trawienie i przyswajanie zawartych w nim składników odżywczych. Co więcej, podobnie jak w przypadku mleka prosto od krowy, cząstki tłuszczu i białka pozostają w swych naturalnych rozmiarach, nieszkodliwych dla organizmu ludzkiego. W twarogu przemysłowym z kolei, pozostaje duża ilość laktozy (bo nie ma bakterii), która może powodować problemy u osób z nietolerancją tego cukru. Na dodatek, wapń w twarogu przemysłowym jest wapniem nieorganicznym, a więc nie tylko bezużytecznym, ale wręcz szkodliwym pierwiastkiem (podobnie jak w przypadku wapnia w mleku przemysłowym), który łączy się z białkiem - kazeiną, głównym składnikiem twarogu (w przypadku twarogu naturalnego większość wapnia, w postaci organicznych soli wapnia, pozostaje w serwatce). Wreszcie, twaróg przemysłowy pozbawiony jest cennych enzymów.

      Serki homogenizowane, tak chętnie serwowane dzieciom,  są szczególnie niebezpieczne, ze względu na bardzo duże rozdrobnienie kazeiny. Rozdrobnione do nienaturalnie małych rozmiarów białko przenika ściankę jelita w formie niezmienionej (tj. nie zostaje przekształcone w akceptowaną przez organizm formę aminokwasów), a tym samym postrzegane jest przez organizm jako antygen (obce białko). W rezultacie w krwiobiegu pojawiają się przeciwciała lub/i zachodzą reakcje zapalne, dające objawy alergii lub nietolerancji pokarmowej.

      Nie opisuję wszystkich możliwych przemysłowych produktów mlecznych (pominęłam sery żółte, topione, pleśniowe, kefiry, jogurty, mleko modyfikowane dla niemowląt), bo temat wyszedłby poza przyzwoitą długość wpisu blogowego, nie chcę też zanudzać moich Czytelników. Chcę jednak zaznaczyć, że wszystkie przemysłowe produkty mleczne są niebezpieczne lub potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia, ze względu na ich sztucznie zmienioną strukturę chemiczną, dodatki (konserwanty, zagęszczacze, syntetyczną podpuszczkę, szkodliwe rafinowane tłuszcze roślinne, sztuczne barwniki, aromaty, smaki, cukier, sztuczne witaminy, substancje słodzące itd.), a co gorsze – brak prawnego wymogu podawania pełnej informacji o składzie produktu mlecznego na etykiecie.

      Odtłuszczenie

      Mleko przemysłowe (jak również przemysłowe produkty mleczne) często ma postać odtłuszczoną, chętnie wybieraną przez konsumentów. Jednak, jak pisze w swej książce dr Perugini Billi (str. 145), „spożywanie mleka odtłuszczonego jest bezmyślnym działaniem przeciw własnemu zdrowiu”. Takie mleko nie jest produktem naturalnym i pozbawione jest swoich cennych składników spożywczych. „W tłuszczu mleka są rozpuszczone witaminy, sprzężony kwas linolowy, kwasy tłuszczowe o właściwościach antybakteryjnych, ułatwiające absorpcję minerałów. Mleko jest polecane w leczeniu osteoporozy, ale tylko wtedy, gdy jest pełnotłuste. W formie odtłuszczonej daje efekty wprost przeciwne. Mleko odtłuszczone jest wzbogacone w wapń, ale jego absorpcja wynosi zaledwie 5%, w porównaniu z 50% absorbowanego wapnia z mleka pełnego. [...] W ostatnim okresie rozpowszechnia się niebezpieczny nawyk dawania dzieciom produktów odtłuszczonych. Dzieci do swego wzrostu potrzebują dużej ilości tłuszczów, przede wszystkim do rozwoju systemu nerwowego. Dzieci na diecie ubogiej w tłuszcze, zawierającej mleko odtłuszczone, wykazują niedobory witaminy E, C i cynku” (pkt. 3, str. 146, podkreślenie moje).

      Ponadto, jak zauważa dr Ewa Bednarczyk-Witoszek, tłuszcz, jako składnik bezalergenowy i niewywołujący nietolerancji pokarmowej, niejako amortyzuje potencjalnie alergenne czy w inny sposób szkodliwe działanie białka mlecznego. Stąd, im tłustsza postać pokarmu mlecznego, tym bezpieczniejsza; masło, które zawiera najmniej drobin białkowych i jest najbardziej tłuste w całej grupie mlecznej, raczej nie sprawia problemów (poza przypadkami szczególnej wrażliwości); w alergiach lub nietolerancjach pokarmowych śmietana mniej szkodzi niż mleko, a mleko tłuste mniej niż to odtłuszczone.

      Chemia w mleku

      W mleku krów hodowanych na skalę przemysłową możemy spodziewać się obecności szkodliwych substancji, np. pestycydów, antybiotyków, metali ciężkich. Warto więc szukać pojedynczych krówek, swobodnie pasących się na zielonej trawie, w świetle ciepłego słońca, z dala od dróg...

      Cukrogenność i nadmiar w diecie

      Produkty mleczne mają silne działanie cukrogenne (glukogenne) ponieważ zawierają aminokwasy glukogenne, wapń, laktozę, kwas mlekowy” (pkt. 1, str. 131). Innymi słowy, spożywanie mleka i jego przetworów powoduje relatywnie duży wzrost stężenia glukozy we krwi, podobnie jak w przypadku spożywania pokarmów zbożowych (chleba, wypieków z mąki, makaronów, kasz)  i cukrów prostych (owoców, słodyczy). Stąd, im większy udział węglowodanów (zbóż i cukrów prostych) w diecie dziecka, tym mniejsza tolerancja pokarmów mlecznych (mleka, serów, kefirów, jogurtów, śmietany).

      Pokarmy cukrogenne szkodzą, gdy są spożywane w nadmiarze. Duże lub częste wzrosty stężenia glukozy we krwi mają działanie prozapalne i śluzotwórcze, nie sprzyjają leczeniu katarów, kaszlu, bolącego gardła, zmian skórnych, zaburzeń jelitowych, zaburzeń hormonalnych, nieprawidłowego funkcjonowania komórek i naczyń w mózgu oraz wielu innych chorób. Z pewnością pokarmy mleczne są szkodliwe dla dzieci z cukrzycą.

       „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” (Paracelsus). O tym zapominamy, zastanawiając się nad mlekiem.

      Myślę, że równie łatwo jak mleko, okrzyknięto by trucizną np. ryby (a szczególnie te z zanieczyszczonych mórz czy w formie przemysłowych paluszków rybnych w panierce), jajka czy orzechy włoskie, gdyby ludzie spożywali je codziennie, od urodzenia, przez wiele, wiele lat, lub gdyby podawano je już niemowlętom (być może w formie modyfikowanego białka ryb, jajek, orzechów, tak jak robi się to w przypadku białka mlecznego) również codziennie i kontynuowano takie karmienie dzieci w ich kolejnych latach życia. Natomiast ryby, orzechy, jajka czy... mleko, w swojej nieskażonej i naturalnej postaci, wprowadzane do diety małego człowieka, u którego układ immunologiczny osiągnął już pewną dojrzałość, wprowadzane w sposób stopniowy i sporadyczny, a potem oferowane od czasu do czasu, z pewnością nie wywołają u niego długookresowej alergii czy nietolerancji pokarmowej, a raczej będą mu służyć pod względem odżywczym.

      Zgodzę się, że dzieci to nie cielęta: nie muszą, wręcz nie powinny pić mleka krowiego... codziennie. Na tym koniec porównywania się z cielętami.

      Każdy pokarm spożywany w nadmiarze szkodzi, a więc truje: powoduje pewne zaburzenia w organizmie, a w konsekwencji - dolegliwości. Ignorowane zaburzenia w długim okresie prowadzą do chorób, często chronicznych, a te skracają życie. Nadmiar to zbyt duża dawka w ciągu doby lub zbyt duża częstotliwość spożywania, nawet, jeśli pojedyncze porcje są małe. Dobrym przykładem tego drugiego jest kawa lub herbata z dodatkiem małej ilości mleka pita codziennie.

      Dawkę i częstotliwość ustalamy dla każdego dziecka indywidualnie, na podstawie obserwacji reakcji jego organizmu. Moim Dzieciom nie szkodzi surowe mleko z gospodarstwa wiejskiego, pite raz w tygodniu do syta. Pijają od jednej szklanki do jednego litra na głowę, w zależności od ochoty. Czasami robimy kilkutygodniowe lub sezonowe przerwy od mleka w ogóle. Sery i inne produkty mleczne jadają bardzo rzadko. Chłopczyk lubi od czasu do czasu kwaśną tłustą śmietanę (z niepasteryzowanego mleka wiejskiego), ale w małych ilościach, głównie jako dodatek do placków ziemniaczanych. A więc ta dawka i ta częstotliwość mleka i jego przetworów jest w porządku w przypadku moich Dzieci.

      Chcę przy tym zaznaczyć, że moje Dzieci doświadczały w przeszłości reakcji alergicznych i nietolerancji m.in. na mleko (objawiających się w drogach oddechowych, w jelitach, na skórze, w układzie nerwowym). Jednak nie wyeliminowałam im mleka z diety, jedynie wprowadziłam jego rotację (czyli podawanie raz na kilka dni, naprzemiennie z innymi pokarmami) i postarałam się o mleko prawdziwe (dojone na moich oczach), całkowicie rezygnując z przemysłowych produktów mlecznych. To wystarczyło, Dzieci są zdrowe!

      Ja sama jestem typowym przykładem „nadwrażliwca” mlecznego: po wypiciu herbaty ze słodką śmietanką, niemal natychmiast odczuwam pewien dyskomfort (namiastkę bólu) w głowie i w jednym uchu; po spożyciu jednorazowej porcji mleka czy sera żółtego odczuwam na drugi dzień ćmienie migrenowe, a po spożywaniu mlecznych produktów przez dwa kolejne dni mam niemal gwarantowaną pełną migrenę. Prawdopodobnie jest to wynik spożywania pokarmów mlecznych dzień w dzień, od niemowlęctwa do wieku... 36 lat! Mówię tu o typowo mlecznych posiłkach (np. kaszy mannie na mleku) i „szklance mleka na zdrowie” spożywanych na co dzień w dzieciństwie oraz o ulubionej niegdyś codziennej kawie i herbacie z mlekiem oraz serze żółtym i twarogu jadanych kilka razy w tygodniu w życiu dorosłym. Do tego dochodzi kwestia jakości mleka i jego przetworów, która przez lata, wraz z rozwojem „cywilizacji spożywczej” pogarszała się. Teraz nie odrzucam całkowicie pokarmów mlecznych; od czasu do czasu spożywam kwaśną tłustą śmietanę w małych ilościach i prawie codziennie – surowe wiejskie masło. To mi nie szkodzi, czuję się dobrze i jestem zdrowa, pozbyłam się praktycznie moich wszystkich dawnych dolegliwości.

       

      Reasumując aspekt szkodliwości mleka, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście szkodliwe jest mleko w rozumieniu jego definicji przytoczonej na początku tego wpisu, czy raczej jego przemysłowe pochodzenie i przetworzenie oraz powszechne nadużywanie w diecie, w wyniku których to czynników dzieci nabywają alergii lub nietolerancji pokarmowej. Należy pomyśleć o pierwotnej przyczynie szkodliwości.

      Cdn.

       

      Literatura:

      1) dr Ewa Bednarczyk-Witoszek: Dieta dobrych produktów”, Wydawnictwo KOS, 2013 r.;

      2) prof. Jonathan Brostoff, Linda Gamlin: „Food allergies and food intolerance”, Healing Arts Press, 2000 r.;

      3) dr Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r.;

      4) Józef Słonecki: „Zdrowie na własne życzenie”, tom 2, Wydawnictwo Biosłone 2011 r.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „MLEKO - CZ. I ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 01 marca 2014 23:48
  • niedziela, 05 stycznia 2014
    • MASŁO

       

      Temat masła również miałam pominąć, bo zakładałam, że współcześnie nie ma już raczej wątpliwości, że to dobry, zdrowy pokarm i nie ma co dłużej zastanawiać się: masło należy dawać dzieciom do woli, w granicach wyznaczonych przez ich ochotę. Jednak kilka dni temu ktoś napisał do mnie: W maśle są tłuszcze trans”. Więc temat poruszam.

       

      CZY BOJĘ SIĘ NATURALNEGO MASŁA?

      Niedawno czytałam wywiad z dr. nauk biochemicznych Włodzimierzem Ponomarenko, który bez kompleksów bardzo dobrze ujął pewną kwestię: „W biochemii znam świetnie przemiany w komórce, ale nie wiem, jak z tego powstaje myśl”. Organizm człowieka nie jest do końca poznany przez naukowców, nie mają oni w tym względzie odpowiedzi na wszystko, podobnie jak wszechświat pozostaje dla nich tajemnicą. Dlatego przynajmniej tam, gdzie nie sięga nauka, zdajmy się na naszą intuicję, myślmy samodzielnie i kierujmy się logiką, a przede wszystkim -  zaufajmy Naturze. I nawet tam, gdzie naukowcy (nie zawsze przecież nieomylni) są przekonani o słuszności swych racji, nie ignorujmy własnego intelektu i instynktu oraz doceniajmy rozwiązania fascynującej w swej mądrości Natury.

      Znam kota, który nie tknie mleka z kartonu, za to chętnie pija mleko mniej przetworzone. Mleka z kartonu nie lubią nawet bakterie (bo czyż takie mleko zakwasi się tak jak mleko prosto od krowy?). Mądre stworzenia... Wracając do masła, dajmy dziecku na talerzyku świeże i czyste masło robione z niepasteryzowanego mleka w domu czy w gospodarstwie wiejskim, a na drugim – margarynę. Ciekawe, co wybierze dziecko?

      Nie boję się tłuszczów trans w naturalnym, nieprzemysłowym maśle. Ufam Naturze, ufam smakom moich Dzieci, w które wyposażyła ich Natura. Boję się tłuszczów trans powstałych w procesach chemiczno-przemysłowych, znajdujących się m.in. w margarynie. Naturalne tłuszcze trans występują w tłuszczach zwierząt przeżuwających, m.in. w tłuszczu krowy, owcy czy kozy. Ale są to ilości znikome w porównaniu do ilości znajdujących się w tłuszczach przemysłowo uwodornionych. Tak wymyśliła Natura i zapewne miała w tym swój cel... Małe, minimalne lub śladowe ilości pewnych związków chemicznych występujących w przyrodzie (poza tłuszczami trans są nimi np. kwas masłowy powstający w procesie jełczenia, zob. http://rozanski.li/?p=1140 czy związki cyjanogenne, zob. http://rozanski.li/?p=573 ) mogą mieć dobroczynny wpływ na organizm ludzki, podczas gdy ich większe ilości są trucizną. Poza tym, istnieje pewna chemiczna różnica w budowie naturalnych kwasów tłuszczowych trans i w budowie kwasów trans sztucznie powstałych, a co za tym idzie, te pierwsze uważane są za zdrowe, w odróżnieniu od uwodornionych tłuszczów roślinnych. Pamiętajmy też, że tłuszcze trans w naturalnych produktach występują w naturalnym otoczeniu innych związków chemicznych, i takie oddziałują inaczej, zapewne bezpieczniej, niż z osobna lub w sztucznie zmienionych proporcjach, bowiem oddziałują w naturalnej synergii. Wiele wskazuje na to, że naturalna kompozycja tłuszczów, węglowodanów, białek i innych związków (czyli pokarmy w swej naturalnej, nieprzetworzonej przemysłowo postaci) jest najbardziej kompatybilna, pasująca do organizmu ludzkiego. Ponadto, naturalnej postaci pokarmu często towarzyszą naturalne enzymy i mikroorganizmy, które są warunkiem łatwego zmetabolizowania i przyswojenia poszczególnych substancji pokarmowych przez organizm. Sztuczne substancje, np. margaryna, mogą powodować tylko kłopoty, tak jak sok jabłkowy wlany do baku samochodu zamiast benzyny.

       

      TŁUSZCZE TRANS NATURALNE KONTRA TŁUSZTE TRANS SZTUCZNIE WYTWORZONE

      Na poparcie mojej wyżej przedstawionej nieeksperckiej, intuicyjnej teorii przytoczę fragment fachowej pracy autorstwa Grażyny Cichosz i Hanny Czeczot z Katedry i Zakładu Biochemii I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (podkreślenia moje):

      Naturalnym źródłem kwasów tłuszczowych (KT) izomerii trans (TFA) są produkty mleczarskie i mięsne. Obecny w tłuszczu mlekowym oraz w mięsie przeżuwaczy kwas wakcenowy, a także skoniugowany kwas linolowy (CLA) wykazuje wszechstronne prozdrowotne działanie: immunostymulujące, antyoksydacyjne, przeciwmiażdżycowe i antynowotworowe.

      Głównym źródłem TFA w diecie człowieka są jednak produkty spożywcze zawierające uwodornione oleje roślinne (margaryny, produkty cukiernicze, tłuszcze smażalnicze, tzw. fast foods). Wyniki obserwacji epidemiologicznych, badań doświadczalnych i klinicznych wykazały, że sztuczne izomery trans są odpowiedzialne za wzrost ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego oraz niektórych typów nowotworów. Ponadto, sprzyjają powstawaniu zespołu metabolicznego, któremu towarzyszy otyłość, oporność na insulinę oraz cukrzyca typu 2. Niekorzystne działanie sztucznych TFA na procesy biochemiczne i fizjologiczne zachodzące w organizmie człowieka wskazuje na konieczność ograniczania ich spożycia.

      Mimo to, proponowany jest przez Parlament Europejski i Radę sposób znakowania żywności sumą zawartości KT nasyconych oraz TFA, bez rozróżniania sztucznych i naturalnych izomerów trans. Utożsamianie kwasów tłuszczowych nasyconych oraz TFA a tym bardziej utożsamianie naturalnych i sztucznych TFA, wprowadza konsumentów w błąd i uniemożliwia dokonywanie świadomego wyboru bezpiecznych dla zdrowia produktów spożywczych”.

      Polecam do przeczytania tę niezwykle ciekawą pracę w całości, ze szczególnym zwróceniem uwagi na rozdziały pt. „Naturalne izomery trans – wpływ na zdrowie” i „Sztuczne izomery trans – zagrożenia zdrowotne”. Link źródłowy podaję poniżej: http://www.ptfarm.pl/pub/File/Bromatologia/2012/2/BR%202-2012%20s.%20181-190.pdf

       

      MASŁO: KRÓTKOŁAŃCUCHOWE I ŚREDNIOŁAŃCUCHOWE KWASY TŁUSZCZOWE

      Masło, czyli tłuszcz mleczny zwiera bardzo korzystne dla zdrowia, rzadko występujące w przyrodzie krótkołańcuchowe i średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, w tym – średniołańcuchowy kwas laurynowy, który ma właściwości lecznicze (średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe w największej ilości występują w olejach tropikalnych, a w szczególności – w oleju kokosowym, zob. http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/12/OLEJE-TROPIKALNE-cz-I.html ).

      Kwasy tłuszczowe krótkołańcuchowe, znajdujące się głównie w tłuszczu mleka, mają właściwości antybakteryjne i zabezpieczają nas przed infekcjami jelitowymi, wywołanymi przez wirusy, drożdże i bakterie patogenne. Nie wymagają udziału kwasów żółciowych w trawieniu: są absorbowane bezpośrednio z jelita i są źródłem szybkiej energii (tj. są szybko metabolizowane). Są łatwo strawne i wspomagają nasz system immunologiczny. Krótkołańcuchowy kwas masłowy przeciwdziała nowotworom, pobudza wzrost kosmków jelitowych, przeciwdziała stanom zapalnym  w jelicie, wspomaga wchłanianie składników pokarmowych (więcej informacji: http://www.nowinylekarskie.ump.edu.pl/uploads/2011/4/299_4_80_2011.pdf ).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe również absorbowane są bezpośrednio z jelita, bez udziału kwasów żółciowych, stanowią źródło energii do natychmiastowego wykorzystania i nie są magazynowane. Wspomagają system immunologiczny. Kwas laurynowy ma wyjątkowe właściwości  antybakteryjne i przeciwpasożytnicze (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 13).

       

      DR JADWIGA KEMPISTY O MAŚLE

      Dla zilustrowania tematu, ponownie załączam wywiad z dr Jawdwigą Kempisty, lekarką-pediatrą, która leczy dietą. Pani doktor wypowiada się o zaletach masła surowego, nieprzemysłowego. Masło przemysłowe powstaje ze śmietany przemysłowo odwirowanej. Przemysłowe wirówki powodują niekorzystne zmiany w strukturze cząsteczek tłuszczowych, co przekłada się na mniej korzystne oddziaływanie masła przemysłowego na organizm ludzki. Natomiast masło z niepasteryzowanej, a więc surowej śmietany, delikatnie odwirowywanej lub takiej, która sama „odstała się” na powierzchni mleka, jest pokarmem o właściwościach leczniczych. Pani doktor mówi o obecności lizyny, lecytyny, witaminie E i występowaniu pożytecznego cholesterolu w takim maśle.

      Lizyna ginie w temperaturze 92 st. C, dlatego masło, w postaci surowej, należy dodawać do posiłków, gdy nieco przestygną, a nie w czasie gotowania. Lizyna to aminokwas niezbędny, który nie może być syntetyzowany w organizmie człowieka, a więc musi być dostarczony w pokarmie. Lizyna jest niezbędna do budowy białek, zwłaszcza w okresie rozwoju, uczestniczy w wytwarzaniu przeciwciał, enzymów i hormonów, korzystnie wpływa na mózg, stymuluje wzrost i naprawę tkanek. Pomaga wchłaniać wapń, jest potrzebna do budowy kości u dzieci.

      Lecytyna pełni ważną rolę w układzie nerwowym, w tym – w mózgu: stanowi składową tkanki nerwowej i mózgu. Lecytyna wzmacnia osłonkę mielinową (osłonkę włókien nerwowych), stanowiąc jeden z ważnych składników budulcowych błon neuronowych, obszaru komórek mózgu, gdzie odbywa się komunikacja międzykomórkowa. Degeneracja osłonki mielinowej, zachodzi przy autoimmunologicznym procesie zapalnym ośrodkowego układu nerwowego. Jest to ważna informacja w przypadku neurologicznej choroby dziecka, która może być wynikiem poszczepiennej reakcji autoimmunologicznej. Mojemu Chłopczykowi, u którego nasiliły się nadmierne wyładowania bioelektryczne w mózgu po serii szczepień na przełomie piątego i szóstego roku życia (podejrzewam, że właśnie mogło dojść do osłabienia osłonek mielinowych, które pełnią rolę izolatora i biorą czynny udział w przewodnictwie nerwowym), neurolog zalecił lecytynę. Nie podawałam mu jednak tej sproszkowanej, przemysłowo wyekstrahowanej, pozbawionej naturalnie towarzyszących jej enzymów, ale zadbałam o większy udział masła (i innych tłuszczów) oraz żółtek (również zawierających lecytynę) w jego diecie. Efekty takiej diety, pod względem wychodzenia z choroby neurologicznej mojego Dziecka były imponujące.

      Witamina E to bardzo dobry antyutleniacz. Chroni nas przed co najmniej 80 chorobami (dr Perugini Billi). Należy dodać, że masło jest też najbogatszym źródłem witaminy A, potrzebnej do wzrostu i regeneracji tkanek, wzmocnienia śluzówek, poprawy trawienia i właściwego wykorzystania białka, niezbędnej dla wzroku i stymulującej układ immunologiczny.

      Cholesterol ma również dobroczynne działanie, wbrew powszechnym opiniom. Uczestniczy w syntezie najważniejszego hormonu stresu – kortyzolu (który m.in. jest skutecznym środkiem antyalergicznym), w syntezie hormonów płciowych żeńskich i męskich oraz aldosteronu (hormonu regulującego przemianę elektrolitów w organizmie). Aktywizuje glukozę i potas, które sterują wszelką aktywnością umysłową oraz fizyczną. Podnosi krzepliwość krwi. Stabilizuje czynność serca i krążenie, podnosi ciśnienie krwi i hamuje zwyrodnienia nowotworowe. Odgrywa kluczową rolę w syntezie witaminy D, odpowiedzialnej za budowę kości i stawów. Cholesterol jest podstawowym składnikiem komórek (mitochondriów i błon), co warunkuje właściwe funkcjonowanie wszystkich narządów (na podstawie: prof. dr hab. med. Walter Hartenbach: „Mity o cholesterolu”, Oficyna Wydawnicza Interspar, 2007 r., str. 22-23).

      A teraz oddaję głos pani dr Jadwidze Kempisty:



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MASŁO”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 stycznia 2014 22:47
  • czwartek, 02 stycznia 2014
    • MARGARYNA

       

      Temat margaryny miałam opuścić, ale zmieniłam zdanie. Do niedawna wydawało mi się, że we współczesnych czasach dla większości ludzi, którzy choć trochę zastanawiają się nad tym, czym karmią swoje dzieci, oczywiste jest, że margaryna to produkt niejadalny. Okazuje się jednak, że tak nie jest...

       

      TŁUSZCZE UWODORNIONE

      Uwodornienie to proces chemiczny, jakiemu częściowo zostają poddane rafinowane nienasycone oleje roślinne (o produkcji olejów rafinowanych: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/11/OLEJE-ROSLINNE-RAFINOWANE.html ) w celu nadania im konsystencji stałej, takiej, jaką ma masło czy smalec, jak również uczynienia ich bardziej odpornymi na zepsucie. Uwodorniony tłuszcz jest bardziej nasycony, nasycony sztucznie dodanymi atomami wodoru. Najpopularniejszym tłuszczem uwodornionym jest margaryna (nazwana przez dr Perugini Billi „prawdziwym klejnotem mistyfikacji spożywczej”), która, jak wiemy, ma konsystencję twardą. Oleje w procesie uwodornienia podgrzewane są do wysokich temperatur i w warunkach wysokiego ciśnienia zostają poddane reakcji z wodorem gazowym. Używane są katalizatory, po których śladowe resztki (niklu i aluminium) mogą pozostać w produkcie finalnym (margarynie).

       

      TŁUSZCZE TRANS

      Uwodornienie zmienia ułożenie atomów w cząsteczkach tłuszczowych: prowadzi do powstania sztucznej i szkodliwej dla zdrowia konfiguracji „trans” (chodzi o zmianę położenia atomów wodoru względem atomów węgla z podwójnym wiązaniem). Konfiguracja pierwotna, nieszkodliwa, występująca w naturze to konfiguracja „cis”.

      Kwasy tłuszczowe trans powstają za sprawą współczesnej technologii i są obce ludzkiemu ciału. Ponieważ te tłuszcze nie przypominają naturalnych kwasów tłuszczowych potrzebnych do zachowania dobrego zdrowia, nasze ciała nie są w stanie spożytkować ich w sposób produktywny. To jak wlewanie soku jabłkowego do zbiornika paliwa w samochodzie – wychodzi z tego niezły bigos. Samochody są zaprojektowane w taki sposób, by jeździć na benzynie, a nie na jabłeczniku. Zawarte w soku jabłkowym cukry sprawiłyby, że silnik przestałby pracować. W podobny sposób kwasy tłuszczowe trans  sprawiają, ze nasze komórki niejako marzną i mają zaburzenia. Im więcej spożywa się kwasów tłuszczowych trans, tym większe zniszczenie komórkowe. W końcu całe tkanki i organy zostają poważnie dotknięte, co skutkuje chorobą” (Bruce Fife: „Cud oleju kokosowego”, Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, str. 45-46, podkreślenie moje).

       

      WSPÓŁCZESNE MARGARYNY

      Margaryny obecne na rynku mają zróżnicowaną ilość tłuszczów uwodornionych; średnio 15%, ale może być również i 45%. Ostatnio pojawiły się w handlu margaryny, które rzekomo nie zawierają lub zawierają tylko w minimalnych ilościach te niebezpieczne kwasy tłuszczowe. Tego typu margaryny są otrzymywane przez frakcjonowanie (rozdzielenie) różnych typów kwasów tłuszczowych i przez modyfikację struktury chemicznej kwasów tłuszczowych bez uwodornienia ich, która minimalizuje lub wyklucza powstawanie form trans. Niemniej jednak ciągle mówimy o produktach wysoce przetworzonych, nienaturalnych, a ponadto, zawsze pochodzących z olejów roślinnych, przemysłowo rafinowanych”. (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 107).

       

      ZASTOSOWANIE MARGARYNY I INNYCH TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Obecnie margaryna i inne tłuszcze uwodornione są powszechnie stosowane w przemyśle spożywczym. Pojawiają się w rozmaitych produktach spożywczych, ale nie zawsze wiadomo, w jakich produktach i w jakich ilościach. Tłuszcze uwodornione stosowane są w produktach smażonych, mrożonych, pieczonych i innych. Znajdziemy je w przemysłowych frytkach, ciastkach, czipsach, mrożonych pierogach, pizzy, maśle orzechowym, cukierkach, paluszkach, chrupkach, lodach czy w mrożonych deserach. Tłuszcze uwodornione prawie całkowicie zastąpiły stosowanie masła i smalcu w cukiernictwie.

       

      TOKSYCZNE WŁAŚCIWOŚCI TŁUSZCZÓW UWODORNIONYCH

      Margaryna i inne tłuszcze uwodornione mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu komórek (zmieniają własciowsci fizjologiczne błon komórkowych). Wpływają na funkcjonowanie wielu enzymów. Mają działanie promiażdżycowe. Redukują ilość tłuszczu w mleku matki, ze szkodą dla rozwijającego się układu nerwowego u niemowląt. Przekraczają barierę łożyska, docierając do płodu i hamując jego wzrost. Są jednym z czynników wystąpienia cukrzycy. Negatywnie wpływają na reakcję immunologiczną (odporność) organizmu. Powodują wzrost testosteronu, prowadząc do zaburzeń na tle hormonalnym. Wpływają na metabolizowanie substancji rakotwórczych i farmakologicznych. Zmieniają gospodarkę tłuszczową w organizmie. Mogą mieć związek z astmą u dzieci. Sprzyjają powstawaniu wolnych rodników. Spożywanie tłuszczów uwodornionych koreluje z występowaniem takich chorób jak nowotwory, stwardnienie rozsiane, zapalenie uchyłków jelita grubego i powikłania cukrzycowe (na podstawie: Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 109 - 111).

       

      WNIOSKI

      Margaryna, obok cukru rafinowanego, olejów rafinowanych, współczesnej pszenicy i mleka przemysłowego to cichy zabójca. Niebezpieczny, bo działa powoli, podstępnie, niezauważalnie, wprowadzając dziecko w choroby i skracając jego przyszłe, dorosłe życie. Skutki spożywania tłuszczu uwodornionego są niezauważalne w krótkim okresie. Powiedziałabym, że alkohol jest bezpieczniejszy, bo wzbudza natychmiastową reakcję organizmu. Nudności, ból głowy, chwiejny chód czy bełkot to wyraźne ostrzeżenie, które zmusza nas do myślenia, a co za tym idzie - ograniczenia spożycia alkoholu lub całkowitego wykluczenia go z diety. Dzieciom nie podajemy alkoholu nawet w najmniejszych ilościach, dla zasady, która jest powszechnie akceptowana. Niestety, taka zasada nie istnieje w odniesieniu do margaryny.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 stycznia 2014 13:49
  • niedziela, 22 grudnia 2013
    • OLEJE TROPIKALNE – cz. II

       

      OLEJ KOKOSOWY I MLEKO MATKI

      „Kwasy tłuszczowe, które sprawiają, że olej kokosowy jest tak skuteczny w walce z drobnoustrojami, to te same, które natura ulokowała w mleku matki, by chronić dzieci [głównie – kwas laurynowy; stosunek kwasu laurynowego do innych średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych w oleju kokosowym jest podobny do tego w mleku ludzkim]. Ludzkie mleko oraz mleko innych ssaków zawierają małe ilości średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Dlatego również znajdują się one również w maśle, które jest skoncentrowanym tłuszczem mlekowym. Mleko ze swoimi średniołańcuchowymi kwasami tłuszczowymi chroni nowo narodzone niemowlę przed szkodliwymi drobnoustrojami w najbardziej narażonym na niebezpieczeństwo czasie w życiu, podczas gdy jego układ immunologiczny wciąż się rozwija. To jeden z powodów, dla których do mieszanek dla niemowląt dodaje się olej kokosowy lub średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Matka, która spożywa olej kokosowy, będzie miała w swoim mleku więcej średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, by pomóc chronić i odżywiać jej dziecko. Jeśli jest dostatecznie bezpieczny dla nowo narodzonego dziecka, to jest wystarczająco bezpieczny dla nas. Natura stworzyła średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, by żywić nas i chronić przed chorobami zakaźnymi” (str. 91).

      Cytat ten daje wiele do myślenia. Warto zastanowić się nad pochopnym użyciem modnego powiedzenia: „Mleko krowie jest tylko dla cieląt”, w przypadku, gdy nie możemy zapewnić naszemu dziecku mleka ludzkiego i zanim całkowicie wyeliminujemy z jego diety mleko krowie (lub kozie) i jego przetwory. Mam na myśli prawdziwe mleko (tj. te prosto od krowy, pełnotłuste i nieprzetworzone w jakikolwiek sposób w zakładzie przemysłowym) i domowe przetwory z takiego mleka, a nie biały płyn, zwany mlekiem, sprzedawany w sklepach czy jakiekolwiek przemysłowe produkty pochodzące od mleka (sklepowe sery, śmietana, jogurt itp.). Ale więcej o mleku w ogóle – w oddzielnym wpisie.

       

      NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ PRZY ZAKUPIE OLEJU KOKOSOWEGO

      Tak jak w przypadku oliwy z oliwek, wybieramy olej kokosowy:

      • tłoczony na zimno;
      • nierafinowany;
      • bez jakichkolwiek dodatków.

      Ponieważ nie stosuje się wysokich temperatur i chemicznych rozpuszczalników, [taki] olej zachowuje swoje naturalne substancje fitochemiczne (substancje chemiczne pochodzenia roślinnego), które dają charakterystyczny kokosowy smak i zapach” (str. 201).

      Ponadto, warto zwrócić uwagę, czy olej kokosowy został wytłoczony z kopry, czyli z zasuszonego miąższu kokosa (wiórków kokosowych), czy ze świeżego orzecha kokosowego. Ten drugi jest zdecydowanie lepszy w smaku i, jak przypuszczam, lepszy pod względem jakości.

      Olej rafinowany, bielony i dezodoryzowany nie ma smaku i zapachu. Ze względu na szkodliwość procesów przemysłowych, jakim taki olej zostaje poddany, wykluczam go z listy produktów jadalnych.

       

      MOJE PRZEMYŚLENIA

      Pomimo długiej listy pozytywnych cech oleju kokosowego, jestem daleka od faworyzowania go, natomiast w pełni doceniam ten produkt w diecie. Jak zawsze, kieruję się moimi podstawowymi zasadami – aksjomatami żywieniowymi:

      • respektuję smaki moich Dzieci oraz ich ochotę na jedzenie lub niejedzenie danego pokarmu (np. niedawno zrezygnowałam ze smażenia naleśników na oleju kokosowym, bo Dzieci wolą naleśniki robione na smalcu lub na maśle klarowanym);
      • stosuję rotację i różnorodność (tj. włączam do jadłospisu dany pokarm naprzemiennie z innymi pokarmami; olej kokosowy stosuję naprzemiennie z oliwą z oliwek, masłem i smalcem, z okresowymi przerwami od każdego z nich);
      • preferuję pokarm w jego postaci pierwotnej, pełnej, a więc: lepiej jeść tłuszcz kokosowy, spożywając cały orzech kokosowy, niż tylko jego składową – wyciśnięty olej. Analogicznie do cukru i trzciny cukrowej, mąki ziemniaczanej i ziemniaków, łatwo utleniających się soków owocowych i bardziej zabezpieczonych przed tlenem świeżych owoców w całości, wraz z łupinami, a nawet pestkami, zdrowsze są pokarmy w swojej pierwotnej postaci, w ich biochemicznej kompozycji zaplanowanej przez Naturę, uwzględniającej najczęściej wszystkie składniki pokarmowe (białka, tłuszcze, węglowodany, sole mineralne i witaminy) w przeróżnych, niepowtarzalnych, ale naturalnych, czyli jadalnych proporcjach. Warzywa, owoce, nasiona i orzechy jadane w całości lub tuż po pokrojeniu, poszatkowaniu czy zmieleniu, prawdopodobnie są bardziej przyjazne dla organizmu człowieka, bardziej „znajome”, a tym samym łatwiej trawione i przyswajane, niż ich części, chemiczne elementy, pozyskiwane w skomplikowanych procesach produkcyjnych. Myślę, że jadane w całości pokarmy trudno przedawkować, w przeciwieństwie do substancji ekstrahowanych, np. sacharozy. A pamiętajmy, że pokarm jest zdrowy, jeśli nie jest zjedzony w nadmiarze, dotyczy to zapewne również oleju kokosowego.

      W jaki sposób można podawać dzieciom kokos w postaci naturalnej, ewentualnie – świeży kokos po obróbce domowej? Oto lista moich propozycji:

      1. Sok ze świeżego kokosa – woda znajdująca się wewnątrz orzecha kokosowego (pita przy pomocy słomki, bezpośrednio z orzecha);
      2. Miąższ ze świeżego kokosa, pokrojony w paseczki, wraz z cienką brązową skórką;
      3. Czipsy kokosowe z takiego miąższu robione w domu (kawałki świeżego miąższu szatkujemy na cienkie plasterki w robocie kuchennym i suszymy w piekarniku na dwóch blachach, w temperaturze 110 st. C, z włączonym termoobiegiem);
      4. Pełnotłuste wiórki kokosowe suszone, robione ze świeżego kokosa w domu (miąższ trzemy na dużych, średnich lub małych oczkach, używając robota kuchennego, następnie podsuszamy w piekarniku w sposób wyżej podany);
      5. Pełnotłuste wiórki kokosowe niesuszone: możemy przechowywać je w szczelnie zamkniętym słoiku w lodówce przez kilka dni, aby od czasu do czasu dodawać je do różnych potraw;
      6. Mleko kokosowe: niesuszone wiórki, te w formie najdrobniejszej, zalewamy dość ciepłą wodą i miksujemy w blenderze, następnie przecedzamy przez gęste sito lub gazę. Uzyskujemy bielutką, tłustą ciecz, do złudzenia przypominającą pełnotłuste mleko.
      7. Koktajl bananowo-owocowo-kokosowy: do blendera wlewamy mleko kokosowe, dodajemy banany i dowolne owoce, najlepiej jagodowe (latem świeże, a zimą mrożone lub pasteryzowane), w proporcjach według gustu, miksujemy.

       

      Moje Dzieci preferują sok i koktajl, poza tym od czasu do czasu dodaję im sam olej kokosowy do potraw typu ryż z bakaliami czy szarlotka z mąki jaglanej. W koktajlach mleko kokosowe można zastąpić łyżką oleju i większą ilością wody, jeśli nie mamy pod ręką świeżego kokosa. Czasami, gdy nie mam świeżych kokosów, robię mieszankę z suszonych owoców (mogą być rodzynki) i z płatków migdałowych, z dodatkiem przypraw korzennych i łyżki oleju kokosowego. To wszystko delikatnie podgrzewam na małej patelni, do wchłonięcia oleju. Taką mieszankę podaję mojemu Chłopczykowi mniej więcej raz na tydzień, na drugie śniadanie do szkoły.

      Ja za to uwielbiam kawałki świeżego kokosa, które w pełni wystarczają mi jako samodzielny posiłek: są sycące, ale lekkie i dają naprawdę dużo energii. Są idealne zamiast kanapki i świetnie smakują z kawą. Są szybkie w przygotowaniu, więc jadam je w trakcie częstej jazdy samochodem lub długotrwałych zakupów, gdy nie mam czasu na gotowanie.

      Moi znajomi natomiast zajadają się czipsami kokosowymi, dopytując się o przepis...

      Włączenie świeżych orzechów kokosowych obok lub zamiast oleju kokosowego do diety dziecka ma dodatkową korzyść: finansową; olej kokosowy jest stosunkowo drogi i nie każdy może pozwolić sobie na regularne kupowanie tego produktu, podczas gdy jeden orzech kokosowy kosztuje od 2 do 3 zł.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE TROPIKALNE – cz. II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:10
    • OLEJE TROPIKALNE - cz. I

       

      Jako główne źródło informacji do dzisiejszego wpisu wybrałam książkę napisaną przez dr. Bruce’a Fife’a pt.: „Cud oleju kokosowego” (Studio Astropsychologii, wyd. III, Białystok 2011, za cytatami poniżej będę podawać stronę książki). Bruce Fife jest dyplomowanym dietetykiem i lekarzem naturopatą, prezesem „Ośrodka Badań nad Kokosem”. Jako pierwszy usystematyzował wyniki badań nad właściwościami leczniczymi oleju kokosowego.

       

      OLEJE TROPIKALNE

      Do olejów tropikalnych zaliczamy:

      • olej palmowy;
      • olej z nasion palmy;
      • olej kokosowy.

      Olej palmowy pochodzi z miąższu olejowca gwinejskiego (tj. z łupiny otaczającej nasiona). Ma intensywny pomarańczowoczerwony kolor.

      Olej z nasion palmy uzyskiwany jest z nasion olejowca gwinejskiego. Ma czystą białą barwę.

      Olej kokosowy wytwarzany jest z nasion palmy kokosowej (tj. z orzechów kokosowych). Czysty olej kokosowy, wytworzony ze świeżych kokosów ma biały kolor, kiedy twardnieje (w temperaturach niższych niż 24 st. C) i jest całkowicie przeźroczysty w stanie płynnym (w temperaturze 24 st. C lub wyższej). Czysty olej ze świeżych kokosów ma łagodny smak i zapach kokosa (w odróżnieniu od oleju kokosowego rafinowanego, który nie ma ani smaku, ani zapachu).

      Wszystkie oleje tropikalne składają się głównie z nasyconych kwasów tłuszczowych (co jest unikatową cechą wśród olejów roślinnych). Wbrew powszechnym opiniom, takie nasycone oleje sprzyjają zdrowiu człowieka, przy założeniu, że są tłoczone na zimno, bez dodatków chemicznych i że nie są rafinowane. Należy przy tym pamiętać, że istnieje wiele różnych typów tłuszczów nasyconych oraz że poszczególne rodzaje różnie wpływają na organizm.

       

      SPORY NA TEMAT OLEJÓW TROPIKALNYCH

      Spory na temat tłuszczów nasyconych, a  w szczególności – na temat olejów tropikalnych wiążą się z dezinformacją, o której wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów o tłuszczach. Dla wielu odbiorców informacji medialnych wyrażenie „tłuszcz nasycony” wiąże się z tematem chorób układu krążenia, zawsze kojarząc się z miażdżycą i zawałem serca. „Do tego bardzo przysłużyło się Amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Soi (ASA). Cała sytuacja ma swój początek w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wówczas media wrzały, ostrzegając ludzi przed nowo odkrytym zagrożeniem zdrowia – olejami tropikalnymi. Wszędzie było głośno o tym, że olej kokosowy to tłuszcz nasycony i że powoduje zawał serca. Gdziekolwiek się odwróciłeś, każdy produkt, który zwierał olej kokosowy lub palmowy, był krytykowany jako >>niezdrowy<<” (str. 20). W rezultacie, w miejsce powszechnie stosowanych olejów tropikalnych (w przemyśle spożywczym, w restauracjach itp.) wprowadzono rafinowany olej sojowy i inne chemicznie przetworzone oleje roślinne, często w postaci najgorszej dla zdrowia – uwodornionej (sztucznie, chemicznie utwardzonej).

       

      WYJĄTKOWŚĆ OLEJU KOKOSOWEGO - BUDOWA CHEMICZNA

      Tłuszcze zbudowane są z cząsteczek zwanych kwasami tłuszczowymi. Powszechnie wiadomo, że kwasy tłuszczowe dzielimy na:

      • nasycone (najbardziej trwałe; tłuszcze z przewagą cząsteczek nasyconych kwasów tłuszczowych mają postać twardą, np. smalec);
      • jednonienasycone (raczej trwałe; w niższych temperaturach tracą postać płynną, np. oliwa z oliwek);
      • wielonienasycone (nietrwałe; zawsze mają postać płynną, np. olej kukurydziany).

      Wszystkie naturalne tłuszcze zawierają mieszankę w/w trzech klas kwasów tłuszczowych, z tym, że w danym tłuszczu przeważa jedna z klas i w konsekwencji dany tłuszcz przybiera nazwę tej klasy. Na przykład w oliwie z oliwek przeważają kwasy tłuszczowe jednonienasycone, stąd jej klasyfikacja jako „tłuszczu jednonienasyconego”, ale należy pamiętać, że oliwa z oliwek zawiera również kwasy tłuszczowe wielonienasycone i nasycone.

      Olej kokosowy zawiera 92% tłuszczów (kwasów tłuszczowych) nasyconych, 6% tłuszczów jednonienasyconych i 2% tłuszczów wielonienasyconych. Jest więc bardzo trwały, odporny na szybkie jełczenie. Oprócz tej cechy ma jeszcze jedną, równie wyjątkową: cząsteczki (kwasy tłuszczowe), które go tworzą mają średnią długość łańcucha węglowego.

      Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze jedno kryterium podziału kwasów tłuszczowych, uwzględniające długość łańcuchów węglowych pojedynczych cząsteczek (każda cząsteczka tłuszczowa składa się z łańcucha atomów węgla z „podpiętymi” do niego atomami wodoru i tlenu). Według tego kryterium wyróżniamy kwasy tłuszczowe (cząsteczki):

      • długołańcuchowe (najczęściej występujące w przyrodzie);
      • średniołańcuchowe (występujące stosunkowo rzadko, np. w oleju kokosowym, w mleku matki, w maśle);
      • krótkołańcuchowe (rzadko występujące w przyrodzie).

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe metabolizowane są (tj. trawione i wchłaniane) szybko i energooszczędnie: organizm nie zużywa tylu enzymów, co w trawieniu i przyswojeniu powszechnie używanych tłuszczów – długołańcuchowych. Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe usprawniają metabolizm białka i tłuszczu oraz wchłanianie minerałów i innych substancji odżywczych (zob.: http://www.izoo.krakow.pl/czasopisma/wiadzoot/2010/1/4Szewczyk.pdf ). „Krótsze” tłuszcze, szybko metabolizowane, działają bardziej jak węglowodany niż jak większość tłuszczów (kwasów tłuszczowych długołańcuchowych): są źródłem szybko pozyskiwanej energii. Na jakość tłuszczu i jego wpływ na nasze zdrowie składa się więc nie tylko nasycenie, ale również długość łańcuchów kwasów tłuszczowych, które ten tłuszcz budują. Długość łańcucha węglowego to kluczowy czynnik w sposobie trawienia i metabolizmu oraz wpływu na ciało tłuszczu spożywczego (str. 35).

      Olej kokosowy i olej z nasion palmy to najbogatsze źródła średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych. Olej kokosowy zawiera ich 64%, a olej z nasion palmy – 58%.

      Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które mają wyjątkowe właściwości antydrobnoustrojowe (tj. zwalczają bakterie, wirusy i grzyby) i które wchodzą w skład oleju kokosowego, to:

      • kwas laurynowy – 48% oleju kokosowego (ten kwas wykazuje największą aktywność antywirusową);
      • kwas kaprylowy – 8% (ten kwas jest jedną z najsilniej działających naturalnych substancji zwalczających drożdżaki);
      • kwas kaprynowy – 7%;
      • kwas kapronowy – 0,5%.

      Przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe właściwości oleju kokosowego ujawniają się dopiero po jego spożyciu i biochemicznym przekształceniu przez organizm. Kokos niespożyty, jak czasami można zauważyć po jego rozłupaniu, a nawet jeszcze w sklepie, może zostać zaatakowany przez grzyby i bakterie.

      Wyłączając oleje tropikalne, popularne oleje roślinne nie zawierają średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, a więc nie posiadają w/w właściwości.

       

      ZASTOSOWANIE OLEJU KOKOSOWEGO W MEDYCYNIE

      Olej kokosowy może być zastosowany w leczeniu wielu schorzeń, jak również w profilaktyce zdrowotnej. Ja sama, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tym produktem, zwróciłam uwagę na jego zastosowanie w chorobach mózgu (  http://pracownia4.wordpress.com/2011/03/08/cztery-lyzki-tego-pokarmu-dla-mozgu-moga-zapobiec-chorobie-alzheimera/ ). Jednym z objawów neurologicznej choroby mojego Chłopczyka były poważne zaburzenia mowy, które odzwierciedlały zaburzenia wykazane w nieprawidłowym zapisie EEG. Olej kokosowy wprowadziłam do jego diety z marszu. Leczniczo podawałam mu go codziennie, w pokarmach lub na łyżeczce, przez około miesiąc. Nie jestem zwolenniczką suplementów, uważam, że długookresowe zdrowe odżywianie wystarczy. Jednak tutaj chciałam poeksperymentować.  Po miesiącu codziennej suplementacji olejem kokosowym stan neurologiczny mojego Dziecka wyraźnie poprawił się, co zauważył również neurolog w kolejnym, kontrolnym badaniu EEG (mówię jedynie o spostrzeżeniu zależności czasowej). Zalecałabym taki miesięczny „eksperyment” w przypadku każdego dziecka jakkolwiek dotkniętego zaburzeniami neurologicznymi. Jeśli po miesiącu widać ustępowanie objawów, warto pozostawić kokos (olej kokosowy) w diecie dziecka, ale już niekoniecznie jako codzienny suplement, tylko w rotacji i ilości dyktowanych jego smakami, robiąc stosowne przerwy.

      Jak wspomniałam, olej kokosowy ma właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze i przeciwpierwotniakowe. „Kwasy tłuszczowe, które znajdują się w kokosie, to silne antybiotyki” (str. 93), jednak nie niszczą przyjaznych bakterii jelitowych. Autor wspomnianej na początku tego wpisu książki, jako dietetyk i lekarz, przytacza cały katalog schorzeń, w których leczeniu stosowanie oleju kokosowego może pomóc. Są to: przewlekła łuszczyca, łupież, przedrakowe zmiany skórne, grypa, infekcje gardła, zapalenie płuc, zapalenie zatok, ból ucha, zatrucie pokarmowe, zakażenie pęcherza moczowego, cukrzyca (tłuszcz kokosowy zapewnia komórkom dostarczenie energii bez udziału insuliny i reguluje stężenie glukozy we krwi), przewlekłe zmęczenie, hemoroidy, próchnica zębów, wrzody żołądka, powiększona prostata, epilepsja (zaobserwowano zmniejszanie się częstotliwości napadów padaczkowych u dzieci, którym dodano do pożywienia średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe), opryszczka narządów płciowych, grzybice (w tym – kandyzdoza), choroby pasożytnicze (np. stwierdzono, że zwierzęta domowe karmione mielonym kokosem wydalają pasożyty jelitowe), zapalenie wątroby typu C, a nawet AIDS. Mówi też o zastosowaniu oleju kokosowego w profilaktyce chorób serca (wbrew utartym opiniom). Średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe nie tylko nie zwiększają poziomu cholesterolu we krwi, ale też mogą pośrednio przyczyniać się do obniżenia lipoprotein LDL i zwiększenia lipoprotein HDL (poprzez pobudzenie metabolizmu). Przeciwdziałają lepkości płytek krwi, a tym samym – tworzeniu się skrzepów.

      Olej kokosowy stanowi również idealną maść na suchą, szorstką i pomarszczoną skórę i przynosi ulgę takiej skórze. Sprawdziłam tę właściwość na chorej skórze mojej ponad dziewięćdziesięcioletniej Babci i Babcia potwierdza: skóra zdrowieje przy regularnym stosowaniu oleju kokosowego. Moim zdaniem nierafinowany, czysty, naturalny olej kokosowy jest najlepszym kremem dla niemowląt i dzieci (a nie przemysłowe oliwki czy specjalistyczne kremy dla dzieci, zawierające szereg sztucznie dodanych substancji chemicznych, chociażby takich jak dwutlenek tytanu). Taki olej, ze swoimi właściwościami przeciwgrzybiczymi, przeciwwirusowymi i przeciwbakteryjnymi, leczy, regeneruje i chroni skórę. Chętnie wypróbowałabym go w leczeniu ciemieniuchy u niemowlęcia czy łupieżu u człowieka dorosłego. Olej kokosowy jest bardzo dobry jako baza do ziołowych balsamów robionych w domu. Latem zrobiłam balsam z oleju, ze świeżego, przeciśniętego przez wyciskarkę do czosnku listka babki lancetowatej oraz z ususzonego i zmielonego w młynku do kawy skrzypu polnego. Balsam zastosowałam u mojego Chłopczyka do smarowania wewnętrznych ścianek nosa, ze względu na osłabienie śluzówki (stwierdzone przez laryngologa), objawiające się częstymi krwawieniami z nosa. Balsam nie zepsuł się do dzisiaj, pomimo przechowywania go w temperaturze pokojowej i pomimo użycia świeżego, surowego liścia. A krwawienia z nosa wyraźnie ustąpiły. Autor książki proponuje natomiast sporządzenie balsamu z oleju kokosowego i świeżego, rozgniecionego czosnku i stosowania takiego balsamu w przypadku infekcji skórnych.

      Olej kokosowy używany jest w wielu tradycyjnych systemach medycyny, np. w Indiach stanowi istotny składnik niektórych ajurwedyjskich recept, stosowany jest do usuwania tasiemców czy wcierany jest w skórę głowy, w celu pozbycia się gnid. Poza tym, olej kokosowy stosowany jest w szpitalach w przypadku pacjentów, którzy mają problemy z trawieniem i przyswajaniem pokarmu. Podaje się go niemowlętom i małym dzieciom, które nie są w stanie trawić innych tłuszczów. Jest składnikiem mieszanek dla niemowląt.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 22:05
  • niedziela, 24 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE

       

      Jeśli wykluczymy z diety rafinowane oleje roślinne, z dostępnych tłuszczów roślinnych pozostają nam do wyboru:

      • stosunkowo trwałe tłuszcze - nierafinowana oliwa z oliwek (tłuszcz roślinny, w którym przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych jednonienasyconych) oraz nierafinowany olej kokosowy (ewentualnie olej palmowy) i dostępny w Polsce orzech kokosowy (w tych tłuszczach przeważają cząsteczki kwasów tłuszczowych nasyconych); im bardziej trwały tłuszcz, tym twardszą ma postać w niższych temperaturach (co wyraźnie widać w przypadku trwałych tłuszczów zwierzęcych, takich jak czysty tłuszcz mleczny – masło klarowane oraz smalec, pozostawionych w lodówce, a także w przypadku oleju kokosowego, natomiast nieco mniej trwała oliwa z oliwek w warunkach chłodniczych gęstnieje i matowieje);
      • nietrwałe tłuszcze (tj. te z przewagą cząsteczek kwasów tłuszczowych wielonienasyconych) – pozostałe oleje nierafinowane tłoczone na zimno (np. olej lniany, sezamowy, słonecznikowy, rzepakowy, olej z pestek dyni, olej z nasion wiesiołka, czarnuszki, ostropestu itp.)  oraz rozmaite orzechy i nasiona oleiste; tłuszcze nietrwałe (tzw. wielonienasycone) pozostają płynne nawet w niskich temperaturach.

      Trwałość tłuszczu wiąże się z jego odpornością na jełczenie (utlenianie); jełczeniu sprzyja światło, ciepłe i wysokie temperatury oraz dostęp powietrza.

      O oliwie z oliwek już pisałam ( http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/10/TLUSZCZ.html ), o oleju kokosowym napiszę w przyszłości. Dzisiaj – o nierafinowanych wielonienasyconych tłuszczach roślinnych, należących do tłuszczów nietrwałych.

      Czy wielonienasycone kwasy tłuszczowe są zdrowe? Tak, co więcej, niektóre z nich (prawdopodobnie...) są niezbędne. Tłuszcze niezbędne, czyli takie, które muszą być dostarczone z pożywieniem, gdyż nie mogą być syntetyzowane w komórkach organizmu ludzkiego, pełnią wiele ważnych ról: „Biorą udział w mechanizmach produkcji energii życiowej z pokarmu i jej dystrybucji w organizmie. Wiążą tlen i transportują elektrony w procesie utleniania. [...] Mają wpływ na wzrost i podział komórek, procesy naprawy w tkankach, procesy zapalne, koagulację krwi i rozwój mózgu”. Ale: „Prawdą jest, że niektórzy autorzy badań mają wątpliwości co do występowania niedoborów kwasów tłuszczowych w organizmie, takich, które usprawiedliwiałyby suplementację diety tymi właśnie kwasami” (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 17).

      Moim zdaniem, muszą być spełnione „tylko” dwa warunki, aby odnieść korzyść zdrowotną z wielonienasyconego tłuszczu roślinnego. Są nimi:

      1. absolutna świeżość;
      2. odpowiednia (nienadmierna) dawka.

      Pierwszy warunek jest powszechnie nieprzestrzegany, co widać w zwykłym hipermarkecie czy nawet w sklepie ze zdrową żywnością: nierafinowane oleje roślinne tłoczone na zimno oferowane są na niechłodzonych, oświetlonych półkach, a daty przydatności do spożycia tych tłuszczów, określone przez producentów, z pewnością nie oznaczają, że szkodliwy dla zdrowia proces jełczenia nie rozpoczął się przed upływem tych dat.

      Do drugiego warunku odniosę się poniżej.

      Olej wytłoczony z orzechów czy nasion, nawet ten tłoczony na zimno i z pominięciem procesu rafinacji, ma według mnie nieco... sztuczną formę. Analogicznie do przemysłowo uzyskiwanej sacharozy („wydobywanej” z trzciny cukrowej lub buraków cukrowych), jest oddzielony od rośliny, z której pochodzi i spożywany już w nienaturalnej postaci, a przynajmniej, potencjalnie - w nienaturalnie dużych ilościach. Pomyślmy, jaką ilość mielonych nasion lnu jesteśmy w stanie spożyć jednorazowo, a jaką - oleju wytłoczonego z tych nasion, oraz ile mililitrów oleju uzyskujemy np. z dwóch łyżek nasion lnu. Podobnej analizy można dokonać na przykładzie mąki ziemniaczanej i ziemniaków. Dochodzę do wniosku, że spożywanie pokarmów w jak najbardziej naturalnej formie chroni nas przed nadmiarem ich pojedynczych składników. A nadmiar, z definicji, nie jest pożądany, szkodzi.

      Wróćmy do dr. Billi i jego książki. „Według ekspertów spożycie tłuszczów wielonienasyconych nie powinno przekroczyć 4% całkowitej ilości potrzebnych człowiekowi kalorii(str. 98). I jeszcze o zasadności spożywania oleju lnianego i oleju sojowego, które zawierają odpowiednio prawie 60% i 7-10% kwasu alfa-linolenowego (kwas ten jest niezbędnym kwasem tłuszczowym Omega 3): „Oleje te nigdy nie należały do naszej tradycji kulinarnej. Aż do kilkudziesięciu lat wstecz byliśmy w stanie żyć w zdrowiu bez nich (wielu z nas jest w stanie żyć tak aż do dzisiaj). Przez całe wieki, jeśli nie powiedzieć tysiące lat, otrzymywaliśmy te niewielkie, potrzebne ilości kwasu alfa-linolenowego z różnych naturalnych produktów spożywczych, np. z orzechów. Cztery łyżeczki zmielonych orzechów odpowiadają 2 g tego cennego kwasu tłuszczowego. Jeśli zapotrzebowanie dzienne na ten kwas wynosi 0.5 – 1.5% całkowitej ilości spożytych kalorii i jeśli nasza dieta przewiduje 2000 kalorii, to powinniśmy spożyć 2.2 – 3.3 g kwasu alfa-linolenowego. Jak widać, kilka orzechów jest już w stanie pokryć całe nasze dzienne zapotrzebowanie na ten kwas. Ponadto, mniejsze ilości tego kwasu znajdują się w warzywach i produktach pochodzenia zwierzęcego, takich jak masło, mleko, jajka i mięso, pod warunkiem, że zwierzęta te są odpowiednio hodowane. Kończąc rozważania na temat kwasu alfa-linolenowego trzeba dodać, iż prawdziwych jego niedoborów u człowieka do tej pory nie zaobserwowano” (str. 118 – 119, pogrubienia moje).

      Jak widać, można znaleźć w literaturze opinie w zakresie prawidłowego odżywiania, które przeczą najbardziej, wydawałoby się, oczywistym i powszechnym tezom. Ja osobiście staję się tym bardziej nieufna, im bardziej „oczywisty” jest jakiś pogląd. Staram się używać logiki i intuicji tam, gdzie nie jestem ekspertem i mam do czynienia z takim poglądem oraz szukam wiedzy na tematy, które mnie niepokoją. Trzeba uświadomić sobie, jak powstają tezy w świecie nauki. Wyobrażam sobie, że najpierw tezy powstają jako wyniki badań empirycznych, a potem są wielokrotnie powtarzane, ale już bez weryfikacji tych badań. Kto pamięta zabawę w głuchy telefon? Jako przykład tej „zabawy” w świecie nauki, podam cytat z książki profesora dr. hab. med. Waltera Hartenbacha pt.: „Mity o cholesterolu” (Oficyna Wydawnicza „Interspar”, 2007 r.): „[...] co stwierdziłem wspólnie z zaprzyjaźnionym  biochemikiem światowej sławy, profesorem dr. H. Krautem, banany zwierają znacznie mniej potasu, niż podaje się w podręcznikach. Ponad 40 lat temu bananowi, owocowi względnie ubogiemu w potas, na skutek błędu w druku w pewnym podręczniku, przypisano właściwości wyjątkowo cennego źródła potasu. Od tamtej pory najwidoczniej powszechnie przyjęto do wiadomości ten błąd. Razem z profesorem Krautem przeprowadziliśmy przez lata rozległe badania nad stężeniem elektrolitów w organizmie pacjentów i sportowców. Naszą uwagę przykuł fakt, ze wyniki badań krwi, które uzyskaliśmy odnośnie do zawartości substancji w pożywieniu, a zwłaszcza elektrolitów, częściowo znacznie odbiegały od danych, przekazywanych do powszechnej wiadomości przez laboratoria przemysłu spożywczego” (str. 78).

      Wracając do nierafinowanych olejów roślinnych, obawiałabym się ich nadużywania, jeśli już nie procesu jełczenia (przy trudnym do spełnienia założeniu, że kupujemy olej zaraz po wytłoczeniu, przez cały czas przechowujemy w niskiej temperaturze, w ciemności i w szczelnie zamkniętej butelce oraz spożywamy w pierwszych dwóch – czterech tygodniach? – nie wiem, po wytłoczeniu). Myślę, że są sytuacje, w których nienaturalnie duże dawki oleju np. lnianego mają działanie lecznicze i takie powinny być stosowane. Ale w tych sytuacjach olej traktujemy jak lek, a więc spożywamy go w konkretnie ustalonych dawkach, w ograniczonym okresie i pod fachową kontrolą lekarza – dietetyka, jako remedium być może, np. na chorobę nowotworową czy chorą śluzówkę jelita. Natomiast w przypadku codziennego odżywiania dzieci, stanowiącego profilaktykę lub łagodną stymulację powrotu do zdrowia, raczej nie polecałabym suplementowania diety nierafinowanymi olejami roślinnymi na zasadzie codziennych dawek. Chyba, że... dziecko ma wyraźnie ochotę na określony olej. Wówczas ono samo dobiera sobie dawkę i częstotliwość, a kontrolę sprawuje fachowiec – Natura. Mój Chłopczyk, cztery lata temu domagał się codziennie tranu (zawierającego wielonienasycone kwasy tłuszczowe pochodzenia zwierzęcego), i to tego bardziej „śmierdzącego”. Popijał tran z własnej woli przez dwa tygodnie, a może dłużej, a potem odstawił go całkowicie.

      W jaki więc sposób zapewnić dzieciom niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe w posiłkach? Pamiętajmy, gdzie Natura umieszcza te tłuszcze... Naturalna forma pokarmu zapewnia świeżośćodpowiednią dawkę i najbardziej optymalne warunki przyswajania wartości odżywczych, jakie ten pokarm zawiera. U nas w domu, od początku września do końca zimy, w kilku łatwo dostępnych miejscach, porozstawiane są talerze z różnymi orzechami: włoskimi, ziemnymi czy laskowymi oraz dwa dziadki do orzechów (konfliktom należy z góry zapobiegać...). Dzieci spontanicznie same wybierają sobie te orzechy, na które mają ochotę, rozłupują łupiny i jedzą. Do posiłków natomiast dodaję im w niewielkich ilościach, ale raczej codziennie i w rotacji przeróżne nasiona: lnu, maku, słonecznika, dyni, ostropestu, kakaowca, sezamu, owoce goi. Nasiona te mielę bezpośrednio przed użyciem, dzięki czemu olej w nich zawarty nie zdąża zjełczeć. Ulubioną przekąską mojego Chłopczyka są płatki migdałowe z rodzynkami, z dodatkiem przypraw korzennych lub duszone jabłka lub gruszki z dodatkiem tychże płatków i przypraw. Ponadto, wielonienasycone kwasy tłuszczowe występują w małych ilościach w innych pokarmach, które spożywają moje Dzieciaki. I to myślę wystarczy, jeśli chodzi o zapewnienie w diecie dziecka świeżego wielonienasyconego tłuszczu roślinnego.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE NIERAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 listopada 2013 16:28
  • niedziela, 17 listopada 2013
    • OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE

       

      Oleje roślinne rafinowane, należące do tłuszczów wielonienasyconych, to tłuszcze najczęściej dzisiaj używane, np. popularny olej kukurydziany, słonecznikowy, rzepakowy czy olej z pestek winogron. Za sprawą trzech czynników: mitu o prozdrowotności, szerokiego zastosowania (smażenie, pieczenie, gotowanie i robienie sałatek) oraz stosunkowo niskiej ceny, oleje roślinne rafinowane zdominowały restauracje, stołówki, przemysł spożywczy i prywatne kuchnie, wypierając częściowo lub całkowicie rzekomo szkodliwe naturalne tłuszcze nasycone (masło, smalec, olej kokosowy i palmowy). Natomiast oleje roślinne tłoczone na zimno i nierafinowane, ze względu na wysoką cenę i ograniczone zastosowanie (nie mogą  być używane do smażenia) nie mają szans na powszechne zainteresowanie (nad tym jednak nie ubolewam, ze względu na nietrwałość, a więc potencjalną szkodliwość takich olejów).

      Chciałabym dzisiaj przedstawić proces produkcji oleju, głównie na podstawie wspomnianej już kiedyś książki: „Jedz tłusto i bądź zdrowy” (Wydawnictwo WGP, 2011 r.). Autor książki, Francesco Perugini Billi jest lekarzem i biotechnologiem. Ta książka, napisana przez niezależnie myślącego specjalistę, do tego napisana w sposób rzeczowy, naukowy, a zarazem przystępny oraz poparta szeroką literaturą, zrewolucjonizowała moje poglądy na temat olejów roślinnych; sprawiła, że w jednym dniu wszystkie oleje, jakie miałam w swojej kuchni, ku lekkiemu przerażeniu mojego Męża, wylądowały w koszu na śmieci. To nie było wyrzucanie pieniędzy. To było przemyślane i świadome działanie na rzecz zdrowia mojej Rodziny.

       

      Historia

      Oleje, które do lat 50-tych były zwykłymi produktami spożywczymi, i to nienajlepszymi, nagle uzyskały status produktów leczniczych. Nie było to bez znaczenia dla producentów olejów chcących zrobić wielkie pieniądze. Ciąg dalszy historii znamy już wszyscy. Reklamodawcy, lekarze i dietetycy, wszyscy jednym głosem zaczęli przekonywać nas o dobroczynnym wpływie olejów wielonienasyconych na nasz organizm i zachęcać do spożywania ich na co dzień, zamiast tradycyjnych tłuszczów zwierzęcych” („Jedz tłusto i bądź zdrowy”, str. 92, podkreślenie moje).

       

      Produkcja

      Produkcja olejów rafinowanych składa się z wielu etapów i związana jest z wielokrotnym zastosowaniem wysokich temperatur oraz użyciem substancji chemicznych. W moim odbiorze jest przerażająca. Poniżej przedstawiam etapy produkcji w uproszczonym opisie.

      Etap 1:

      Nasiona, orzechy lub owoce roślin motylkowych są czyszczone, łuskane, rozdrabniane, mielone, a potem – wstępnie tłoczone na gorąco. Następnie, wytłoki zostają poddane ekstrakcji (wypłukiwaniu) przy pomocy rozpuszczalnika (heksanu - węglowodoru otrzymywanego w trakcie destylacji ropy naftowej lub benzyny ekstrakcyjnej). Na tym etapie zostają utracone: białko, błonnik, witaminy i minerały.

      Etap 2:

      Uzyskany ekstrakt zostaje poddany destylacji (w celu usunięcia rozpuszczalnika) w temperaturze 150 st. C. Resztki rozpuszczalnika usuwa się przez przepuszczenie przez olej pary wodnej o bardzo wysokiej temperaturze (niewielkie jego ilości i tak pozostają w oleju).

      Etap 3:

      Na tym etapie zostają usunięte substancje śluzowe, w procesie podgrzewania oleju do temperatury 60 – 90 st. C gorącą wodą z kwasem fosforowym oraz poprzez wirowanie. Dochodzi do utraty fosfolipidów (np. cennej dla zdrowia lecytyny), składników białkowych, cząstek wielocukrów, chlorofilu, wapnia, magnezu, żelaza i miedzi.

      Etap 4:

      Jest to etap rafinacji, czyli oczyszczania. Do rafinacji używany jest wodorotlenek sodu lub jego mieszanina z węglanem sodu, z którymi zostaje wymieszany olej. Dochodzi do reakcji chemicznej, w wyniku której powstaje... mydło. Ten etap eliminuje wolne kwasy tłuszczowe (w formie mydła), pozostałości fosfolipidów, substancje białkowe, pigmenty, wapń, magnez i mikroelementy.

      Etap 5:

      Jest to etap odbarwiania. I w tym etapie ponownie używa się wysokich temperatur oraz substancji chemicznych. Dochodzi do szkodliwych dla zdrowia zmian w strukturze kwasów tłuszczowych nienasyconych  oraz do utraty chlorofilu i beta-karotenu.

      Etap 6:

      To etap dezodoryzacji, czyli eliminacji z oleju substancji odpowiedzialnych za smak i zapach, przy pomocy wysokich temperatur. Utracone zostają wolne kwasy tłuszczowe, fitosterole i witamina E.


      Źródła:

       

      Wnioski

      Oleje roślinne poddane wysokim temperaturom i przechodzące przez szereg reakcji chemicznych zostają pozbawione wielu cennych substancji odżywczych. Ponadto struktura chemiczna kwasów tłuszczowych zawartych w tych olejach zostaje niebezpiecznie zmieniona. Reasumując, olej roślinny rafinowany to produkt pozbawiony naturalnych wartości odżywczych (o czym świadczy chociażby jego nijaki smak i zapach), ponadto – produkt sztuczny, niewystępujący w naturze, a na dodatek – produkt szkodliwy. Taki produkt „spożywczy” nie tylko nie jest wartością dla organizmu naszych dzieci, ale stanowi zagrożenie dla ich zdrowia. Pamiętajmy też, że oprócz postaci czystej, w butelkach, występuje on w większości przetworzonych produktów spożywczych, począwszy od przemysłowych pokarmów dla niemowląt i małych dzieci, poprzez pieczywo, przemysłowe ciastka i inne słodycze, przemysłowe zupy, kremy, frytki, dania gotowe itp., skończywszy na daniach w stołówkach i restauracyjnych. Czytajmy etykiety na produktach spożywczych. Już samo hasło: „olej roślinny” lub „tłuszcz roślinny” powinno dyskwalifikować produkt w zdrowej kuchni dla dzieci. Najczęściej takie hasło oznacza olej (tłuszcz) przemysłowy, rafinowany, a nawet, gdyby był to olej roślinny nierafinowany, to z pewnością byłby już mniej lub bardziej zjełczały. Ja zwracam uwagę na etykiety nawet w przypadku produktów ze sklepów ze zdrową żywnością, np. nie kupuję ekologicznych rodzynek niesiarkowanych, jeśli w ich składzie jest olej roślinny.

      Obok przemysłowo uzyskanego cukru (najczęściej sacharozy, ale nie tylko), odrzucamy więc oleje roślinne. Na co jeszcze zwracać uwagę, czytając etykiety? O tym napiszę w przyszłości.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „OLEJE ROŚLINNE RAFINOWANE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 listopada 2013 00:23
  • czwartek, 31 października 2013
    • PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ

       

      Ponieważ smaki mojego Chłopczyka bardzo się ostatnio zmieniają, postanowiłam jeszcze raz spisać jego wybory kulinarne, z ostatnich dni, aby pokazać, jak to moje „słuchanie dziecka” wygląda w praktyce. Poniższe zestawienie można porównać z jadłospisem sprzed kilku miesięcy: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/06/CO-WYBRALY-MOJE-DZIECI.html

       

      DZIEŃ

      JADŁOSPIS

      SKŁADNIKI

      UWAGI

      poniedziałek

      kotlet schabowy panierowany, zielona pietruszka, herbata rumiankowa

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, cytryna, czosnek, majeranek, sól, gorczyca, pieprz), panierka (jajko, mąka kukurydziana), smalec gęsi, pietruszka, rumianek

      wieprzowina, pietruszka, czosnek – z gospodarstwa wiejskiego, panierka – bezglutenowa, smalec gęsi – wytapiany w domu, sól - kamienna, niejodowana, bez antyzbrylacza

      2 gruszki

       

      z gospodarstwa wiejskiego

      szarlotka jaglana

      mąka jaglana, sól, żółtka, jajko, masło, olej kokosowy, jabłka, przyprawy korzenne, nasiona / orzechy

      mąka jaglana – mielona w domu, jajka, masło, jabłka – z gospodarstwa wiejskiego, olej kokosowy – na zimno tłoczony, nierafinowany, przyprawy korzenne rotowane (używane naprzemiennie w ciągu około dwóch – trzech tygodni), nasiona / orzechy – rotowane (naprzemiennie: mak, słonecznik, pestki dyni, ziarno kakaowca, sezam, rozmaite orzechy itd.)

      placki ziemniaczane z zieloną pietruszką, kwaśna śmietana

      ziemniaki, cebula, czosnek, mąka gryczana, pieprz czerwony, kminek mielony, kurkuma, sól, jajka, smalec gęsi, pietruszka, kwaśna śmietana

      ziemniaki, jajka, śmietana niepasteryzowana – z gospodarstwa wiejskiego, mąka gryczana – mielona w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

      jedzone przypadkowo, o dowolnej porze dnia, orzechy włoskie prosto spod orzecha (woli takie od tych, które  przeleżały w domu)

      Wtorek

      parówki wieprzowe z zieloną pietruszką i musztardą, herbata rumiankowa

      wieprzowina, sól, minimalna ilość peklosoli, gałka muszkatołowa, pieprz, wywar z lubczyku, ziela angielskiego i liścia bobkowego, słodka papryka, tłuszcz wieprzowy, pietruszka, gorczyca, ocet jabłkowy, sól, miód, pietruszka, rumianek

      parówki i musztarda – robione w domu

      2 gruszki

       

       

      ryż z solą, olejem kokosowym i masłem

       

      ryż moczony z octem jabłkowym na dobę przed ugotowaniem (w celu neutralizacji kwasu fitynowego), masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy

      schab w plasterkach

      wieprzowina, marynata (oliwa z oliwek, czosnek, sól, kminek, bazylia, majeranek, kurkuma, imbir, chili, czarny pieprz, cytryna)

       

      duszone jabłka z gruszkami i cynamonem, posypane płatkami migdałowymi

      jabłka, gruszki, wywar z korzenia imbiru, cynamon, oliwa z oliwek, przyprawy korzenne,migdały

      owoce – z gospodarstwa wiejskiego, migdały ekologiczne

      mielone mięso z rosołu

      wołowina i kaczka z rosołu, sól, pieprz czarny, zielona pietruszka, oliwa z oliwek

       

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Środa

      rosół z makaronem kukurydzianym i zieloną pietruszką

      wywar (wołowina, kaczka, majeranek, kozieradka, len, listek bobkowy, rozmaryn, pietruszka korzenna, lukrecja, korzeń imbiru, pieprz czarny, sól, por, kalarepa z liśćmi, zielona pietruszka), kukurydza, pietruszka

      mięso – z gospodarstwa wiejskiego, makaron bezglutenowy – kukurydziany, z kukurydzy niemodyfikowanej genetycznie, bez jajek

      2 jabłka

       

       

      ryż z jabłkami z dodatkiem gruszki i sezamu

      ryż, olej kokosowy, masło, jabłka, gruszki, przyprawy korzenne, sezam, wywar z korzenia imbiru

      masło niepasteryzowane, dodawane po ugotowaniu potrawy, sezam niełuskany ekologiczny

      mielone mięso z rosołu

       

       

      wywar z siemienia lnianego z dodatkiem soku z wiśni

       

      sok z wiśni bez dodatku cukru, robiony w domu

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

      Czwartek

      zupa pomidorowa z ryżem

      wywar (= rosół – jak wyżej), zmiksowane warzywa z rosołu, zmiksowane pomidory ze skórką, ryż, masło

      pomidory – z gospodarstwa wiejskiego, masło niepasteryzowane dodawane na talerzu

      kwaśna śmietana

       

      z gospodarstwa wiejskiego, z mleka niepasteryzowanego

      schab w plasterkach, zielona pietruszka, musztarda

       

       

      naleśniki owsiane z dżemem, syropem klonowym i miodem spadziowym, herbata z rozmarynu

      owies, sól, przyprawy korzenne, mielone nasiona, jajka, masło klarowane, dżem morelowy, syrop klonowy, miód spadziowy, rozmaryn

      mąka owsiana mielona w domu, masło klarowane w domu, dżem bez cukru robiony w domu, gluten wprowadzony po raz pierwszy od sześciu dni

      pestka moreli, orzechy włoskie

       

       

       

      Powyższy jadłospis podyktowany był wyborami Chłopczyka, ale w pewnych ograniczeniach, takich jak:

      • dostępność produktów w domu;
      • jadanie w szkole (nie każdy rodzaj jedzenia można podać dziecku do szkoły);
      • nadwrażliwość na pomidory i gluten (zupę pomidorową i produkty glutenowe, a w szczególności pszenne, chętnie jadałby częściej);
      • moje ograniczenia czasowe (np. Chłopczyk uwielbia kopytka ziemniaczane, ale nie zawsze mam czas, aby je ugotować).

      Ten jadłospis ukazuje, jak zmieniają się smaki u dziecka (w porównaniu do jego wyboru sprzed kilku miesięcy): jeszcze jakiś czas temu Chłopczyk nie akceptował mięsa, a teraz coraz częściej zaczyna wybierać je, zamiast produktów zbożowych. Jak zawsze, nie akceptuje surówek. Jedyne dopuszczalne surowe warzywo to natka pietruszki. Muszę przyznać, że pietruszka zielona i tak nie jest jego pierwszym wyborem, ale nie protestuje, gdy w małej ilości dodam mu ją do potrawy. Kotlety schabowe smakują mu, jeśli spożywa je raz w tygodniu. Jeśli dostanie je dwa razy z rzędu, to za drugim razem je mniej chętnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „PRZYKŁADOWY JADŁOSPIS JESZCZE RAZ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 23:34
  • sobota, 26 października 2013
    • TŁUSZCZ

       

      DEZINFORMACJA I MITY

      To niesamowite, co potrafi zdziałać w umysłach ludzkich wieloletnia i systematyczna polityka (dez)informacyjna, gdzieś pierwotnie dyktowana interesami różnych grup, a wtórnie wzmacniana mocno ugruntowanymi już, błędnymi przekonaniami - mitami.

      Z czym kojarzy się słowo „tłuszcz”, a nie daj Boże „smalec” przeciętnemu odbiorcy informacji medialnych i czytelnikowi powszechnych podręczników? Oczywiście z czymś złym, obrzydliwym, z niechcianymi wałeczkami tłuszczu wokół talii, z miażdżycą i innymi strasznymi chorobami. „Beztłuszczowe” to określenie chętnie używane w handlu, widniejące na etykietkach wielu, wielu produktów. Wszak „beztłuszczowe” zwiększa sprzedaż. Trudno w dzisiejszych czasach dostać pełnotłuste, dwudziestoprocentowe kakao, nawet w sklepach ze zdrową żywnością. Sprzedawca patelni, chcąc zachęcić mnie do zakupu, mówi, że jego patelnie nie wymagają użycia tłuszczu. Biedak, nie zdaje sobie sprawy, że mówi do miłośniczki tłustych potraw... Przecież stoi przed nim szczupła kobieta! Sprzedawca mięsa natomiast wykrawa na moich oczach tłustsze kawałki z porcji mięsa, którą ma mi zaraz sprzedać. Jest zdumiony, kiedy proszę, aby tego nie robił. Kiedy słyszę, jak moja koleżanka wspomina coś o walorach niskotłuszczowego jedzenia, mówię jej: „Nie bój się tłuszczu, zobacz, ja go nie ograniczam i nie mam problemu z figurą”. Na to ona, że to sprawa metabolizmu. Nie dociera do niej już to, co mówię dalej: że ja sama kiedyś, mając mgliste pojęcie o zdrowym odżywianiu, ograniczałam tłuszcz w mojej diecie do minimum, a mimo to ważyłam kilkanaście kilogramów więcej niż teraz i nijak nie mogłam się ich pozbyć. Mój Chłopczyk przynosi do domu informacje (Ze szkoły? Z podwórka?), że tłuszcz jest szkodliwy i że z tłuszczu ludzie grubieją. „Bo przecież, mamusiu, tłuszcz, gdy połykamy, on idzie pod skórę i stąd bierze się nadwaga”. Nie za bardzo przekonuje go fakt, że w naszej rodzinie zjadamy tygodniowo około kilograma masła oraz sporą ilość smalcu, oliwy z oliwek, oleju kokosowego i tłustej wiejskiej śmietany, a mimo to wszyscy jesteśmy szczupli. I tu zapala się we mnie czerwone światełko. I aktywnie przystępuję do wyrzucania śmieci z głowy mojego Dziecka. Dzięki ponadprzeciętnej inteligencji Chłopczyka i jego niezwykłego zainteresowania chemią, udaje mi się do pewnego stopnia wyprowadzić go z błędu: tłumaczę termin „biochemia” i to, że tłuszcz, który połykamy, przechodzi szereg reakcji (bio)chemicznych, a więc nie wędruje z ust prosto pod skórę... Chłopczyk przytakuje, ale nie zgadza mu się to z tym, co słyszy poza domem, w radiu czy w telewizji, a nawet z tym, co czyta w popularnonaukowych książkach dla dzieci.

      Jak powiedział pewien włoski lekarz i biotechnolog, Francesco Perugini Billi, „nie jest prawdą, że cholesterol i tłuszcze nasycone są przyczyną zawału serca. Tłuszcze leżą u podstaw dobrego zdrowia i samopoczucia. Dieta uboga w tłuszcze jest niezdrowa i nie pozwala na długie życie” (fragment motta książki tego lekarza, pt.: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., podkreślenie moje).

       

      TŁUSTE KORZYŚCI

      Najpewniej wyrażenie „tłuste lata” powstało bardzo dawno temu, kiedy jeszcze słowo „tłusty” miało pozytywną konotację. Szkoda, że już jej nie ma, szczególnie w umysłach rodziców małych dzieci, bo tłuszcz w diecie małego dziecka pełni bardzo ważną rolę w jego prawidłowym rozwoju. Gdyby nie robiono problemu z tłuszczu (i z promieni słonecznych), nie sądzę, aby była potrzebna powszechna suplementacja diety niemowląt sztuczną witaminą D. Witamina D jest niezbędna do tego, aby organizm przyswajał wapń, pierwiastek konieczny dla prawidłowego rozwoju kości i zębów. Witamina D ważna jest również dla rozwoju mózgu. Bez obecności tłuszczu organizm nie jest w stanie przyswoić nie tylko witaminy D, ale też innych witamin rozpuszczalnych w tłuszczach: A, E, K. Poza tym, tłuszcz jest niezbędny do prawidłowego rozwoju błon komórkowych. O niezmiernie ważnej roli wymienionych witamin napiszę w przyszłości, a teraz chciałabym jedynie podkreślić, że na nic nie zda się spożywanie bogatych w witaminy surówek, sałatek czy duszonych bądź gotowanych warzyw, jeśli nie będą one spożywane wraz z tłuszczem.

      Dieta zawierająca duży udział tłuszczów jest niezbędna dla właściwego wykorzystania wielu substancji odżywczych, takich jak witaminy rozpuszczalne w tłuszczach, minerały (np. wapń) i antyoksydanty (likopen, koenzym Q10 itd.). Przestrzeganie diety nadmiernie odtłuszczonej jest poważnym błędem żywieniowym, ponieważ wymienione składniki odżywcze są nieodzowne, aby zwolnić procesy degeneracyjne w naszym organizmie, bronić się efektywniej przed licznymi chorobami i zestarzeć się z godnością. Tłuszcz odgrywa ogromną rolę, szczególnie w absorpcji jelitowej witamin rozpuszczalnych w tłuszczach” (Francesco Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, Wydawnictwo WGP, 2011 r., str. 132).

       

      KIEDY TŁUSZCZ JEST ZDROWY

      Istnieją trzy warunki, które muszą być spełnione, aby tłuszcz w diecie dziecka miał dobroczynny wpływ na jego organizm, mianowicie:

      1.       Podajemy tłuszcze naturalne.

      2.     Podajemy tłuszcze świeże.

      3.     Podajemy tłuszcze takie, które smakują dziecku i w ilościach, na jakie ma ochotę.

       

      Ad. 1 - NATURALNOŚĆ

      Przez tłuszcz naturalny rozumiem tłuszcz pozyskiwany w sposób tradycyjny, bez stosowania środków chemicznych, mikrofal lub innych typowo przemysłowych metod, a więc:

      • tłuszcz pochodzenia zwierzęcego: masło niepasteryzowane wytwarzane w gospodarstwie wiejskim (lub we własnym domu), smalec (wytapiany ze słoniny lub tłuszczu gęsiego, najlepiej w domu), masło klarowane robione w domu;
      • tłuszcz pochodzenia roślinnego: nierafinowana oliwa z oliwek tłoczona na zimno, nierafinowany olej kokosowy tłoczony na zimno, na zimno tłoczone (najlepiej własnymi zębami...) oleje zawarte w nasionach i orzechach, spożywane tuż po tłoczeniu.

      Tłuszcz naturalny to również tłuszcz zawarty w pierwotnie pozyskiwanych, nieprzetworzonych przemysłowo pokarmach, takich, jak:

      • tłuste pokarmy zwierzęce: pełnotłuste mleko prosto od krowy, śmietana, zsiadłe mleko oraz twaróg z takiego mleka wytwarzane w gospodarstwie wiejskim lub w domu, tłuste mięsa ze zwierząt hodowanych w naturalnych warunkach (w szczególności tłuste części kaczki, boczek, tłuste części wołowiny i wieprzowiny), żółtka jaj, tłuste ryby (naturalnie odżywiające się i z nieskażonych wód; niestety takie ryby są raczej niedostępne lub trudno dostępne w Polsce);
      • tłuste pokarmy roślinne: sezonowe orzechy (obierane z łupin bezpośrednio przed spożyciem) i świeże nasiona (mak, sezam, siemię lniane, pestki dyni, pestki słonecznika i inne).

      Kiedyś porównałam smak i zapach świeżego masła klarowanego, jakie robię sama w domu (z masła niepasteryzowanego kupowanego w gospodarstwie wiejskim) z ze smakiem i zapachem świeżego (wg etykiety) masła klarowanego z hipermarketu. Nie ma porównania: to pierwsze było aromatyczne i smaczne, to drugie - bez zapachu i bez wyrazistego smaku. Podobny wynik uzyskałam w przypadku smalcu: smalec wytapiany w domu był pyszny i pachnący, a smalec w kostkach ze sklepu, nawet ten z najświeższej partii... śmierdział mi przy smażeniu. Nie muszę być naukowcem, dietetykiem czy technologiem żywności, aby ocenić, co mi smakuje i co mi pachnie. I wiem, że to, co smakuje i pachnie, bardziej służy zdrowiu.

      Świeże, nieprzemysłowe masło surowe, a więc takie, które wytworzono ze śmietany niepasteryzowanej i jakiego nie można dostać w sklepach jest najzdrowsze. Masło wytwarzane tradycyjnymi metodami i niepoddane obróbce termicznej zawiera m.in. ważną dla funkcjonowania mózgu lecytynę i naturalne enzymy, które wspomagają przyswajanie lecytyny przez organizm, oraz lizynę i witaminę E. Do smaku takiego masła trzeba się jednak przyzwyczaić, bo jego smak może być lekko kwaśny. Przy zakupie surowego masła należy zwrócić uwagę na jego czystość; jeśli ma nieprzyjemny zapach lub smak pomimo świeżości, oznacza to, że nie jest czyste i z takiego należy zrezygnować. Masło niepasteryzowane można dostać na targu od sprzedawców – wiejskich gospodarzy, ale prawdę mówiąc, trudno jest znaleźć fachowo zrobione, czyste masło. Pamiętajmy też o tym, że surowe masło nie jest zbyt trwałe, dość szybko jełczeje, a więc należy je chronić od światła i powietrza, przechowywać w lodówce i spożyć w ciągu 7 – 10 dni od wytworzenia. O zaletach masła surowego, nieprzemysłowego opowiada pani dr Jadwiga Kempisty: http://zdrowedzieci.blox.pl/2013/03/PANI-PEDIATRA-KTORA-LECZY-DIETA.html (drugi film).

      Tłuszcze nienaturalne (choć naturalnego pochodzenia) to powszechnie stosowane rafinowane tłuszcze roślinne: olej słonecznikowy, rzepakowy, kukurydziany, olej z pestek winogron itp. oraz margaryna. Są to tłuszcze trwałe (nieulegające szybkiemu jełczeniu) i stosunkowo tanie, stosowane powszechnie w potrawach stołówkowych i restauracyjnych (np. do smażenia popularnych frytek) oraz jako dodatek do wielu produktów spożywczych, np. ciastek, kremów czekoladowych typu Nutella, rodzynek, mleka w proszku dla niemowląt, „zdrowotnych” batoników zbożowych, przemysłowych „zupek” w słoiczkach dla niemowląt i małych dzieci itp. Trzeba być bardzo czujnym, aby skutecznie je omijać, nie wystarczy samo pozbycie się ich z domu. Jednym z głównych powodów, dla których nie chodzę z Dziećmi do restauracji, nie zamawiam im obiadów stołówkowych czy kateringowych w szkole i przedszkolu oraz nie kupuję przemysłowych produktów spożywczych jest właśnie wszechobecność tłuszczów rafinowanych.

      Na co zwracamy uwagę przy zakupie oliwy z oliwek? Czy, gdy na etykiecie widzimy napis „extra virgin” (lub „extra vergine”), to mamy pewność co do najwyższej jakości produktu? Słowo „virgin” w dosłownym tłumaczeniu oznacza „pierwotny”, „dziewiczy”, „nieskalany”. Według handlowych definicji jako „extra virgin” określana jest oliwa z oliwek najwyższej jakości, a w Wikipedii czytamy: „Jest to oliwa najwartościowsza pod względem zdrowotnym i odżywczym. Według znawców ten gatunek oliwy ma także najlepszy smak. Otrzymuje się ją z pierwszego tłoczenia na zimno (w temperaturze pokojowej). Nie powinna zawierać żadnych konserwantów ani żadnych chemikaliów stosowanych dla polepszenia wydajności ekstrakcji. Dla tego typu oliwy liczba kwasowa nie powinna przekraczać 0,8. Oliwa najwyższej klasy ma liczbę kwasową 0,2”. Wg tej definicji oliwa „extra virgin” nie powinna zawierać konserwantów ani środków chemicznych. Wolałabym gwarancję, że nie zawiera tego rodzaju substancji. Poza tym, ceny poszczególnych marek, podobnie opisanych i zawierających teoretycznie identyczny produkt – oliwę „extra virgin”, czasami znacząco różnią się, a wiem, że produkcja oliwy rzeczywiście najwyższej jakości nie jest tania. Należy pamiętać również o tym, że zdarzają się nieuczciwi producenci oliwy z oliwek, którzy po prostu oszukują. „Nawet oliwa extra vergine nie jest wolna od fałszerstw. Może zawierać dodatek oleju z orzecha laskowego, a jego skład chemiczny podobny do oliwy z oliwek utrudnia wykrycie tego oszustwa (52)” (Perugini Billi: „Jedz tłusto i bądź zdrowy”, str. 173). Nie mam więc pewności co do jakości oliwy z oliwek z etykietką „extra virgin” z hipermarketu czy innego sklepu, jeśli na tej etykiecie nie ma wyczerpującego opisu w języku polskim i gdy cena oliwy jest szczególnie niska. W Polsce, oprócz hasła „extra virgin”, na etykiecie najczęściej znajdujemy polski opis: „pierwsze tłoczenie”. Ten opis wprowadza w błąd, gdyż współcześnie każda oliwa tłoczona jest tylko raz. Formalnie więc, sformułowanie „pierwsze tłoczenie” niczego nam nie wyjaśnia, niczego nie gwarantuje. To, czego zawsze szukam na polskich etykietach, to polskie opisy: „tłoczona na zimno” oraz „nierafinowana”. Jeśli nie jest wyraźnie zaznaczone, że oliwa jest nierafinowana, to istnieje prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z oliwą rafinowaną, a więc postacią tłuszczu niewystępującą w naturze, nawet jeśli ten tłuszcz był tłoczony na zimno. Jeśli natomiast na etykiecie nie ma wzmianki o tłoczeniu na zimno, możemy mieć do czynienia z oliwą tłoczoną w wysokiej temperaturze. W Polsce znalazłam tylko jedną markę, do której mam choć trochę zaufania, ze względu na wyższą cenę i dokładny opis na etykiecie: „Extra vergine”, „Nie zostaje poddana żadnej rafinacji i pozostaje produktem całkowicie naturalnym” oraz „pierwsze tłoczenie na zimno”. Mam za to niemal absolutną pewność co do oliwy, w którą co roku zaopatruję się na pewnej chorwackiej wyspie. Tam oliwa produkowana jest na miejscu, z oliwek z miejscowej plantacji i sprzedawana jest przez właścicieli tej plantacji jako produkt ekologiczny z europejskim certyfikatem.

       

      Ad. 2 – ŚWIEŻOŚĆ

      Generalna zasada dotycząca wszystkich tłuszczów: przechowujemy je w lodówce (za wyjątkiem oliwy z oliwek i oleju koksowego) oraz chronimy przed światłem i wolnym powietrzem. Światło, duży dostęp powietrza i pokojowa lub wyższa temperatura sprzyjają jełczeniu (utlenianiu). W momencie stosowania tłuszcze mają pachnieć świeżością.

      Tłuszcze zwierzęce (masło, smalec) oraz olej kokosowy i oliwa z oliwek są trwałe w porównaniu do innych nierafinowanych tłuszczów roślinnych, a więc dłużej zachowują świeżość. Masło klarowane jest trwalsze od naturalnego masła nieklarowanego (nieprzemysłowego). To pierwsze można przechowywać w lodówce przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, to drugie – najlepiej zjeść w ciągu jednego tygodnia od daty wytworzenia.

      Nierafinowane oleje roślinne tłoczone na zimno (oprócz oleju kokosowego i oliwy z oliwek) są nietrwałe, szybko ulegają jełczeniu. Zjełczałe tłuszcze są szkodliwe dla zdrowia, choć jest pewien wyjątek: w procesie jełczenia masła powstaje kwas masłowy, który w dyskretnych, niewyczuwalnych ilościach ma korzystny wpływ na organizm – regeneruje jelita (więcej o tym u dr Różańskiego: http://rozanski.li/?p=1140 ). Jeśli mamy do dyspozycji np. nierafinowany olej z nasion lnu tłoczony na zimno, nawet z trzymiesięcznym okresem ważności podanym przez producenta, najczęściej nie wiemy, w którym dokładnie momencie rozpoczął się lub rozpocznie proces jełczenia. Na początku nie da się rozpoznać tego procesu smakowo lub węchowo. Nie mamy też pewności, czy olej od momentu tłoczenia do momentu pojawienia się w naszej lodówce był cały czas przechowywany w ciemności i w niskiej temperaturze. A należy pamiętać, że nawet lekko zjełczały tłuszcz może szkodzić. Tak więc z całą pewnością nie są zdrowe te nierafinowane oleje tłoczone na zimno, które oferowane są na oświetlonych, niechłodzonych półkach w sklepach (nawet w tych ze zdrową żywnością).

      Tłuszcz zawarty w olejach roślinnych warto więc czerpać prosto ze świeżych orzechów obieranych z łupin bezpośrednio przed spożyciem oraz z niełuskanych nasion sezamu, ze świeżo wyłuskanych nasion słonecznika, dyni, maku itp. Łupiny orzechów i naturalne osłonki nasion dobrze zabezpieczają przed jełczeniem. Nasiona, tuż przed spożyciem (dodaniem do potrawy) mielemy w zwykłym młynku do kawy, aby organizm mógł je przyswoić; w przeciwnym razie mogą przejść przez cały układ pokarmowy... nienaruszone. Jesienią, w sezonie świeżych orzechów warto zrobić sobie zapasy w zamrażarce: orzechy wyłuskane z łupin i na świeżo zamrożone, zachowują swój wspaniały smak i soczystość przez wiele miesięcy. Na wiosnę takie smakują lepiej niż te przechowane w podsuszonych łupinach (orzechy niesuszone łatwo pleśnieją). Poza sezonem należy uważać na smak orzechów: jeśli smak jest dziwny, zmieniony, lepiej z nich zrezygnować (ze względu na możliwe jełczenie i pleśń).

      Ci, którzy mają więcej czasu i sporą dawkę cierpliwości mogą zaopatrzyć się w najtańszą z możliwych prasę do nasion, która pozwala samemu tłoczyć oleje roślinne i spożywać je zaraz po tłoczeniu, a więc wtedy, gdy są najbardziej wartościowe. Niestety domowe tłoczenie przy użyciu tańszej prasy jest ciężką, mało efektywną pracą. Ci, którzy nie muszą liczyć pieniędzy, mogą kupić sobie elektryczną prasę za kilka tysięcy euro, która nie wymaga cierpliwości i fizycznej siły... Można też wybrać się w sobotę na Rynek Podgórski w Krakowie, na Targ Pietruszkowy. Przy jednym ze stoisk z ekologiczną żywnością stoi sprzedawca, który na oczach klientów tłoczy przeróżne oleje, prasą elektryczną...

      Nie będę wspominać o świeżości olejów rafinowanych, gdyż nie są one naturalnym pokarmem.

       

      Ad.3 - OCHOTA

      Jedną z najważniejszych zasad, jakich przestrzegam, przygotowując posiłki dla moich Dzieci jest respektowanie ich smaków i woli jedzenia lub niejedzenia. Zasada ta dotyczy również tłuszczów. W praktyce objawia się to tak, że np. pozwalam im jeść samo masło palcem lub łyżeczką do woli lub nie sprzeciwiam się, gdy Chłopczyk zajada się suchymi waflami ryżowymi. Zdarza się, że przestaje im smakować olej kokosowy, na którym smażę naleśniki, wówczas przechodzę na masło klarowane. Dieta bogata w tłuszcze, z zachowaniem w/w zasady nie musi oznaczać dużej ilości tłuszczu w sensie bezwzględnym. Oznacza inne proporcje tłuszczu względem węglowodanów i białek (tłuszcz jedzony do woli automatycznie redukuje ilość spożywanych węglowodanów i białek), oznacza też różnorodność tłuszczów w diecie.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „TŁUSZCZ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 26 października 2013 21:15
  • niedziela, 30 czerwca 2013
    • CO WYBRAŁY MOJE DZIECI

       

      Dzisiaj przedstawiam przykładowy jadłospis moich Dzieci, z obecnego, mijającego już tygodnia. W jadłospisie nie wspominam o napojach; Dzieci piją najczęściej zwykłą, przegotowaną wodę.

      Dzieci same zadecydowały, co wybrać z oferty kulinarnej zaproponowanej przeze mnie; moja rola sprowadziła się do zaoferowania im zdrowego jedzenia (a więc jak najmniej przetworzonego, bez sztucznych konserwantów, barwników, smaków itp., bez ochrony chemicznej, bez cukru i z ograniczeniem glutenu) oraz rozmaitości pokarmów, oczywiście w ramach ograniczeń logistycznych i mojej fizycznej wydolności...

       

      DZIEŃ

      WYBORY
      CHŁOPCZYKA

      SKŁADNIKI

      WYBORY
      DZIEWCZYNKI

      SKŁADNIKI

      PONIEDZIAŁEK

      naleśniki gryczane z syropem klonowym lub przemysłowym dżemem bezcukrowym

      mąka gryczana z kaszy niepalonej, jajka, sól, przyprawy korzenne, karob (proszek z chleba świętojańskiego), olej kokosowy, syrop klonowy, dżem bezcukrowy

      naleśniki gryczane z domowym dżemem truskawkowym bez cukru

      mąka gryczana z kaszy niepalonej, jajka, sól, przyprawy korzenne, karob (proszek z chleba świętojańskiego), olej kokosowy, dżem truskawkowy (truskawki, stewia, syrop klonowy)

      świeże truskawki

       

      cynamon w lasce

       

      wafle ryżowe

      100% ryżu brązowego

       

       

      ryż z daktylami i innymi dodatkami

      ryż brązowy, olej kokosowy, sól, daktyle niesiarkowane, zmielone owoce goi, przemysłowy dżem ze śliwek suszonych bez cukru, masło naturalne z mleka niepasteryzowanego

      kasza gryczana z domowym dżemem truskawkowym bez cukru

      kasza gryczana niepalona, olej kokosowy, sól, przyprawy korzenne, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego, dżem truskawkowy

      świeże czereśnie

       

      świeże czereśnie

       

      zupa pomidorowa z ryżem

      wywar z królika, kaczki, przypraw i warzyw, gotowane warzywa zmiksowane, przemysłowy przecier z samych pomidorów, bez dodatków, masło naturalne z mleka niepasteryzowanego, ryż brązowy, olej kokosowy

      zupa pomidorowa z kaszą gryczaną

      wywar z królika, kaczki, przypraw i warzyw, gotowane warzywa zmiksowane, przemysłowy przecier z samych pomidorów, bez dodatków, masło naturalne z mleka niepasteryzowanego, kasza gryczana niepalona, olej kokosowy

      WTOREK

      zupa pomidorowa z ryżem

       

      zupa pomidorowa z kaszą gryczaną

       

      wafle ryżowe

       

       

       

      ryż z masłem i solą

       

      szarlotka jaglana bez cukru

      mąka z kaszy jaglanej, sól, żółtka, jajko, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego, olej kokosowy, jabłka pasteryzowane z zeszłego sezonu, mielone owoce goi, przyprawy korzenne, domowy dżem truskawkowy bez cukru

      orzechy ziemne

       

      cynamon w lasce

       

      świeże czereśnie

       

      świeże czereśnie

       

      pierogi gryczane z mięsem i zieloną pietruszką

      mąka gryczana, jajka, sól, masło klarowane, mięso kaczki i królika, przyprawy, oliwa z oliwek, zielona pietruszka

      szarlotka jaglana bez cukru

       

      ŚRODA

      zupa pomidorowa z ryżem

       

      zupa pomidorowa z kaszą gryczaną

       

      wafle ryżowe

       

      cynamon w lasce

       

      rodzynki niesiarkowane

       

       

       

      ryż z masłem i solą

       

      szarlotka jaglana bez cukru

       

      świeże czarne jagody

       

      świeże czarne jagody

       

      pierogi gryczane z mięsem i koperkiem

       

      zupa pomidorowa z kaszą gryczaną

       

      CZWARTEK

      pierogi gryczane z mięsem i koperkiem

       

      kasza gryczana z domowym dżemem truskawkowym bez cukru

      kasza gryczana niepalona, olej kokosowy, sól, przyprawy korzenne, mielone orzechy ziemne, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego, dżem truskawkowy

      płatki migdałowe z niesiarkowanymi figami suszonymi i przyprawami korzennymi

       

       

       

      świeże czarne jagody

       

      cynamon w lasce

       

      makaron kukurydziany z niesiarkowanymi figami suszonymi i sosem miodowo-maślano-cynamonowym

      makaron z samej kukurydzy, niemodyfikowanej genetycznie, bez jajek, figi suszone, masło klarowane, miód, cynamon

      szarlotka jaglana bez cukru

       

      ziemniaki odsmażane na maśle klarowanym i sos ze śmietany

      ziemniaki, sól, kminek mielony, pieprz kajeński, kurkuma, kwaśna, gęsta śmietana z mleka niepasteryzowanego, czosnek, pieprz kajeński, sól

      ziemniaki odsmażane na maśle klarowanym i śmietana

      ziemniaki, sól, kminek mielony, pieprz kajeński, kurkuma, kwaśna, gęsta śmietana z mleka niepasteryzowanego

      PIĄTEK

      chleb żytni na zakwasie z masłem i zieloną sałatą

      chleb z mąki żytniej oczyszczonej, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego, zielona sałata

      chleb żytni na zakwasie z masłem

      chleb z mąki żytniej oczyszczonej, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego

      świeże czereśnie

       

      świeże czereśnie

       

      kakao na mleku z miodem

      surowe mleko prosto od krowy, kakao gorzkie, miód

      żyto z mlekiem

      żyto gotowane na wodzie z dodatkiem soli i naturalnego masła z nieapsteryzowanego mleka, surowe mleko prosto od krowy

      solone siemię lniane prażone na maśle

      siemię lniane, sól, masło klarowane

      cynamon w lasce

       

      kluski z żółtek na mleku

      żółtka, mąka ziemniaczana, sól, oliwa z oliwek, surowe mleko prosto od krowy

      kluski z żółtek na mleku

      żółtka, mąka ziemniaczana, sól, oliwa z oliwek, surowe mleko prosto od krowy

      kluski z żółtek

      żółtka, mąka ziemniaczana, sól, oliwa z oliwek

       

       

      grzanki z chleba żytniego na zakwasie z masłem i czosnkiem

      chleb z mąki żytniej oczyszczonej, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego, czosnek

      grzanki z chleba żytniego na zakwasie z masłem

      chleb z mąki żytniej oczyszczonej, naturalne masło z mleka niepasteryzowanego

       

      Sobota jest dobrym przykładem niezakłóconego samoleczenia Dziewczynki i roli jedzenia (a raczej – niejedzenia) w tym procesie. W nocy z piątku na sobotę Dziewczynka przebudziła się. Poczułam, że ma lekką gorączkę. Przytuliłam ją (to ważne nawet przy najmniejszej chorobie) i w objęciach przespałyśmy resztę nocy. Rano gorączki nie było, ale Dziewczynka ogólnie nie czuła się dobrze: wolała pozostać w łóżku, po napiciu się wody. Nie przyjmowała pokarmu i polegiwała do popołudnia, słuchając bajek audio. Około godziny 14.00 zażyczyła sobie herbaty rumiankowej z miodem i taką dostała. Zaczęła się bawić, ale wciąż była wyciszona. Potem poprosiła o sok wyciśnięty z pomarańczy. Jej Tato był akurat na zakupach, więc nie było problemu ze zdobyciem pomarańczy. Pierwszy posiłek Dziewczynka zjadła około godz. 17.00. Przez cały dzień Dziecko domagało się mojej bliskości (przytulenia) częściej, niż zwykle. Dzisiaj Dziewczynka jest już zdrowa: je normalnie i pełna energii, szaleje od rana z Bratem. Tak zwykle przebiegają jej „choroby”. Wczoraj organizm Dziewczynki najprawdopodobniej zwalczał jakieś zarazki i zmusił ją do ograniczenia nadmiernego wysiłku (wybierała polegiwanie zamiast zabawy i rezygnowała z pokarmu, spożywając jedynie szybko przyswajalne napoje – naturalne cukry proste). Wczoraj moja rola sprowadziła się do wsłuchiwania się w Dziecko i jego potrzeb oraz do zaspokajania tych potrzeb: polegiwania, niejedzenia i przytulania się.

      Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że powyższy jadłospis ma wiele wad.

      Niektóre pokarmy powtarzają się w tym samym dniu lub przez kilka dni, co mogłoby świadczyć o małym urozmaiceniu jadłospisu. Należy jednak pamiętać, że mała liczba rodzajów pokarmu w ciągu dnia lub tygodnia sprzyja organizmowi, szczególnie przy nadaktywnym układzie immunologicznym, skłonności do alergii i nietolerancji pokarmowych. Zbyt dużo rodzajów pokarmu w określonym czasie może nadmiernie obciążać organizm. „Każdy kęs jedzenia, który wkładamy do ust, jest kontrolowany przez komórki obronne. Jest to bardzo trudne zadanie, biorąc pod uwagę fakt, że w spożywanym jedzeniu znajdują się substancje, których nasz organizm potrzebuje, lecz i takie, które mogą nam zaszkodzić” (Bożena Żak-Cyran: „Wzmacniaj odporność prostym pożywieniem”, Galaktyka 2012, str. 27). Z drugiej strony zauważyłam, że upodobania kulinarne Dziewczynki i Chłopczyka znacząco  zmieniają się w perspektywie tygodni, miesięcy czy roku. Do tego dochodzą naturalne zmiany w ofercie kulinarnej, wynikające z sezonowości niektórych pokarmów. W ten sposób zapewne Dzieci uzupełniają sobie to, czego potrzebują lub robią odpoczynek od nadmiarów. Niedobór lub nadmiar jakichś składników pokarmowych sygnalizowany jest przez organizm ochotą lub brakiem ochoty na dany pokarm.

      Zwolennicy diety niskowęglowodanowej, do których poniekąd ja należę, mogliby złapać się za głowę, widząc, jak dużo węglowodanów i jak mało białek jadają obecnie moje Dzieci. Z doświadczenia jednak wiem, że wybory moich Dzieci są najważniejszą wskazówką w organizowaniu ich diety. Bywają dni, kiedy same zaczynają wybierać białka, odrzucając węglowodany, takich dni jest jednak stosunkowo mało.

      W jadłospisie pojawiają się pokarmy przemysłowe: wafelki ryżowe, makaron kukurydziany, przecier pomidorowy czy dżem. Staram się ich unikać, ale nie za wszelką cenę. Na szczęście zaczęły się wakacje, w czasie których nie będę musiała myśleć o posiłkach do szkoły, co ułatwi rezygnację z wafelków ryżowych. W sierpniu natomiast będzie dostępna kukurydza z kolby, która jest lepszą propozycją dla Dzieci niż makaron kukurydziany. Zapasy domowych dżemów i własnoręcznie pasteryzowanych pomidorów z ubiegłego sezonu skończyły mi się jakiś czas temu, więc tymczasowo zastąpiłam je tym, co oferują sklepy, wybierając możliwie najlepsze produkty, np. przecier pomidorowy pochodzi z Włoch. W jego składzie są tylko i wyłącznie pomidory (mam nadzieję, że te, które dojrzały w ciepłym południowym słońcu), nie dodano nawet soli. Ale w nadchodzącym lecie zamierzam zrobić wystarczającą ilość domowych przetworów, tak, aby za rok nie trzeba było uzupełniać ich przemysłowymi produktami.

      Dzieci w zasadzie nie jedzą warzyw (oprócz zup jarzynowych) i mięsa. Surówkami gardzą... Co by na to powiedział przeciętny dietetyk? Podstawą mojej diety są warzywa obrobione termicznie i surowe, ziemniaki oraz tłuszcze. Podstawą diety mojego Męża jest mięso. Dzieciaki widzą nasze jedzenie codziennie na stole i mogą po nie sięgać, kiedy zechcą (tak mniej więcej realizujemy ideę szwedzkiego stołu). Robią to jednak bardzo sporadycznie. Najczęściej też każde z nich je co innego. Akceptuję i doceniam fakt, że moje Dzieci wolą inaczej. Nie zamierzam zmuszać ich do jedzenia mięsa i surówek, wystarczy, że te pokarmy pojawiają się na naszym stole.

      Dopóki moje Dzieci są zdrowe lub błyskawicznie radzą sobie z wirusami, bakteriami i grzybami (a tak właśnie jest, odkąd zaczęliśmy odżywiać się w sposób przemyślany, czyli od ponad 3 lat), dopóki są pełne energii i szczęśliwe, mam pewność, że ich dieta jest właściwa.

      Reasumując: dieta dla dziecka to dieta wyboru dziecka z urozmaiconej oferty zdrowych pokarmów.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „CO WYBRAŁY MOJE DZIECI”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 czerwca 2013 13:27
  • sobota, 04 maja 2013
    • BEZ CUKRU - CO ROBIĆ?

       

      Dzisiaj zacznę od cytatu z książki napisanej przez znanego polskiego dermatologa i alergologa, dr Danuty Myłek , pt. „Alergie” (Wydawnictwo W.A.B., 2001, str. 23 – 24):

      „... cukier rafinowany. Nie chodzi o cukier występujący w miodzie, burakach cukrowych, rodzynkach, figach, suszonych daktylach, słodkich owocach, słodzie jęczmiennym, kaszy jaglanej, kukurydzianej. To naturalny cukier, potrzebny człowiekowi do życia jak pokarm i woda. Zwłaszcza mózg nie może obejść się bez naturalnej >>słodyczy<<, a dzieciom potrzeba jej więcej niż dorosłym”.

      I jeszcze inny cytat, tym razem z książki Barbary Temelie i Beatrice Trebuth pt. „Odżywianie według Pięciu Przemian dla matki i dziecka” (Wydawnictwo Czerwony Słoń, Gdańsk 2003, str. 41 – 42):

      „Ponieważ dzieci cały czas rosną, potrzebują szczególnie dużo energii, ochota na coś słodkiego jest więc u nich zupełnie naturalna. Ciało domaga się w ten sposób tego, co jest mu potrzebne. Kiedy jednak zamiast karmić dzieci słodkimi warzywami, zbożami i owocami, dajemy im biały cukier lub duże ilości miodu czy brązowego cukru, nie zaspokajamy ich prawdziwych potrzeb. Biały cukier z powodu swej nienaturalnej formy i wychładzającego działania niszczy czi śledziony – co jest na rękę producentom słodyczy, ponieważ im słabsza śledziona, tym większa ochota na słodycze”.

      Autorki obu książek podkreślają, jak ważny jest smak słodki w diecie dziecka i jak go zapewnić, nie używając cukru rafinowanego. Poniżej dodaję swoje wskazówki:

       

      MIÓD

      Najłatwiejszym zastępstwem cukru rafinowanego jest miód, ze względu na swoją postać, jednak miodu nie należy nadużywać. Według medycyny chińskiej nadmiar miodu jest śluzotwórczy, co objawia się np. cieknącym katarem. Według medycyny konwencjonalnej, miód może wywoływać reakcje alergiczne, również z postaci wodnistego kataru. Według mojego doświadczenia (w żywieniu moich Dzieci), nadmiar miodu powoduje... taki właśnie katar. Nie rezygnuję jednak z miodu, ze względu na jego cenne witaminy, sole mineralne i enzymy (staram się kupować miód, który nie jest podgrzewany przez producenta przy rozlewaniu do słoików, choć taki miód jest droższy). Podaję Dzieciom miód raz – dwa razy w tygodniu, zapewniając im w ten sposób przerwy w jego spożywaniu. Ponadto staram się kupować różne gatunki miodu, w rotacji, aby nie wywołać reakcji alergicznych wskutek nadużywania jednego gatunku. Z tego względu unikam miodu wielokwiatowego i mieszanek miodów. Najlepiej naprzemiennie korzystać z miodów nektarowych i spadziowych (więcej o miodzie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Mi%C3%B3d ). I jeszcze jedno: warto kupować miód produkowany w czystych rejonach Polski, np. w Bieszczadach, mimo, że jest droższy. Nie kupujemy miodu bliżej nieokreślonego pochodzenia, np. tego najtańszego z hipermarketów.

       

      CUKIER BRĄZOWY

      Jeśli już chcemy korzystać z cukru brązowego, ważne, aby był to cukier nierafinowany (wg etykiety na opakowaniu). Nie każdy cukier brązowy jest cukrem nierafinowanym.

      Do niedawna sama korzystałam z cukru nierafinowanego (głównie przy robieniu niskosłodzonych przetworów owocowych), ale teraz powoli wycofuję się z tego, ponieważ nawet cukier nierafinowany uzyskiwany jest poprzez procesy przemysłowe i nie wiem, czy nie stosuje się w nich jakiejś chemii. Wolę nie korzystać z czegoś, co nie jest dla mnie pewne.

       

      CIASTA, CISTECZKA, DŻEMY, NALEŚNIKI

      Nie musimy z nich rezygnować! Wystarczy nauczyć się zastępować cukier rafinowany darami Natury. Można modyfikować zwykłe przepisy, zastępując w nich cukier następującymi składnikami:

      • miodem;
      • świeżymi dojrzałymi bananami;
      • w sezonie świeżymi dojrzałymi owocami o szczególnie słodkim smaku (typu gruszki, śliwki węgierki, pewne gatunki jabłek, morele, brzoskwinie);
      • drobno posiekanymi owocami suszonymi, które dodatkowo można rozmiękczyć, gotując przez chwilę w małej ilości wody (można jeszcze je zmiksować na słodką pastę – dżem do smarowania);
      • syropem klonowym;
      • melasą (http://masala.blox.pl/2010/05/Melasa-czarne-zloto.html ), choć tutaj zalecałabym ostrożność; podobnie jak w przypadku cukru nierafinowanego, nie wiem dokładnie, w jaki sposób jest produkowana. Moje dzieci nie lubią melasy, więc i tak nie używamy jej.

      Na bezcukrowe dżemy doskonale nadają się późne, bardzo dojrzałe śliwki z pomarszczoną skórką (szczególnie węgierka górska), oczywiście te z tradycyjnych i niechronionych chemicznie upraw oraz dojrzałe, nieprzemysłowe jabłka – renety. Owoce obieramy, kroimy w cząstki i dusimy w garnku z grubym dnem, a potem odparowujemy. Nakładamy do wysterylizowanych słoików i pasteryzujemy w piekarniku na termoobiegu w 1000C lub tradycyjną metodą (w garnku z wodą). Nie mam doświadczeń w robieniu dżemów bezcukrowych z innych owoców, ale wszystko przede mną - w zbliżającym się sezonie. Zabieganym rodzicom proponuję (ostrożnie) korzystać z dżemów bezcukrowych dostępnych w sklepach, choć zawsze jest to gorsza opcja. Ja sama właśnie zaopatrzyłam się w takie, bo moje zapasy wyczerpały się. Trafiłam na francuskie dżemy firmy St. Dalfour, w których do słodzenia wykorzystuje się zagęszczony sok winogronowy i jabłkowy. Według etykiety, dżemy nie zawierają barwników ani aromatów, ale nie jestem pewna, czy wyrażenie „zagęszczony sok owocowy” oznacza „zagęszczony sok owocowy niesłodzony”. Cukier nie występuje na liście składników produktu, jednak producent nie zaznaczył wyraźnie, że dżem nie zawiera cukru w ogóle. Dochodzi jeszcze kwestia metody produkcji i np. pytanie, czy dżem wyprodukowano przy pomocy mikrofal. Piszę o tym, aby podkreślić, że w przypadku produktów przemysłowych nie zawsze możemy mieć 100% pewności, tak, jak w przypadku domowych przetworów. Z tych pierwszych korzystajmy więc z rozwagą i tylko wtedy, gdy nie mamy wyboru.

       

      TŁUSZCZ W SŁODKOŚCIACH

      Jeśli przygotowuję coś Dzieciom z dodatkiem „naturalnych słodyczy” (a zwłaszcza miodu i suszonych owoców, które po spożyciu powodują szybki wzrost stężenia glukozy we krwi), staram się dodać do słodkiego dania jakiś zdrowy tłuszcz: naturalne masło, olej kokosowy lub oliwę z oliwek. Tłuszcz bowiem spowalnia wchłanianie cukrów (np. glukozy, fruktozy, maltozy), jakich jest sporo w naturalnie słodkich pokarmach.

       

      CZYM JESZCZE ZASTĄPIĆ TYPOWE SŁODYCZE?

      Tak naprawdę nie jest potrzebne do szczęścia jedzenie pokarmów o wyraźnie słodkim smaku. Zdrowy organizm potrzebuje tego sporadycznie, choć u dzieci ta potrzeba jest trochę większa niż u dorosłych. Zdrowe dzieci potrafią czerpać ogromną przyjemność z wielu potraw o smaku wyraźnie słonym, ostrym, kwaśnym, a nawet gorzkim. Trzeba jednak stworzyć do tego warunki: ograniczyć słodki smak i urozmaicić posiłki pod względem pozostałych smaków. Podam przykład.

      Kiedyś moje Dzieci, jak większość dzieci, piły kakao z mlekiem i z cukrem. Potem zamiast cukru pojawił się miód. Zawsze musiało być mlecznie i słodko. Teraz jednak, gdy odstąpiliśmy od mleka i miodu na co dzień, często ze smakiem popijają gorzkie, niesłodzone czarne kakao na wodzie, bez mleka i bez miodu. Same sobie je robią: w kuchni na stole zawsze stoi puszka z kakao i dzbanek z przegotowaną wodą. Co ciekawe, sięgają po kakao raz na tydzień lub dwa, ale kiedy już to robią, to w jednym dniu piją je kilka razy.

      Dziewczynka i Chłopczyk mają swoje ulubione niesłodkie pokarmy, które dostają raz na jakiś czas, niecodziennie. Są to np. parówki cielęce (domowej roboty), frytki (domowej roboty), sok z orzecha kokosowego, grzanki z chleba żytniego na zakwasie z naturalnym masłem i czosnkiem, surowe mleko prosto od krowy. Gdy zapowiadam im, że mogą dostać tego typu posiłek, słyszę ich okrzyki radości, a Dziewczynka aż klaszcze w dłonie i podskakuje. Jak widać, zwykłe, zdrowe jedzenie może być pyszne i sprawiać radość. Typowe słodycze nie są potrzebne.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „BEZ CUKRU - CO ROBIĆ?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      sobota, 04 maja 2013 13:25
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • FAŁSZYWE PRZEKONANIA O CUKRZE

       

      W przedszkolu, do którego chodził Chłopczyk nie ograniczano dzieciom słodyczy i cukru w napojach oraz potrawach. Dyrektorka przedszkola nie mogła zrozumieć, dlaczego moje Dziecko nie mogło korzystać z tych „dobrodziejstw”. Powiedziała mi: „Przecież cukier dodaje energii”. Pani wychowawczyni natomiast zapytała mnie, czy Chłopczykowi przypadkiem nie brakuje cukru (w sensie: białego cukru), skoro tak łaknie słodyczy (to ponadprzeciętne łaknienie było jednym z jego zaburzeń, o czym kiedyś już pisałam).

      Dzieciom nie trzeba dodawać energii; i tak wydaje się, że mają w nadmiarze tej naturalnej. Są prawie ciągle w ruchu: biegają, podskakują z radości, krzyczą, śmieją się, wymachują rękami i nogami. Posypanie tego wszystkiego cukrem jest przepisem na nadpobudliwość lub/i apatię. Cukier rzeczywiście dodaje energii (wiedzą o tym m.in. studenci, którzy uczą się po nocach do egzaminu i przezwyciężają senność czekoladą), jednak na krótki czas. Pobudza układ nerwowy. Czy tego chcemy u naszych dzieci? Długookresowe spożywanie cukru może prowadzić do cyklicznych spadków energii i do senności, nie mówiąc już o głębszych konsekwencjach tej nierównowagi.

      Nie ma czegoś takiego jak „niedobór cukru w organizmie”, jeśli mamy na myśli cukier rafinowany (czyli przemysłowo uzyskaną sacharozę). Bywa, że występuje zbyt niskie stężenie cukru (czytaj: glukozy) we krwi, ale ten stan nie wynika z niespożywania sacharozy. Wręcz przeciwnie: może wynikać z obecności sacharozy w diecie dziecka i wywołanej przez nią nierównowagi w gospodarce glukozowej. Taka nierównowaga może objawiać się łaknieniem słodyczy i słodzonych pokarmów, które rośnie proporcjonalnie do zjadanych ilości cukru. Jak pisałam, to przykład typowego uzależnienia, na które szczególnie podatne są dzieci. Cukier i słodycze to nie pokarm, dlatego należy usuwać je sprzed oczu małych ludzi tak samo jak papierosy, alkohol i narkotyki.

      Wracając do przedszkola, nie ma racjonalnego uzasadnienia dla podawania dzieciom słodyczy i dodawania cukru do zwykłych posiłków. Dzieci i tak są pełne naturalnej energii oraz naturalnej radości. One postrzegają świat na wesoło, wiele zwykłych, dla nas – dorosłych nieistotnych rzeczy sprawia im prawdziwą radość, więc nie musimy oferować im dodatkowych – słodkich przyjemności. A jeśli dziecko płacze, nie wysuszajmy łez cukierkiem, tylko przytulmy je.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „FAŁSZYWE PRZEKONANIA O CUKRZE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 12:47
  • czwartek, 25 kwietnia 2013
    • DZIECI - NIEJADKI

       

      Chcę dzisiaj poruszyć popularny temat „dziecka-niejadka”. Brak apetytu u dziecka jest zdrową reakcją dziecka, najpewniej reakcją obronną, występującą w odpowiedzi na przejedzenie się lub zjedzenie czegoś niezdrowego, w tym – cukru. Nie mówię tu o dzieciach z ciężkimi chorobami, których cechą jest brak apetytu; nie mam w tym względzie doświadczenia i wiedzy.

      Jako zdrowy człowiek, sama po sobie wiem, że po herbacie z cukrem musiałabym trochę odczekać, aby nabrać ochoty na zwykły posiłek. Gdybym miała żywić się wg jadłospisu przedszkolnego, w którym wszystkie napoje są słodzone, na śniadanie podawane są słodkie płatki zbożowe, na obiad – makaron z serem i cukrem, a na podwieczorek – słodki jogurt z herbatnikami, to najchętniej zrobiłabym sobie potem dzień bez jedzenia lub dzień na warzywach z masłem i najprawdopodobniej nie czułabym się głodna. Kiedyś, kiedy byłam uzależniona od cukru, a moje łaknienie było całkowicie zaburzone, nie odczuwałam potrzeby robienia sobie przerw w jedzeniu. Tak też jest u dzieci z nadwagą, a więc z pewną nierównowagą w organizmie; te dzieci wydają się zawsze być głodne. Dopóki więc dziecko robi sobie przerwy od jedzenia lub miewa dni niskokaloryczne, możemy być spokojni i nie przeszkadzajmy mu w tym.

      Mój Chłopczyk je teraz bardzo dużo (w dobie – z reguły więcej ode mnie), ale robi sobie przerwy. Ma dni, kiedy je ogromne ilości pokarmu, ale bywa i tak, że prawie omija posiłki i wciąż ma dużo energii. Jest szczupły, ale nigdy nie mam obaw, że umrze z niejedzenia. U Dziewczynki jest dokładnie tak samo. Kiedyś, kiedy Dzieci zapadały jeszcze na kilkudniowe osłabiające choroby (teraz to się już nie zdarza), przez dwa - trzy dni prawie nie jadły, tylko piły. W ten sposób zdrowiały, odzyskiwały energię.

      Rodzice „niejadków” niepotrzebnie martwią się „problemem” niejedzenia, natomiast nie dostrzegają prawdziwego problemu, jakim może być obecność cukru w jadłospisie, złej jakości jedzenie, ciągłe dokarmianie dziecka, jednostajna dieta (a więc nadmiar określonych, nawet najzdrowszych pokarmów) lub choroba. Odmowa jedzenia stanowi antidotum ze strony dziecka na problem, z którym dorośli nic nie robią. Z naszej strony najprościej jest więc rozwiązać właściwy problem, przede wszystkim – całkowicie eliminując cukier z diety.

      Chciałabym zwrócić uwagę nauczycieli przedszkolnych i szkolnych, a także rodziców na poczęstunki urodzinowe i okolicznościowe. W moich czasach szkolnych takie poczęstunki kończyły się na jednym cukierku. Dzisiaj jest inaczej, słodycze są bardziej dostępne i w efekcie każde poczęstowane dziecko zjada kilka cukierków, ciastek lub ciasteczek. Poczęstunki mają zazwyczaj miejsce między śniadaniem i obiadem. W takiej sytuacji mamy niemalże gwarancję, że dziecko nie zje swojej zwykłej porcji obiadowej lub w ogóle zrezygnuje z jedzenia obiadu. W dniu obfitego poczęstunku słodyczami dziecko nie jest głodne, ale jest jakościowo niedożywione: cukier, który nie jest pożywieniem, a obciążeniem dla organizmu, wypiera wartościowe pokarmy z jadłospisu. Jednak zmuszanie dziecka do zjedzenia zdrowego jedzenia, gdy apetyt odebrały mu słodycze jest niedopuszczalne. Organizm potrzebuje przerwy, aby zregenerować się po... zatruciu.

      Gdy Chłopczyk miał sześć lat i był już na diecie, pozwalałam mu jeszcze na okazjonalne słodycze (to był mój błąd). W przedszkolu w Dniu Dziecka główną atrakcją były przemysłowe słodycze: kupny tort, lizaki, ciastka, cukierki, żelki, farbowana wata cukrowa. Chłopczyk jadł to wszystko bez ograniczeń. Gdy wrócił do domu, miał bladą twarz, która kontrastowała z ustami ciemnymi od przemysłowo farbowanych czarnych żelków. Był osowiały, prawie nie mówił i położył się do łóżka, bo poczuł się słabo. W tym dniu po przedszkolu nie mógł już patrzeć na jakiekolwiek jedzenie. Obiecałam sobie, że w kolejnym roku nie spędzi Dnia Dziecka w przedszkolu i tak też się stało.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 kwietnia 2013 20:28
  • środa, 17 kwietnia 2013
    • CUKIER RAFINOWANY – SŁODKA TRUCIZNA - PS.

       

      I jeszcze jeden autor, i jeszcze jedna książka o tym, że cukier truje:

      Bożena Żak-Cyran: Alchemia pożywienia, wydawnictwo Galktyka, Łódź 2008, str. 35-36.

      Cytuję za zgodą Autorki:

      „Do argumentów przemawiających przeciw spożywaniu sacharozy (białego, rafinowanego cukru, ale i brązowego, który jest często tą samą postacią, ale zabarwioną) należą m.in.:

      a)     jest ona substancją wysoce przetworzoną, pozbawioną witamin i minerałów. Metabolizując ją, zużywamy nasze własne zapasy tych cennych substancji;

      b)    powoduje braki witamin B1, B2, B3, ponieważ są one potrzebne do metabolizmu cukru;

      c)     witaminy z grupy B produkują bakterie w jelitach. Jeśli spożywamy nadmiar cukru, to bakterie te giną, albo ich działanie jest niedostateczne. W wyniku niedoboru witamin z grupy B mogą powstać choroby układu nerwowego, choroby serca, kłopoty ze skórą, pokrzywka itp.;

      d)     sacharoza zakwasza organizm i jest pożywką dla niewłaściwych bakterii, które dobrze się rozmnażają w tym środowisku;

      e)     wytwarzanie silnych kwasów po konsumpcji sacharozy powoduje uczucie zgagi. Następuje wyczerpanie się zapasów wapnia, sodu, potasu i żelaza. Zaburzona zostaje równowaga między wieloma pierwiastkami, m.in. wapniowo-fosforanowa i sodowo-wapniowa;

      f)     sacharoza działa jak typowa trucizna. Natychmiast po spożyciu osłabia system trawienny i nerwowy. Szczególnie niebezpieczne jest spożywanie cukru przed posiłkiem;

      g)     bakterie w jamie ustnej zamieniają sacharozę na kwas, który osłabia szkliwo zębów, co w następstwie powoduje próchnicę;

      h)     nadmiar sacharozy w organizmie przyczynia się do powstawania krótkowzroczności, miażdżycy, otyłości, niestrawności, nadkwaśności żołądka i do chorób jelit. Osłabia energię serca, wątroby, a zwłaszcza nerek. Powoduje osłabienie koncentracji, skłonność do depresji i niepokoju oraz nadpobudliwość u dzieci;

      i)       największym niebezpieczeństwem związanym z konsumpcją sacharozy jest zaburzenie pracy gruczołów wydzielania wewnętrznego. Stymulując nadmiernie pracę trzustki i kory nadnerczy, prowadzi do dwóch chorób: cukrzycy i hipoglikemii;

      j)      do objawów zbyt dużej konsumpcji cukru należą m.in.: utrata pamięci, senność, nagle zmęczenie, bierność, nadmierne emocje, pesymizm, lękliwość.”

      W niektórych fragmentach pogrubiłam czcionkę, aby zwrócić uwagę na wpływ cukru na układ nerwowy (wpływ objawiający się również przy w/w zaburzeniach jelitowych czy hormonalnych). Warto uświadomić sobie to zjawisko, jeśli nasze dziecko przejawia zaburzenia w zachowaniu lub / i gdy ma chorobę neurologiczną. Już samo wyeliminowanie cukru z diety może przynieść złagodzenie objawów, poprawę w stanie zdrowia.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      środa, 17 kwietnia 2013 20:13
  • niedziela, 14 kwietnia 2013
    • WSZECHOBECNOŚĆ CUKRU

       

      POKARMY PRZEMYSŁOWE DLA NIEMOWLĄT I MAŁYCH DZIECI

      Kilka dni temu, gdy robiłam zakupy w sklepie samoobsługowym, podeszłam do półki z żywnością dla niemowląt i dzieci. Było tam wiele dobrze znanych mi produktów, z których kiedyś, kiedy moje Dzieci były mniejsze, chętnie (o zgrozo!) korzystałam, czyli: mleko modyfikowane, kaszki, przeciery owocowe itp. Tym razem sięgnęłam po te produkty, aby dokładnie przeanalizować ich skład, pod kątem zawartości przemysłowo pozyskanych cukrów. Wybrałam kilka produktów wyrywkowo. I co się okazało? Oto wyniki mojego „dochodzenia”:

      • herbatka z kopru włoskiego w granulacie (HIPP), po 1 tygodniu życia: dodano glukozę (cukier w postaci najprostszej, w której pojawia się we krwi; po spożyciu - natychmiast wchłaniany do krwi, w naturze występuje m.in. w winogronach i miodzie);
      • musli z truskawkami i jogurtem (HIPP), po 9 miesiącu życia: dodano sacharozę (czyli „zwykły cukier” – cukier rafinowany, powszechnie używany do słodzenia pokarmów);
      • kaszka ryżowa z maliną (Nestle), po 4 miesiącu życia: dodano sacharozę i maltodekstrynę (cukier wchłaniany do organizmu tak szybko, jak glukoza, używany jako słodzik w przemyśle spożywczym);
      • maliny i jabłka z kleikiem ryżowym (HIPP), po 5 miesiącu życia: dodano sacharozę;
      • herbatka cytrynowa (BoboVita), po 9 miesiącu życia: dodano dekstrozę (w języku medycznym - glukozę), sacharozę i maltodekstrynę;
      • bezglutenowy produkt zbożowy dla dzieci z alergią (Sinlac, Nestle), po 4 miesiącu życia: dodano sacharozę, maltodekstrynę i syrop glukozowy (roztwór glukozy i maltrodekstryny w wodzie);
      • mleko modyfikowane (Bebiko 3), powyżej 1 roku życia: dodano laktozę (w naturze ten cukier występuje w mleku ssaków) i sacharozę;
      • mleko modyfikowane (Bebilon 2), po 6 miesiącu życia: dodano maltodekstrynę i laktozę.

      Cóż złego w spożywaniu cukrów przez niemowlę lub starsze dziecko? Nic, pod warunkiem, że te cukry będą spożyte w postaci naturalnej, a więc w naturalnej kompozycji (tj. stworzonej przez Naturę, a nie w laboratoriach chemicznych) tychże cukrów z innymi składnikami pokarmowymi (białkami, tłuszczami, witaminami, solami mineralnymi i innymi węglowodanami), jak również w towarzystwie naturalnych enzymów, niezbędnych w prawidłowym metabolizmie danego pokarmu. Tak więc laktoza jest czymś pięknym – w mleku mamusi, a fruktoza i glukoza – w świeżych owocach i miodzie.

      Cukry syntetyzowane w procesach chemiczno-przemysłowych lub przemysłowo wyrwane ze swojego pierwotnego naturalnego środowiska, jakim jest kompozycja poszczególnych składników organicznych i nieorganicznych w danej roślinie lub jej części (np. trzcinie cukrowej, owocach itp.) czy też w naturalnej substancji (np. mleku ssaków), powodują zaburzenia metaboliczne, prowadzą do nierównowagi cukrowej, a w konsekwencji całościowej w organizmie, w tym – w mózgu. Czy laboratoria są w stanie idealnie odtworzyć mleko ludzkie w postaci mleka modyfikowanego dla niemowląt? NIE. Nie kryją tego nawet producenci Bebilonu 1, którzy na frontowej etykiecie tego produktu przyznają: „Najlepsze jest mleko matki”. Czy laktoza zawarta w mleku modyfikowanym zadziała tak samo, jak laktoza w mleku mamy? Jestem pewna, że nie.

      Obawiam się, że większość dzieci jest wciągana w nałóg cukrowy już w momencie, gdy zaczyna się podawać im pokarmy przemysłowe (Polecam książkę „Samolubny mózg”, w której autor, lekarz internista i diabetolog, prof. Achim Peters pisze, jak delikatne są mózgi dziecięce i jak łatwo zachwiać ich naturalne, wrażliwe programowanie metabolizmu, gdy karmimy dzieci produktami przemysłowo przetworzonymi). Dzieci mogą uzależnić się od cukru nawet wtedy, gdy ich bardziej świadomi rodzice postanowią nie podawać im w ogóle cukru ani jakichkolwiek słodyczy. Stanie się tak, jeśli rodzice nie przestudiują i nie wezmą pod uwagę treści etykiet umieszczonych na pozornie bezpiecznych, pozornie zdrowych produktach (takich jak chociażby mleko modyfikowane). Ja sama bardzo żałuję, że dokarmiałam moje Dzieci mlekiem modyfikowanym, mieszanką Sinlac i paroma innymi cudami współczesnej nauki, która jest hojnie sponsorowana. Gdybym mogła cofnąć czas, poprzestałabym jedynie na piersi i tym, czym dziecko naturalnie zainteresuje się przy zdrowo zastawionym stole dorosłych: warzywami, owocami, żółtkami, masłem, mięsem, kaszami itp.

      Dodam jeszcze, że niektóre przemysłowe przeciery i soki owocowe dla dzieci nie zawierają cukru, co producenci wyraźnie zazanaczją na etykietach. Świadczy to o tym, że mają świadomość szkodliwości cukru. Szkoda, że nie przyczyniają się do właściwej edukacji rodziców poprzez wyeliminowanie cukru rafinowanego ze wszystkich swoich produktów. Co do soków i przecierów owocowych bez cukru, i tak odradzam korzystanie z nich, ze względu na ich wątpliwe wartości odżywcze, jeśli w ogóle takie się jeszcze zachowują po przemysłowej obróbce owoców oraz przy wielotygodniowym przechowywaniu owocowego produktu na sklepowych półkach w ciepłej temperaturze i bez ochrony przed dostępem światła.

       

      ŻOBEK, PRZEDSZKOLE, SZKOŁA

      A teraz napiszę parę słów o tradycyjnym, „zatwierdzonym przez władze” jadłospisie przedszkolnym, aby przestrzec rodziców  przed „bezpieczeństwem” żywienia przedszkolnego. Moje Dzieci nie chodziły do żłobka, więc nie wiem, jak tam wygląda oferta kulinarna, ale podejrzewam, że może być podobna do jadłospisu przedszkolnego.

      Największy mój sprzeciw budzi tradycyjny podwieczorek, który w większości przedszkoli oznacza codzienne podawanie dzieciom słodyczy: ciastek, ciast, budyniu, słodkich jogurtów itp. Często też na śniadanie serwowane są produkty zawierające cukier, takie, jak drożdżówki, bułki z dżemem, słodzone płatki na mleku. Do popicia każdego posiłku dzieci otrzymują słodki napój: słodzoną herbatę, kakao, kompot lub sok z kartonika. Nawet placki ziemniaczane czy pierogi, jedzone na obiad, posypywane są cukrem. Do tego dochodzi nieograniczone częstowanie słodyczami z okazji urodzin dzieci, Świętego Mikołaja, balu karnawałowego, Dnia Dziecka, wycieczek, teatrzyku w przedszkolu itd.

      Oczywiście w przypadku stymulowania zdrowia dziecka dietą taki jadłospis jest nie do przyjęcia. W związku z tym przedszkole może okazać się największą trudnością do pokonania w zdrowym, efektywnym żywieniu dziecka. Po pierwsze, podawanie dziecku jedzenia z domu może budzić strach dyrekcji przedszkola przed Sanepidem (tak było w naszym przypadku). Po drugie, narażamy dziecko na nieprzyjemną sytuację bycia innym niż reszta; wyróżnianie się w grupie nie jest atutem w odczuciu kilkulatka. Po trzecie pozbawiamy naszą pociechę możliwości uczestniczenia w bardzo pożytecznej społecznie sytuacji, jaką jest jedzenie wspólnego posiłku. Po czwarte, przedszkolak przy różnych uroczystych, a więc emocjonalnych okazjach częstowany jest cukierkami, lizakami, ciasteczkami i nie wiadomo, co jest większym złem: pozwalać częstować się, czy zabronić mu tego, co przyjemne.

      Uważam, że instytucje, które ustalają normy dla jadłospisów w żłobkach i przedszkolach (Sanepid? Ministerstwo Zdrowia? Ministerstwo Edukacji?) powinny jednoznacznie zabronić stosowania cukru rafinowanego w posiłkach dla dzieci. Nie znam diety, w której zalecany byłby cukier rafinowany. W większości diet zaleca się eliminację cukru.

      Dzieci z chorobami neurologicznymi (a takich jest coraz więcej wokół nas) mogą wykazywać większe uzależnienie od słodyczy. Znam matkę autystycznego chłopca, nastolatka, który codziennie musi dostać swoją dawkę słodyczy. Ta matka powiedziała mi, że już nie walczy z jego nałogiem, żeby nie zakłócać jego spokoju... Najgorsze, że kupne słodycze mogą zawierać w sobie, oprócz cukru, przeróżne dodatki typu sztuczne barwniki, aromaty, konserwanty, margarynę lub inny sztuczny tłuszcz, być może zjełczały. Większość słodyczy zawiera gluten lub i kazeinę. Jak to wszystko wpływa na mózg autystycznego dziecka lub mózg dziecka z padaczką? Czy słodycze mogą zapewnić komukolwiek spokój? Nawet najmniejsze ilości cukru rafinowanego mogą sprawić kłopot, jeśli mózg dziecka jest uzależniony lub w inny sposób niezdrowo funkcjonuje (np. przy objawach padaczkowych).

      W szkole pozostaje problem urodzinowych i innych okazjonalnych poczęstunków oraz obecność sklepików ze słodyczami. W naszej Szkole na szczęście nie ma sklepiku i obowiązuje zasada nieprzynoszenia słodyczy. Niestety, zasada ta nie dotyczy poczęstunków urodzinowych i innych uroczystych okazji. A takie poczęstunki raczej nie kończą się na jednym cukierku czy ciastku. Zazwyczaj jest ich kilka.

      W programie szkolnym brakuje mi edukacji w zakresie zdrowego odżywiania. Dzieciom zabrania się przynoszenia słodyczy, ale nie wiem, czy dostatecznie tłumaczy im się dlaczego słodycze są zabronione. Zakazy przynoszą zazwyczaj odwrotny skutek do zamierzonego, natomiast zrozumienie daje dzieciom podstawy do współpracy, zaangażowania. Chodzi o to, aby dziecko nie zjadało słodkiego batonika skrywanego w kieszeni tuż po wyjściu ze szkoły, „kiedy już wolno”. Chodzi o to, aby dziecko samo odrzuciło słodki przysmak, w trosce o swoje zdrowie. Jest to możliwe. Udało mi się zaszczepić taką świadomość w mojej pięcioipółletniej Dziewczynce. Mam nadzieję, że jej starszy (!) Braciszek też do tego dojrzeje.

      Kwestia słodyczy w szkole to nie tylko decyzje dyrekcji. To też postawa rodziców i ich oczekiwania wobec szkoły. Wiem, że niektórzy rodzice mają pretensje, gdy nauczyciele podejmują próby ograniczenia cukru w diecie dzieci. Tak się stało w przedszkolu mojej Dziewczynki: pani dyrektor, wprowadzając zwyczaj pojenia dzieci czystą wodą, spotkała się ze sprzeciwem rodzica, który domagał się podawania napojów słodzonych! Na szczęście, pomimo, że przedszkole jest prywatne, pani dyrektor nie zraziła się wolą „klienta”.

      Co do edukacji dzieci i uroczystych okazji w przedszkolu czy w szkole, zastąpiłabym hasło „uczcijmy to czymś słodkim” hasłem „uczcijmy to czymś smacznym”. Równolegle do edukacji dzieci, wprowadziłabym edukację rodziców. Pamiętajmy też, że same dzieci mogą edukować swoich rodziców, i to bardzo skutecznie. Mój Chłopczyk, dzięki swojej edukacji przedszkolnej i szkolnej, wpłynął na moją świadomość związaną z potrzebą segregacji śmieci.

       

      CUKIER - GDZIE JESZCZE?

      Cukier jest wszędzie. Często ukryty, często usprawiedliwiony, najczęściej – kojarzony z czymś przyjemnym, z nagrodą itp. Jego wszechobecność jest groźną normą, groźną, bo co jest normą, wydaje się bezpieczne. Normą są słodkie torty na imieninach u cioci, słodkie prezenty od znajomych, promocja w hipermarkecie w postaci uroczej pani podchodzącej do naszego dziecka i oferującej mu z uśmiechem słodziutką czekoladkę, cukierki w poczekalni w gabinecie...dentystycznym (tak, tak!), słodki poczęstunek na stoku narciarskim oferowany przez organizatorów kursu jazdy na nartach dla dzieci przedszkolnych, „słodkie” reklamy w telewizji, olbrzymie tablice reklamowe z reklamą kremu czekoladowego, jak również pokarmy przemysłowe, których nie zaliczamy do słodyczy, a zawierające cukier: „zdrowe” płatki śniadaniowe, musztarda, ketchup, marynaty, „zdrowe” jogurty, „bezcukrowe” soki (prawo nie wymaga od producenta, aby wymieniał na etykiecie cukier, jeśli produkt zawiera określone małe ilości cukru), coca-cola, skondensowane mleko itd. Posiłki domowe również mogą zawierać cukier, który wydaje się niezastąpiony w pieczeniu ciast, robieniu przetworów z owoców (np. dżemów, kompotów), naleśników, pierogów z owocami, jak również sałatek, surówek i codziennych napojów.

      Z własnego doświadczenia wiem, że w dzisiejszych czasach zezwolenie dziecku na „okazjonalne” częstowanie się słodyczami oznacza spożywanie cukru prawie codziennie, nawet, gdy słodyczy nie ma w domu. Tych okazji jest tak dużo, że dzień bez cukru jest dniem wyjątkowym.

      Niedawno odwiedziliśmy całą rodziną naszych znajomych. Moja przyjaciółka, wiedząc, że nie będziemy częstować się słodyczami, zaproponowała, że zrobi dla Dzieci pizzę. Robiła ją na moich oczach, a ja odruchowo sprawdziłam etykietki składników, które przygotowała do pizzy. Oprócz ciasta drożdżowego, zamierzała użyć szynki, sera żółtego, ketchupu, kukurydzy z puszki i ananasa z puszki. Okazało się, że cukier był w trzech składnikach: w kukurydzy, ananasie i w ketchupie. Pomijam na razie kwestię konserwantów...

      Pamiętajmy, że oferowanie słodyczy naszym dzieciom przez osoby spoza naszej rodziny i grona znajomych może być formą przyciągnięcia naszych pociech, a tym samym nas - rodziców i naszych portfeli do czegoś, co ktoś chce nam sprzedać. W hipermarkecie pani z promocji chce zwiększyć sprzedaż słodkiej czekolady, dentysta chce, aby w przyszłości dziecko skierowało rodzica ponownie do jego gabinetu, właściciele stoku narciarskiego chcą, aby w kolejnym sezonie przedszkole jeszcze raz wykupiło kurs, pod wpływem słodkich wspomnień dzieci, a więc zadowolenia rodziców. Uatrakcyjnianie komercyjnej oferty przez słodycze dotyczy nawet niektórych przedszkoli i szkół, za które płacimy. Jeśli będą tam słodycze, dzieci zechcą dłużej pozostać w przedszkolu lub szkole, a nam może się wydawać, że osiągniemy święty spokój. Będzie to jednak tylko krótkookresowy, pozorny spokój.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „WSZECHOBECNOŚĆ CUKRU”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 kwietnia 2013 20:05
  • środa, 03 kwietnia 2013
    • CUKIER RAFINOWANY – SŁODKI NAŁÓG

       

      Niedawno pewna mama opowiedziała mi historię, która przydarzyła się jej czteroipółletniemu synkowi. Otóż pewnego dnia wybrali się na lekcje angielskiego do szkoły językowej dla dzieci. Na lekcji pani nauczycielka postanowiła nauczyć dzieci znaczenia słowa „sugar”, w związku z czym przyniosła cukier i... zaczęła częstować nim dzieci, przy pomocy łyżeczki. Dla chłopca to była chyba nowość, gdyż w domu rodzice raczej nie używają cukru do słodzenia napojów. Po powrocie do domu czteroipółlatek zaczął stanowczo domagać się... cukru. Jego mama z początku próbowała zachęcić go do czegoś mniej drastycznego, typu słodki batonik, ale na nic się to nie zdało. W końcu synek zrobił awanturę o cukier i mama uległa, myśląc, że skończy się na jednej łyżeczce... Dała mu cukiernicę, a on zaczął jeść: jedną, drugą i następną łyżeczkę białych kryształków...

      Gdy mój Chłopczyk skończył roczek, pozwoliłam mu spożywać tzw. okazjonalne słodycze (produkty zawierające cukier rafinowany), tj. w czasie wizyt u Dziadka, na przyjęciach urodzinowych itp. U nas w domu nie używaliśmy cukru do słodzenia herbaty czy kawy, natomiast od czasu do czasu piekłam coś słodkiego (z użyciem cukru), jedliśmy czekoladę i sporadycznie – lody. Nigdy jednak nie kupowaliśmy przemysłowych cukierków, batonów, herbatników czy ciast. Dzisiaj żałuję, że pozwoliłam Chłopczykowi jeść jakiekolwiek ilości cukru. Okazało się, że nawet te ograniczone ilości słodyczy spowodowały, że uzależnił się.

      Widać to nawet dzisiaj, gdy Chłopczyk zatrzymuje wzrok na saszetkach z cukrem przypadkowo leżących na stoliku w kawiarni. Jest mu ciężko znieść słodkie poczęstunki urodzinowe w Szkole, w których w zasadzie nie może uczestniczyć. Chcę podkreślić, że może jeść do woli suszone i świeże owoce (czyli cukry proste w naturalnej postaci, zamiast cukru prostego w sztucznej formie, czyli cukru rafinowanego). Ma ich cały wybór w naszej spiżarce: suszone śliwki, morele, figi, daktyle, rodzynki, suszone banany oraz świeże, wciąż soczyste i całkiem słodkie renety. Może jeść od czasu do czasu miód (z przerwami, ze względu na potencjalne reakcje alergiczne), świeże banany, pomarańcze i mandarynki. Do niedawna miał do dyspozycji również suszoną żurawinę, która była dosładzana cukrem. Co ciekawe, zawsze preferował żurawinę względem pozostałych owoców (w ogóle niesłodzonych cukrem), mimo, że niektóre z nich (np. daktyle) są słodsze od słodzonej żurawiny. Żurawinę potrafił jeść w nieograniczonych ilościach, podczas gdy pozostałe owoce jadł (i jada) w ilościach umiarkowanych. Zrezygnowałam więc z oferowania mu słodzonej żurawiny.

      Jakie stąd wnioski? Słodycze naturalne (owoce) nie uzależniają, przynajmniej moich Dzieci. Cukier rafinowany niszczy naturalną zdolność dziecka do samoregulacji w doborze pokarmu we właściwych proporcjach i rodzaju. Głodne dziecko, które ma skłonności do uzależnienia się od cukru będzie miało na stole do wyboru słodki batonik i pyszną, aromatyczną zupę, z pewnością wybierze batonik. Z moich obserwacji wynika, że w przypadku słodyczy z dodatkiem cukru rafinowanego u niektórych dzieci wyłącza się naturalny hamulec, w związku z czym potrafią jednorazowo pochłonąć nienaturalnie ogromne ilości słodkiego pokarmu, ze szkodą dla organizmu. A takich dzieci jest sporo wokół nas.

      Jednak nie wszystkie dzieci widzą w słodyczach jakąś szczególną atrakcję. Myślę, że moja Dziewczynka wybrałaby zupę. W przedszkolu poczęstunki urodzinowe nie robią na niej większego wrażenia. Sama odmawia częstowania się cukierkami i jest to dla niej naturalne zachowanie (choć przyznam, że nie pogardziłaby mleczną czekoladą czy ciastem upieczonym przez Dziadka). Podobnie jest z siostrą chłopca, o którym pisałam na początku; jego siostra woli czystą wodę od słodzonej herbaty i sama rezygnuje ze słodyczy, których nie brakuje w jej otoczeniu. Nie wiem, dlaczego mój Chłopczyk uzależnił się od cukru. Podejrzewam, że był to jeden z objawów zaburzeń w jego organizmie. Uzależnienia wiążą się z mózgiem, hormonami i gospodarką cukrową w organizmie.

      Czy więc mała ilość cukru rafinowanego, spożytego okazjonalnie, może zaszkodzić dziecku? Według mojego doświadczenia, zaszkodzi, jeśli dziecko ma skłonności do uzależnienia. Podobnie, jak pół kieliszka wódki u alkoholika na odwyku. Jedno małe ciastko wywołuje chęć na więcej i niezjedzenie kolejnego ciastka jest trudniejsze niż całkowite powstrzymanie się od jedzenia ciastek. Gdy ponad trzy lata temu wprowadziłam w naszym domu dietę leczniczą dla Chłopczyka w obliczu pogłębiającej się u niego choroby neurologicznej, pozostał dylemat słodkich poczęstunków w przedszkolu (same posiłki nie były problemem, gdyż sama je dostarczałam i nie musieliśmy korzystać ze stołówki przedszkolnej). Cukier jest neurotoksyną, pogłębia objawy neurologiczne. Z drugiej strony ciężko jest całkowicie wykluczać pięcioipółlatka z przedszkolnego „biesiadowania”. Nie wiadomo, co jest bardziej okrutne: truć chore dziecko, czy pozbawiać go przyjemności współuczestniczenia w słodkiej przyjemności. Kontakty społeczne (a do takich należy m.in. poczęstunek urodzinowy w grupie) były wówczas istotną częścią terapii mojego Chłopczyka. Wspólnie z naszą Panią-Lekarką-od-Diety (dr Ewą Bednarczyk-Witoszek) założyłyśmy, że jeden cukierek tygodniowo nie powinien zaburzyć procesu zdrowienia. Niestety pojedyncze cukierki czy ciastka zamieniły się w garście, a apetyt na słodkie rósł proporcjonalnie do spożycia cukru. Z początku nie byłam tego świadoma, w końcu zaalarmowała mnie nauczycielka przedszkolna.

      Porównuję cukier do alkoholu i innych substancji uzależniających. Cukier i alkohol mają trzy wspólne cechy: smakują, uzależniają i trują. Czy w związku z tym ja sama nigdy nie spożywam alkoholu i nie jem czekolady? Nie. Czasami pozwalam sobie na te przyjemności, ponieważ jako osoba dorosła jestem świadoma, co spożywam. Wiem, że cukier i alkohol mogą prowadzić do nałogu i wiem, jakie są skutki nałogu cukrowego (którego sama kiedyś doświadczałam przez wiele lat) i nałogu alkoholowego (którego na szczęście nie doświadczyłam, ale wiem, że mogę być na niego podatna). Dzieci nie są świadome zagrożeń, jakie niesie cukier, alkohol, papierosy czy narkotyki i dlatego te substancje są szczególnie dla nich niebezpieczne. Dlatego nie podajemy im alkoholu, papierosów lub narkotyków, nawet w najmniejszych ilościach. Dlaczego jednak dorośli podają dzieciom cukier? Myślę, że z braku świadomości.

      Proponuję rodzicom, aby sprawdzili, czy sami mogą normalnie funkcjonować bez cukru, np. przez tydzień, wykluczając ze swojego jadłospisu wszelkie produkty zawierające cukier rafinowany, nawet w najmniejszych ilościach (wg etykiet). Trzeba uważać, cukier jest nawet w musztardzie... A potem, proponuję, aby sprawdzili, czy ich pociechy czują się szczęśliwe bez cukru, czy łatwo im zrezygnować z cukierka, itd. Jak zwykle, zachęcam do wyciągania wniosków.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „CUKIER RAFINOWANY – SŁODKI NAŁÓG”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      środa, 03 kwietnia 2013 19:53
  • sobota, 30 marca 2013
  • niedziela, 24 marca 2013
    • CUKIER RAFINOWANY – SŁODKA TRUCIZNA

       

      Cukier przemysłowo oczyszczony, czyli cukier rafinowany to trucizna. Aby rozwinąć ten temat, spójrzmy najpierw na definicję słowa „trucizna”:

      1. Wg Słownika współczesnego języka polskiego (Wilga, Warszawa 1996 r.): „substancja, która, przenikając w odpowiednio dużej ilości do organizmu, powoduje jego uszkodzenie, a nawet śmierć.”
      2. Wg Wikipedii: „substancja organiczna lub nieorganiczna, która po dostaniu się do organizmu, w stosunkowo niewielkiej dawce, powoduje niekorzystne zaburzenia w jego funkcjonowaniu, inne niekorzystne zmiany w organizmie lub śmierć.”
      3. Wg materiałów do nauki toksykologii: „substancja, która po wchłonięciu do organizmu lub wytworzona w organizmie powoduje zaburzenie jego funkcji lub śmierć.”

      We wszystkich powyższych definicjach jest mowa o zaburzeniach pracy organizmu (uszkodzeniu organizmu) lub śmierci. Czy spożywany cukier wywołuje zaburzenia pracy organizmu? Czy w konsekwencji tych zaburzeń może dojść do śmierci?

      Wyczerpującą odpowiedź znalazłam w książce Williama Dufty pt. „Sugar blues” (Grand Central Life & Style, wydanie 1993 r.):

      Cukier rafinowany (sacharoza) to czysta postać węglowodanów, pozbawionych w drodze rafinacji (oczyszczania) naturalnych białek, tłuszczów, witamin i minerałów obecnych w naturalnej postaci trzciny cukrowej czy buraków cukrowych. Natura wyposaża każdą roślinę w odpowiednią ilość białek, tłuszczów, witamin i minerałów oraz węglowodanów w kompozycji i ilości specyficznej dla danej rośliny. Ta nienaruszona, naturalna, a przez to idealna kombinacja odżywczych substancji towarzyszących zawartym w roślinie węglowodanom umożliwia ich łatwe zmetabolizowanie przez organizm, który w ten sposób wzmacnia się. Gdybyśmy więc jedli trzcinę cukrową lub buraki cukrowe w całości (o ile to jest w ogóle możliwe; autor wspomina o ludziach zatrudnianych na plantacjach trzciny cukrowej, którzy żuli surową trzcinę), wówczas po pierwsze spożylibyśmy znacznie mniej  sacharozy (w porównaniu do ilości cukru rafinowanego, jaką jesteśmy jednorazowo spożyć), po drugie dzięki towarzyszącym jej naturalnym substancjom nasz organizm pięknie by ją przyswoił, z korzyścią dla naszego zdrowia.

      Jeżeli jednak spożyjemy czysty cukier, pozbawiony cennych substancji towarzyszących mu w naturze, wówczas organizm sam musi uzupełnić te substancje (m.in. sód, potas, magnez, wapń), aby zmetabolizować spożytą sacharozę. Substancje te pobiera... z własnych tkanek. Ponadto, w takim metabolizmie powstają toksyny, jako uboczny produkt. Toksyny wpływają na mózg i cały układ nerwowy, nie są też obojętne dla normalnego funkcjonowania czerwonych krwinek obecnych w krwi, odpowiedzialnych za transport tlenu. Organizm musi więc dalej sięgać do swoich zasobów, aby pozbyć się tych toksyn.

      Można dojść więc do prostych wniosków: cukier spożyty w naturalnej postaci, a więc wraz z towarzyszącymi mu witaminami, minerałami, tłuszczami i białkami doda nam sił, natomiast cukier rafinowany nie tylko nie odżywi organizmu, ale wręcz osłabi go, wprowadzając układ w nierównowagę, która może skutkować poważnymi chorobami. Dlatego, gdyby w jakiejś skrajnej sytuacji moje Dzieci miały przez kilka - kilkanaście dni głodować, a miałabym przy sobie jedynie cukier oczyszczony, nie podałabym im tego cukru, zwiększając w ten sposób ich szanse na zachowanie zdrowia i życia. Natomiast na pewno podałabym im naturalnie słodkie owoce lub miód, jeśli byłyby dostępne.

      Regularne spożywanie cukru może doprowadzić do następujących stanów:

      • zaburzeń w gospodarce cukrowej w organizmie, objawiających się m.in. obniżonym poziomem cukru we krwi (tj. glukozy; słowo „cukier” ma różne znaczenia: potoczne i chemiczne), skutkującym sennością lub rozdrażnieniem (cukier nie jest lekiem na obniżony poziom glukozy we krwi, poza przypadkami nagłego spadku glukozy, zagrażającego zdrowiu i życiu, np. w szoku insulinowym w cukrzycy; lekiem długookresowym jest właściwa dieta);
      • zakwaszenia organizmu, a w konsekwencji - osłabienia kości (osteoporozy) i zębów (próchnicy) wskutek poboru wapnia z ich tkanki dla przywrócenia równowagi kwasowo-zasadowej (a więc to nie tylko zewnętrzne oddziaływanie cukru na szkliwo zębów niszczy zęby, cukier osłabia zęby również „od środka”);
      • przeciążenia wątroby;
      • powstawania tłuszczów, które odkładają się w naszym ciele w postaci zbędnych kilogramów;
      • przeciążenia nerek oraz serca i w konsekwencji spowolnienia pracy tych organów;
      • podwyższonego ciśnienia krwi;
      • zmian miażdżycowych;
      • zakłócenia pracy układu nerwowego, w tym mózgu, objawiającego się np. obniżoną sprawnością intelektualną, jak również zaburzeniami w zachowaniu i rozwojem chorób mózgu;
      • zakłócenia pracy układu krążenia;
      • zakłócenia pracy układu odpornościowego, a w konsekwencji do braku odporności na mikroorganizmy, pasożyty, stany przechłodzenia itp.;
      • zmiany jakości czerwonych ciałek krwi, które transportują tlen z płuc do tkanek.

      Autor książki wymienia choroby, które są konsekwencją wyżej wymienionych stanów nierównowagi. Są to m.in. cukrzyca, rak i choroby serca. Jak wiemy, te choroby skracają życie.

      Czy cukier jest trucizną?

      Odpowiedź znajdziemy też w innej mądrej książce pt. „Alergie”, autorstwa dr Danuty Myłek (Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2010 r., str. 23 – 26, 417, 431, poniżej bezpośrednie cytaty z książki zaznaczyłam pochyłą czcionką). Autorka jest znanym polskim alergologiem, na którego powołują się inni lekarze w swych publikacjach (dzięki czemu sama dotarłam do pani doktor). Dr Myłek występuje również w audycjach radiowych.

      Wg dr Myłek:

      • cukier powoduje chorobę, ponieważ już od pierwszych chwil obecności w naszym organizmie działa on destrukcyjnie;
      • cukier zakwasza ślinę, a przez to naruszone jest prawidłowe trawienie skrobi przez enzymy zawarte w ślinie;
      • pogłębiając kwasowość żołądka, cukier sprzyja kolonizacji bakterii Helicobacter pylori, co z kolei prowadzi do choroby wrzodowej;
      • cukier, niszcząc śluzówkę jelita, sprzyja nadmiernemu rozwojowi drożdży i kolonizacji grzybami pleśniowymi w przewodzie pokarmowym oraz ułatwia powstawanie alergii na pokarmy i na grzyby Candida albicans (tak więc spożycie cukru może wywołać objawy alergiczne, jeśli występuje uczulenie na grzyby Candida albicans: cukier jest pożywką dla grzybów, które pod jego wpływem natychmiast rozrastają się, jak drożdże w cieście);
      • po spożyciu cukru dochodzi do niebezpiecznego, nagłego wzrostu stężenia glukozy we krwi, a potem, wskutek reakcji insulinowej – nagłego spadku; w rezultacie czujemy się senni, śpiący, łatwo się męczymy, pocimy się, pojawiają się zaburzenia wzroku, zawroty głowy, drżenia i skurcze mięśni, łomotanie serca;
      • niepełnowartościowy pokarm z cukrem, zwiększając produkcję insuliny, sprzyja przedwczesnemu starzeniu skóry;
      • po kilku latach nazbyt słodkiej diety zmuszona do nadmiernego wysiłku trzustka zaczyna funkcjonować nieprawidłowo; produkuje za mało insuliny; powstaje cukrzyca;
      • stomatolodzy nazywają cukier „mordercą zębów”;
      • cukier to neurotoksyna, powodująca zaburzenia w sferze psychoemocjonalnej, doprowadzająca do nadpobudliwości, agresji i zaburzeń snu.

      Kilka miesięcy temu zrobiłam mojemu Chłopczykowi test MRT (test badający wyzwalanie się mediatorów zapalenia we krwi pod wpływem poszczególnych pokarmów). Wynik wykazał, że jednym z alergenów wywołujących zmiany zapalne w krwi mojego Dziecka jest cukier. Cukier jest więc alergenem, który należy całkowicie wykluczyć z diety, wg wyników testu.

      Cukier jest trucizną. Trucizną niebezpieczną, bo działającą niezauważalnie: cukier nie powala od razu z nóg, tak jak inna trucizna - alkohol. Czy konsekwencje spożywania cukru rafinowanego są mniej groźne od skutków spożywania alkoholu? Śmiem powiedzieć, że nie. Czy podalibyśmy okazjonalnie małą ilość wina swojemu kilkuletniemu dziecku? Większość rodziców i opiekunów z pewnością odpowie: NIE. Czy podalibyśmy okazjonalnie pokarm z małą ilością cukru rafinowanego swojemu kilkuletniemu dziecku? Większość rodziców i opiekunów z pewnością odpowie: TAK. Czy mała ilość cukru rafinowanego, spożytego okazjonalnie, może zaszkodzić dziecku? Odpowiem na to pytanie w kolejnym wpisie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 marca 2013 13:26
  • wtorek, 05 marca 2013
    • BOGATA OFERTA KULINARNA I ROTACJA - PRZYKŁADY

       

      Dzisiaj chciałabym pokazać na przykładach, jak mogą wyglądać posiłki, w których uwzględnia się różnorodność pokarmów, rotację oraz smaki dziecka. Nie będzie to gotowa recepta dla innych rodzin, gdyż takiej nie da się stworzyć: dzieci mają różne upodobania, a w każdej rodzinie są nieco inne tradycje kulinarne i inne możliwości finansowe, czasowe i fizyczne. Nie chciałabym też skupiać się na podawaniu gotowych przepisów kulinarnych, bo w zdrowym odżywianiu nie chodzi o kopiowanie przepisów na ulubione pokarmy innych osób. W zdrowym odżywianiu chodzi o wsłuchiwanie się w siebie i w dziecko, o zapewnienie sobie jak najszerszej gamy zdrowych pokarmów w ramach własnych możliwości oraz o odstawienie trucizn. A ja podaję tylko orientacyjne przykłady z mojej kuchni.

       

      NALEŚNIKI

      Nasze naleśniki składają się z następujących składników:
      - zboża,
      - jajek,
      - wody,
      - soli,
      - przypraw,
      - nasion lub orzechów,
      - tłuszczu,
      - domowego dżemu lub konfitury.

      Moje Dzieci ostatnio zajadają się naleśnikami, średnio co drugi dzień. Przepadają za nimi i dobrze po nich się czują, w związku z czym dostają tyle, ile chcą. A gdzie rotacja i bogactwo pokarmów? Znalazłam na to sposób. Wprawdzie stałymi elementami naleśników są jajka i sól, ale wszystko pozostałe zmienia się przy każdym kolejnym smażeniu. Poniżej podaję, co można zmieniać w zwykłych naleśnikach.

      W roli zbóż naprzemiennie używam mąki:
      - jaglanej (z ziaren kaszy jaglanej),
      - gryczanej,
      - owsianej,
      - kukurydzianej,
      - jęczmiennej,
      - orkiszowej pełnoziarnistej.
      Wszystkie te mąki (oprócz kukurydzianej i orkiszowej, które kupuję w sklepie ze zdrową żywnością) uzyskuję z kasz (owsianą robię z płatków owsianych), mieląc je bezpośrednio przed smażeniem. Można jeszcze zrobić mąkę z ryżu, ziaren zwykłej pszenicy i żyta, jednak ponieważ te zboża pojawiają się relatywnie często w innych naszych daniach, nie robię już z nich naleśników.

      Rotuję następujące przyprawy, w mieszankach dwuskładnikowych:
      - anyż,

      - cynamon,
      - gałkę muszkatołową,
      - goździki,
      - imbir,
      - kardamon,
      - kolendrę.
      Do małego pojemnika na przyprawy wsypuję dwie z wyżej wymienionych  przypraw i używam takiej mieszanki do wyczerpania (przez kilka dni). Potem robię kolejną mieszankę, z kolejnych dwóch przypraw.

      Używam następujących nasion i orzechów:
      - maku,

      - nasion słonecznika,
      - nasion dyni,
      - mieszanki różnych orzechów (wg dostępności),
      - wiórków kokosowych,
      - sezamu,
      - nasion kakaowca lub pełnotłustego kakao naturalnego,
      - siemienia lnianego.
      Nasiona lub orzechy mielę w młynku do kawy bezpośrednio przed użyciem i stosuję jedynie jako dodatek do ciasta, raczej w niewielkiej ilości. Oczywiście dodaję je po kolei, za każdym razem tylko jeden rodzaj. Dodaję je też do innych potraw, więc (biorąc pod uwagę jadłospis całościowo) Dzieci dostają np. kakao raz na kilka dni. Kakao, nawet w małych ilościach podawane codziennie i w dłuższym okresie mogłoby wywołać jakąś reakcję alergiczną lub nietolerancję pokarmową.

      Tłuszcze też „żongluję”. Smażymy naprzemiennie na:
      - maśle klarowanym,

      - oleju kokosowym,
      - smalcu wieprzowym (tym ze sklepiku wiejskiego: świeżym i pachnącym),
      - smalcu gęsim (sezonowo).
      Choć wszystkie te tłuszcze mają relatywnie wysoką temperaturę dymienia, staram się, żeby tej temperatury nie osiągnąć. Dobrze jest zaopatrzyć się w stalową patelnię (odradzam powłoki teflonowe i teflonowo-tytanowe) z grubym dnem i... zaprzyjaźnić się z tą patelnią, używając ją zawsze na tym samym palniku (lub płycie). Jeśli zmienimy patelnię lub palnik, będzie to nowa znajomość, którą należy jak najszybciej pogłębić. Kto ma choć trochę doświadczenia w gotowaniu, będzie wiedzieć, o czym mówię...

      „Smarowidła” takie, jak:
      - dżem truskawkowy,

      - dżem wiśniowy,
      - dżem jabłkowy,
      - dżem agrestowo-jabłkowy,
      - konfitury śliwkowe,
      - konfitury z czarnej porzeczki,
      - konfitury z zielonych pomidorów
      to zasoby naszej domowej spiżarki, które wykorzystuję naprzemiennie, każdy do wyczerpania słoiczka przed kolejną zmianą. Zmiana następuje więc raz na kilka dni – kilka tygodni, w zależności od wielkości słoika i intensywności „naleśnikowania”. Smacznym „smarowidłem” byłby miód, ale ze względu na jego potencjalne działanie alergizujące nie używam go zbyt często, zwłaszcza, że niektóre nasze dżemy czy konfitury zawierają już miód. Syrop klonowy też jest smaczny, ale nie w odczuciu moich Dzieci... Część moich konfitur i dżemów zawiera cukier trzcinowy (w małych ilościach) i dlatego smaruję nimi naleśniki cieniutką warstwą, tak, aby tylko korzystnie złamać ich smak. W najbliższym sezonie w ogóle zrezygnuję z dodawania cukru do przetworów; myślę, że życie moich Dzieci nie zubożeje przez to, a dżemy będą i tak smaczne.

      Jak widać, cały czas zmieniam większość składników tego samego dania pt. „naleśniki” i za każdym razem wychodzi inna kombinacja, która jest wynikiem przypadku. Dzięki temu zachowuję bogatą ofertę pokarmów w kategorii „naleśniki”, a Dzieci zachowują swój ulubiony rytuał – jedzenie naleśników. Dzieci uwielbiają rytuały i nie akceptują łatwo nowych dań o odmiennym wyglądzie czy odmiennym sposobie przyrządzania.

      Pozostaje kwestia jajek. Zauważyłam, że pokarmy wysokobiałkowe, a szczególnie jajka mogą smakować przez wiele tygodni, a nawet miesięcy (z małymi jedno- lub dwudniowymi przerwami), a potem Dzieci robią sobie kilkutygodniową lub kilkumiesięczną przerwę od tych pokarmów. Dotyczy to również innych pokarmów wysokobiałkowych: mięsa, orzechów, białego sera, ryb. Ponieważ pokarmy te zawsze przewijają się przez naszą kuchnię w obrębie tygodnia – dwóch i Dzieci je widzą, czekam, aż same dopomną się o nie. Tak więc spodziewam się, że pewnego dnia usłyszę, że naleśniki już nie są takie dobre i wówczas będzie to dla mnie sygnał, że być może Dzieci nasyciły się już jajkami. I być może zechcą przez jakiś czas jeść same zboża, owoce i warzywa, albo zachwycą się nowym rytuałem pt. „gulasz”. I wtedy będę im robić gulasze z rotacją poszczególnych gatunków mięs, przypraw i innych dodatków. Teraz jednak o mięso dopominają się rzadko.

       

      ZUPY

      Przedstawię jeszcze jeden przykład dogadzania dzieciom, z zachowaniem rotacji i bogatej oferty pokarmów. Moje Dzieci lubią zupy, z tym że Dziewczynka akceptuje jedynie zupy z dodatkiem pomidorów lub zakwasu buraczanego, a Chłopczyk – wszelkie zupy jarzynowe, oprócz barszczu czerwonego, zupy ogórkowej i kapuśniaku. Tak się składa, że na jakiś czas wykluczyłam mu z menu pomidory (ze względu na wynik testu MRT, ale o tym kiedy indziej), więc w jego przypadku odpada też pomidorowa. Jak więc mogę zaspokoić gusty moich Dzieci poprzez jeden garnek?

      Udaje mi się ograniczyć się do jednego garnka przez większość czasu gotowania. Robię to tak:
      Gotuję zupę podstawową, na którą mam trzy odmienne przepisy (w obecnym późnojesienno-zimowo-wiosennym sezonie). Korzystam z nich naprzemiennie. W każdym przepisie są inne warzywa i przyprawy, które starałam się dobrać wg zasady Pięciu Smaków. Mięso jest zawsze takie samo – kawałek kaczki i kawałek królika z prywatnych podwórek. Po kilkugodzinnym gotowaniu odcedzam rosół, który następnie miksuję z częścią lub całością wyłowionych warzyw i dość sporą ilością masła naturalnego. Czasami dodaję do blendera z zupą kilka łyżek gotowanej fasoli, jeśli akurat mam taką pod ręką. Zupa dla Chłopczyka jest już gotowa, natomiast dla Dziewczynki trzeba jeszcze coś zrobić; odlewam część zupy do nieuniknionego już na tym etapie drugiego garnka i na jej podstawie robię pomidorówkę lub barszcz czerwony.

      Poniżej podaję skład każdej z zup podstawowych.

      Zupa pierwsza:
      - tymianek, kurkuma, (ziele angielskie), kminek, (oregano);

      - mięso;
      - pasternak, (marchew), seler, koper włoski, (cebula), korzeń imbiru;
      - (pieprz biały i czarny);
      - sól;
      - liście selera.
      Składników w nawiasach chwilowo nie używam ze względu na wyniki testu MRT, ale zamierzam stopniowo do nich powrócić.

      Zupa druga:
      - majeranek, listek bobkowy, rozmaryn;

      - mięso;
      - pietruszka korzenna, burak, kalarepa (niestety moje źródło kalarepy już się kończy...), por, chrzan w korzeniu;
      - sól;
      - kiełki, liście pietruszki.

      Zupa trzecia:
      - jałowiec, papryka słodka w proszku;

      - kilka grzybów suszonych;
      - gorczyca, bazylia, estragon;
      - mięso;
      - brukselka, kapusta włoska, czarna rzepa;
      - czosnek, pieprz czerwony;
      - sól;
      - koperek.

      Jak widać z przykładów, można rotować różne rzeczy. Rotacja może mieć wymiar kilkudniowy, kilkutygodniowy lub sezonowy. Ważne, aby umieć ją pogodzić z respektowaniem wyborów dzieci. Rotacja wymusza różnorodność, a więc bogatą ofertę pokarmów i na odwrót: jeśli chcemy jeść różnorodnie, siłą rzeczy będziemy rotować. I jeszcze jedna zaleta rotacji: zmienianie poszczególnych pokarmów, a tym samym robienie sobie od nich przerw zapobiega powstawaniu nadwrażliwości pokarmowych objawiających się alergią bądź nietolerancją pokarmową u dzieci zdrowych, co więcej rotacja jest niezbędna przy leczeniu alergii i nietolerancji pokarmowych. Przy rotacji, stała, długoterminowa i uciążliwa eliminacja pokarmów stosowana w leczeniu może okazać się zbędna.

      Moje Dzieci były alergiczne w pierwszych latach swojego życia. W pewnym momencie, pomimo różnicy wieku (3 lata) równocześnie zaczęły wychodzić z alergii. Stało się to wtedy, gdy przestałam je szczepić, gdy odstawiłam wszelkie leki i suplementy i gdy zmieniliśmy sposób naszego odżywiania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „BOGATA OFERTA KULINARNA I ROTACJA - PRZYKŁADY”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 marca 2013 20:23
  • niedziela, 24 lutego 2013
    • BOGATA OFERTA KULINARNA W PRAKTYCE

       

      Dzisiaj przedstawię mój sposób organizowania bogatej oferty kulinarnej, z uwzględnieniem rotacji pokarmów. Rotacja to naprzemienne spożywanie pokarmów w taki sposób, aby od każdego z nich zrobić na jakiś czas przerwę. Należy rotować szczególnie te pokarmy, które najczęściej powodują alergie i nietolerancje pokarmowe (a w konsekwencji głębsze problemy zdrowotne). Rotację można uwzględniać w różnych okresach: w rozpiętości trzech - czterech dni, tygodnia, miesiąca lub sezonu. To zależy od sezonowości poszczególnych pokarmów, jak również od indywidualnej wrażliwości organizmu.

      Gdybym mogła zapewnić Dzieciom szwedzki stół z wszystkimi możliwymi pokarmami, rotację mogłabym pozostawić całkowicie do ich decyzji, ale ponieważ codziennie wystawianie wszystkiego na stół nie jest fizycznie możliwie, w danym dniu (lub okresie dwóch – trzech dni) oferuję jedynie kilka potraw, a w następnym – kolejny zestaw, z uwzględnieniem preferencji Dziewczynki i Chłopczyka oraz mając na uwadze właściwą klasyfikację pokarmów.

       

      WĘGLOWODANY

      Do pokarmów wysokowęglowodanowych zaliczamy jarzyny, owoce, konfitury, dżemy, miód, ziemniaki, kaszę gryczaną, pokarmy pochodzące ze zbóż bezglutenowych (proso /kasza jaglana/, ryż, kukurydza i mąki, kasze, płatki itp. z tych zbóż) oraz pokarmy pochodzące ze zbóż glutenowych (pszenica, żyto, owies, jęczmień i mąki, kasze, płatki itp. z tych zbóż). Cukru (również zaliczanego do węglowodanów) nie będę brać tutaj pod uwagę, bo wykluczam go z listy produktów jadalnych.

      Węglowodany rotuję moim Dzieciom mniej więcej w ten sposób:
      - jeden - dwa dni: pszenica i żyto (zboża glutenowe);
      - kolejny dzień lub dwa: owies i jęczmień (zboża glutenowe);
      - kolejne dwa dni: ryż, kasza jaglana, kukurydza (zboża bezglutenowe);
      - kolejny dzień, dwa lub trzy dni: ziemniaki, kasza gryczana, warzywa, owoce (bez zbóż).
      Jarzyny, owoce, ziemniaki i kaszę gryczaną pozostawiam przypadkowi, tj. mogą być codziennie.

      Oczywiście to nie jest sztywno ustalona rotacja, bo nie ma takiej potrzeby, jednak dawniej, gdy Dzieci jeszcze chorowały, wyprowadzałam je z choroby poprzez ścisłe przestrzeganie zasad rotacji i wówczas zboża jadały o wiele rzadziej: raz na cztery – sześć dni. O diecie w chorobie napiszę jeszcze w przyszłości.

      Węglowodany, które najczęściej przyczyniają się do chorób to zboża, a szczególnie zboża glutenowe i zboża rafinowane (biała mąka, biały ryż). Gluten przy zdrowych jelitach nie powinien sprawiać problemów, jednak raz na jakiś czas warto dać wytchnienie nawet zdrowym jelitom. Jeśli chodzi o zboża oczyszczone (rafinowane), staram się ograniczyć podawanie ich Dzieciom do minimum. W zasadzie jestem skłonna uznać białą mąkę i biały ryż za „niepokarm” (obok cukru), jeśli „pokarm” ma nie truć, wzmacniać i leczyć.

      Pamiętając, aby pokarm był zawsze jak najświeższy, warto zaopatrzyć się w maszynkę do mielenia zbóż na mąkę. Mąka nie jest trwałym produktem (terminy przydatności do spożycia mąki dostępnej w sklepach nie są długie), dlatego korzystnie jest zemleć odmierzoną ilość ziarna na mąkę tuż przed użyciem. Oczywiście, jeśli mamy na to czas. Typowe młynki do mielenia zbóż są bardzo drogie, ale można zaopatrzyć się w specjalną, relatywnie tanią przystawkę do elektrycznej maszynki do mięsa. Taka przystawka z powodzeniem zastępuje młynek.

      Owoce wiążę z sezonem i naszym klimatem: najwięcej jest ich latem i jesienią; wtedy są najświeższe i najbardziej smakują. W pozostałych sezonach korzystamy z jabłek (niepryskanych, które kończą się późną zimą), niesiarkowanych owoców suszonych (moreli, fig, daktyli, rodzynek, bananów, śliwek) oraz z bezcukrowych lub niskosłodzonych dżemów własnej roboty. W kolejnych sezonach zrezygnuję całkowicie z cukru; mam zamiar robić dżemy w ogóle niesłodzone (polecam dżem z późnojesiennych dojrzałych śliwek, jest naturalnie słodki bez grama cukru) lub dosładzane miodem.

      Owoce cytrusowe kupuję rzadko (gdyż kiedyś wywoływały nagły katar u Chłopczyka), a banany raz w tygodniu. Wszystkie owoce egzotyczne, a więc sprowadzane z dalekich krajów, moczę w wodzie, a następnie dokładnie myję. Są konserwowane różnymi potencjalnie szkodliwymi substancjami; skórki wprawdzie nie je się, ale dotyka się ją rękami, którymi jemy sam owoc.

      Warzywa nie są głównym wyborem moich Dzieci. Surówki, sałatki i kiszonki niemal całkowicie odpadają, z reguły są dla nich nie do przyjęcia, a ja nie rozpaczam z tego powodu. Niemniej przyrządzam surówki i sałatki różnego rodzaju, zimą i wiosną na bazie kapusty (kiszonej, białej, pekińskiej, czerwonej), cebuli, czosnku, marchwi, selera, pietruszki korzennej, rzepy, buraków, chrzanu, kopru włoskiego, ziemniaków, ogórków kiszonych, a latem i jesienią wykorzystuję całe bogactwo sezonu: pomidory, ogórki, groszek, paprykę, cukinię, bakłażany, dynię, młodą cebule, zieleninę, zieloną sałatę itd. Zawsze wystawiam surówki lub sałatki na stół, Dzieci je widzą i na tym poprzestaję. Czasami drobniutko posiekam łyżkę surówki i mieszam tę odrobinę z ziemniakami lub kaszą i gulaszem; takie połączenia akceptuje Dziewczynka. Dzieci jedzą za to chętnie (choć z przerwami) rozmaite zupy jarzynowe, czasami - drobno posiekaną zieleninę lub kiełki jako mały dodatek do dania, ewentualnie zieloną sałatę i ostatnio – liście kapusty pekińskiej w kanapce. Ponadto Chłopczyk zasmakował w czosnku i surowej cebuli, również w formie dodatku.

      Kasza gryczana to ulubiony, prawie codzienny pokarm Dziewczynki. Je ją w formie dodatku do zupy, jako danie samodzielne z dodatkiem masła (lub oleju kokosowego), przypraw korzennych, zmielonych nasion i jabłka lub w formie naleśników (mąka gryczana, jajka).

      Chłopczyk bardziej gustuje w ziemniakach, które podaję mu w różnych formach: od ugotowanych w łupince z dodatkiem masła i soli, poprzez ziemniaki odsmażane na smalcu lub maśle kalrowanym, domowe frytki, placki ziemniaczane, kopytka, na cepelinach kończąc.

      Jeśli dziecko nie lubi jakiegoś zboża, warzywa czy owocu, to w ogóle nie podajemy mu tego, do czasu, aż się upomni.

       

      BIAŁKA

      Pokarmy wysokobiałkowe to mięso, jajka, ryby, mleko, orzechy, nasiona i fasole.

      Poszczególne rodzaje mięs mogą mieć odmienne właściwości, dlatego warto je wszystkie uwzględniać w diecie i rotować. Można podawać dziecku naprzemiennie: wołowinę, indyka, baraninę, jagnięcinę, cielęcinę, kaczkę, gęś, wieprzowinę, królika, kurczaka, lub przynajmniej niektóre z tych mięs, w zależności od ich dostępności, naszych możliwości finansowych i jak zawsze – od upodobań dziecka. Kupne wędliny nie są pokarmem.

      Jajka są szczególnym przypadkiem pokarmu, na który raz ma się wielką ochotę, a innym razem nie można na niego patrzeć. Moje Dzieci wpadają w „ciągi” jajeczne, które potrafią trwać tygodniami i miesiącami, a potem robią sobie długie przerwy od jajek w czystej postaci (np. jajek gotowanych, omletów, klusek z żółtek). Natomiast mniej lub bardziej regularnie spożywają potrawy z dodatkiem jajek, takie jak naleśniki, kopytka czy placki ziemniaczane.

      Jajka kupujemy w gospodarstwie rolnym, w którym kury biegają po podwórku.

      Kiedyś miałam dostęp do wiejskich jajek przepiórczych. Chłopczyk jadał bardzo chętnie surowe żółtka z tych jajek. Teraz niestety nie udaje mi się ich zdobyć.

      Ryby jadamy rzadko, ze względu na brak dostępu do ryb nieskażonych (ryby morskie mogą zawierać rtęć i inne szkodliwe pierwiastki). Te, które od czasu do czasu kupujemy (pstrąg, jesiotr – ryby słodkowodne), nie zawsze smakują moim Dzieciom. Ryby z puszki i ryby przemysłowo „wędzone” nie są pokarmem.

      Jeżeli lekarz zaleci odstawienie mleka ze względu na alergię, przez ”mleko” należy rozumieć samo mleko i wszystko, co jest z niego produkowane: śmietanę, ser biały, żółty i wszelkie inne sery, jogurt, kefir, zsiadłe mleko. Ponieważ mleko jest jednym z najczęstszych alergenów, ograniczam spożycie mleka i wszelkich jego przetworów do jednego dnia w tygodniu. U mojej Dziewczynki obserwuję nierównomierne zaczerwienienie policzków występujące po spożyciu większej ilości mlecznego pokarmu.

      Mleko, śmietanę i ser biały kupuję wyłącznie od gospodyni wiejskiej. Są to produkty naturalne, nieprzetworzone, zawierające żywe enzymy i pożyteczne bakterie (w stanie surowym). Zwracam uwagę na czystość i jakość tych produktów, aby ustrzec się przed mniej pożytecznymi bakteriami. Nie uważam za pokarm mleka z kartonu, mleka w proszku, większości dostępnych serów żółtych, serów topionych, przemysłowych twarogów i wszelkich innych przemysłowo przetworzonych produktów nabiałowych.

      Orzechy: włoskie, laskowe, ziemne (tzw. fistaszki), brazylijskie, nerkowce i migdały są łatwe do zaoferowania w formie małego „orzechowego szwedzkiego stołu”. Są gotowe do podania, względnie trwałe i nic nie trzeba gotować. Świetnie nadają się jako przekąska do szkoły (wraz z owocami: surowymi lub suszonymi), choć muszę przyznać, że mój Chłopczyk nie przepada za takim jedzeniem.

      Czasami kupujemy świeże orzechy kokosowe. Chłopczyk wypija mleczko kokosowe, natomiast ja robię domowe czipsy z miąższu, który siekam w cieniutkie plasterki i podsuszam w piekarniku. Takie czipsy są wspaniałym dodatkiem do kawy (zamiast ciastka), polecam rodzicom!

      Dobrze uwzględnić sezonowość orzechów, a szczególnie tych polskich: jesienią są pyszne, najświeższe, a więc najbardziej wartościowe. Kilkumiesięczne - roczne orzechy mogą już szkodzić, ze względu na zachodzący w nich proces jełczenia (czasami trudno wyczuwalny). Dobrze jest zrobić sobie jesienią zapasy ze świeżych orzechów w zamrażarce, aby z nich skorzystać później, na wiosnę. A może lepiej poddać się rotacji wyznaczonej przez Naturę i jeść orzechy tylko w sezonie?

      Nasionka i podobne im dodatki również rotuję. Mam w kuchni poukładane w szeregu słoiczki, w których znajdują się: sezam, siemię lniane, pestki słonecznika, wiórki kokosowe, orzechy, pestki dyni, mak, kakao lub ziarna kakaowca. Dodaję je naprzemiennie w małej ilości do różnych potraw: kasz, naleśników, wypieków, surówek i sałatek, mieląc odmierzoną ilość w młynku do kawy tuż przed dodaniem do potrawy. Chodzi o to, aby były świeżo mielone. A nasiona w całości lepiej się przechowują.

      Warzywa strączkowe najlepiej jeść w sezonie, w szczególności świeży groszek zielony (pyszny na surowo!), fasolkę szparagową, fasolę jasiek, bób. Zimą można korzystać z fasoli suchej, odpowiednio długo moczonej i gotowanej oraz odpowiednio przyprawionej. Mój Chłopczyk uwielbiał malutkie nasiona młodego bobu gdy miał... roczek.

       

      TŁUSZCZE

      Korzystamy do woli z tłuszczów nasyconych, gdyż takie są wbrew powszechnej opinii... zdrowe. W szczególności jemy masło naturalne, masło klarowane, smalec wieprzowy (świeży i pachnący z wiejskiego sklepiku; smalec z hipermarketu ma nieprzyjemny zapach), smalec gęsi (robię go sama ze świeżego tłuszczu gęsiego) i olej kokosowy. Jeśli kupuję ser biały, boczek czy inne mięso, proszę sprzedawcę o tłuściejsze kawałki.

      Jako źródło tłuszczów nienasyconych wystarczają nam świeże orzechy i nasiona. Żałuję, że nie możemy korzystać (ze względu na skażenie) z dobrodziejstwa ryb morskich i ich tłuszczów.

      Używamy też oliwy z oliwek „extra virgin”.

      Nie używamy olejów rafinowanych i margaryny (ze względu na ich szkodliwość) i olejów na zimno tłoczonych (ze względu na ich nietrwałość).

      Tłuszczów nie ograniczamy, jedynym ograniczeniem jest brak ochoty na nie. Wszyscy jesteśmy szczupli, a jemy kiedy chcemy i zawsze do syta! Więcej o tłuszczach napiszę w osobnym temacie.

       

      PRZYPRAWY I ZIOŁA

      Mam w kuchni około 30 różnych przypraw i z wszystkich korzystam. Dzieci spożywają najwięcej przypraw korzennych i innych nadających się do potraw o smaku słodkim. Są to anyż, cynamon, gałka muszkatołowa, mielone goździki, imbir (w proszku i w korzeniu), kardamon, kolendra. Przyprawy te dodaję do kasz lub ryżu z owocami, do ciasta naleśnikowego, dżemów, owoców duszonych, bananów, musów owocowych i wypieków. Ponieważ używane są często, rotuję je.

      Soli nie ograniczam, kierujemy się smakiem. Używamy soli kamiennej, niejodowanej, bez antyzbrylacza.

      Czarnej herbaty nie podaję Dzieciom, gdyż uważam, że jest to używka nieodpowiednia dla dzieci. Herbaty zielonej i herbat owocowych nie lubią. Najczęściej piją... przegotowaną wodę lub rzadziej - herbatę koperkową, rumiankową lub herbatę z szałwii. Chłopczyk zagustował ostatnio w wodzie z plasterkiem cytryny i w herbatce z korzenia imbiru z dodatkiem cytryny i miodu. W chwilach osłabienia moja Dziewczynka sama prosi o specjalną rozgrzewającą mieszankę ziołową – „szamankę”, na którą przepis znalazłam w książce Anny Ciesielskiej pt. „Filozofia życia”. W skład mieszanki wchodzą: tymianek, lukrecja, koper, kardamon, imbir. 

      Podczas zakupu jakiejkolwiek herbaty warto zwrócić uwagę na jej skład, gdyż często dodawane są enigmatyczne aromaty lub inne sztuczne dodatki, a tych należy unikać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „BOGATA OFERTA KULINARNA W PRAKTYCE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 lutego 2013 13:51
  • piątek, 22 lutego 2013
    • Ps. do wpisu o swobodnym wyborze pokarmów w praktyce.

       

      JEDZENIE I EMOCJE

      Jedyną motywacją do jedzenia dla dziecka powinna być ochota na konkretny pokarm lub zwyczajne uczucie głodu, a nie bodźce emocjonalne stwarzane przez opiekunów. W szczególności dziecko nie powinno jeść pod przymusem (ze strachu), w oczekiwaniu na nagrodę (z chęci uzyskania czegoś), w oczekiwaniu na aprobatę (z potrzeby akceptacji), pod wpływem opowieści o głodujących dzieciach w Afryce (z wyrzutów sumienia) czy pod wpływem narzekań mamusi, która napracowała się, aby ten pokarm zdobyć lub przygotować (z troski o rodzica). Nie powinno też jeść, gdy jest częstowane i nie ma ochoty na jedzenie, np. na imprezach typu imieniny u cioci (z niewłaściwie pojętej grzeczności). Bardzo ważne jest, aby nauczyć dziecko, a raczej – nie pozbawiać go naturalnej umiejętności rozpoznawania własnej fizjologicznej potrzeby jedzenia. Mieszanie w to emocji może skutkować różnymi zaburzeniami, w tym - zaburzeniami łaknienia w przyszłości. Myślę, że jedyną uzasadnioną emocją związaną ze spożywaniem pokarmu jest radość na myśl o przyjemności z jedzenia i radość ze spożywania posiłku wspólnie z innymi osobami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lutego 2013 20:23
  • niedziela, 17 lutego 2013
    • SWOBODNY WYBÓR POKARMÓW W PRAKTYCE

       

      SZWEDZKI STÓŁ

      Marzy mi się, aby zorganizować moim Dzieciom prawdziwy szwedzki stół, na którym codziennie pojawiałyby się wszystkie zdrowe pokarmy naraz: świeże, kolorowe i pachnące, a Dzieci podchodziłyby sobie do tego stołu w dowolnej chwili i jadłyby to, co wybiorą. Nawiasem mówiąc marzy mi się też, aby ten stół cudownie sam się nakrywał... Oczywiście to jest tylko marzenie, którego nie da się spełnić, przynajmniej w warunkach czteroosobowej rodziny. Myślę jednak, że koncepcja szwedzkiego stołu mogłaby sprawdzić się tam, gdzie jest więcej dzieci, np. w domach dziecka, w przedszkolach i szkołach i gdzie jest dobrze wyposażona kuchnia, mądry dietetyk i mądry kucharz.

      Co więc zostaje nam zrobić w warunkach przeciętnego gospodarstwa domowego, aby zapewnić jednemu dziecku lub dwójce – trójce dzieci jak najszerszą ofertę pokarmów i swobodę w wyborach kulinarnych? My przechodziliśmy przez różne etapy i eksperymenty i... wciąż uczymy się.

       

      ABY MOGŁO ZOBACZYĆ, POWĄCHAĆ, SPRÓBOWAĆ

      Najlepiej, aby dziecko, dokonując wyboru pokarmu, mogło zobaczyć, powąchać, spróbować i ewentualnie... wypluć. Taką okazją z pewnością są rodzinne posiłki, w czasie których na stole pojawia się kilka potraw (przykładowy stół u nas: ziemniaki, kasza, kilka warzyw, dwa rodzaje mięsa, zupa, posiekana pietruszka, kiełki, kilka różnych przypraw) i każdy sam nakłada sobie na talerz. Dobrze też, aby dziecko mogło samo zaglądać do lodówki czy do szafek z żywością i wskazywać na to, na co ma ochotę. Pokarmy, które nie psują się zbyt szybko można umieścić na ozdobnych talerzach, a te porozstawiać w różnych miejscach w domu (uwaga na kurz!). Ja wystawiam moim dzieciom w ten sposób owoce i różnego rodzaju orzechy i nasiona, a czasami nawet cynamon; moja Dziewczynka uwielbia pojadać cynamon z miseczki. Kiedykolwiek pytam Chłopczyka, czy chce orzechów, mówi: nie. Ale czasami widzę, jak gdzieś na boku rozłupuje sobie orzech, po który sięgnął z wystawionego talerza.

      Chłopczyk prawie w ogóle nie je warzyw, po prostu nie lubi ich (za wyjątkiem zup jarzynowych). Jestem prawie pewna, że kiedyś zmieni się to i dlatego nie rezygnuję z nienachalnego  proponowania mu zjedzenia warzywa, które mam pod ręką. Ostatnio zapytałam, czy chce do kanapki liść kapusty pekińskiej. Jak zwykle odmówił, a ja nie nalegałam. Postawiłam tylko na stole talerz z kapustą pekińską, z myślą o innych osobach. W pewnym momencie Chłopczyk sięgnął po liść i położył sobie na kanapce, a potem ze smakiem ją zjadł... Inny przykład: niedawno przez przypadek zostawiłam w łazience na talerzyku trochę spożywczego oleju kokosowego, do smarowania skóry. Dziewczynka najpierw posmarowała sobie nim buzię, a potem... zjadła resztę.

      Dobrą okazją do próbowania różnych potraw jest wizyta u babci, dziadka, cioci. W każdym domu gotuje się trochę inaczej, używa się nieco innych składników. Po takiej wizycie dziecko zdobywa nowe doświadczenia kulinarne i może zasugerować własnym rodzicom, co jeszcze mu smakuje. Mój Chłopczyk zasmakował w cepelinach (kluskach z ciasta ziemniaczanego z nadzieniem mięsnym), które gotował z Babcią i Dziadkiem, przebywając u nich w domu. Teraz gotujemy je od czasu do czasu u nas, na prośbę Chłopczyka. W takiej formie chętnie zjada mięso (nadzienie w cepelinach), podczas gdy po samo mięso sięga bardzo rzadko.

       

      „KSIĄŻKA MENU” I „DZISIAJ W MENU”

      Ponieważ nie da się stworzyć idealnego szwedzkiego stołu (czyli takiego, na którym pojawiłyby się wszystkie pokarmy), można pomyśleć o innych rozwiązaniach. Takim rozwiązaniem jest u nas „Książka menu” (coś na wzór menu w restauracjach), czyli zwykły album fotograficzny ze zdjęciami różnych potraw i pojedynczych pokarmów. Czasami Dzieci korzystają z tej książki, aby mi powiedzieć, na co mają ochotę. Ale muszę przyznać, że nie jest to rozwiązanie idealne; zdjęcia niestety nie pachną i nie działają na wyobraźnię tak, jak bogato zastawiony stół. Ponieważ nie zawsze jest czas na wystawienie wszystkiego, co się ma na stół, można sporządzić jadłospis pt. „Dzisiaj w menu...”. To nasz najnowszy wynalazek; korzystam z małej białej tablicy, na której zapisuję wszystko to, co jestem w stanie zaserwować Dzieciom w danym dniu. Chłopczykowi bardzo spodobał się ten pomysł i chętniej z niego korzysta niż z „Książki menu”.

       

      ZAWSZE TRZEBA SPRÓBOWAĆ

      Jako przyjaciel moich Dzieci mówię im: wybierajcie, a jako opiekun-przewodnik: trzeba zawsze odrobinę spróbować i można wypluć. Dzieci mają tendencję do „fiksowania” się na ulubionych potrawach. Czasami wykazują same inicjatywę w spróbowaniu czegoś nowego, a czasami nie. Przekonałam się, że wprowadzenie zasady, że „zawsze trzeba spróbować” daje dobre rezultaty, bo choć w 70% nowe jedzenie zostaje wyplute, to w 30% okazuje się, że jednak smakuje i w ten sposób do naszego menu możemy wprowadzić nową pozycję.

       

      POSTY

      Jeśli dziecko opuszcza posiłek (tj. w ogóle nie chce jeść), tylko się cieszyć: będzie zdrowsze, a my możemy odpocząć od kuchni. Brak apetytu to sygnał od organizmu, że potrzebuje postu. Posty naturalne leczą, są wbrew pozorom wzmacniające. Należy o tym pamiętać szczególnie, gdy dziecko zachoruje. Mojej Dziewczynce zdarza się raz na kilka tygodni, może miesięcy, że prawie cały dzień nie je. Jest wtedy trochę mniej aktywna, czasami przesypia ten czas, aby potem tryskać energią i poprosić o solidny posiłek. Być może to jest jej wersja chorowania, choć ciężko dopatrzyć się u niej typowych objawów chorób (takich jak kaszel, ból gardła, katar, jakikolwiek inny ból itp.).

      Musimy jednak umieć odróżnić sytuację, w której dziecko nie chce jeść, bo postuje od sytuacji, w której dziecko odmawia jedzenia, bo mu nie smakuje. W żadnym wypadku nie wolno przymuszać go do jedzenia tego, czego nie lubi poprzez głodzenie, na zasadzie, że „jeśli nie zjesz tego na obiad, to nie dam ci teraz nic, a podam ci to samo na kolację”.

       

      ROTACJA POKARMÓW

      Oferuję moim Dzieciom pokarmy z poszczególnych grup pokarmowych w rotacji, czyli w pewnej kolejności. Rotacja pozwala uwzględnić wszystkie pokarmy, podawać je naprzemiennie i robić niezbędne przerwy. Rotuję przede wszystkim zboża, uwzględniając preferencje Dzieci. Zboża łatwo przedawkować, łatwo też uzależnić się od zbóż rafinowanych (wypieków z białej mąki, potraw z białego ryżu). Przedawkowanie i uzależnienie prowadzi do nierównowagi w organizmie, do chorób. Staram się więc, aby oferować Dzieciom nie tylko pokarmy pszenne, ale nie zapominać też o płatkach owsianych, kaszy jęczmiennej, życie (zbożach glutenowych), jak również o kaszy jaglanej, ryżu, kukurydzy (zbożach bezglutenowych) i kaszy gryczanej (gryka w biologicznej klasyfikacji nie jest zbożem, ziarna gryki nie zawierają glutenu). Od czasu do czasu robię przerwę od zbóż w ogóle i wtedy przez dzień – dwa podaję Dzieciom ziemniaki i potrawy z ziemniaków (kluski śląskie, frytki domowej roboty, placki ziemniaczane), zupy, jajka, mięso, orzechy, owoce itp. Oczywiście szanuję preferencje Dzieci, mojego Męża i swoje własne; Chłopczyk nie jada kaszy jaglanej ani gryczanej (choć są to ulubione kasze Dziewczynki), bo ich nie lubi, natomiast Dziewczynka nie przełknęłaby ryżu (który smakuje Chłopczykowi). Mój Mąż i ja jadamy zboża sporadycznie. Jeśli chodzi o pokarmy białkowe, tutaj również staram się uwzględniać wszystkie ich rodzaje i znowu – uwzględniać nasze preferencje. Rotuję też poszczególne rodzaje mięs, warzywa, przyprawy, herbaty ziołowe, nasiona i orzechy, tłuszcze. O ważnej roli rotacji (stosowanej w alergologii) napiszę kiedyś w oddzielnym temacie.

       

      ZMIENNOŚĆ SMAKÓW

      Gdy dałam moim Dzieciom swobodę w wybieraniu pokarmów, zafascynowały mnie swoją zmiennością. Gdybym tradycyjnie przygotowywała im codziennie kanapki z chleba i podawała zupę mleczną na śniadanie, nigdy nie zorientowałabym się, jak bardzo potrzebują odmiany. Podam parę przykładów. Dziewczynka od wielu miesięcy jest typową wegetarianką, z małymi przerwami: nie może się oprzeć serduszkom kaczym, które od czasu do czasu wyławiam z rosołu. Ale samego mięsa kaczego z reguły nie je. Kiedyś natomiast uwielbiała gulasz z pręgi wołowej. Taki gulasz mogła jeść nawet codziennie. Chłopczyk też raczej nie jada mięsa, ale bywa, że wpada w „ciągi tatarowe”: potrafi zjeść w ciągu dwóch – trzech dni pięć porcji tatara (jedna porcja to mniej więcej 15 dag surowej polędwicy wołowej, surowe żółtko, kiszony ogórek, cebula, oliwa z oliwek, przyprawy), aby potem zrobić sobie od tego przerwę na kilka tygodni lub miesięcy. Ostatnio przez kilka miesięcy jadał prawie codziennie kluski z około 8 żółtek na śniadanie. Teraz robi sobie od nich przerwę. Kiedyś przez pół roku nie jadł prawie w ogóle pokarmów wysokobiałkowych (odrzucił niemal całkowicie mięso, jajka, ryby, orzechy i biały ser), oprócz świeżego wiejskiego mleka raz w tygodniu.

       

      JAK MOŻNA UŁATWIĆ SOBIE ZADANIE?

      Gotowanie z nastawieniem na wolne wybory dzieci jest wyzwaniem. Wymaga wysiłku, czasu i cierpliwości. Jednak chodzenie od lekarza do lekarza, od apteki do apteki i opieka nad chorym dzieckiem są znacznie bardziej wyczerpujące. Kiedyś, kiedy moje Dzieci bez przerwy chorowały, zdarzały mi się chwile załamania, kiedy nie mogłam powstrzymać łez z poczucia bezsilności. Teraz zdarza mi się, że jestem trochę przemęczona fizycznie, ale psychicznie odczuwam ogromną ulgę; wiem, czuję, jestem pewna, że dopóki Dzieci są pod moją opieką, nic im się nie stanie. Myślę, że one też to czują.

      Jak można ułatwić sobie zadanie? Staram się mieć w lodówce cały czas dwie – trzy ugotowane potrawy. Wbrew pozorom to nie jest więcej gotowania, bo starcza na dłużej dla całej rodziny. Planuję zawsze z wyprzedzeniem i nawet jeśli mamy co jeść w danym dniu, gotuję coś na następny. Kolejna rzecz, jeśli dziecko ma ochotę zjeść to samo na śniadanie, obiad i kolację, a nawet powtórzyć ten schemat w kolejnym dniu, pozwólmy mu na to, a przy okazji oszczędźmy sobie wysiłku. Moja Dziewczynka wpadła właśnie w taki ciąg: od kilku dni je głównie naleśniki z mąki gryczanej i jajek. Smażę więc jej takie naleśniki jednorazowo, a potem na kolejnych kilka posiłków odgrzewam w piekarniku. Jak już wspomniałam, akceptujemy, a wręcz doceniamy omijanie posiłków przez dziecko.

       

      OGRANICZENIA

      Zdaję sobie sprawę, że zorganizowanie dzieciom bogatej oferty kulinarnej i umożliwienie im wyboru może nie być łatwe ze względu na różnego rodzaju ograniczenia. Mogą to być ograniczenia związane z finansami, brakiem czasu czy fizycznych możliwości rodziców lub opiekunów, jak również ze specyficznymi zaburzeniami dzieci (takimi jak fiksacje pokarmowe u dzieci autystycznych). Ale jeśli nie negujemy prawa dziecka do wyboru pokarmu, jeśli uświadamiamy sobie to prawo, możemy starać się realizować je w możliwym dla nas zakresie. Są mamy i babcie, które robią to intuicyjnie, z miłości i nie dostrzegają w tym jakiejś szczególnej uciążliwości, po prostu cieszą się radością dziecka, któremu smakuje to, co je. Taką babcią była i jest moja Babcia; gdy będąc jeszcze dzieckiem, przebywałam u niej na wakacjach, codziennie gotowała kilka rzeczy naraz i pytała, co mi nałożyć na talerz. Zawsze robiła to, co lubię. Zawsze mi u niej smakowało.

      Oczywiście rodzic nie może zapominać o własnych potrzebach i własnym prawie do czasu dla siebie. Chodzi o to, aby wyważyć kompromis, mając świadomość, jakie rezultaty daje dobre odżywianie dzieci, a jakie są konsekwencje zaniedbań w tym względzie i jakie miejsce na liście naszych priorytetów zajmuje zdrowie naszych dzieci.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „SWOBODNY WYBÓR POKARMÓW W PRAKTYCE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 lutego 2013 14:14
  • niedziela, 10 lutego 2013
    • ZASADY ODŻYWIANIA DZIECI: SWOBODNY WYBÓR POKARMÓW

       

      PRAWO DO SWOBODNEGO WYBORU POKARMU

      Odżywianie dzieci, aby było zdrowe musi opierać się na jednym z podstawowych praw człowieka: prawie do swobodnego wyboru pożywienia. Jest to prawo oczywiste w świecie ludzi dorosłych, jednak nagminnie ignorowane w relacjach dorośli – dziecko. Dlaczego tak się dzieje? Otóż realizacja tego prawa na poziomie Małego Człowieka wymaga wysiłku ze strony Dużego Człowieka.

      Dlaczego należy dać dziecku swobodę w wybieraniu pożywienia? Gdy dziecko wybiera, osiągamy korzyści, które z pewnością są warte naszego wysiłku:
      - dziecko przestaje chorować;
      - nie musimy chodzić do aptek i tracić w nich niemałych pieniędzy;
      - dziecko odczuwa przyjemność z jedzenia i jest radosne, gdy je;
      - my – rodzice wyrażamy szacunek dla dziecka;
      - budujemy w dziecku poczucie własnej wartości i niezależności.

      Uświadomienie sobie korzyści wynikających z przestrzegania prawa dzieci do swobodnego wyboru pokarmu pozwoli kochającym i troskliwym rodzicom czy opiekunom w miarę bezboleśnie zmienić priorytety dnia codziennego tak, aby realizować to prawo. Zdobycie wartościowego pożywienia i przygotowywanie wartościowych posiłków wymaga zarówno czasu, jak i dobrej organizacji naszej pracy w domu i poza domem. Ciężko, jeśli wszystkie zadania związane z dobrym odżywianiem spadają na jedną osobę. Dobrze, jeśli angażują się w to wszyscy członkowie rodziny, w tym dzieci (proporcjonalnie do swoich możliwości). O pomoc w organizowaniu zdrowych posiłków można poprosić też rodziców lub teściów, albo skorzystać z dodatkowej pomocy niani. Mój 8,5 – letni Chłopczyk jest dyżurnym od rozbijania jajek na naleśniki, jak również właśnie uczy się odmierzać na wadze odpowiednią ilość zboża, aby go potem zemleć na mąkę. Myślę, że wkrótce przyrządzanie naleśników powierzę mu w całości. Gotuje wraz ze swoim Tatą kluski śląskie. Jeśli planujemy na obiad kluski śląskie, ja mam święty spokój od kuchni, przynajmniej w porze obiadowej. To oczywiście tylko przykłady z naszego życia rodzinno-kuchennego.

       

      NIEDOBRA TRADYCJA

      Jest jeszcze kwestia niedobrej tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, być może wynikającej z czasów wojny i okresu powojennego, w których o jakiekolwiek pożywienie było bardzo ciężko. Tradycja ta plasuje dziecko w roli podwładnego i narzuca mu pewne normy związane z jedzeniem, np. zmusza go do niepozostawiania resztek na talerzu, spożywania pokarmu nawet wtedy, gdy nie jest głodne czy jedzenia tego, co mu ewidentnie nie smakuje (np. szpinaku, wątróbki). W skrajnych warunkach biedy takie podejście byłoby pewnie w jakimś stopniu uzasadnione, jednak musimy pamiętać, że nie tylko głód może być przyczyną chorób i śmierci. Przejadanie się, jak również jedzenie „śmieci” może być równie tragiczne w skutkach. Współcześnie, w naszym kraju głód nam raczej nie grozi, natomiast realnym zagrożeniem jest nadmiar jedzenia i jego zła jakość. Wracając do samej tradycji, muszę się przyznać, że sama czasami jej ulegam, kiedy zaczynam denerwować się, że moje Dzieci nie chcą zjeść tego, co właśnie im przygotowałam, stojąc godzinami „przy garach”. W chwilach zdenerwowania zaczynam rządzić i bezwiednie daję sobie przyzwolenie na myśli typu: „A dzieci w Afryce głodują”, „Kto to widział, aby tak wybrzydzać”, „Nie jestem waszą kucharką, nogi mnie bolą od stania i ani mi się śni podawać wam co innego”. Gdy ochłonę, przyłapuję się na tym, że nie uzgodniłam wcześniej z Dziećmi, co będą jeść i zrobiłam po swojemu, a potem chciałam im to narzucić. A przecież chcę być ich opiekunem-przyjacielem, nie - zwierzchnikiem. Jednak nie popełniam już pospolitego błędu mam i babć, które (w dobrej wierze) każą dziecku jeść kolejne łyżki zupy „za mamusię, za tatusia, za ciocię”. Z reguły ustalam z Dziećmi, co będą jadły i staram się sprostać ich oczekiwaniom. Jeśli czują, że same dokonują wyboru, wówczas jedzą chętnie.

       

      INSTYNKT DZIECKA

      Najszlachetniejszy kotlecik nie będzie wartościowy dla organizmu dziecka, jeśli dziecko samo nie zechce go zjeść. Zjedzony na siłę, zaszkodzi. Dlatego tak ważne jest słuchanie dziecka. Ono ma lepszy instynkt od nas, dorosłych. Ten instynkt odradza się u kobiet w ciąży, co na szczęście jest zrozumiałe przez otoczenie; powszechnie wiadomo, że kobiety ciężarne mają zachcianki kulinarne, które należy spełniać oraz bywa, że nie mogą przełknąć pewnych pokarmów, co też nie budzi zdziwienia. Dlaczego więc krytykujemy dzieci, które mają wyraźną potrzebę wybierania pokarmów? Tę potrzebę trzeba zaspokajać i pielęgnować, bo podpowie nam więcej, niż lekarz. To głos mądrej Natury.

       

      ROLA RODZICÓW

      My – rodzice stajemy przed następującym zadaniem: musimy chronić nasze dzieci przed jedzeniem złej jakości. Jedzenie złej jakości (np. przemysłowe słodycze, dania z dodatkiem glutaminianu sodu obecnym m.in. w wegecie, sztucznie barwione i aromatyzowane jogurty) potrafi uzależnić i zakłócić naturalną zdolność do wybierania pokarmów, które w danym momencie organizm rzeczywiście potrzebuje.  I mamy jeszcze jedno zadanie, o którym już pisałam: zapewnić możliwie szeroki wybór dobrych pokarmów. Bogata oferta pokarmów zapewniona przez rodziców (lub opiekunów) oznacza podaż wszystkich niezbędnych dla zdrowia substancji pokarmowych, a wolny wybór po stronie dziecka – sięgniecie po te substancje pokarmowe, których w danym momencie jego organizm najbardziej potrzebuje. Nie musimy kontrolować ilości i rodzaju zdrowego pokarmu zjadanego przez dzieci. Przed nadmiarem lub niedoborem dzieci ochronią się same, jeśli tylko nie będziemy im w tym przeszkadzać.

      W następnym wpisie opowiem, jak wybory kulinarne moich Dzieci wyglądają w praktyce...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „ZASADY ODŻYWIANIA DZIECI: SWOBODNY WYBÓR POKARMÓW”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 lutego 2013 14:24
  • niedziela, 03 lutego 2013
    • ZASADY ODŻYWIANIA DZIECI: BOGATA OFERTA KULINARNA

       

      JEŚĆ WSZYSTKO?

      „Moje dzieci jedzą wszystko”. Może to brzmieć dobrze lub źle. Takie zdanie można usłyszeć od rodziców, którzy kojarzą słowo „dieta” z potencjalnie szkodliwym ograniczeniem lub wykluczeniem niektórych pokarmów i jeśli tylko świadomie dokonują zakupów spożywczych, myślę, że są na dobrej drodze. Gorzej, jeśli „jedzenie wszystkiego” oznacza podawanie dzieciom tego, co jest pod ręką, czym je przypadkowo częstują lub co można łatwo zdobyć, przygotować, zjeść. Przypadkowe, łatwe jedzenie jest mocno zubożałe (nie zapewnia podaży pełnej gamy pokarmów) i najczęściej, użyję mocnego słowa - zatrute chemią.

      Moje dzieci jedzą wszystko, co jest pokarmem i co lubią. Jeśli pokarm ma odżywiać, leczyć i nie truć, to pokarmem nie jest rafinowany cukier i wszelkie produkty zawierające taki cukier. Jeśli znalazłabym się w jakiejś skrajnej sytuacji, w której nie mogłabym zdobyć jedzenia dla moich Dzieci przez dłuższy czas, a miałabym do dyspozycji jedynie cukier rafinowany, nie podałabym im tego cukru, bo bym je dodatkowo osłabiła.
      Oprócz cukru, nie są pokarmem inne produkty wysoko przetworzone (np. mleko UHT, większość żółtych serów, frytki z McDonald’s, coca-cola, soki z kartonów, margaryna, oleje rafinowane) oraz produkty z dodatkiem sztucznych konserwantów, aromatów, zapachów, spulchniaczy itp. Nie są też pokarmem nadmiernie lub niewłaściwie chronione chemią warzywa i owoce. Najlepiej, aby nie było żadnej chemii.

       

      TEST DLA RODZICÓW

      Aby odpowiedzieć na pytanie „Czy moje dziecko je wszystko?”, należy uświadomić sobie, jak bogatą ofertę podsuwa nam Natura. Proponuję mały test dla rodziców, w którym należy odpowiedzieć na dwa pytania:

      1)      Ile razy w ostatnim miesiącu moje dziecko jadło lub piło:
      - pszenicę (czyli np. chleb pszenny, bułki pszenne, ciasto lub ciastka z mąki pszennej, makaron pszenny, zupę z zasmażką na mące pszennej);
      - mleko krowie (np. mleko słodkie, mleko zsiadłe, kefir, jogurt, ser żółty, twaróg, śmietanę, sernik, kakao na mleku, zupę zabielaną śmietaną);
      - cukier rafinowany (np. cukier w herbacie, słodycze, ciasta, ciastka, jak również przemysłową musztardę, keczup, syrop na przeziębienie, gorączkę itp.);
      - wieprzowinę (np. wędlinę, kotlet schabowy, karkówkę) lub kurczaka;
      - czarną herbatę;
      - sok owocowy ze sklepu;
      - masło lub margarynę.

      2)    Ile razy w ostatnim miesiącu moje dziecko jadło lub piło:
      - kaszę gryczaną (w postaci czystej lub w postaci dań z mąki gryczanej), kaszę jaglaną lub kaszę jęczmienną;
      - niepasteryzowane mleko kozie;
      - miód;
      - orzechy;
      - nasiona słonecznika, dyni, siemienia lnianego, maku, sezamu;
      - mięso z królika, kaczki lub gęsi;
      - herbatę ziołową (np. koperkową, rumiankową);
      - świeży sok wyciskany z pomarańczy;
      - czarną rzepę;
      - oliwę z oliwek, smalec lub olej kokosowy;
      - kardamon, tymianek lub kurkumę;
      - zieleninę lub kiełki.

      Listy pokarmów mogłyby być znacznie dłuższe w powyższych pytaniach, ale myślę, że są wystarczające, aby wyciągnąć swoje indywidualne wnioski.

       

      RÓŻNORODNOŚĆ POKARMÓW

      Bogaty wybór pokarmów to punkt startu w dobrym odżywianiu, przy założeniu że pokarm to naturalna substancja, która odżywia, leczy i nawet w najmniejszym stopniu nie truje. Aby uwzględnić całe bogactwo Natury, dobrze jest usiąść, wziąć ołówek i kartkę papieru i spisać sobie dostępne pokarmy z poszczególnych grup pokarmowych, a więc poszczególne rodzaje mięs, jajek, orzechów, mleka i jego przetworów, ryb (nieskażonych), tłuszczów, warzyw, owoców, zbóż, przypraw i ziół. Latem można wybrać się na targowisko i uzupełnić naszą listę o to, co przeoczyliśmy. Następnie trzeba nauczyć się, jak zaoferować to wszystko dzieciom.

      Jedzenie wszystkiego to nie tylko sięganie po wszystkie możliwe smakujące pokarmy oferowane przez Naturę (przede wszystkim z naszej strefy klimatycznej), ale również zachowanie między nimi odpowiednich proporcji; najlepiej, aby dziecko nie jadło danego pokarmu w nadmiarze lub zbyt rzadko i aby miało wystarczające i całkowite przerwy w spożywaniu tego pokarmu. Skąd mamy wiedzieć, jakie są właściwe dawki i przerwy? Jeśli dziecko nie jest obciążone uzależnieniem pokarmowym (np. od wyrobów z białej mąki, produktów mlecznych, słodyczy), wówczas, jeśli mu na to pozwolimy, samo, kierując się swoimi smakami dobierze sobie odpowiednie dawki poszczególnych pokarmów lub zrobi sobie odpowiednio długie przerwy w ich spożywaniu.

       

      OFERTA KULINARNA DLA DZIECKA

      W codziennej ofercie kulinarnej dla dziecka powinny się znaleźć:

      1)      węglowodany (produkty z różnorodnych zbóż, owoce, warzywa), białka (mięso, jajka, ryby, mleko i jego przetwory, orzechy, warzywa strączkowe) i tłuszcze w wystarczających ilościach;
      W przeciętnej ofercie dominują węglowodany, bo te najłatwiej zapewnić i są najwygodniejsze, podczas gdy warto je nieco ograniczyć na rzecz żółtek, tłustszego mięsa czy orzechów, jeśli dziecko ma ochotę na taką zmianę proporcji. Niepotrzebnie ograniczane są tłuszcze (wskutek nieporozumienia na temat ich szkodliwości); tłuszcze są niezbędne dla prawidłowego rozwoju mózgu dziecka i do przyswajania ważnej witaminy D (która z kolei jest niezbędna do przyswajania wapnia), jak również witamin A, E, K. Dzieci zazwyczaj lubią masło!

      2)    dania ciepłe i pokarmy surowe;
      Dania ciepłe, rozgrzewające powinny dominować, a zwłaszcza zimą. Mogą to być różnego rodzaju zupy, mięsa, potrawy z ziemniaków, naleśniki, kasze, potrawy z jajek, warzywa na ciepło (najlepiej z dodatkiem różnorodnych przypraw i tłuszczu). Zimą moje Dzieci zazwyczaj jedzą obiad na śniadanie, obiad na obiad i obiad na kolację... Ciepłe pokarmy znakomicie chronią je przed mrozem; jeśli przez dzień lub dwa nie jedzą zupy, żółtek na ciepło, ziemniaków z masłem czy kaszy gryczanej, muszę je cieplej ubierać. Pokarmy surowe też są niezbędne w codziennej diecie, w małej ilości zimą, a w większej latem. W surowych pokarmach znajdują się niezbędne dla ludzkiego organizmu enzymy, można powiedzieć, że surowe pokarmy żyją. Należą do nich: surowe owoce, świeżo wyciskane soki, surowe warzywa (np. w postaci surówek), owoce suszone na słońcu (niekonserwowane chemicznie), zielenina, kiełki, produkty fermentowane (np. kapusta kiszona, ogórki kiszone, domowy kefir, domowy jogurt, niepasteryzowany zakwas buraczany), nieprażone świeże orzechy i nasiona, surowe mleko prosto od krowy, twarożek lub śmietana z takiego mleka, surowe mięso, surowe żółtka.

      3)    Kompozycje pokarmów i pokarmy pojedyncze;
      Istnieją różne szkoły na temat łączenia pokarmów lub ich rozdzielania w poszczególnych posiłkach. W naszym przypadku najbardziej sprawdzającą się pewne zasady tradycyjnej medycyny chińskiej. Mówią one o potrzebie właściwego komponowania posiłków, z uwzględnieniem wszystkich pięciu smaków: kwaśnego, gorzkiego, słodkiego, ostrego i słonego oraz z uwzględnieniem natury poszczególnych pokarmów: zimnej, chłodnej, neutralnej, ciepłej i gorącej.
      Odpowiednie łączenie składników w potrawie sprawia, że dziecku zaczyna smakować jedzenie, a co za tym idzie, jego organizm może w ten sposób najlepiej przyswoić poszczególne składniki odżywcze. Na przykład obecność tłuszczu (niekoniecznie w dużych ilościach, ale możliwie w każdym posiłku) jest niezbędna, aby organizm skorzystał z szeregu ważnych substancji zawartych w danym pokarmie; bez tłuszczu te substancje zostałyby wydalone lub nie w pełni wykorzystane. Mój Chłopczyk nie przełknąłby samego ogórka kiszonego, natomiast klasycznie przyrządzony tatar (mielona polędwica wołowa, posiekana cebula i posiekany kiszony ogórek, żółtko, przyprawy i oliwa z oliwek) to danie, na które leci mu ślinka. Bardzo też lubi chleb z masłem i liściem sałaty lub kapusty pekińskiej, ale odmawia jedzenia tych warzyw solo.

      Innym dobrodziejstwem tłuszczu jest to, że spowalnia on wchłanianie cukrów z pokarmu, a przez to zapobiega gwałtownemu wzrostowi glukozy we krwi i gwałtownej odpowiedzi insulinowej, której konsekwencją może być z kolei zbyt duży spadek glukozy we krwi (objawiający się np. sennością, rozdrażnieniem). Pokarmy bardzo słodkie, np. banany czy miód spożyte bez dodatków powodują takie chwilowe rozregulowanie gospodarki cukrowej (pokarmy te mają tzw. wysoki indeks glikemiczny), natomiast spożyte z dodatkiem np. masła – już nie. Dlatego często zamiast samych bananów podaję je Dzieciom w plasterkach, z dodatkiem oliwy z oliwek i przypraw korzennych, lub delikatnie podsmażam na maśle klarowanym, również z dodatkiem przypraw. Dzieci bardzo to lubią. Żałuję, że nie jestem naukowcem z możliwościami przeprowadzenia badań na temat indeksu glikemicznego poszczególnych kompozycji pokarmów. Na razie dysponujemy tabelami indeksów glikemicznych pojedynczych pokarmów.
      Choć jestem zwolenniczką kompozycji pokarmowych, wiem, że czasami dziecko może mieć ochotę na coś „pojedynczego”. Moja Dziewczynka uwielbia okresowo podjadać sobie sam... cynamon. Zdarza się, że podziubie samo mięso z rosołu i taki posiłek jej wystarczy. Nie jest też czymś dziwnym, jeśli chce wyjadać samo masło – łyżeczką. Mój Chłopczyk z kolei prosi czasami, aby do szkoły dać mu suche wafelki ryżowe, bez masła czy jakichkolwiek dodatków. Albo zażyczy sobie porcji smażonego boczku w plasterkach, bez dodatków. Kiedyś zdarzyło się, że porwał mi ze stołu plasterek surowego imbiru i zjadł bez mrugnięcia okiem. Przecież to takie ostre! Myślę, że to są sygnały z organizmów moich Dzieci, mówiące o tym, że trzeba coś zrównoważyć, coś, co zjadły wcześniej – w nierównowadze. Być może pojedynczy pokarm ma pomóc w trawieniu wcześniejszego posiłku, w którym czegoś zabrakło. Albo może doszło do jakiejś nierównowagi w florze bakteryjnej jelit. Albo we wcześniejszej dobie za dużo było pokarmów węglowodanowych, które organizm chce zrównoważyć tłustym boczkiem. Nie musimy robić na ten temat doktoratu, wystarczy, że będziemy reagować na smaki naszych dzieci i pozwalać im wybierać.
      Obserwując smaki moich Dzieci, jak również moje własne smaki dochodzę do wniosku, ze najlepiej smakują i służą nam dania, w których dominuje jakiś węglowodan, z dodatkiem małej ilości pokarmu białkowego (np. zupa warzywna z kaszą gryczaną i z małą ilością mięsa) lub na odwrót: danie typowo białkowe, z małym dodatkiem węglowodanów (np. solidna porcja mięsa, odrobina ziemniaków i warzywa). Proponowane w wielu publikacjach całkowite rozdzielanie białek i węglowodanów w jednym posiłku (ze względu na szybsze, łatwiejsze trawienie) moim zdaniem może prowadzić do nierównowagi w organizmie, tak samo jak jedzenie białek i węglowodanów pół na pół w jednym posiłku, a zwłaszcza, gdy ten posiłek jest duży. Ale w przypadku dzieci, oddajmy głos Naturze: niech one same ostatecznie zadecydują o wszelkich proporcjach i ilościach.

      PS. cytat:
      „Właściwe wyżywienie powinno się składać z co najmniej 60 artykułów spożywczych miesięcznie, w czym połowa – surowych”
      (Źródło: Witold Poprzęcki: „Poradnik Zielarza” Warszawa 1982, str.39)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      mamazdrowychdzieci
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 lutego 2013 14:48